à propos piątku #058

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 3 lata temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Słowem wstępu

Dzisiejsze „à propos piątku” pojawia się z pewnym opóźnieniem. Przyczyną była kilka wyjazdów i szeroko rozumiana rzeczywistość, ale po części przyczyniła się do tego także zapowiedź nowego silnika w ReadyMag, który – rzekomo – ma poradzić sobie z objętością moich wydań i działać znacznie stabilniej, zwłaszcza na iPadzie. Nowy moduł działa od kilku dni, więc to najwyższy czas na publikację. Mam nadzieję, że obietnice twórców nie pozostaną bez pokrycia.

Jednocześnie, ze względu na długość aktualnego numeru, zdecydowałem się na przeniesienie „tematu numeru” do kolejnego wydania – nie był jeszcze kompletny, a nie chciałem przedłużać i tak już niekrótkiej przerwy pomiędzy numerami.

Miłego czytania.

Let.ter

W poprzednim wydaniu „à propos piątku” w tekście dotyczącym poczty elektronicznej, napisałem, że w obecnym systemie brakuje mi możliwości wysyłania wiadomości bez zaglądania do skrzynki odbiorczej (z tych samych powodów, dla których kiedyś używałem Wren, zanim OS X umożliwił wysyłanie tweeta bez uruchamiania klienta) W tym samym czasie pojawiła się nowa aplikacja, która pełni rolę edytora treści maila z możliwością wysłania go. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, jest ona niemal dokładnie tym, czego potrzebowałem.

„Niemal”, bo w aplikacji znajduję cztery rzeczy, które chciałbym, żeby zostały zmienione:

  1. Let.ter wspiera Markdown (co samo w sobie jest ogromnym plusem), ale wysyła wiadomości jako HTML z jego własnym formatowaniem, którego nie można zmienić/wyłączyć.
  2. Kolejność poszczególnych etapów; pisałem o tym już kiedyś, ale w moim mniemaniu, temat wiadomości powinno się podawać po napisaniu treści, a nie odwrotnie (to wszystkie inne klienty nas pod tym względem „zepsuły”).
  3. W aktualnej formie Let.ter wspiera tylko jedno konto pocztowe (a właściwie jeden serwer SMTP) i nie obsługuje (jeszcze) aliasów.
  4. Zapłacę za nią i dwukrotnie więcej, jeśli tylko będę mógł zmienić krój pisma, jakiego używa edytor (i o tym pisałem wielokrotnie; nie mam nic do Helvetiki, ale żadną miarą nie jest to dobry wybór do czytania/pisania dłuższych form).

Tak wygląda okno edytora po wpisaniu przykładowej wiadomości:

A tak okno podglądu przed wysłaniem:

Wszystko powyższe sprawia, że nie używam jej na razie, ale z pewnością będę obserwował jej rozwój.

» Let.ter – $3.99

Launch Center Pro dla iPada

O swojej fascynacji Launch Center Pro pisałem już wielokrotnie. Dość powiedzieć, że Home Screen mojego telefonu zawiera tylko siedem aplikacji (łącznie z Dockiem) i LCP jest jedną z nich. Mimo że dotychczas aplikacja ta występowała tylko w wersji dla iPhone’a, używałem jej także na iPadzie, gdzie wyświetlała się komicznie powiększona.

Dzięki innym niż w iPhone’ie proporcjom ekranu, wersja dla iPada pozwala na wykorzystanie 20 zamiast 15 pól. Bardzo byłem ciekaw jak deweloper poradzi sobie z obracaniem ekranu, tj. jak interfejs będzie na to „reagował”. Wybrał rozwiązanie najprostsze, choć dość specyficzne – układ ikon w żaden sposób się nie zmienia; one same obracają się o 90°. Problemem jest tu fakt, że zasada działania Launch Center Pro opiera się na pamięci mięśniowej, co w przypadku tak obracających się elementów nieco traci sens. Ikona, która w położeniu poziomym znajduje się w prawym górnym rogu, po obróceniu iPada pojawia się w prawym dolnym rogu – tyczy się to zarówno ikon na ekranie głównym, jak i wszystkich akcji wewnątrz grup. Sprawiło to, że opracowanie układu, który sprawdzałby się w obu położeniach zajęło mi sporo czasu. Gdy już jednak to zrobiłem…

Magia, mówię Wam. I obiecuję (wiem, że po raz kolejny) poświęcić jeden „temat numeru” właśnie na Launch Center Pro „w praktyce”. Już niedługo.

Launch Center Pro jest jedną z najważniejszych aplikacji u mnie; tak samo jak w Keyboard Maestro, LaunchBar, 1Password czy Hazel w OS X – nie wyobrażam sobie używania iPhone’a (a pewnie za niedługo iPada) bez niej. Zastanawiałem się nawet ile musiałaby kosztować, żebym jej nie kupił. Nie chcecie wiedzieć do jakiego doszedłem wniosku.

» Launch Center Pro for iPad – 4,49 €

Peek Calendar

Wspominałem już jakiś czas temu, że mimo iż jestem zadowolony z duetu kalendarzy, jakie używam na iPhone’ie (Fantastical i Calendars 5), nadal śledzę nowe pozycje w tej kategorii. Peek Calendar jest jedną z nich:

» link do wideo

Choć to prosta aplikacja, żadną miarą nie mogąca równać się z wymienionymi wyżej, to nie sposób odmówić jej innowacyjnego podejścia i ciekawego, bardzo prostego interfejsu.

Żeby móc go wypróbować u siebie, musiałem całkowicie wyłączyć jeden ze swoich kalendarzy, co okazało się nie być wcale takie proste, ze względu na fakt, że Peek nie rozdziela kalendarzy między iCloud a Google, więc jeśli w obu usługach kalendarz ma tę samą nazwę (a ma, bo w ten sposób testowałem obie usługi), trzeba zgadywać. Może i nazwałbym to wadą, ale zmusiło mnie to do „posprzątania” w swoich kalendarzach, więc wyszło mi to tylko na dobre.

Po wyłączeniu wspomnianego powyżej kalendarza, który zawiera co najmniej kilka wydarzeń każdego dnia, Peek zaczął mieć sens, bo prezentowane przez niego dane stały się użyteczne. Poniżej zamieszczam zrzut ekranu z dziś:

Wystarczy jedno spojrzenie, bez żadnego scrollowania, żeby stwierdzić, że dziś mam dość luźny dzień, a przyszły tydzień w dużej mierze zaplanowany. Podoba mi się to. Podobnie jak fakt, że po uruchomieniu nie widzę „wczoraj” (pisałem o tym wiele razy; to podstawa dobrego kalendarza cyfrowego).

Wybór godziny spotkania czy długości jego trwania (co najlepiej widać na powyższym filmiku) również są świetne – bardzo dobrze jest widzieć, że są deweloperzy, którzy nie korzystają z wciąż fatalnego, systemowego modułu Date Picker. Jedynym minusem jest fakt, że długość wydarzenia jest ograniczona do 8 godzin – każde dłuższe może być jedynie wydarzeniem całodziennym.

Nie wiem czy w moim przypadku istnieje jakikolwiek sens zatrzymywania trzeciej aplikacji, będącej kalendarzem w moim telefonie, ale z czystym sumieniem mogę polecić, zwłaszcza tym, którzy jeszcze nie przekonali się do używania kalendarza w telefonie w ogóle.

» Peek Calendar – 1,79 €

FlatPomodoro

Nie korzystam już z filozofii Pomodoro przy pracy, a przynajmniej nie tak często, jak kiedyś, ale jeśli Wy tak, to nie mogę nie polecić (poleconej mi – dzięki, Tomek!) aplikacji FlatPomodoro, która bez dwóch zdań jest najładniejszą ze wszystkich, jakich używałem do tego celu.

Jest tak atrakcyjna wizualnie, że jej jedyną wadą jest brak możliwości wyłączenia Auto-Lock z poziomu aplikacji (trzeba to zrobić w ustawieniach systemowych), bo na telefonie stojącym w stacji dokującej obok komputera, FlatPomodoro wygląda świetnie.

» FlatPomodoro – darmowa

Say & Go

Jestem raczej „typem piszącym” niż „mówiącym”, więc do szybkich notatek na telefonie używam Drafts. Gdyby jednak było inaczej, z pewnością zamieniłbym ją w Docku z aplikacją Say & Go, która pozwala na błyskawiczne nagrywanie krótkich notatek głosowych (nagrywanie rozpoczyna się już w momencie uruchomienia aplikacji i może automatycznie się zakończyć po ustalonym w opcjach czasie) i wysyłanie ich do Dropboxa, Evernote lub do własnej skrzynki pocztowej za pomocą jednego prostego gestu:

» link do wideo

» Say & Go – 1,79 €

Scribe

W ostatnim numerze „à propos piątku” polecałem aplikację Evercopy, służącą do przesyłania danych między telefonem a komputerem. Od tego czasu w App Store pojawiła się aplikacja Scribe, która służy do tego samego, ale w zupełnie inny sposób. Evercopy korzysta z API Dropboxa, więc do działania wymaga połączenia obu urządzeń z internetem (bez względu na to czy jest to Wi-Fi czy 3G/LTE), Scribe z kolei, wykorzystuje do tego celu technologię Bluetooth LE (tę samą, co aplikacja Knock), więc jest wspierana tylko przez nowsze Maki (dla przykładu Mac Pro z 2013 – nie Late 2013 – nie posiada takiego modułu).

I choć w prezentacji na stronie wszystko wygląda ładnie i prosto, w praktyce natrafiłem na sporo ograniczeń. Po pierwsze, Scribe i Knock w jakiś sposób się nie lubią (nie wiem czy istnieje jakieś ograniczenie, mówiące o tym, że tylko jedna aplikacja może korzystać z Bluetooth LE jednocześnie), bo dopiero wyłączenie jednej z nich sprawia, że druga działa stabilnie. Po drugie, Scribe potrafi wysyłać dane tylko z komputera do telefonu/tabletu – nie odwrotnie (w Evercopy mogę przesyłać informacje nawet pomiędzy dwoma urządzeniami iOS). I po trzecie – i najważniejsze – Scribe w iOS może być połączona tylko z jednym komputerem jednocześnie. Tj. jeśli masz w domu dwa komputery, z których korzystasz regularnie i chcesz wysłać do telefonu coś z komputera, który nie jest aktualnie przypisany w Scribe na telefonie, musisz najpierw odlinkować drugi komputer, połączyć ten, którego używasz i dopiero przesłać dane (co więcej, przesłany do Scribe link nie jest klikalny – to zwykły tekst, który należy ręcznie skopiować do paska adresu przeglądarki).

Tym samym, choć podejście wydawało się ciekawe, pozostaję przy Evercopy.

» Scribe – 2,69 €

LaCie Little Big Disk Thunderbolt 2

Jestem fanem tych małych dysków, produkowanych przez LaCie (używam jednego z poprzednich modeli; też dwudyskowego, ale z FireWire 800) – ogromna wydajność (ok. 1350 MB/s przy odczycie sekwencyjnym i 1150 MB/s przy takim samym zapisie, zakładając, że komputer, do którego jest podłączony ma port Thunderbolt 2) i nieomal kieszonkowe rozmiary. To przydaje się bardzo, gdy pracuje się na dwóch komputerach na przemian, np. w domu i biurze lub na laptopie i komputerze stacjonarnym.

I choć jakiś czas temu wyposażyłem się w 4-dyskową macierz z Thunderbolt, więc nie odczuwam żadnych potrzeb w tej materii, to przyznaję, że nowy LBD wygląda bardzo kusząco. Ciekawa jest również zmiana koloru; wszystkie poprzednie modele były srebrne, najnowszy jest czarny – czyżby Mac Pro wyznaczył nowy trend?

» LaCie Little Big Disk Thunderbolt 2

Shortcut-S Keyboard

Już kiedyś w „à propos piątku” pojawiła się o informacja o palecie narzędzi, służących do szybszej i łatwiejszej obsługi oprogramowania poprzez zastosowanie fizycznych suwaków, pokręteł i przycisków. Uznałem za nieprzydatne dla siebie, ale rozumiałem pobudki, kierujące twórcami. O poniższym przypadku – zewnętrznej klawiaturze dla Photoshopa z 319 przyciskami – nie mogę jednak napisać tego samego.

Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, pomyślałem, że to parodia niektórych kickstarterowych projektów, swoista karykatura w rozmiarze A3. Okazało się, że nie. Twórcy zdają się wierzyć w użyteczność swojego projektu, więc tylko uśmiecham się pod nosem i przekazuję link dalej. Bo choć rozumiem, że przywiązanie do istniejących rozwiązań jest przeciwieństwem innowacji, to jednak za taką innowację dziękuję.

» Shortcut-S Keyboard – $89

Duo

Narzędzia do projektowania „responsywnego” stają się równie popularne jak ono samo. Tym razem przeglądarka, która wyświetla projektowaną stronę w dwóch wielkościach (szerokościach viewportu) jednocześnie:

» link do wideo

Abstrahując od samej funkcjonalności, bardzo podoba mi się estetyka samej aplikacji – Safari mogłoby tak wyglądać.

» Duo – 4,49 €

Photoshop 14.2

Nie sądzę, żeby Photoshop, jako narzędzie, potrzebował jakiejkolwiek rekomendacji z mojej strony – nie dlatego się tu pojawia. Powodem jest ostatnia aktualizacja, która przyniosła trzy duże zmiany; linkowane obiekty inteligentne (działające tak, jak w InDesign), obsługę drukarek 3D (zawsze, gdy o takich myślę, pojawia mi się w głowie pomysł, żeby taką kupić, za jej pomocą wydrukować inną drukarkę 3D i tę kupioną oddać, ale mam graniczące z pewnością podejrzenie, że ten żart bawi tylko mnie) i najważniejsze – narzędzie do „wypaczania” perspektywy:

» link do wideo

Co za czasy.

Layrs

Na łamach „à propos piątku” niejednokrotnie pojawiały się wtyczki i rozszerzenia, usprawniające pracę z Photoshopem. Dziś kolejne, świetne narzędzie, którego powinien użyć każdy przed przesłaniem pliku do klienta, dewelopera czy nawet „kolegi po fachu”:

» Layrs – darmowe

CMYK Playing Cards

Joker jest super.

» link do wideo

» CMYK Playing Cards – £9

The Gap

Świetnie wykonane i bardzo treściwe wideo:

» link do wideo

Nowości od Fujifilm

Fujifilm, zgodnie z zapowiedzianym wcześniej planem, wprowadziła do sprzedaży obiektyw 56/1.2 do swojego systemu X, w którym daje on ekwiwalent ogniskowej 84mm. Tym samym, system X stał się bardzo łakomym kąskiem ze swoim 14/2.8 (do którego w drugiej połowie roku ma dołączyć jeszcze jeden szeroki kąt, tym razem jaśniejszy), 23/1.4, 35/1.4 i teraz, portretowym, 56/1.2. Podejrzewam, że takim zestawem i dwoma X-Pro1 (zwłaszcza po aktualizacji firmware do 2.0) mógłbym sfotografować reportaż ślubny nie gorzej (z perspektywy klienta, nie mojej) niż tym, co posiadam (i jeśli tylko będę miał taką możliwość, kiedyś na pewno spróbuję, z czystej ciekawości chociażby).

Drugą z nowości Fujifilm jest zupełnie niespodziewanie wprowadzona na rynek czarna wersja modelu X100s. W odróżnieniu od X100, w tym przypadku nie jest to żadna limitowana edycja, która – przynajmniej na początku – kosztowała ponad 50% więcej niż standardowa wersja X100. Tym razem ceny obu kolorów są identyczne.

Generalnie w podobnych przypadkach wolę srebrne wersje aparatów (Leica M, Nikon Df), ale gdybym decydował się na X100s, z całą pewnością wziąłbym czarny. Z czerwonym spustem i oryginalną osłoną przeciwsłoneczną musi wyglądać zjawiskowo.

Jednak najważniejszą z ostatnich premier Fujifilm, bez wątpienia jest X-T1. Najnowszy model systemu X nie zastępuje żadnego z wcześniejszych modeli, będąc początkiem nowej linii „przypominających lustrzankę aparatów wyposażonych w mechaniczne pokrętła (…)” (to cytat ze strony producenta).

Istotnie, X-T1 stara się przypominać klasyczne konstrukcje aparatów fotograficznych, imitując nawet obudowę pryzmatu na obudowie, czym – w mojej opinii – całkowicie zniszczył estetykę poprzednich modeli. X-Pro1 podobał mi się właśnie ze względu na swój dalmierzowy urok, prostą obudowę przypominającą Leikę czy Zeissa Ikona i brak logo producenta na przedniej ściance, które w przypadku X-T1 jest umieszczone tak samo jak we wszystkich innych lustrzankach i im podobnych. Podobnie jak one, ten mały bezlusterkowiec, w materiałach promocyjnych, prezentowany jest często z dodatkowym uchwytem pionowym, znacznie zwiększającym rozmiar korpusu.

Ma to pewnie za zadanie przekonać potencjalnych nabywców, że jest to profesjonalne narzędzie, ale jak dla mnie, jest to wysyłanie sprzecznych sygnałów; coś w rodzaju „zmień swoją lustrzankę na nasz nowy, mniejszy, ale równie dobry aparat, który może być tak samo duży jak Twoja lustrzanka”. To oczywiście bardzo subiektywna kwestia, ale nawet jeśli z punktu widzenia Fujifilm, zarówno X-T1, jak i X-Pro1 są modelami flagowymi, dla mnie ten drugi pozostaje królem.

Prawdopodobnie pozostanę odosobniony w swojej opinii, bo z tego co widziałem, zachwytom nad tym aparatem nie ma końca. Z pewnością jest to w dużej mierze spowodowane tym, że aparat ten posiada wszystko to, czego współczesny fotograf może od niego wymagać, plus trochę więcej; czyli:
– duży wizjer elektroniczny z innowacyjnym, trybem „podwójnym”, pozwalającym na jednoczesny podgląd całego kadru i powiększenie fragmentu w celu potwierdzenia ostrości,
– 49-punktowy moduł AF, pokrywający niemal cały kadr, którego działanie w trybie seryjnym (8 kl./s) robi wrażenie – bardzo niewiele „dużych” lustrzanek może się z nim równać w tej materii,
– obudowę odporną na trudne warunki atmosferyczne (producent szczyci się działaniem aparatu przy -10°C; aparaty, których używam aktualnie mają w specyfikacji podane 0 – 40°C, ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek odmówiły mi posłuszeństwa na mrozie),
– moduł Wi-Fi, pozwalający na sterowanie aparatem z poziomu aplikacji w smartfonie lub przesyłanie zdjęć do komputera czy tabletu,
– możliwość poklatkowego wykonywania zdjęć z poziomu menu aparatu (odstęp od 1s do 24h z ilością klatek od 2 do 999).

Nie ukrywam, że z powyższych, najbardziej bardzo podoba mi się rozwiązanie obracające interfejs graficzny danych w wizjerze, gdy aparat trzymany jest w pozycji pionowej.

O ile wiem, żaden aparat wcześniej nie oferował takiej możliwości (i przez lata wszyscy nauczyliśmy się odczytywać wszystkie informacje, mimo że były obrócone, więc nie nazwałbym tego czymś koniecznym, ale dobrze jest widzieć tego rodzaju ułatwienie). Choć brak wizjera optycznego nadal uważam za minus (wiem, wiem, od tego jest X-Pro1 w ofercie), nawet jeśli ten elektroniczny ma najmniejsze opóźnienie ze wszystkich wizjerów na rynku.

Mimo wszystkich zalet X-T1 i podejrzenia, że jest to znakomite narzędzie, wiem bardziej niż kiedykolwiek, że nie jest to aparat dla mnie. Powód jest banalny, ale nie wiem czy powinienem przyznawać się do niego publicznie. Problemem jest bowiem fizyczna wielkość matrycy. Nie wiem czy ostatnio „modniejsze” jest narzekanie na brak pełnej klatki w nowych aparatach czy właśnie tłumaczenie „pełnoklatkowym niedowiarkom”, że matryca w rozmiarze APS też nadaje się do robienia dobrych zdjęć. Nie chciałbym należeć do żadnej z powyższych grup i wiem, że APS sprzed kilku lat to nie to samo, co APS dziś. Jednak dla kogoś, kto od kilku lat na codzień fotografuje aparatem z matrycą pełnoklatkową, przejście na APS – w zakresie samego obrazu – jest krokiem wstecz. W moim przypadku, sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo dla mnie właśnie pełna klatka wciąż jest takim „krokiem wstecz” (przez pierwsze 4-5 lat fotografowałem wyłącznie w formacie 6×6 i 6×7) i nadal niejednokrotnie po zrobieniu dobrego zdjęcia, łapię się na tym, że myślę „szkoda, że to nie średni format”.

Weźmy dla przykładu zdjęcia biegnącej dziewczynki, do których link umieściłem kilka akapitów wyżej; wszystkie wykonane nowym 56/1.2 wpiętym właśnie do X-T1. AF się spisał doskonale, wszystkie ostre należycie, ale co z tego, skoro ładniejszy obrazek wygeneruje ponad dwukrotnie tańszy 85/1.8 w jakimkolwiek korpusie z pełnoklatkową matrycą? Innymi słowy; 56/1.2 może być najlepszym obecnie obiektywem portretowym dla APS-C (a na pewno najlepszym w systemie X), ale to nadal nie jest (i nie będzie, bo jest to ograniczone fizyką) obraz, którego bym oczekiwał. Innymi słowy, tak samo jak X-T1 nie jest dla mnie, tak samo X-T2 czy X-T3 (z modułem GPS, czułością do 204800 ISO, jedenastoma klatkami na sekundę, elektronicznym wizjerem, generującym obraz w czasie rzeczywistym i pięcioosiową stabilizacją obrazu w korpusie) nie będą, mimo że prawdopodobnie będą najlepszymi aparatami w swojej klasie i wielokrotnie będę je polecał, zazdroszcząc ich posiadaczom pierścienia przysłon na obiektywach.

Na koniec, uprzedzając pytania; czy kupiłbym X-T1, gdyby miał matrycę o rozmiarach 36×24mm? Prawdopodobnie tak, pod warunkiem, że korpus stałby się większy. Gdyby X-Pro1 miał takową? Tak, na pewno. Czy jest szansa, że Fujifilm wprowadzi pełnoklatkowy korpus? Nie, nie sądzę. Z moich obserwacji wynika, że rozwój systemu X jest tak dynamiczny, że zwyczajnie nie wierzę, że w Fujifilm pracuje oddzielny zespół inżynierów, projektujących zupełnie nową linię obiektywów.

» Fujifilm X-T1

Pozostałe nowości z CES

Nikon zaprezentował następcę swojego wysłużonego już obiektywu 35mm f/2.0D – model 35mm f/1.8G (co prawdopodobnie będzie powodować pewne zamieszanie, bo taki obiektyw już istnieje w ofercie Nikona, ale ma dopisek DX zamiast FX – my wiemy na czym polega różnica, ale sprzedawcom w sklepach ze sprzętem fotograficznym już współczuję). Oznacza to, że w serii G o świetle f/1.8 brakuje już tylko obiektywu 24mm (wiem, że wielu na niego czeka, bo 28mm to jednak nie 24mm).

Jedynym problemem jaki dostrzegam w tym obiektywie jest jego cena – został wyceniony na $600, więc spodziewam się w Polsce ceny na poziomie 2199 zł (czyli ok. 850 zł więcej niż poprzednik), a to oznacza, że Sigma 35/1.4 (kto ma, ten wie jak dobry to obiektyw) to już tylko 950 zł więcej.

À propos Sigmy; na tragach CES pojawił się też następca mojej 50-tki – obiektyw 50mm f/1.4 DG HSM | Art, który wygląda przedziwnie. Jest bardzo długi jak na 50mm; jak Zeiss Otus, choć pewnie będzie od niego wielokrotnie tańszy.

Jestem zawiedziony o tyle, że spodziewałem się, że następnym stałoogniskowym obiektywem od Sigmy będzie 24mm f/1.4 z serii Art, zwłaszcza, że o swojej 50mm f/1.4 DG HSM nadal nie mogę powiedzieć złego słowa.

» Nikon 35mm f/1.8G ED
» Sigma 50mm f/1.4 DG HSM | Art

Miggo

Miggo, to kolejny kickstarterowy produkt, który stawiam na równi ze wspomnianą chwilę wcześniej klawiaturą dla Photoshopa. Nie lubię przedmiotów, które są rezultatem tak wielu kompromisów. Miggo nie jest bowiem ani fajnym paskiem, ani fajnym pokrowcem, a jego jedyną zaletą jest to, że jest obydwoma jednocześnie.

» link do wideo

Nie pytajcie mnie, proszę, co sądzę o sloganie produktu.

» Miggo – $40

Platinum Palladium Printing with Leica M Monochrom

Tworzenie odbitek platynowo-palladowych we własnym domu to jedno z moich największych fotograficznych marzeń:

» link do wideo

Choć ten wydruk negatywu na folii – nie jestem do końca przekonany… A może po prostu się starzeję?

Moment

Fotografia wykonywana telefonem, jako taka, zupełnie mnie nie interesuje. Nic do niej nie mam; znam i cenię osoby, które w ten sposób tworzą świetne obrazki, ale na pewno nie jest to dla mnie, choć dostrzegam jak dynamicznie rozwija się technologia w tym zakresie. Świetnym przykładem jest trwający jeszcze 5 dni (choć dawno temu „ufunodowany”) kickstarerowy projekt Moment:

» link do wideo

Niejednokrotnie sam skorzystałbym z takiego tele, bo wierzcie mi lub nie, ale zdziwilibyście się z jakim trudem przychodzi mi zrobienie zdjęcia jakiegoś detalu iPhone’em (mimo że ogniskowa jest przecież zbliżona do tej, jakiej używam na codzień w swoich apratach).

» Moment – $49

Elgin Park: An Ideal American Town

Zobaczcie kilka poniższych zdjęć:

A teraz zobaczcie te zestawienia:

Przyznaję, nietrudno było się nabrać.

» Michael Paul Smith’s Elgin Park

Reporter

Kilka miesięcy temu na łamach „à propos piątku” wspominałem o projekcie Nicholasa Feltona, który „zmierzył swoje życie” w 2012 roku; notował i obliczał swoją produktywność, długość snu, czas spędzony ze swoją dziewczyną czy wypite kawy. Pewnie niektórzy uważają to za dziwne; ja byłem zachwycony. (Dla osób regulanie czytających „à propos piątku” nie powinno być to zaskoczeniem; do dziś bardzo lubię i używam aplikację Last Time i Habit List). Tym bardziej, że rezulaty przedstawił w postaci infografik tak znakomitych, że do dziś stanowią dla mnie wzór.

Ja w tym czasie liczyłem tylko czas spędzony na spaniu, początkowo używając aplikacji Sleep Time, której jednak ciężko było zaufać – kilkukrotnie straciłem dane – później w formie wpisów do arkusza w Google Docs, o których Launch Center Pro cyklicznie mi przypominał, pozwalając na błyskawiczne ich zapisanie. Szybko uznałem jednak, że ten drugi sposób można wykorzystać w wielu innych sytuacjach. Bez względu jednak na to co chciałoby się „obliczyć”, sam arkusz w Google Docs nie wystarczy; zachowuje on tylko suche dane i potrzeba sporo czasu, żeby atrakcyjnie przedstawić zebrane dane.

Do dziś (a właściwie do przed-przedwczoraj, zakładając, że czytacie to w dniu publikacji „à propos piątku #058”). Felton wspólnie z deweloperem Drew Breuningiem stworzyli aplikację Reporter, która w jednym miejscu przechowuje zebrane dane, automatyzując ich zbieranie (poprzez powiadomienia, na które można odpowiedzieć „Tak”/„Nie”, wybrać jedną z kilku opcji czy wspisać tekst) na podstawie listy pytań, które można rozbudować o własne i dodając do danych Twoje położenie, liczbę kroków, jakie przeszłaś/przeszedłeś danego dnia (jeśli używasz iPhone’a 5S), a nawet poziom głośności w pomieszczeniu, w jakim przebywasz.

Jest oczywiście za wcześnie żebym napisał, co sądzę o samej aplikacji i sposobie przedstawiania danych przez nią (choć cieszy fakt, że oferuje eksport tych danych do CSV czy JSON), ale jestem bardzo chętny, żeby to sprawdzić. Podejrzewam bowiem, że za kilka lat, z gadżetami takimi jak Fuelband, Fitbit, aplikacjami typu Moves, a przede wszystkim z iPhone’em, który już teraz ma specjalny układ M7, analizujący ruch, raportowanie wielu naszych aktywności stanie się całkowicie zautomatyzowane. Reporter pomaga dziś zebrać te dane, których gadżety jeszcze nie potrafią sprawdzić same.

A jeśli takie raportowanie wciąż wydaje się Wam dziwne, myślę, że poniższy cytat dewelopera w wywiadzie dla The Verge, może dać do myślenia:

„I want you to be scared by your routine, or by decisions you haven’t thought about because you don’t want to face them.”

» Reporter – 3,69 €

Day One Publish

Twórcy aplikacji Day One, ogłosili niedawno, że testują swoją nową usługę, nazwaną Publish. Jak nietrudno się domyśleć, jej zadaniem jest publikacja wybranych wpisów w Day One na specjalnie do tego przygotowanej stronie, skąd mogą być w łatwy sposób przesyłane do najpopularniejszych sieci społecznościowych.

I choć rzeczywiście, strona jest dobrze zaprojektowana (kod zdradza, że planowane jest użycie fontu Whitney, co jest bardzo dobrą decyzją), to tak bardzo życzyłbym sobie, żeby jednak nie szli tą drogą. Największą siłą Day One jest jego prywatność. Jest takim zamkniętym, prywatnym kącikiem naszego całego internetowego (a tym samym publicznego) jestestwa. Tak go postrzegam i wolałbym, żeby takim właśnie pozostał. I wiem, że dopóki sam niczego nie opublikuję, pozostanie to prywatnym, ale bardziej chodzi mi tu o kierunek rozwoju samej aplikacji.

I być może jestem w tej opinii odosobniony, albo po prostu używam Day One w bardzo staroświecki sposób, ale pomysły typu Slogger czy niedawno upubliczniony Sifttter również wydają mi się nie pasować do całokształtu Day One. Choć, kto wie, może musiałbym któregoś razu spróbować jednego z nich i dopiero wtedy bym się przekonał?

» Day One Publish

Durr

Nieco ponad miesiąc temu, podczas targów CES, producent „inteligentnych” zegraków Pebble, zaprezentował nowy model – Pebble Steel. Ta sama technologia została tym razem opakowana w stalową kopertę i wyposażona w stalową bransoletę lub skórzany pasek.

Wciąż mi się nie podoba. Dużo ciekawszym wydaje mi się rezultat projektu norweskiego duetu Theo Tveteråsa i Larsa Marcusa Vedelera, którzy stworzyli coś pomiędzy zegarkiem a „metronomem codziennego życia”, który stara się nieco zmienić naszą percepcję mijającego czasu:

» link do wideo

Szkoda tylko, że sam produkt jest tak brzydki.

» Durr – 90 €

Type

Ubawiłem się, a to bardzo poważny produkt jest:

» Type – $235

Superpedestrian – The Copenhagen Wheel

Nie sądzę, żebym chciał zamienić swój rower w hybrydę, ale muszę przyznać, że technologia zawarta w tym czymś, robi na mnie ogromne wrażenie:

» link do wideo

» Superpedestrian – $799

Sony 4K Ultra Short Throw Projector

Od jedenastu lat żyję w domu, w którym nie ma telewizora (nawet wcześniej, mieszkając w miejscu, w którym telewizor „był na stanie”, używałem go bardzo rzadko i tylko jako „wyświetlacz materiału wideo”), co jest świadomą decyzją, podpartą co najmniej kilkoma powodami (których jednak nie będę tu wymieniał, bo ani to miejsce ani czas). Przyznaję jednak, że czasem myślę o możliwości zakupu takiego odbiornika, tylko po to, żeby móc go podłączyć do Apple TV. Najczęściej kończy się jednak na tym, że zamiast sprawdzać aktualną ofertę telewizorów, przeglądam cenniki projektorów, które w moim przypadku, prawdopodobnie sprawdzą się lepiej.

W ten sposób dotarłem do zaprezentowanego przed kilkunastoma dniami nowego projektora Sony:

Mimo że pierwszym moim wrażeniem było głośne „wow”, to jednak nie potrzebuję 147″ (choć może pracować w zakresie od 66″ do 147″), nie potrzebuję wsparcia 4K co najmniej przez kilka najbliższych lat (o ile w ogóle), a już na pewno nie zapłaciłbym $30,000 za takie coś, nawet gdybym je miał. Dobrze jednak wiedzieć, że technologia pozwala już na budowę projektorów krótkiego rzutu, których nie tylko specyfikacja powala na kolana, ale które również mogą stanowić bardzo atrakcyjną wizualnie ozdobę salonu.

» Sony 4K Ultra Short Throw Projector

MK1 Transforming Coffee Table Wood | Mini

Meble z Duffy London obserwuję już od pewnego czasu (zawsze się uśmiecham widząc ich Swing Table; głównie dlatego, że ignoruję jego cenę), ale przeoczyłem stolik kawowy, który w dwóch ruchach może stać się normalnym, dużym stołem do jadalni:

» MK1 Transforming Coffee Table Wood | Mini – £795

Porsche 356C

Przeglądałem ostatnio archiwalny magazyn źródeł zebranych przez ostatnie kilkadziesiąt tygodni z myślą o publikacji w „à propos piątku”. Nie wszystkie pozycje stamtąd zostały opublikowane, w tym także pewien materiał wideo o pewnym klasycznym samochodzie. Wówczas zrezygnowałem z publikacji go w którymś ze wczesnych wydań, ale gdy tym razem do niego wróciłem, odkryłem, że nie tamten kilkuminutowy film nie był jednorazową realizacją, a cotygodniowym cyklem. I przepadłem.

Mowa o stronie Petrolicious, prezentującej jeżdżące do dziś motoryzacyjne klasyki wraz z ich historiami, opowiadanymi przez ich właścicieli. Całość jest przyjemna dla oka i ucha, więc tym razem nie mogłem się powstrzymać od polecenia (przepadłem na tyle, że pierwszy raz w życiu zasubskrybowałem kanał na YouTube, żeby nie przegapić żadnego z kolejnych filmów).

Jako przykład wybrałem jedno ze starszych nagrań, prezentujące fascynującą historię pewnego Porsche 356C, którego repliki fotografia tak bardzo spodobała się części z Was kilkanaście dni temu:

» link do wideo

Minimalism

Nie mogę się doczekać tego filmu, wiadomo:

» link do wideo

Unread

O projekcie „Unread” dało się słyszeć głosy już kilka miesięcy temu. Zapisałem się wówczas do newslettera, żeby zostać poinformowanym o publikacji nowego czytnika RSS dla iPhone’a, gdy tylko się ukaże, choć – przyznaję – daleki byłem od ekscytacji (mimo że wiedziałem, że stoi za nim Jared Sinclair – deweloper, mający na swoim koncie aplikację Riposte, którą uznałem za najwygodniejszą w użyciu, jeszcze „za czasów iOS 6”). Odkąd bowiem zainstalowałem Mr. Readera na swoim iPadzie, usunąłem wszystkie czytniki RSS z telefonu. Nie tylko dlatego, że Mr. Reader dzięki swojej funkcjonalności (którą można swobodnie rozbudowywać dzięki pełnemu wsparciu URL schemes przy tworzeniu nowych akcji) był dla mnie dużo lepszą (nie mylić z „ładniejszą”) aplikacją niż jakiekolwiek inne z App Store, ale również dlatego, że zaglądałem tam tylko w czasie wolnym, kiedy to znacznie wygodniej było mi to zrobić na relatywnie dużym ekranie iPada niż na telefonie.

Ten brak ekscytacji okazał się sporym błędem, bo gdybym wiedział jak dobrym czytnikiem będzie Unread, nie mógłbym się go doczekać.

Autor aplikacji słusznie zauważa, że RSS to tak naprawdę sam tekst i kilka znaczników, więc – przynajmniej w teorii – w łatwy sposób jest stworzyć atrakcyjną wizualnie aplikację, z naciskiem na czytelność i komfort czytania (jedno nie zawsze idzie w parze z drugim). Projektowanie czytnika RSS tak, jak projektuje się klienty e-mail to spory błąd (Mr. Reader nie jest tu wyjątkiem). To pchnęło dewelopera do stworzenia Unread, który w zamyśle ma być czytnikiem używanym w wolnym czasie, kiedy na spokojnie można się w pełni skupić na czytanych treściach. Ktoś powie, że to czysty marketing – nawet jeśli; ja to kupuję. Tym bardziej, że interfejs i typografia potwierdzają powyższą filozofię na każdym kroku.

Jared zdecydował się na użycie kroju Whitney (z bardzo kontrowersyjnej ostatnio wytwórni Hoefler & Frere-Jones), co było doskonałym pomysłem, bo na ekranie Retina wygląda on znakomicie. Ważniejszym jednak od powyższego zabiegiem, jest sposób w jaki przedstawiane są poszczególne wpisy – zamiast upakowania jak największej ilości elementów na liście wpisów, deweloper – w myśl wspomnianej wcześniej filozofii – zdecydował się na układ, w którym widoczny jest jeden do dwóch wpisów (w zależności od tego, czy któryś z nich zawiera zdjęcie oraz od wielkości kroju pisma, wybranego w opcjach aplikacji, nie systemu). Ta niska „gęstość” niejako narzuca ten powolny sposób na zapoznanie się z treściami, co uznaję za ogromną zaletę aplikacji.

Wizualna prostota nie oznacza jednak braku funkcjonalności. Unread obsługuje aktualizowanie w tle, a na liście serwisów, do których można eksportować wpisy, brakuje mi tylko Evernote (a jest nawet Reading List, OmniFocus, 1Password czy Pinboard). À propos eksportu, Unread podchodzi do tego w dość specyficzny sposób; np. przy podzieleniu się wpisem via Mail, Unread nie wkleja do wiadomości samego linku, ale także tytuł i kilka linijek wstępu. W ten sam sposób wygląda eksport do Drafts, co czyni z niego alternatywę dla np. Pocket – znajdujesz coś ciekawego z czym chcesz zapoznać się później, więc eksportujesz do Drafts i jeśli masz ustawione Drafts tak, jak ja, plakietka na jej ikonie przypomni Ci, że czeka tam na Ciebie link i wstęp do artykułu, który chciałeś przeczytać.

(Powyższe zrzuty ekranu pochodzą z „ciemnej wersji” aplikacji – w opcjach można wybrać jeszcze motyw dzienny, a z czasem mają pojawić się tam kolejne).

Podobnie jak Riposte, Unread obsługiwany jest gestami (i tylko gestami; nie znajdziecie w nim przycisku „Back”), które bardzo łatwo zrozumieć i zapamiętać. Nie wszystko jednak jest w niej doskonałe, zwłaszcza jeśli w swoich subskrypcjach RSS korzysta się z list/tagów; „tapnięcie” na dany tag domyślnie uruchamia listę subskrypcji (łącznie z tymi, w których nie ma żadnych nieprzeczytanych wpisów), a nie listę artykułów, jak dzieje się to w przypadku „tapnięcia” w identycznie wyglądające przyciski „Unread” czy „All articles”. Można wprawdzie to obejść, włączając w opcjach dodatkowy przycisk z ilością nieprzeczytanych artykułów na danej liście, którego kliknięcie włącza już żądany widok. Nie jest to duży problem, ale wolałbym, żeby opcje te były zamienione (tj. domyślnie uruchamiał się widok artykułów). Unread nie posiada też możliwości przejścia z jednego artykułu do następnego – Reeder i Mr. Reader umożliwiają takie przejście poprzez przeciągnięcie palcem do góry, gdy jest się przy końcu artykułu. W Unread trzeba wrócić do listy wszystkich, żeby przejść do następnego. Dodatkowo, choć po zapisaniu artykułu w jednym z innych serwisów wyświetla się mały (i często zabawny) komunikat, potwierdzający wykonanie tej akcji, to gdy eksportuje się artykuł z widoku przeglądarki, potwierdzenie się nie pojawia. I choć w ciągu ostatnich kilku dni używania aplikacji nie zdarzyło mi się, żeby coś nie zostało zapisane, to bez tego kominikatu, nigdy nie mam takiej pewności. Aktualnie są też pewne problemy ze stabilnością (zdarza się, że aplikacja sama się wyłącza bez ostrzeżenia), ale wiem od dewelopera, że są to dolegliwości wieku dziecięcego i większość z nich zostanie naprawionych w najbliższej aktualizacji (może się okazać, że gdy to czytacie, powyższe zdanie będzie już nieaktualne). Podejrzewam, że dla wielu z Was nie bez znaczenia będzie też brak aplikacji dla iPada. W moim przypadku, nie wiem czy mógłbym zrezygnować z Mr. Readera, bo bardzo mi on pomaga w zbieraniu i organizowaniu materiałów właśnie dla „à propos piątku”, a poza tym, mam iPada mini w wersji bez ekranu Retina, więc pewnie narzekałbym na sposób, w jaki wyświetla on krój pisma. A poważnie; jeśli się pojawi wersja dla iPada, rozważę założenie drugiego konta w Feedbin – jedno dla Mr. Reader ze wszystkimi źródłami, drugie dla Unread z tymi kanałami, w których czytam większość artykułów.

Kiedyś pisałem o nadmiarze informacji w zakresie kanałów RSS (im więcej się ich subskrybuje, tym mniej tak naprawdę się czyta) i mam wrażenie, że Unread – wbrew swojej nazwie – jest właśnie stworzony dla takiego minimalistycznego podejścia. Paradoksalnie, odkąd używam Unread, wartość w polu „Unread” jest znacznie niższa niż dotychczas, a czytanie w niej jest tak przyjemne, że dużo rzadziej przenoszę artykuły do Instapaper.

» Unread – 1,79 €

Facebook Paper

Już w pierwszych sekundach wideo, zapowiadającego nową aplikację Paper (nie rozumiem dlaczego Apple pozwala na istnienie kilku aplikacji o tej samej nazwie w App Store – w tym przypadku historia ma więcej niż jedno dno), stworzoną przez Facebooka, wiedziałem, że będzie to coś ciekawego. Gdy pobrałem ją kilka dni później (niezwłocznie po jej ukazaniu się w App Store), potwierdziłem wcześniejsze podejrzenie.

» link do wideo

Nie chodzi mi nawet o użyteczność tej aplikacji (bo w moim przypadku jest ona niewielka – czynnie korzystam z tego serwisu tak rzadko, że aż niebezpiecznie blisko „wcale”), a raczej o jej obsługę, o innowacyjny sposób przeglądania treści (choć pewne gesty uważam za nieprzemyślane i w dłuższym użytkowaniu męcząco niewygodne), o znakomitą fizykę obiektów, wreszcie o bardzo ludzki (między innymi dlatego, że także głosowy) przewodnik po aplikacji na początku. Trzeba sprawdzić samemu, żeby zrozumieć.

I nawet jeśli jest to tylko facebookowy Flipboard, to na mnie zrobił wrażenie i jest jedyną aplikacją Facebooka, jaką mam na swoim telefonie (i być może dzięki niej zacznę w końcu odczytywać wiadomości przesyłane tą drogą).

» Facebook Paper – darmowa

Threes!

W mojej historii z iOS istnieją tylko dwie gry, które zatrzymałem w swoim telefonie dłużej niż kilka minut – Letterpress i Dots. Właściwie „istniały tylko dwie gry”, bo właśnie dołączyła do nich trzecia, o zaskakująco pasującej do sytuacji nazwie „Threes!”.

Podobnie jak w przypadku wspominanych wyżej gier, zasada działanie jest prosta – na planszy 4×4, należy tak przesuwać rzędy cyfr, by je do siebie dodawać, tworząc wielokrotności. Jest kilka ograniczeń, a wszystkie z nich tłumaczy poradnik, automatycznie uruchamiający się po pierwszym uruchomieniu. Sam poradnik jest innowacyjny, ponieważ nie przedstawia samych zrzutów ekranów, tylko pomaga przeprowadzić pierwszą rozgrywkę, którą nawet można dokończyć, gdy zrozumie się już zasady.

Opis ten pojawia się w dziale „czas wolny” nie bez przyczyny. Należy się zaopatrzyć w spore jego zasoby przed pobraniem gry. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

» Threes! – 1,79 €

Stainless, 42 Street

Wow. Po prostu wow.

» link do wideo

Set Yourself Free

I na koniec:

» link do wideo