à propos piątku #059

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 3 lata temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Słowem wstępu #059

Zdaję sobie sprawę z faktu, że minęło sporo czasu od publikacji ostatniego wydania „à propos piątku”. Wbrew temu, co część z Was sądzi, a o czym dość dobitnie mnie poinformowała, nie czuję potrzeby jakiegokolwiek tłumaczenia się ani odpowiadania na roszczeniowe maile. Tworzenie tego cyklu nie jest i nigdy nie było żadnym moim obowiązkiem.

Przyznaję jednak, że żałuję, że na kolejny numer musieliście czekać tak długo; po części dlatego, że w międzyczasie pojawiło lub wydarzyło się wiele ciekawych rzeczy, a po części dlatego, że – jak się ostatnio dowiedziałem (za co dziękuję nadawcom maili) – dla części z Was jest to cenne źródło informacji.

Jednym z powodów dłuższej przerwy był też fakt, że ostatnio biegam więcej niż kiedyś, a tym samym przeznaczam na to większą część swojego wolnego czasu. Jak poinformował mnie serwis Endomondo w mailu sprzed kilku dni, na samym bieganiu spędziłem w kwietniu prawie 18 godzin (jeśli doliczyć do tego rozgrzewki czy dojazd potrzebny do niektórych miejsc, bo nie zawsze trenuję spod domu, z pewnością zrobiłoby się z tego 30 godzin).

Mniej więcej tyle samo czasu zajmuje mi napisanie i opublikowanie treści każdego wydania (z pominięciem czasu potrzebnego na zebranie tych informacji, rzecz jasna, ale tego nigdy nie liczę). Musicie jednak wiedzieć, że w zakresie dostarczanej mi radości i satysfakcji, bieganie zawsze będzie u mnie przed pisaniem.

Nie ukrywam też, że po części odpowiedzialny za coraz dłuższe przerwy między numerami jest sposób publikacji, na jaki się zdecydowałem. W praktyce bowiem, po dłuższym użytkowaniu i wielu próbach okazało się, że samo napisanie treści „à propos piątku” i uzupełnienie jej o media oraz linki to ledwie połowa czasu potrzebnego do oficjalnej publikacji. Pozostały czas jest konieczny do m.in. złożenia tej treści w magazynie na platformie ReadyMag, która, niestety, nie została stworzona do publikacji tak obszernych treści (podobnych problemów ze stabilnością czy szybkością działania, na które natrafialiście Wy podczas przeglądania, ja doświadczałem podczas składu). Następnym etapem było utworzenie archiwum, czyli tego miejsca w sieci, które pozwalało na komentowanie poszczególnych sekcji czy przeglądanie zawartości poprzednich numerów za pomocą tagów oraz kategorii. Dopiero po publikacji tych dwudziestu kilku postów, mogłem opublikować cały tekst na stronie, dodając uprzednio odpowiednie linki „skomentuj” do każdej z opisanych rzeczy. Cały ten proces był na tyle skomplikowany i czasochłonny, że odbierał mi chęć do pisania; wiedziałem, że nawet jeśli napiszę wszystko, co zaplanowałem, do końca zostanie mi jeszcze sporo mało ekscytujących czynności. Tym samym, po ponownym przeczytaniu maili od Was, przeanalizowaniu statystyk oraz własnych wnioskach, podjąłem pewne kroki, mające na celu uproszczenie całego procesu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, kolejny numer przygotowywać będę chętniej, a on sam powinien pojawić się wcześniej. Win-win situation.

Aktualności

Ze względu na fakt, że nie pisałem niczego od bardzo dawna, postanowiłem w pierwszej kolejności nadrobić zaległości, opisując – choćby pokrótce – to, co zmieniło lub pojawiło się od ostatniego numeru.

Po pierwsze i najważniejsze, The OmniGroup wznowili prace nad OmniFocus 2. Wersja beta tej aplikacji trafiła do testerów w połowie marca. Jak nietrudno się domyślić, zainstalowałem ją niezwłocznie i mimo że wiele zmieniło się na lepsze od czasu wcześniejszej bety, już pierwszego dnia zrobiłem kilkanaście akapitów notatek o tym, co mi w niej nie pasuje lub, co uważam za wykonane niepoprawnie. Były wśród nich takie pozycje jak zbyt mała gęstość informacji (przy tej samej wielkości okna wersja pierwsza była w stanie wyświetlić 27 pozycji, beta wersji drugiej – 12), brak możliwości edytowania domyślnych perspektyw, odświeżanie ekranu po zakończonej synchronizacji (frustrujące, jeśli było się w trakcie edytowania zadań czy projektów), kilka funkcjonalnych i wizualnych błędów w trybie Forecast czy niepotrzebne, domyślnie ustawione skróty klawiszowe. Dzięki uruchomionemu przez The OmniGroup forum, wszystkie te informacje można było przekazać twórcom, którzy – jak się okazało – potraktowali je bardzo poważnie (zwłaszcza, że piszących było wielu) i w pojawiających się codziennie nowych buildach, naprawili lub zmienili na lepsze wszystkie z powyższych niedoskonałości. To pierwszy raz, kiedy czytałem listę zmian z prawdziwą ekscytacją. Jedyna rzecz, która nie została zmieniona, to lokalizacja żółtych kółek znanych z OmniFocus 2 dla iPhone’a – te umieszczone są po prawej stronie, co w przypadku wąskiego ekranu telefonu miało sens (łatwiej wówczas odznaczyć zadanie kciukiem), lecz w przypadku ekranów 16:9 czy 16:10 zwyczajnie utrudnia pracę, zwłaszcza w trybie pełnoekranowym z wyłączonym panelem Inspektora. Trzeba się bowiem upewnić czy odznacza się odpowiednią pozycję, a odległość jaką wzrok musi pokonać, nie ułatwia tego zadania.

Gęstość informacji została znacząco poprawiona, choć nadal nie jest to poziom z OmniFocus 1.10. Mimo powyższych, jestem ogromnie zadowolony z obecnej formy aplikacji i faktu, jak bardzo wzmożone są prowadzone nad nią prace. Dość powiedzieć, że odkąd wersja beta zagościła w moim systemie, nie uruchomiłem poprzedniej wersji ani razu.

Drugą zmianą, którą uznaję za ważną był podział dysków SSD, jakiego musiałem dokonać przy swoim stanowisku pracy. Otóż to, na co narzekałem od samego początku używania systemu OS X Mavericks, czyli wolniejsze działanie Adobe Lightroom, jeśli się zmieniało, to tylko na gorsze. Kolejne wersje (zarówno systemu, jak i Lightroom) nie przynosiły żadnej poprawy – w trybie Library piłeczka plażowa pokazywała się niemal przy każdym przełączeniu się pomiędzy zdjęciami, przy każdej próbie dodania tagu czy naciśnięciu skrótu klawiszowego do eksportu. Nie pomagał fakt, że wszystkie podglądy 1:1 były wcześniej wyrenderowane, a one same znajdowały się na RAID 0 z dwóch dysków SSD. Byłem przekonany, że to problem z moimi katalogami, bo choć nie byłem jedynym, który narzekał, to nikt inny zdawał się nie mieć aż takich problemów. Utworzyłem więc zupełnie nowy katalog, zaimportowałem dane z poprzedniego (licząc, że może LR 5.3 nie podoba się, że używam katalogu stworzonego jeszcze w LR 1.4 i wielokrotnie aktualizowanego), ale i to nie pomogło. Pomyślałem więc, że to coś w moim systemie, ale przez długi okres nie miałem czasu, żeby to zweryfikować. Gdy w końcu rozłączyłem RAID i zainstalowałem „na czysto” OS X 10.9 oraz Lightroom i uruchomiłem swój nowy katalog, okazało się, że nadal nic z tego – wciąż nie dało się normalnie pracować. Pamiętając jednak, że w poprzedniej wersji – OS X 10.8 Mountain Lion – nie miałem żadnych problemów z wydajnością (nie licząc skromnego wykorzystania zasobów przy eksporcie, co jednak pewnie już się nie zmieni), na drugim dysku zainstalowałem więc starszy system. I, jak napisałem na Twitterze:

Ten sam komputer, taki sam SSD, ta sama biblioteka Lightroom – dwa różne systemy i kolosalna różnica w prędkości pracy LR (…)

Różnica jest tak duża, że od półtora miesiąca używam swojego komputera właśnie w dwudyskowej konfiguracji, przełączając się (skrótem klawiszowym w Keyboard Maestro, rzecz jasna) między systemami. I choć wiem, że nie brzmi to jak wygodne rozwiązanie, jest jedynym, które umożliwia mi normalną pracę. Owszem, ma to sporo minusów, bo choć przełączenie się pomiędzy systemami trwa nie więcej niż 30 sekund, to jednak wyłączenie wszystkich otwartych aplikacji, w których się aktualnie pracuje bywa problemem (gdy np. w tle trwa dekodowanie materiału wideo). Konfiguracja dwóch systemów także zajęła więcej czasu niż gdybym konfigurował jeden, ale z drugiej strony, takie rozwiązanie pozwoliło mi mieć system, na którym nie mam zainstalowane niczego, poza tym, co konieczne. W swoim 10.8 nie mam skonfigurowanego nawet klienta pocztowego, nie wspominając o Twitterze czy innych aplikacjach, które mogłyby przeszkadzać w pracy. Gdy pracuję, to pracuję.

Pod koniec lutego postanowiłem zrobić wreszcie coś ze swoją rozrastającą się w zastraszającym tempie biblioteką iTunes, oddzielając ją od swojego głównego komputera. Logicznym było więc, że wziąłem pod uwagę NASa Synology. Odpowiedzi na zadane na Twitterze pytanie nie nastawiły mnie pozytywnie do tego pomysłu (m.in. dlatego, że udostępniana w ten sposób biblioteka pozbawiona jest okładek – na to nie mógłbym się zgodzić). Jeśli nie NAS, to może wreszcie powinienem spróbować z drugim Makiem mini, pełniącym rolę serwera? Od ponad dwóch miesięcy używam (ukrytego za drzwiami w rogu przedpokoju) serwera (Macmini4,1), do którego podłączyłem większość moich zewnętrznych dysków (przy głównym mini została tylko macierz Thunderbolt) i …jestem więcej niż zadowolony z takiego rozwiązania. Owszem, udostępniany iTunes ma swoje ograniczenia (nie sądziłem, że nie będę mógł edytować zawartości udostępnianej biblioteki poprzez tworzenie i modyfikację playlist itp., co w liczącej ponad 4500 albumów kolekcji jest koniecznością, a co wcześniej robiłem na porządku dziennym), owszem, posiadany przeze mnie router drażni mnie nieubłaganie za każdym razem, gdy potrzebuję szybkiego dostępu do danych, znajdujących się na jednym ze zdalnych dysków i owszem, udostępnianie ekranu w OS X 10.9 działa znacznie gorzej niż w poprzednich systemach (pewnie czas najwyższy spróbować ze Screens, zwłaszcza, że istnieje też wersja dla iOS). Mimo to, komfort mojego miejsca pracy (poprzez pozbycie się sześciu non-stop pracujących dysków zewnętrznych, co przełożyło się na ciszę) wzrósł znacząco, a to, do czego zdolny jest taki serwer, wyposażony w Hazel, Keyboard Maestro i OS X Server, przerosło moje oczekiwania.

Kolejna duża rzecz, to Pinboard, do którego używania przekonałem się całkowicie (głównie za namową Filipa, dzięki!). Sprawdzenie działania tego serwisu, służącego do …zapisywania zakładek (czyli teoretycznie czegoś, co potrafi każda przeglądarka internetowa od wielu lat), odkładałem przez wiele miesięcy. Uważałem bowiem, że sposób, w który gromadziłem je do tej pory, używając:
– Reading List w Safari (która jest prawdopodobnie jedyną usługą opartą o iCloud, która nigdy mnie nie zawiodła) do rzeczy tymczasowych, do których chciałem mieć dostęp na wszystkich urządzeniach,
– Evernote do tych treści, które chciałem zachować „na zawsze”, które mogą przydać się w przyszłości lub są potrzebne do aktualnie wykonywanych projektów czy pisanych tekstów oraz
– Pocket, do którego trafiały materiały wykorzystywane później w „à propos piątku”

jest w porządku, sprawdza się i dlaczego miałbym chcieć cokolwiek w nim zmieniać, zwłaszcza, że Pinboard nie jest usługą darmową? Jak zwykle, okazało się, że byłem w błędzie. Dzięki Pinboard zniknął powyższy sztuczny podział na różne kategorie zakładek. Wszystkie nowo dodane do niego adresy taguję, dzięki czemu ich późniejsze odnalezienie jest istotnie błyskawiczne (bo tak głosi opis samej usługi). Wiem, że to samo mógłbym uzyskać w samym Pocket, nic za niego nie płacąc, ale do Pinboard przekonują mnie dwie rzeczy. Po pierwsze jest to świadomość (chciałoby się użyć słowa „pewność”, ale to byłoby jednak ryzykowne), że skoro zapłaciłem, podobnie jak wszyscy inni użytkownicy tej usługi, to serwis przetrwa i będzie rozwijany. Po drugie, przekonały mnie do niego aplikacje klienckie – Pushpin dla iOS (choć nie jest doskonały, więc rozważam jeszcze Pinswift) jest świetny, a Shiori dla OS X, choć nie jest pełnoprawnym klientem, to bardzo ułatwia i przyspiesza wyszukiwanie oraz dodawanie nowych zakładek. Podpiąłem też swoje konto z Pinboard do ReadKit, który i w tej roli sprawdza się świetnie (choć mam z nim mały problem na obu komputerach; gdy dodaję nowy tag do zakładki, nie działa mi klawisz ‘c’ – ktoś jeszcze się z tym spotkał?). Pinboard bardzo pomógł mi w organizacji natłoku informacji i jako narzędzie do tego celu, polecam go bardzo.

Z rzeczy pomniejszych; nadal używam Rise, jako swojego głównego budzika, zwłaszcza po jednej z ostatnich aktualizacji, która wprowadziła możliwość pobrania (jako In-App Purchase) dźwięków z kolekcji Morning Bell Tones. I choć jest ich tylko 5, one same warte są używania tej aplikacji. Żałuję jedynie, że nie ma możliwości ustawienia trybu shuffle właśnie dla dźwięków alarmu. Z czasem organizm przyzwyczaja się do wybranego dźwięku i zaczyna go ignorować. Budzenie codziennie innym dźwiękiem (z utworzonej wcześniej listy, rzecz jasna) byłoby przyjemnym udogodnieniem, zwłaszcza, że taka funkcja istnieje w Rise przy wyborze utworów, które mogą być odtwarzane podczas zasypiania.

Wciąż używam Unread, którego opisałem w poprzednim numerze, a którego stałem się wielkim fanem, zwłaszcza po ostatniej aktualizacji (1.2), dzięki której istnieje możliwość oznaczania pozycji jako przeczytane poprzez scrollowanie (nie sądziłem, że będę z tego korzystał, a jednak okazało się to świetnym rozwiązaniem w codziennym użyciu, kiedy nie muszę już używać opcji „Mark All Above as Read” za każdym razem gdy kończę przeglądać zawartość czytnika). Dodana przeglądarka plików graficznych, nowy gest oznaczenia wszystkich jako przeczytane czy wsparcie 1Password w przeglądarce tylko dopełniają obrazu. Brak dodanego widoku „Readability” spotkał się ze sporymi narzekaniami ze strony użytkowników, ale w mojej opinii, autor wybronił się, argumentując tę decyzję na swoim blogu (choć może jest tak dlatego, że nie mam wśród kanałów, które śledzę, nie ma stron, które umieszczałyby skróconą wersję artykułu w RSS). Poza tym, dostęp do takiego widoku istnieje w aplikacji od pierwszej wersji – wymaga tylko dwóch tapnięć więcej.

Zainstalowałem też nową aplikację Flickr dla iOS, która – podobnie jak Facebook Paper kilkanaście tygodni wcześniej – zachęciła mnie do używania serwisu tylko dzięki temu, że sama aplikacja jest przemyślana i przyjemna w użyciu. Wszystkie przejścia, animacje czy użycia elementów systemu iOS 7 (jak Frosted Glass chociażby) naprawdę cieszą oko.

Jedyna decyzja wzornicza, z którą się nie zgadzam, to kadrowanie zdjęć do kwadratu w streamie. Do momentu tapnięcia na fotografię, nie wiadomo czy jest ona pozioma, pionowa czy może właśnie kwadratowa. Rozumiem, że dzięki temu ten strumień zdjęć wygląda lepiej, ale jednak jestem na nie. Cała reszta jest jednak bardzo przyjemna w obsłudze i – jak wspomniałem – zachęca, by nadrabiać tamtejsze zaległości (aktualnie jestem tam dokładnie 2 lata do tyłu).

W tym samym czasie przestałem jednak używać kilku usług i aplikacji. Przede wszystkim, chwalona przeze mnie od miesięcy aplikacja Swipes zniknęła z mojego telefonu. Przyczyny były dwie; po pierwsze powróciłem do OmniFocus jako jedynego miejsca na wszystkie swoje zadania, bez żadnych sztucznych podziałów, a po drugie, jedna z aktualizacji (ta, która wprowadziła przypomnienia bazujące na lokalizacji) całkowicie zepsuła moje konto. Najpierw wszystkie już wykonane zadania pojawiły się jako niewykonane, po ich usunięciu, pojawiły się same ponownie po kolejnej synchronizacji z serwerem i kolejne próby usuwania czy dodawania nowych pełzły na niczym – dane z serwera zawsze nadpisywały aktualną zawartość aplikacji. Zgłosiłem problem twórcom, którzy byli bardzo chętni, by pomóc, lecz żaden z ich sposobów nie zadziałał. Poprosiłem o całkowite usunięcie zawartości swojego konta, co pomogło na chwilę, lecz później Swipes zapominał, żeby przypomnieć mi o czymś, co miało ustawione przypomnienie lub całkowicie ignorował zadania powtarzające się. I choć domyślam się, że to pewnie był jedyny taki przypadek wśród użytkowników tej aplikacji, to nie byłbym w stanie zaufać jej ponownie. Widziałem jednak, że wciąż bardzo prężnie się rozwija i jako sympatyk zawsze będę dobrze życzył jej twórcom.

Dziś, po 84 dniach od momentu, w którym zacząłem używać aplikacji Reporter – przestałem. Wciąż uważam, że warto jest monitorować swoje nawyki (choćby żywieniowe) czy zachowania, ale jednak w codziennym użytkowaniu, Reporter dość szybko mnie irytował swoimi powiadomieniami o konieczności wypełnienia raportu, zwłaszcza, że większość powiadoomień w moim telefonie jest domyślnie wyłączona. Zrezygnowałem więc z tej możliwości i dodawałem kolejne informacje tylko wtedy, gdy znajdowałem na to chwilę, np. stojąc w kolejce do kasy w sklepie. Prawdopodobnie jednak w jakiś sposób działało to na szkodę samego procesu, bo zdarzały się dni, kiedy ani razu nie odpowiedziałem na wcześniej zadane sobie pytania w aplikacji. Zrezygnowałem więc i z takiego rozwiązania, pozostawiając jedynie dwa raporty na dobę – jeden przed snem ze swoistym podsumowaniem dnia, drugi po przebudzeniu, z możliwością dodania ilości przespanych godzin. W ten sposób używałem go najdłużej, ale i tu pojawił się pewien problem. Otóż wprowadzone w ten sposób dane, aplikacja stara się wizualnie przedstawić w taki sposób, by były one użyteczne. Choć z pewnym żalem przyznaję, że zwrot „stara się” jest kluczowy w poprzednim zdaniu, zwłaszcza jeśli chodzi o dane liczbowe i jako sposób ich prezentacji wybrany wykres. Reporter bowiem wyświetla te dane w dość specyficzny sposób, tj. najpierw generuje wykres z ostatnich dwunastu wyników w taki sposób, w jaki można by się było tego spodziewać – każda kropka w odpowiednim miejscu obu osi. Po dodaniu trzynastej wartości, zostanie ona umieszczona w miejscu dwunastej, ale dwie pierwsze wartości są w tym momencie łączone w jedno. Ta połączona kropka, umieszczona na wysokości uśrednionych wartości #1 i #2 ma za sobą także pionową kreskę, której wysokość – jak mniemam – jest różnicą między wartościami #1 i #2 właśnie. Żeby to unaocznić miesiąc temu dodałem nowe pytanie, brzmiące „Ile kilometrów dziś przebiegłeś?” i codziennie robiłem zrzut ekranu, który połączyłem poniżej:

Problemem jest to, że choć proces wydaje się logiczny, to z samo przedstawienie graficzne trochę mija się z celem. Patrzę bowiem na ostatni zrzut z pytania o bieg, długość snu czy ilość wypitych kaw i tak naprawdę nie wiem ani jaka jest średnia wartość dla tego przedziału (nie jestem w stanie też jej wyczytać, bo oś Y ma podpisane tylko dwie wartości – minimalną i maksymalną, nic pomiędzy) ani czy wartości te rosną czy maleją w czasie (może poza kawą, tu wzrost jest wyraźnie widoczny, ale i to jest zasługą tylko kilku ostatnich dni). Podsumowując, myślę, że poprzedni sposób, czyli rejestrowanie takich danych za pomocą Launch Center Pro i akcji, zapisującej je do Google Docs jest lepszym rozwiązaniem na dłuższą metę. Jedynym minesem jest fakt, że zarówno aplikacja Google Drive, jak i nowa – wydzielona – Google Sheets, nie są w stanie wyświetlić utworzonych tam wykresów z poziomu urządzenia z iOS. Można też, rzecz jasna, stworzyć podobne akcje, które zapisywałyby rezultaty do Day One, jeśli do tego celu używa się tej aplikacji.

À propos Day One; w ostatnim numerze dość oschle wypowiadałem się o jego nowej funkcji Publish, która jednak wydaje się być naprawdę dobrze przygotowana. I choć sam nadal nie zamierzam jej używać na dłuższą metę (a jeśli już to raczej prywatnie, w niewielkim gronie), to jestem w stanie zrozumieć tych, którzy będą. Gdyby istniała opcja personalizacji generowanej strony, choćby w niewielkim stopniu, możnaby w ten sposób utworzyć sobie przyjemny w odbiorze blog z dostępnym tylko jednym, ostatnim postem.

Nie używam też aplikacji Checkmark 2 ani Fantastical dla iPada, bo ich …nie kupiłem. Wiem, że może to wydać się dziwne, zwłaszcza, że zawsze kupuję aplikacje, które tu opisuję choćby po to, żeby przygotować zrzuty ekranu. Tym razem jest inaczej, bo odpowiedziałem sobie na pytanie czy naprawdę ich potrzebuję? Wyszło, że nie, bo największej zalety tej pierwszej, czyli przypomnień bazujących na lokalizacji, używam w OmniFocus, a kalendarza na iPadzie – po głębszej analizie – nie używam aż tak często, żeby usprawiedliwić wydatek 8,99 €, zwłaszcza, że Calendars 5 nadal sprawdza mi się tam doskonale. Nie wątpię jednak, że obie powyższe aplikacje są znakomitymi tworami – wolę jednak te same środki przeznaczyć na nieuchronny zakup OmniFocus 2.0 dla OS X, jak tylko pojawi się oficjalna wersja.

Przestałem też używać trzech usług, co – niestety – nie było moją decyzją. Pod koniec marca, swój koniec ogłosił serwis Readmill, którego byłem ogromnym fanem od ponad roku, w którym wciąż staram się skończyć posiadane w bibliotece książki.

Jest to dla mnie niepowetowana strata, bo Readmill używałem także do swojego weekendowego czytania zebranych w ciągu tygodnia artykułów z Instapaper, przesyłanych za pomocą serwisu Gazette.io. Subskrypcja w tym serwisie kosztowała tylko $1.99 miesięcznie, ale stwierdziłem, że skoro nie będę mógł już używać Readmill, zrezygnuję i z tego. Okazało się jednak, że decyzję podjęto za mnie. 25 kwietnia otrzymałem mail z serwisu Gazette.io, w którym poinformowano mnie, że otrzymany ostatnio numer był …ostatnim. Mogłem oczywiście pobrać swoje archiwum, a twórcy przekonują, że wrócą do etapu projektowania i być może z czasem zaprezentują nawet lepszy produkt, ale Gazette, jako takie, przestaje działać. To jednak nie koniec złych wieści. W połowie kwietnia podobny mail otrzymałem także od twórców usługi Loom, którzy podzielili się swoimi „ekscytującymi wieściami”. Firma, która stworzyła Loom została wykupiona przez Dropboxa (lub, używając ich słów – „połączyli siły”), co – jak sami określili – jest krokiem naprzód. Dla nich pewnie tak, ale my straciliśmy świetną usługę (już drugą po Everpix), w zamian za co dostaliśmy Carousel od Dropboxa, o którym szerzej nieco dalej.

Ach, no i od prawie trzech miesięcy używam GroovBoard, więc pewnie niedługo i na jej temat coś się tu pojawi.

Elevation Stand

Nie wziąłem jeszcze udziału w tej zbiórce tylko dlatego, że poważnie rozważam czerwoną wersję (oraz dlatego, że czekam na odpowiedź w kwestii tego, czy rozmiarami pasuje do starszych ACD, których używam):

Nie ukrywam jednak, że nie miałbym nic przeciwko, gdyby sama podstawka była trochę wyższa – nawet w powyższej prezentacji, na samym początku, iMac uniesiony jest wyżej niż „podnosi” go Elevation Stand. A uchwytowi na słuchawki – choć wygląda dobrze – nie zaufałbym na tyle, żeby powiesić na nim swoje.

» Elevation Stand – od $59

LG UltraWide 34UM95

Coraz częściej myślę o zmianie monitora i, przyznaję, ten przedziwny model LG zwrócił na siebie moją uwagę. Bo choć na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda kuriozalnie, to jeśli się na tym głębiej zastanowić, niewiele różni się od mojego dotychczasowego zestawu dwóch monitorów, zapewniając jednak aż o 21% większą powierzchnię roboczą, liczoną w pikselach (nawet gdybym miał aktualnie 2x 23”, jak planowałem, 34-calowy LG nadal miałby 7,5% więcej pikseli). Dla porównania to też 34% więcej niż ma obecny 27-calowy Thunderbolt Display lub iMac, zachowując tę samą gęstość pikseli (właściwie, to odrobinę lepszą – 110 vs. 109 ppi).

» link do wideo

Jedyny poważny problem, jaki znajduję w takiej konstrukcji, to jego obsługa tabletem graficznym. Obecnie, oprogramowanie Wacom pozwala mi na przełączanie się pomiędzy monitorami, dzięki czemu obsługa jest bardzo precyzyjna. W przypadku ekranu o takich proporcjach boków, jego dłuższa krawędź staje się szerokością roboczą tabletu, a krótsza – ledwie fragmentem wysokości. Nie tylko część powierzchni roboczej tabletu byłaby zmarnowana, to jeszcze precyzja ruchu mocno by na tym ucierpiała.

Jeśli jednak dobrze rozumiem działanie trybu Screen Split, przedstawionego na stronie produktu, powierzchnię ekranu można podzielić na kilka mniejszych, wirtualnych ekranów i jeśli mogą pochodzić z tego samego źródła, to podzielenie go na dwa półobrazy oznaczałoby, że każdy z nich miałby przekątną 20,5” i rozdzielczość 1720×1440 pikseli. To zniwelowałoby problem obsługi tabletem.

Z ciekawostek, monitor został wyposażony w opcję Reader Mode, która ociepla temperaturę barwową ekranu, niwelując zakres barwy niebieskiej, czyli działa podobnie, jak wspomniany wcześniej f.lux.

Obecnie, chętniej skusiłbym się właśnie na powyższy model niż którykolwiek z dostępnych na rynku monitorów 4K (zwłaszcza, że pierwsze opinie np. o Dellu UP3214Q, opisywanym w ostatnim numerze, są przerażające), choć wciąż biorę jednak pod uwagę bardziej konwencjonalną 30-tkę.

Ding.io

Przez fakt, że używany od lat Billings dla OS X przestał mi wystarczać (głównie przez „lokalną” bazę, a jak pisałem w Aktualnościach, używam teraz dwóch komputerów i trzech systemów do pracy) jestem właśnie na etapie testowania nowej usługi do śledzenia czasu i wydatków, poświęconych konkretnym klientom, więc to dobry czas na znalezienie nowego serwisu z tej kategorii. Ding.io nie jest na pewno najbardziej rozbudowanym z tych, które biorę pod uwagę (Harvest, OfficeTime, Freshbooks, Billings Pro, Toggl oraz Thrive Solo), ale ma szansę być najwygodniejszym w obsłudze i pewnie najprzyjemniejszym dla oka:

Aplikacja dla iOS jest wprawdzie bardzo skromna (nie ma nawet wbudowanego licznika, można jedynie manualnie dodać czas), a i nie ma możliwości przypisywania wydatków do projektów (jedynie czas), ale nie skreślam go jeszcze, głównie dlatego, że jako jeden z niewielu pozwala określić budżet dla konkretnego projektu i śledzić go na bieżąco.

» Ding.io

StandDesk

Nadal mam fioła na punkcie biurek stojących i nadal stoję przez mniej więcej połowę czasu spędzanego przy komputerze. Jestem jednak na etapie projektowania swojej nowej pracowni i mocno rozważam czy zdecydować się na dwa osobne biurka (aktualne siedzące plus nowe stojące) czy coś nowego, ze zmienną wysokością. Jeśli zdecyduję się na ten drugi, to istnieje spora szansa, że wybór padnie na poniższy:

» link do wideo

Projekt pojawił się w serwisie Kickstarter, gdzie zebrał prawie 10x większe fundusze niż były konieczne do wcielenia go w życie (przy czym 100% tej minimalnej kwoty – $50000 – zostało uzbierane w 38 minut).

Ma kosztować od $369 do $649 w zależności od wersji, co stanowi ledwie połowę ceny konkurencyjnych produktów, choć przeszkodą w postawieniu takiego biurka u mnie może być termin pojawienia się go w sprzedaży. Twórcy przewidują, że w Europie będzie dostępny w połowie przyszłego roku, a to dla mnie trochę za późno.

f.lux

O aplikacji f.lux pisałem niejednokrotnie – w skrócie; jej zadaniem jest płynne ocieplanie temperatury barwowej ekranu, aby wzrok mniej się męczył, gdy pracuje się przy komputerze po zmroku, w nocy lub o świcie. W połowie marca pojawiła się beta nowej wersji, która wprowadza kilka udogodnień.

Przede wszystkim, od teraz wyznacznikiem zmiany temperatury ekranu jest nie tylko godzina wschodu słońca w danej szerokości geograficznej, ale także godzina, o której siada się do komputera. Cały proces dzieli się więc na dwie fazy, a samo przejście tym samym staje się delikatniejsze.

Dodatkowo, pojawił się Movie Mode, który również „zabiera” odrobinę niebieskiego, a który automatycznie się wyłącza po 2,5 godziny. Jest też tryb Darkroom, który może się przydać, gdy zapalony ekran w nocy może przeszkadzać drugiej osobie. Jednak najbardziej ucieszyła mnie opcja, pozwalająca na wyłączenie aplikacji f.lux do rana – gdy czasem wieczorem decydowałem, żeby popracować nad fotografiami, musiałem albo wyłączać f.lux całkowicie (i nierzadko zapominać o nim na kilka dni lub do kolejnego restartu systemu) albo co godzinę go deaktywować. Teraz klikam raz, a następnego dnia i tak działa.

Bardzo polecam wypróbowanie nowej wersji samemu – jest dostępna publicznie.

HMM™ RULE/ONE

Kolejny gadżet czy użyteczne narzędzie?

» link do wideo

Baron Fig

Jako wielbiciel wszelkiej maści notesów i szkicowników, cały czas śledzę nowości z tej kategorii i jednym z ostatnich znalezisk jest otwierany na płasko Baron Fig The Confidant:

Moim zdaniem wygląda świetnie (znakomite połączenie kolorów okładki i zakładki) i wydaje się być przemyślanym produktem.

SketchyNotebook

Pozostając w temacie szkicowników, oto, co pojawiło się ostatnio w serwisie Kickstarter:

» link do wideo

Trochę martwię się o gramaturę papieru skoro jest na tyle przepuszczalny, że tak wyraźnie widać przez niego te szablony, a i całość nie należy do tanich, ale być może kiedyś się na niego skuszę.

Leica T

Steve Huff, przy okazji opisu tego aparatu na swojej stronie (był jednym z pierwszych, który miał do niego dostęp) napisał:

Of course the Leica haters will never agree or get it or understand it, but that is OK as there are cameras made today for everyone’s tastes.

A ja jestem na przeciwnym biegunie od „Leica haters”, a mimo to nie rozumiem. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość aparatów fotograficznych, Bóg mi świadkiem, że kupię jeszcze po jednym Canonie 5D i Nikonie D3 i zamknę je w szafce. Dla potomnych.

Bo choć jakość wykonania jest dla mnie istotna, to akurat w przypadku aparatu, wykonanie go z jednego kawałka aluminium jest dla mnie bez znaczenia. Wygląda mi to na kopiowanie Apple i ich unibody design dla samego kopiowania. Nie twierdzę, że to coś niedobrego, po prostu nie sądzę, żeby to miało aż taką wartość. No bo sami spójrzcie na poniższy filmik (który Leica sama nazwała „The Most Boring Ad Ever Made?”) – pracownik Leiki w białych rękawiczkach przez 45 minut ręcznie poleruje każdy korpus przed włożeniem elektroniki do wnętrza:

» link do wideo

Czy gdyby robił to 5 minut, to aparat byłbym gorszym produktem? Zadaję te pytania, choć sam – rzecz jasna – nie znam na nie odpowiedzi. Wiem natomiast, że pomysł z brakiem fizycznych przycisków jest tak nie w stylu Leiki, że aż ciężko mi uwierzyć, że informacje o tym aparacie nie pojawiły się pierwszego kwietnia. Zwłaszcza teraz, kiedy wszyscy producenci starają się kopiować rozwiązania (a przynajmniej wygląd) starszych aparatów (w tym i Leiki, przecież), żeby pozwolić fotografom obcować z tradycyjnymi sposobami kontroli parametrów, Leika płynie pod prąd, idąc krok lub dwa naprzód (?).

I wiem, że brzmię trochę tak, jak ci, którzy nie wierzyli w iPhone’a gdy po raz pierwszy został zaprezentowany przez Apple, ale …zwyczajnie nie wierzę, że taki sposób obsługi aparatu może być wygodniejszy (jednym z powodów, dla których nie robię zdjęć telefonem jest właśnie obsługa aparatu za pomocą dotykowego ekranu). O ciemnym zoomie (f/3.5-5.6) za $1700 nawet nie wspominam. Nawet, jeśli rzeczywiście powala jakością (w co akurat nie wątpię).

Bardzo jestem ciekaw czy czytając powyższe za rok, dwa czy pięć będzie mi naprawdę głupio.

Sony A7s

Nie ukrywam, że od momentu pojawienia się aparatu Sony RX1 (którego zakupu byłem bardzo bliski, byłem już nawet w berlińskim salonie) Sony zaskakuje mnie kolejnymi produkcjami, bo jako jedyna firma na rynku (może jeszcze Fujifilm należałoby dodać do tego zbioru, choć z pewnymi wątpliwościami) wydaje się słuchać swoich klientów, nawet tych potencjalnych.

Gdy wszyscy chcieli mały korpus z pełnoklatkową matrycą, kosztem choćby niewymiennego obiektywu, Sony zaprezentowało RX1. Zachwycił wielu, ale pojawiły się głosy: „a gdyby tak bez filtra antyaliasingowego?” – po pięciu miesiącach pojawił się RX1R. Wtedy się zaczęło „no niby fajnie, ale gdyby tak miał wizjer i wymienną optykę…” – minęło kolejnych pięć miesięcy i pojawiły się A7 i A7R (odpowiednio 24 i 36 megapikseli, drugi bez filtra), które mimo braku dobrych obiektywów (mam wrażenie, że wszyscy, którzy ich używają, korzystają z wszelkiej maści przejściówek, żeby podpinać do nich obiektywy inne niż Sony, czemu wcale się nie dziwię; krąży nawet taki żart, że obecnie Sony ma w swojej ofercie więcej pełnoklatkowych korpusów niż obiektywów do nich) stały się szalenie popularne. Wtedy pojawiły się narzekania, „że aparat fajny, ale po co tak duża rozdzielczość? Dwukrotnie mniejsza byłaby w zupełności wystarczająca, a i matryca lepiej radziłaby sobie w ciemnościach”. No i proszę, pół roku później pojawia się zapowiedź Sony A7S.

Konstrukcja bliźniacza do dwóch wcześniejszych, lecz z matrycą o rozdzielczości 12 megapikseli, dzięki czemu dostępne czułości mieszczą się nie w zakresie 100 – 25600 a 100 – 102400 (z możliwością rozszerzenia do 409 600; nawet nie chciejcie, żebym zaczynał), plus możliwość nagrywania materiału wideo w rozdzielczości 4K (i to w standardzie 4:2:2!). Dodatkowo, po przełączeniu w tryb APS-C, aparat będzie miał możliwość nagrywania materiału 720p w 100 fps lub 120 fps. Widać wyraźnie, że jest to głównie maszyna (choć patrząc na ten korpusik, słowo „maszyna” jest użyte mocno na wyrost) przewidziana dla filmowców. Nie ukrywam, że gdy już pojawi się na rynku, będę się mocno starał o jakiś bliższy kontakt z nim, żeby sprawdzić do czego zdolna jest 12-megapikselowa, pełnoklatkowa matryca z 2014 roku (bo tej z 2005 roku – z Canona 5D – o podobnych parametrach, nadal pozostaję ogromnym wielbicielem i używam jej na co dzień).

Carousel

Niedługo po tym, gdy Loom ogłosił przejęcie przez Dropboxa, ten drugi zaprezentował nową aplikację dla iPhone’a – Carousel – której zadaniem jest zebranie w jednym miejscu zdjęć przechowywanych w Dropboxie, automatycznie je sortując na podstawie daty wykonania i lokalizacji z dodatkową możliwością prowadzenia czatu wewnątrz aplikacji.

Z założenia miała ona właśnie zastąpić Loom i z jednego miejsca dawać dostęp do wszystkich zdjęć, które wcześniej wysłało się do Dropboxa (za pomocą automatycznego wysyłania wszystkich zrobionych telefonem zdjęć) – czyli być takim poprawionym Photo Stream.

Niestety, choć aplikacja wykonana jest w porządku, z dużą dbałością o detale (ekran wyboru zdjęć do podzielenia się nimi z innymi) i działa wręcz błyskawicznie, to ma podstawową wadę, która skreśla ją w moich oczach całkowicie. Otóż, nie pozwala na ograniczenie jej dostępu do konkretnego folderu w Dropboxie – zamiast tego przeszukuje całą jego zawartość i wyświetla wszystkie pliki graficzne, jakie tam znajdzie. W moim przypadku, kiedy używam Dropboxa do tak wielu różnych celów, Carousel wykryła kilkanaście tysięcy plików, z których tylko niewielka część była zdjęciami, które chciałbym (lub powinienem) w niej zobaczyć. Dopóty dopóki nie pojawi się aktualizacja, która doda tę możliwość, nie widzę siebie, używającego tej aplikacji.

oSnap

Kilka dni temu natrafiłem na tekst o dość pretensjonalnym tytule „Hey Apple, I Just Fixed Your Camera App”. Nietrudno zgadnąć, że mnie zaciekawił, nawet pomimo faktu, że aparatu w telefonie praktycznie nie używam. Autor słusznie zauważa, że tapnięcie na przycisk (czy to wirtualny czy fizyczny), żeby zrobić zdjęcie jest niepotrzebnym ograniczeniem. Proponuje więc, aby samo dotknięcie ekranu (w jakimkolwiek punkcie) wyzwoliło migawkę. Żeby to zrobić, napisał aplikację, która to potrafi i która naprawia jeszcze dwa problemy, jakie znalazł w natywnej aplikacji, czyli zbyt oddalone od siebie przyciski funkcji lampy błyskowej czy zmiany kamery z tylnej na przednią oraz zbyt mały podgląd ostatniego wykonanego zdjęcia, który nie pozwala na ocenę go bez przełączania widoku.

W swojej aplikacji – oSnap – dodał więc spory podgląd trzech ostatnio wykonanych zdjęć oraz kilka gestów, pozwalających na szybsze i wygodniejsze przełączanie trybów:

» link do wideo

Aplikacja kosztuje 0,89 € i choć ma jeszcze kilka błędów (podgląd zdjęć czasem bywa u mnie dziwnie rozciągnięty, choć one same oczywiście są w porządku) spodziewam się, że natywny „aparat” w kolejnej iteracji systemu iOS może wyglądać bardzo podobnie.

Rose by Carte Noire

Wow.

» link do wideo

Tokyo Reverse

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałby filmik, przedstawiający człowieka idącego tyłem, odtworzony …od tyłu? Ja nie i trochę żałuję, bo wygląda to fantastycznie:

» link do wideo

  • Bielack

    Miłosz, wiem, że szmat czasu minął od napisania tego tekstu, ale czy masz porównanie do tego, jak zachowuje się Lightroom pod Yosemite? Lepiej, bez różnicy czy gorzej niż pod Maverikiem? Zasiadłem do OS X tuż po premierze Maverika i nie mam doświadczeń z pracy Lightrooma pod Lionem, jestem bardzo ciekawy Twoich uwag.

    • Zasadniczo, w Yosemite napotkałem znacznie mniej problemów niż w Mavericks. Jednak nie na tyle mniej, żeby zrezygnować z Mountain Lion na drugim ssd, który nadal pozostaje moim głównym systemem do pracy. Weź też pod uwagę, że ogromna większość użytkowników Lightroom w Mavericks nie miała żadnych problemów, których ja doświadczałem, więc pewnie nie ma tu żadnej reguły.