à propos piątku #060

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 3 lata temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Słowem wstępu

Fragmenty tekstu, które piszę na potrzeby „à propos piątku” mam pogrupowane na kilka kategorii. Są wśród nich „projektowanie”, „fotografia”, „czas wolny”, „produktywność” i – to od czego zwykle zaczynam – „aktualności”. W przypadku tego konkretnego wydania, może być mowa wyłącznie o zaległościach, a nie aktualnościach. Wybaczcie więc, jeśli o sporej części następnych akapitów czytaliście już gdzieś dawno temu.

Czas od ostatniego wydania do dziś był dla mnie szalenie pracowity; wydałem Klientom kilka tysięcy fotografii i kilkadziesiąt gotowych albumów, ukończyłem wiele projektów sygnowanych logo Fabryki Pikseli i spędziłem wiele godzin doradzając, konsultując i szkoląc osoby, które wdrażają systemy OS X i iOS w swoich firmach lub domach. Nie ukrywam, że jestem dumny z wielu z tych rzeczy i nie mogę się doczekać, gdy częścią z nich podzielę się z Wami na stronach bolechowscy.pl i fabryka-pikseli.pl. Tymczasem jednak, zapraszam do długo oczekiwanego (zwłaszcza przeze mnie) „à propos piątku” #060.

Konferencje Apple

Od ostatniego wydania „à propos piątku” odbyły się dwie konferencje Apple; obie wywołały wiele przemyśleń, z których częścią w niechronologicznej kolejności chciałbym się podzielić poniżej.

Apple Watch

Prawdopodobnie najaważniejszym elementem ostatniej konferencji była prezentacja zegarka – Apple Watch – która postawiła wiele pytań, na które odpowiedzi …nie mają dla mnie znaczenia. Nie jestem nawet ciekaw. Przykład pierwszy z brzegu; ile będzie kosztowała wersja Edition? 7000 zł? 10000 zł? 25000 zł? Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Jedyny wniosek, jaki mam po obejrzeniu tej części konferencji brzmi „nie potrzebuję tego”. Z jednej strony pamiętam jednak, że kilka lat temu, będąc zadowolonym użytkownikiem Blackberry i pięciu czy sześciu aplikacji na niej, powiedziałem dokładnie to samo o iPhone’ie, a rzeczywistość udowodniła mi jak bardzo się myliłem. Z drugiej jednak strony, tym razem taki scenariusz wydaje mi się wysoce nieprawdopodobny. Apple Watch nie jest w stanie zastąpić mi zegarka do biegania (ani aktualnego, ani tym bardziej tego, którego zamierzam kupić) i – co może wydać się błahym powodem – nie jest tak ładny, żebym chciał zamienić na niego swój zegarek, którego używam na co dzień.

W kwestii biegania, byłem naprawdę zaskoczony, że razem z tymi wszystkimi zdjęciami i nagraniami atletów wyszło na jaw, że Apple Watch nie ma wbudowanego odbiornika GPS, a co za tym idzie, podczas treningu poza zegarkiem należy mieć ze sobą telefon, co kłóci się z podstawową ideą posiadania zegarka do biegania, czyli „kupuję zegarek, żeby nie musieć mieć ze sobą telefonu”. Podejrzewam, że kolejna generacja – nazwana pewnie w tradycyjny dla Apple sposób: Apple Watch 2 – będzie miała ‘odbiornik GPS’ na liście „wyposażenia”, ale do tego czasu to urządzenie w moich oczach jest skreślone.

Mac mini

O nowym Maku mini – czyli 13″ MacBooku Pro w obudowie stacjonarnego komputera – już pisałem i wciąż obstaję przy swojej opinii; to nie jest zły komputer, ale do wielu zastosowań, będzie gorszy niż model z 2012 roku.

iMac Retina 5K

W iMaka z Retiną nie wierzyłem. Nie w tym roku. Wszyscy wiedzieliśmy, że ten moment musi nadejść, ale nie sądziłem, że stanie się to tak – stosunkowo – szybko. Nie kupię go jednak z kilku powodów; po pierwsze mam w tej chwili całą masę znacznie ważniejszych wydatków, a taki komputer jest daleki od rzeczywistej potrzeby. Po drugie; doświadczenie podpowiada mi, że lepiej poczekać na drugą generację tak nowego urządzenia od Apple1 – nie twierdzę, że z tą coś jest lub może być nie tak. Bardziej chodzi mi o to, że kupienie takiego iMaka na przykład za rok, kiedy pewnie będzie już miał „w sobie” aktualnie opóźnionego Broadwella, którego nawet podstawowa konfiguracja będzie szybsza, ma znacznie większy sens, gdy spojrzy się na to z szerszej perspektywy (chociażby dlatego, że iMaka nie zmienia się co rok czy dwa). Nie uważam też, że iMac, którego można kupić teraz jest zbyt wolny, ale obawiam się, że za dwa lata będzie. Dodatkowo, znając siebie, wiem, że mając taki ekran na biurku, wolałbym pisać czy czytać właśnie na nim, odkładając w kąt iPada oraz MacBooka Air, a tym samym spędzałbym przy komputerze nie tylko czas „w pracy”, ale i po, a to nie jest kierunek, w którym chciałbym iść.

Zaskoczyło mnie też to, że mimo tak ogromnej rozdzielczości (to w końcu 5120×2880 pikseli – część moich ulubionych zdjęć z 5D nie jest w stanie nawet wypełnić takiej ilości pikseli, gdybym chciał użyć ich jako tła), ekran jest odświeżany z częstotliwością 60 Hz, co oznacza, że Apple w sprytny sposób obeszło ograniczenia magistrali DisplayPort 1.2. Co jest prawdopodobnie jeszcze większym osiągnięciem to fakt, że taka ilość pikseli (ponad 14,7 milionów pikseli, odświeżanych 60 razy na sekundę) nie wiąże się praktycznie z żadnymi kompromisami; kontrast czy reprodukcja kolorów są ponoć nawet lepsze niż w poprzednim iMaku czy ATD 27″, a to wszystko przy mniejszym o 30% poborze energii. Podejrzewam jednak, że przy wielu otwartych oknach i aplikacjach, podstawowy układ graficzny może mieć problem z płynnym wyświetleniem np. Mission Control.

Przyznaję za to, że opcja z szybszym procesorem jest naprawdę kusząca 2, zwłaszcza, gdy porówna się ją z wynikami wydajności wcześniejszych iMaków lub nowych Maków Pro z aktualnej oferty:

Oznacza to, że mocniejsza wersja nowego iMaka (czterordzeniowy i7 4.0 GHz z Turbo Boost do 4.4 GHz) nie tylko jest szybsza od wszystkich poprzednich iMaków (co nie powinno być zaskoczeniem), nie tylko jest o 40% (w przypadku zadań wielowątkowych) lub 47% (w przypadku zadań jednowątkowych) szybsza od mojego mini, to w tych samych testach pokonuje nawet podstawową konfigurację Maka Pro3 o 14-23%, mimo że kosztuje 1250 zł mniej, mając „w zestawie” ekran 5K. A pamiętam czasy, kiedy iMac był „tanim komputerem dla mas”, a Mac Pro „potężną bestią, używaną wyłącznie przez profesjonalistów”4.

Wszystko powyżej tyczy się tej mocniejszej konfiguracji, ale jeszcze jedno słowo o podstawowej – zastosowany tam procesor jest pod pewnym względem wyjątkowy. Otóż, mimo że to również czterordzeniowy układ, to nie wspiera on technologii Hyper-Threading, czyli wirtualnego wątkowania, które z punktu widzenia systemu robi z takiego procesora układ ośmiowątkowy – dzięki temu można w Activity Monitor zaobserwować wartości bliskie ~800%. W podstawowej konfiguracji nowego iMaka, 400% to maksimum.

Również w pewien sposób rozczarowujący jest sposób implementacji Thunderbolt 2.0. Mimo że w obudowie są dwa porty, wewnątrz niej magistrala jest już tylko jedna. Oznacza to, że na przykład podłączenie dwóch ekstremalnie szybkich dysków np. LaCie Little Big Disk Thunderbolt 2 i połączenie ich w RAID wcale ich nie przyspieszy5. Sama pamięć wewnętrzna w nowym iMaku, choć wolnej nazwać jej nie sposób (~780 MB/s), jest jednak wolniejsza niż ta w Maku Pro (~1000 MB/s). Wygląda więc na to, że inżynierowie przeznaczyli tylko dwie magistrale PCIe (Mac Pro używa czterech), bo nie wierzę, że w iMaku stosowane są wolniejsze/tańsze pamięci. Z drugiej strony nie chciałbym popadać w przesadę; te wartości są ok. trzykrotnie (!) wyższe niż np. w MacBooku Air, dwa czy trzy lata temu, gdy wszyscy zachwycaliśmy się tym, jak wszystko szybko tam działa.

To, co wspomniałem o pierwszej generacji, zdaje się potwierdzać w pierwszych opisach i testach nowego iMaka; temperatury M295X (czyli tego lepszego układu graficznego) wydają się szalenie niepokojące (maksymalna temperatura tego układu do 105°C, a w testach osiąga 104°C po 7 minutach ciężkiej pracy – to bardzo niedobrze wróży jego żywotności, a co więcej, karta automatycznie obniża wtedy częstotliwość taktowania układu, celem schłodzenia go, a to z kolei negatywnie wpływa na jego wydajność), bo nawet jeśli teraz nie sprawiają problemu, to może się okazać, że za kilka miesięcy, na ciężko pracujących iMakach pojawią się na przykład przebarwienia na matrycy, spowodowane właśnie wysoką temperaturą we wnętrzu obudowy. Dodatkowo, gracze dowodzą, że GTX 680MX montowany w iMaku 2012, osiąga znacznie lepsze wyniki w grach (przy tych samych ustawieniach, więc nie chodzi tu o rożnicę w rozdzielczościach). Mnie to nie dotyczy żadną miarą, ale sama świadomość, że jest to choć w pewien sposób gorszy układ niż ten sprzed ponad dwóch lat, nie zachęca do zakupu.

Wiele osób na początku zastanawiało się czy nowy iMac będzie w stanie pełnić funkcję samego zewnętrznego wyświetlacza, co jednak z przyczyn oczywistych nie jest możliwe. Co więcej, do iMaka nie sposób też podłączyć zewnętrznego monitora 5K, więc dwuekranowa konfiguracja o ekranach tej samej rozdzielczości jest niemożliwa (choć 4K „udźwignie”)6, ale nie ma problemów nawet z dwoma ATD 27″, pracującymi jako zewnętrzne ekrany. Wracając na moment do „wbudowanego” ekranu, tak naprawdę jest to pierwszy komputer z ekranem Retina, który mógłbym używać ze standardowym ustawieniem rozdzielczości, choć w tym przypadku należałoby raczej mówić o obszarze roboczym. Mam na myśli to, że 13-calowy MacBook Pro, choć ma aż 2560×1600 pikseli na tak małym ekranie, to jego domyślny obszar roboczy odpowiada 1280×800 px, co w mojej opinii – o czym mówiłem od lat przy okazji poprzedniej generacji MacBooka Pro – jest wartością zdecydowanie za małą; jest tam zwyczajnie ciasno. Można zmienić to na odpowiednik 1440×900 px, lecz traci się już trochę tej charakterystycznej „Retinowej” ostrości (mimo to, gdy używam Żony MacBooka, ustawiam właśnie tę wartość, zresztą, Ona też). Podobnie 15-calowy MacBook; tam fizycznych pikseli jest 2880×1800 px, czyli obszar roboczy o wielkości 1440×900 px. Dla kogoś, kto zawsze używał MBP z ekranami o podwyższonej rozdzielczości, to znów za mało. Odpowiednik wspomnianej podwyższonej rozdzielczości – 1680×1050 px – także jest możliwy, ale tym samym kosztem, co powyżej. Dopiero iMac, który na 27″ wyświetla obszar o wielkości 2560×1440 px, mógłby u mnie pracować przy domyślnych ustawieniach (jakiekolwiek wyższe wartości, sprawiłyby, że poszczególne elementy mogłyby być za małe, zwłaszcza jeśli taki ekran stoi daleko, a biorąc pod uwagę jego wielkość – powinien stać daleko).

Wygląda więc na to, że nowy iMac składa się z dwóch głównych składowych; jednego z najszybszych Maków, jakie obecnie można kupić oraz jednego z najlepszych ekranów, jakie obecnie można kupić7 i to wszystko w cenie jednego z dwóch powyższych elementów. Propozycja jest więc szalenie kusząca; na tyle, że gdy zaproponowano mi przetestowanie tego komputera, moja odpowiedź była odmienna od tej, której możecie się spodziewać. Przynajmniej na jakiś czas.

Nie podoba mi się w tej nowej polityce Apple fakt, że naprawdę ciężko komukolwiek polecić podstawową konfigurację czegokolwiek, zwłaszcza w materii urządzeń z iOS. Rozumiem ten zabieg; dzięki takim konfiguracjom, cena produktu we wszystkich porównaniach jest niższa, a co za tym idzie, target szerszy. Prawda jest jednak taka, że trochę współczuję tym osobom, które słysząc wiele dobrego o produktach Apple, zamiast kolejnego tabletu z Androidem, zdecydują się „zainwestować” i kupić podstawowy model iPada mini pierwszej generacji z 16 GB pamięci. Załóżmy, że ktoś taki kupi/dostanie coś takiego pod choinkę. Na dobrą sprawę, zacznie go używać w 2015 roku, czyli niemal cztery lata (!) po tym, jak ta technologia została zaprezentowana w iPadzie 2. Innymi słowy, już od początku ma czteroletnie urządzenie. Jak ono będzie działało za rok czy dwa? Czy aktualizacja systemu do iOS 9 będzie w ogóle możliwa8? Co z aplikacjami, które będą wymagały nowego systemu? Ktoś taki już na samym początku będzie daleko w tyle. Mogę tylko domyślać się, jak to się przełoży na jego czy jej „doświadczenie z produktem Apple”; „wszyscy tak chwalili, a mi nic nowego nie działa i co chwilę wyświetla się komunikat o zajętym miejscu, bo mam dwie gry i kilkadziesiąt zdjęć”.

iPhone 6 i 6 Plus

Ilość plotek na temat obu modeli nie dawała złudzeń; wiedzieliśmy od dawna jak będą wyglądały i – co ważniejsze – jakie będą miały rozmiary. Do końca nie wierzyłem w to, że nawet mniejszy z nich będzie miał aż 4,7-calowy ekran, a gdy okazało się to prawdą, zamówiłem poprzedni model – 5S – jeszcze w trakcie trwania konferencji. Być może większy ekran jest wygodniejszy w pewnych apsektach, ale sam zdecydowałem, że nie jestem na taki gotowy. Nie wiem czy kiedykolwiek będę. Zostaję więc z 4-calowym ekranem przez jeszcze pewien czas i w skrytości ducha liczę na to, że kolejna odsłona przyniesie także mniejszy model, nawet jeśli miałby się nazywać „mini”, „nano” czy „minus”.

iPad mini 3

Artykuł został przeniesiony.

Fantastical 2.1 i 2.2

Od wielu miesięcy jestem zadowolonym użytkownikiem Calendars 5 – nie dlatego, że jest idealny, a dlatego, że wsród tych niedoskonałych – jest najlepszy. Fantastical jest u mnie więc „tym drugim”, którego używam wyłącznie dlatego, że ma znacznie lepsze wsparcie dla URL schemes, więc wszelkie nowe wydarzenia dodaję właśnie za jego pomocą (i Launch Center Pro, rzecz jasna). Fantastical też lepiej rozpoznaje natural language input i niekiedy bywa przy tym naprawdę sprytny. Mam dwa kalendarze zaczynające się na „B”, więc jeśli skończę wpis o nowym wydarzeniu znakami „/b” to mam 50% szans, że wydarzenie zostanie przypisane do odpowiedniego kalendarza. Żeby mieć pewność, muszę wpisać całą nazwę, czyli np.: „/bolechowscy.pl”. Przynajmniej w Calendars – w Fantastical zaryzykowałem i wpisałem „/b.pl”. Rozpoznał momentalnie.

Wersja 2.1 wprowadziła też powiadomienia o urodzinach. Dotychczas, załatwiała mi to akcja w Launch Center Pro, która co niedzielę o 22:06 uruchamiała komendę fantastical2://search?query=Birthday&scope=all, czyli wyszukiwała wszystkie wystąpienia słowa Birthday i wyświetlała je w formie listy. Dzięki temu widziałem czy w najbliższym czasie ktoś z mojej listy kontaktów obchodzi urodziny. Teraz w preferencjach Fantastical wystarczy włączyć odpowiednią opcję, by aplikacja sama przypominała o nadchodzących urodzinach na przykład na 7 dni przed.

W międzyczasie kupiłem nawet wersję dla iPada (była przeceniona o 50%), właśnie po to, żeby i tu móc korzystać ze swoich akcji w LCP do tworzenia nowych zadań. Niestety, aplikacja dość mocno mnie rozczarowała. Jaskrawe kolory na dużym ekranie uważam za jeszcze mniej przyjemne niż w wersji dla telefonu, a każda modyfikacja istniejącego już wydarzenia to co najmniej kilka tapnięć więcej niż w Calendars 5.

Skoro już przy kalendarzach jesteśmy, to zarówno Fantastical (w wersji 2.2), jak i Calendars 5 zyskały widgety na ekran Today, które pokazują listę wydarzeń w danym dniu (choć Fantastical potrafi też wyświetlić tam cały miesiąc, zajmując tym prawie cały ekran iPada), a w przypadku Calendars 5, stanowi także skrót do utworzenia nowego wydarzenia. Zgodnie z nazwą ekranu, na którym się one wyświetlają, oba bardzo skupiają się na aktualnym dniu właśnie, co choć w teorii jest w porządku, to w praktyce – nie do końca. Otóż, gdy sprawdzam ten ekran np. o 22:00 pokazują one (Fantastical) wydarzenia, które już minęły (w jakim celu?) lub nie wyświetlają wydarzeń w ogóle (Calendars 5), co jest trochę bez sensu, bo o tej porze chciałbym zobaczyć następny dzień. Podejrzewam, że niewielkim problemem byłoby zamienić to z pozycji „aktualny dzień” na np. „kolejne 18h” lub przynajmniej dać taką opcję użytkownikowi.

Na koniec nadmienię też, że w kwestii kalendarzy trochę pozmieniało się także u mnie w telefonie. Otóż, wciąż – tak jak powyżej – uważam tam Calendars 5 za najlepszy, Fantastical za najbardziej użyteczny z punktu widzenia użytkownika Launch Center Pro, ale w międzyczasie do tego zestawu …dołożyłem Sunrise, który – w odróżnieniu od obu wcześniejszych – pojawił się u mnie na homescreen. To prosta, darmowa aplikacja, która jako jedyna dysponuje widokiem trzydniowym, który – jak się okazało – sprawdza się na telefonie dużo lepiej niż tygodniowy. Gdyby tak tylko połączyć najlepsze cechy tych trzech…

Drafts 4

W październiku w App Store pojawiła się również czwarta odsłona aplikacji Drafts – jednej z trzech w moim Docku w telefonie, więc pewnie nie muszę nadmieniać, jak jest dla mnie ważna, zwłaszcza, że pisałem o tym niejednokrotnie.

Większość aplikacji, które pojawiły się w App Store jako aktualizacje istniejących, po upublicznieniu iOS 8, zyskała mnóstwo nowych możliwości, zachowując wszystko co dobre z poprzednich wersji. Z Drafts 4 było jednak trochę inaczej – jak zaznacza autor, jest to zupełnie nowa aplikacja, napisana od zera, więc siłą rzeczy zmienione zostało wiele.

Zacznę od tych dobrych rzeczy; przede wszystkim, od teraz Drafts jest aplikacją uniwersalną, więc nie tylko wyeliminowało to problem różnej numeracji wersji na obu urządzeniach, ale również sprawiło, że każdy kupujący Drafts zapłaci tylko raz. Kolejna pozycja po stronie plusów to wsparcie dla Markdown w edytorze – wprawdzie od zawsze można było pisać, używając tej składni, to teraz podstawowe formatowanie jest na bieżąco aplikowane do tekstu.

Istniejący w innych aplikacjach od dawna dodatkowy rząd klawiszy nad klawiaturą, w wersji 4 nie tylko się pojawił, ale i stał się modyfikowalny – każdy może utworzyć własne skróty (np. do przesuwania karety o słowo czy wiersz), rozszerzenia tekstu, a nawet skrypty, uruchamiane jednym tapnięciem. Dla przykładu – jeden z pierwszych skryptów, jakie stworzyłem, było przesunięcie linii tekstu, w której aktualnie jest kareta o tabulację w prawo lub w lewo. Bardzo często wszystkie większe outline’y, które robię (które niejednokrotnie kończą w MindNode – wystarczy skopiować zawartość edytora w Drafts i wkleić ją w dowolne miejsce w MindNode) mają swój początek w Drafts. Dzięki tym dwóm przyciskom, mogę w łatwy sposób najpierw wypisać wszystko, co powinno się w takim zarysie znaleźć, a potem ułożyć z tego odpowiednią hierarchię. Nie jest to automatyzacja, jaką można znaleźć w Editorial, ale z pewnością jest to miły dodatek. Plusem jest też fakt, że Drafts ma teraz dostęp do wszystkich systemowych fontów, łącznie tych, instalowanych przez użytkownika, dzięki czemu edytor może teraz wyglądać dokładnie tak, jak tego chcemy – przynajmniej w zakresie krojów pisma.

Wspomniałem wyżej o ułożeniu hierarchii z wcześniej wpisanej treści – poza moimi dwoma przyciskami, które przesuwają linię, używam kolejnej nowości w Drafts; możliwości zmiany kolejności wierszy/akapitów, którą aktywuje się poprzez przycisk w lewym dolnym rogu ekranu, gdy klawiatura ekranowa jest schowana.

Zmieniony i ulepszony został też sposób grupowania akcji – od teraz akcja może przynależeć do kilku grup jednocześnie, a ilość grup nie jest już ograniczona. Same akcje również zostały znacząco rozbudowane – to bez wątpienia największa korzyść jaka płynie z używania Drafts 4; akcje nie tylko są łatwiejsze na etapie ich tworzenia, ale również mogą być bardziej rozbudowane niż wcześniej. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, bo to mogłoby spokojnie stanowić materiał na kolejny, niekrótki artykuł, ale nadmienię, że tworzenie łańcuchowych akcji, czyli takich, które łączą kilka akcji w jedną całość jest teraz banalnie proste, a rezultat robi wrażenie na każdym, kto widział takie coś w praktyce.

Mówiąc o nowościach, nie można nie wspomnieć o znakomitym rozszerzeniu systemowym, działającym w Safari, które pozwala na wysłanie zaznaczonego na stronie tekstu bezpośrednio do Drafts. Aplikacja jest jednak na tyle sprytna, że poza skopiowanym tekstem (który aplikacja kopiuje za nas, nie trzeba robić tego ręcznie), potrafi w notatce umieścić także tytuł strony i jej adres URL. Wbudowany w ustawienia edytor tego rozszerzenia pozwala zmienić kolejność/układ tych elementów czy dodać inne, własne stałe. Gdybym prowadził w Fabryce Pikseli jeden z tych blogów, których działalność polega na umieszczeniu linku do artykułu, cytatu z niego i ewentualnie jednym zdaniu komentarza, na pewno używałbym do tego wspomnianego właśnie rozszerzenia.

Przydatna jest także opcja dodawania ikon do akcji, w celu łatwiejszego ich znalezienia później na liście; we wcześniejszej wersji, każda akcja np. Dropboxa, miała ikonę Dropboxa obok nazwy i nie dało się tego zmienić. Umieszczenie więc 6 zupełnie różnych akcji Dropboxa obok siebie sprawiało, że ikona – z punktu widzenia UX – jest całkowicie bezużyteczna, bo w żaden sposób nie pomaga rozróżnić akcji między sobą.

Podczas konfiguracji użyłem jeszcze jednego „zabiegu”, mającego pomóc w używaniu Drafts 4 – otóż każdą ze swoich pięciu grup akcji nazwałem pojedynczym znakiem emoji, dzięki czemu wszystkie pięć zakładek mieści mi się na jednym ekranie i nie muszę niczego przesuwać w poziomie, żeby znaleźć potrzebną grupę.

Choć wszystko powyższe powitałem z radością, bardzo szybko okazało się, że Drafts 4 to nie tylko zmiany na plus. Zmienił się interfejs aplikacji – znacząco. Wierzę, kiedy autor pisze, że wygląd i obsługa aplikacji zostały przemyślane na nowo, bo rzeczywiście wiele modyfikacji jest korzystnych dla obsługi i wygody użycia aplikacji, z zachowaniem konsekwencji pomiędzy urządzeniami na czele9. Kilku zmian zupełnie jednak nie rozumiem.

Dla przykładu; w poprzedniej wersji, tryb pełnoekranowy ukrywał górny pasek z godziną, statusem baterii i zasięgu – w 4.0, nawet po wybraniu trybu ekranowego w opcjach, pasek zostaje10 :

Na powyższych zrzutach widać też, że w wersji 4.0 zniknął także licznik słów i znaków. Sam używam Drafts jako edytora twittów, więc jesto to dla mnie duży brak – teraz, żeby zobaczyć ilość znaków, należy schować klawiaturę, co jest szalenie irytujące, gdy oscyluje się wokół wartości 14011.

Z jakichś przyczyn autor zdecydował się także na to, by nocny motyw – jedyny, którego używałem w poprzednich wersjach Drafts – został okraszony żółtymi (!) elementami 12. W mojej opinii wygląda to tak paskudnie, że mimo wielu tygodni starań, zmusiłem się i zmieniłem motyw edytora na biały. Wiem, że może się wydawać, że takie coś nie zasługuje nawet na miano problemu, ale mimo to nie rozumiem dlaczego dobre zostało zmienione na gorsze.

Mimo to, używam Drafts 4 (a nie wciąż działającego Drafts 3), bo jednak zmian na lepsze jest tu znacznie więcej.

PS Nowej ikony nie znoszę, wiadomo.

Dispatch 2.0 i 2.1

Znajomy, który dopiero niedawno zaczął swoją przygodę z iOS, zapytał mnie ostatnio o moją „absolutnie ulubioną aplikację”. Część z Was pewnie wie, jak ciężko było mi odpowiedzieć na takie pytanie, bo choć App Store jest pełen śmieciowych aplikacji, to jest w nim co najmniej kilkadziesiąt perełek, aplikacji, które szczerze uwielbiam13. Zanim więc odpowiedziałem, pomyślałem, że musi to być aplikacja, która po długim okresie używania wciąż zachwyca funkcjonalnością i w praktyczny sposób ułatwia wykonywanie pewnych czynności. Po krótkim namyśle, mój wybór padł na Editorial i Dispatch, ex aequo. Ze względu na fakt, że Dispatch jest aktualnie dostępny wyłącznie w wersji na iPhone’a, podzieliłem to w ten sposób:

  • Editorial jako najlepsza aplikacja dla iPada,
  • Dispatch najlepszą aplikacją dla iPhone’a.

Jest to o tyle dziwne, że o Dispatch nigdy wcześniej nie napisałem (poza wspomnieniem o nim w ogólnym tekście o e-mail), ale bierze się to właśnie stąd, że lubię ją tak bardzo, że nie chciałem jej skrzywdzić bylejakim opisem i koniec końców, nie napisałem żadnego. W ostatnim czasie14, aplikacja zyskała dwie duże aktualizacje, więc uznałem, że to dobry moment, by napisać choć pokrótce o tym, jakie dobra przyniosły one ze sobą.

Ale od początku; Dispatch jest klientem e-mail, obsługującym konta IMAP, który bazuje na idei „akcji” – sami twórcy piszą na oficjalnej stronie, że nie każda wiadomość e-mail w naszych skrzynkach odbiorczych wymaga odpowiedzi, ale duża ich część wymaga wykonania pewnej czynności. I właśnie w tym Dispatch błyszczy – aplikacja wspiera kilkadziesiąt aplikacji, do których jest w stanie wysłać informacje ze skrzynki odbiorczej. Dla przykładu, dwoma tapnięciami można utworzyć z wiadomości zadanie w OmniFocus, wydarzenie w Fantastical lub notatkę w Evernote. Wbrew panującej modzie na odkładanie wiadomości na później w celu utworzenia pozornego Inbox Zero, Dispatch pomaga zrobić to prawdziwe – tak wygląda to w praktyce (filmik jest dość stary, ale nadal prezentuje bazowe założenia aplikacji):

Jak widać na filmie, samo odpowiadanie na wiadomości także zostało ułatwione, dzięki automatycznemu wstawianiu pozdrowienia (choć w naszym języku, w którym imiona się odmienia, ma to ograniczoną użyteczność) i wsparciu własnych rozszerzeń wpisanego tekstu15. No i obsługuje „przeplatane” odpowiedzi. Jednak na pewno nie jest to aplikacja dla wszystkich – Dispatch nie obsługuje (i obsługiwał nie będzie) technologii Push – twórcy jasno się w tej kwestii określili i zdania nie zmienią. Mnie to pasuje, bo jak pisałem we wcześniejszych tekstach nie używam tego rodzaju powiadomień, ale zdaję sobie sprawę z tego, że wielu osobom do pracy takie powiadomienia są potrzebne.

Udostępniona w maju wersja 2.0 przyniosła obsługę dodatkowych katalogów na kontach IMAP (wcześniejsze wersje miały dostęp wyłącznie do standardowych katalogów), co pozwoliło mi na zarządzanie nie tylko moim głównym kontem, ale i wszystkimi pozostałymi, które FastMail automatycznie przekierowuje mi do osobnych katalogów 16. Opcja ta została rozbudowana na tyle, że część katalogów można pozostawić ukrytymi, a wybrane – ulubione czy najczęściej używane – przenieść na stałe do bocznego panelu, żeby były zawsze pod ręką.

W tej samej aktualizacji dodano również możliwość łatwego wypisywania się z newsletterów. Po wyświetleniu wiadomości, Dispatch skanuje jej zawartość w poszukiwaniu linku, służącego do wypisania się z listy – jeśli go znajduje, w okienku akcji pojawi się nowa opcja Unsubscribe, jak na powyższym zrzucie, której tapnięcie załaduje stronę we wbudowanej przeglądarce, bez konieczności przełączania się do Safari. Wiem z doświadczenia, że czasem chciałoby się wypisać z kilku list, żeby ograniczyć ilość wiadomości w skrzynce odbiorczej, ale zwyczajnie nie zawsze się chce – powyższa opcja sama do tego zachęca i rzeczywiście, odkąd ją mam, wypisałem się z każdego newslettera, gdy tylko uznałem, że nie chcę więcej dostawać informacji z danego źródła.

Dodano także URL scheme /compose, pozwalający na otwarcie edytora nowej wiadomości z poziomu zewnętrznej aplikacji. W łatwy sposób można więc stworzyć akcję w Drafts, która pozwalała na napisanie wiadomości w Drafts, przesłanie jej bezpośrednio do edytora (z już wpisanym tematem, „wyciągniętym” z pierwszej linijki), dodanie załącznika z Dropboxa (Dispatch obsługuje także Google Drive, iCloud i Box), wysłanie i powrót do Drafts – sam używam jej codziennie.

Kolejnym udogodnieniem, które pojawiło się w opcjach jest możliwość sortowania wiadomości od najstarszych; ma to na celu zachęcenie do odpowiedzenia czy zajęcia się najpierw tymi wiadomościami, które już czekają na wykonanie akcji, a dopiero na końcu najświeższymi. Każdy, kto stosuje „tę prawdziwą Inbox Zero” wie, że w niedługim czasie po jej osiągnięciu bardzo łatwo jest swtorzyć sobie kolejne zaległości. Ta opcja ma szansę temu zapobiec.

W sierpniu z kolei, pojawiła się kolejna duża aktualizacja, oznaczona numerem 2.1. Sporym udogodnieniem, które znalazło się w tej wersji jest możliwość utworzenia pliku PDF z wiadomości – coś, co bez trudu można było dotychczas zrobić przy komputerze17 w każdej aplikacji, ale na iOS było to wcześniej niemożliwe18.

Od wersji 2.1 możliwa jest też edycja wielu wiadomości jednocześnie (i przyjemny dla oka przewodnik pokazuje jak to zrobić przy pierwszym uruchomieniu), ale to, co ucieszyło mnie najbardziej to opcja Send & Archive. Pisałem o tym już kiedyś – wiadomość, na którą się odpisało nie powinna już widnieć w skrzynce odbiorczej, bo nie taka jest jej rola. Zawsze po wysłaniu odpowiedzi należy więc zarchiwizować tę oryginalną. Dispatch potrafi zrobić to automatycznie; otrzymujesz wiadomość, otwierasz, odpowiadasz, wysyłasz i przechodzisz do następnej wiadomości – kończysz więc z pustym katalogiem Inbox, czyli tak, jak powinno być. Jedyne niedociągnięcie tej opcji to fakt, że działa wyłącznie w katalogu Inbox, więc w konfiguracji takiej jak moja, gdzie wiadomości z różnych kont źródłowych trafiają do różnych katalogów w FastMail, odpisując na te pozostałe, wciąż niestety muszę archiwizować je ręcznie19.

Wśród nowości znalazło się także wsparcie dla kilku nowych aplikacji, w tym dla używanego przeze mnie klienta Pinboard – aplikacji Pinswift. Dzięki temu, każdy link znajdujący się w wiadomości, mogę przesłać bezpośrednio do swojego konta Pinboard.

Gdybym miał wytknąć jakiś brak tej aplikacji, to pewnie padłoby na dark mode, bo często korzystam z niego wieczorem i wolałbym patrzeć na ciemno-szary ekran niż na biały, no i, oczywiście, z niecierpliwością czekam na wersję dla iPada.

Wszystko powyższe sprawia, że Dispatch jest nie tylko znakomitym klientem e-mail dla iOS, ale także jest świetnie przemyślaną aplikacją w ogóle, której kolejne aktualizacje tylko to udowadniają. Widać wyraźnie, że deweloperzy wybrali sobie pewną grupe użytkowników jako swój tzw. target i to ją starają się (z doskonałym skutkiem) uszczęśliwić. Osobiście lubię ją głównie dlatego, że niejednokrotnie przekonałem się, że – jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi –  „uporanie się” ze skrzynką odbiorczą zajmuje mi mniej czasu, gdy robię to za pomocą telefonu niż przy komputerze.

[Dispatch kosztuje aktualnie 4,49 €](https://itunes.apple.com/pl/app/dispatch-email-meets-gtd-textexpander/id642022747?mt=8&uo=4&at=1l3vbj6&ct=app “dispatch”).

Launch Center Pro 2.3 i 2.3.1

W czerwcu pojawiła się duża aktualizacja najczęściej używanej przeze mnie aplikacji dla iOS – Launch Center Pro – do wersji 2.3. Zmian było wiele i wszystkie znaczące. Dodano wsparcie dla serwisu IFTTT, gdzie LCP zyskał swój własny kanał, co sprawia, że od tego czasu w Launch Center Pro można m.in. tworzyć akcje z serwisami, które dotychczas nie były dostępne z poziomu samej aplikacji. Otworzyło to ogrom zupełnie nowych możliwości (musiałem niemal całkowicie przeorganizować swoje akcje, żeby zmieścić wszystkie nowe, które stworzyłem po tej aktualizacji), zwłaszcza, że IFTTT i LCP mogą współpracować w obie strony, tj. LCP może zarówno wyzwalać akcje, jak i być „odbiorcą” (np. wyświetlać powiadomienie o akcji wykonanej przez serwis IFTTT) lub „pośrednikiem” przy tworzeniu bardziej zaawansowanych, wielopoziomych akcji.

Wersja 2.3.1 z kolei, uprościła składnię tych wielopoziomych akcji, czyniąc ją bardziej logiczną i zrozumiałą. Dla kogoś, kto własne akcje tworzy od zera to ogromne ułatwienie i idę o zakład, że nie jestem jedynym, którego to ucieszyło. Dodatkowo, aktualizacja dodała możliwość ustawienia domyślnego tekstu w akcjach, korzystających z [Prompt], co sprawia, że takim domyślnym tekstem może być np. [clipboard] – to uprościło i przyspieszyło niektóre z moich akcji. Co więcej, można nawet zadecydować w którym miejscu okna [Prompt] powinna pojawić się kareta.

Aktualnie – do 26. grudnia – zarówno Launch Center Pro dla iPhone’a, jak i w wersji dla iPada są przecenione o 80%; kosztują więc po 0,99 €. Nigdy wcześniej nie były tak tanie i – biorąc pod uwagę ich znakomitą współpracę z opisaną poniżej aplikacją Workflow – nigdy nie było lepszego czasu, żeby je mieć.

Workflow

Na dokładny opis tej aplikacji przyjdzie jeszcze czas, ale teraz chciałbym już zaznaczyć, że z całą pewnością jest to jedna z najciekawszych aplikacji, jakie pojawiły się w 2014 roku.

Ci z Was, którzy czytają teksty w Fabryce Pikseli od dawna, wiedzą, że automatyzacja często wykonywanych czynności jest czymś, co fascynuje mnie od lat. I odkąd w OS X doszedłem już do długo oczekiwanego poziomu, spędzam czas na automatyzacji iOS, używając Editorial, Drafts, Launch Center Pro i Pythonista i od kilku tygodni właśnie Workflow. Od bardzo dawna wiele osób pyta mnie o Launch Center Pro, z pozycji osoby, która kupiła LCP, ale do końca nie wie jak ją wykorzystać (gdybym prowadził jakieś statystyki, powyższe pytanie byłoby prawdopodobnie najczęściej zadawanym). Domyślam się, że niełatwo jest zrozumieć ideę działania tej aplikacji i jeszcze trudniej wdrożyć to w życie, więc nie dziwię się, że tak wiele osób jest z niej – nazwijmy to – nie do końca zadowolonym. Gdy pojawił się Workflow, najczęściej widzianym pytaniem na Twitterze było „czy skoro mam LCP i nie używam to Workflow mi się przyda?” – i właśnie na nie chciałbym poniżej odpowiedzieć.

Przede wszystkim, Workflow jest aplikacją znacznie łatwiejszą w użyciu niż Launch Center Pro czy Drafts (o dwóch pozostałych nie wspominając) – utworzenie zestawu akcji, który byłby prawdziwie przydatny (bądź to przez przyspieszenie, bądź ułatwienie wykonywanej czynności) jest dużo prostsze. Główną zasługą jest tu wizualne przedstawienie poszczególnych akcji, w podobny sposób w jaki robi to Automator w systemie OS X, z tą różnicą, że ten Workflow wydaje mi się nawet bardziej przystępny, jeszcze łatwiej zrozumiały.

Do tego dochodzi fakt, że w odróżnieniu od innych tego typu aplikacji, Workflow potrafi skorzystać z natywnych funkcji systemu, jak QuickLook, operacje na zdjęciach w Camera Roll czy dostęp do kontaktów. To wszystko sprawia, że ta aplikacja jest bardziej przydatna tzw. Zwykłym Użytkownikom, które właśnie tego typu operację chcieliby zautomatyzować czy przyspieszyć.

Kolejną różnicą, działającą na korzyść Worklow, jest to, że w przypadku Workflow, w odróżnieniu od wymienionych wyżej aplikacji, nie operuje się kodem praktycznie w żaden sposób (a przynajmniej nie jest to konieczne w większości przypadków). Dlatego większość osób, które próbowały automatyzacji przy użyciu np. LCP czy Drafts i poległy, mają sporą szansę, że z Workflow będzie zupełnie inaczej i to właśnie im poleciłbym spróbować w pierwszej kolejności.

Z moich obserwacji wynika, że problem jaki występuje w przypadku użytkowników, chcących zautomatyzować czynności wykonywane w iOS, w dużej mierze tkwi w samych użytkownikach. Często słyszę np. „to pokaż, co możesz zrobić w tym całym Launch Center Pro” lub „masz jakieś akcje, którymi możesz się pochwalić?”. I, oczywiście, mogę pokazać, ale to nie o to chodzi. Rzecz bowiem w tym, co Ty możesz zrobić w takiej aplikacji. Nie chciałbym być źle zrozumiany, ale uważam, że większość z tych uniwersalnych akcji jest bardziej pokazem możliwości danej aplikacji, a nie faktycznie przydatnym udogodnieniem. Weźmy dla przykładu bardzo popularne makro w Workflow, która pozwala na wyciągnięcie strumienia audio z filmu w serwisie YouTube i odtworzenie go w formie QuickLook. Jako pokaz możliwości – świetne, ale ile razy coś takiego rzeczywiście się przyda? A jeśli stworzy się makro, które zastępuje szereg często wykonywanych kroków, które wymagają wielu tapnięć, to nie tylko satysfakcja jest dużo większa, ale i jej przydatność jest nieporównywalnie wyższa. Dla przykładu; prowadząc swój fotograficzny dziennik od lat, link do umieszczonego w nim zdjęcia publikuję na Twitterze i Facebooku20. Stworzyłem więc bardzo prostą akcję, która działa jako rozszerzenie w iOS (to kolejna, ogromna zaleta aplikacji Workflow) i od teraz wpis o nowym zdjęciu pojawia się po trzech tapnięciach z mojej strony (Share » Run Workflow » dziennik). I wierzcie mi lub nie, ale uśmiecham się za każdym razem, gdy z tego korzystam.

Podsumowując, aplikację Workflow polecam bardzo mocno – pobierzcie i nie pytajcie innych o akcje, tylko przeanalizujcie często wykonywane przez siebie czynności i twórzcie swoje własne makra; to dużo prostsze niż mogłoby się wydawać, daje ogromną satysfakcję i sporo radości.

Flickr 3.2

Pisałem już niejednokrotnie, że do Flickr mam stosunek ambiwalentny; mam tam konto od wielu lat, ale umieszczam tam stosunkowo niedużo zdjęć i nigdy nie robię tego regularnie. Chciałbym jednak polubić ten serwis, bo jest popularny, wygodny w obsłudze i pełni rolę ciekawej platformy do chociażby wymiany zdań pomiędzy użytkownikami tych samych aparatów.

Z jakichś przyczyn, oficjalny klient Flickr dla iPada nie pojawiał się w App Store, mimo że dla iPhone’a (której wersję 3.0 bardzo polubiłem) była tam od 2009 roku. To dało pole do popisu wielu deweloperom, którzy postanowili wypełnić tę lukę, tworząc własne aplikacje klienckie, w większości jednak – bardzo słabe. Wyjątkiem był Darkrume, który został zaprezentowany kilka miesięcy temu, ale i on miał swoje problemy ze stabilnością i nie do końca się polubiliśmy. Na szczęście, w październiku pojawiła się aktualizacja oficjalnej aplikacji Flickr, która stała się uniwersalna, tj. działająca zarówno na iPhone’ie, jak i iPadzie.

Mam wrażenie, że przeszło to trochę bez echa, przynajmniej w tym „kąciku internetu”, który śledzę, a dla mnie to duża rzecz. Po części dlatego, że iPad w dużej mierze został stworzony do przeglądania na nim zdjęć, ale także dlatego, że aplikacja Flickr jest po prostu bardzo dobra. Działa szybko, stabilnie, animacje są tak płynne, że aż miło na nie popatrzeć, a obsługa aplikacji – bardzo wygodna. Biorąc pod uwagę, że zarówno aplikacja, jak i serwis są darmowe21, ciężko mi ich nie polecić, również jako formy prezentacji swojego portfolio na iPadzie.

VSCO Cam for iPad

Choć nadal fotografuję telefonem tyle, co nic, wciąż lubię VSCO Cam dla iPhone’a. Wersję dla iPada pobrałem więc w chwilę po jej udostępnieniu, oczywiście nie po to, żeby robić zdjęcia tabletem, ale żeby na nim edytować te zdjęcia, które zrobiło się telefonem, bo biblioteki obu wersji synchronizują się między sobą22.

VSCO Cam dla iPada jest świetnie zaprojektowana i bardzo wygodna w użyciu. Pozwala na porównanie (tap & hold) zdjęć przed i po edycji, a także – dzięki webowej aplikacji, umożliwiającej dodanie do biblioteki plików z komputera – na obróbkę zdjęć z aparatu23. Aplikacja pozostała darmowa, więc tym bardziej zachęcam do spróbowania.

Lightroom Mobile

Gdy Adobe zaprezentowała Lightroom dla iPada, nie byłem do końca przekonany. Od lat uważałem wprawdzie, że taka aplikacja jest potrzebna, ale twórcy położyli nacisk na inne rzeczy niż te, których oczekiwałem. Od tego czasu pojawiła się jednak aktualizacja, która daje nadzieję, że braki, o których wspominałem niedługo po premierze aplikacji, zostaną z czasem uzupełnione. Wersja 1.1 zyskała bowiem możliwość nadawania zdjęciom ocen (w wersji 1.0 były tylko flagi); być może więc wersja 1.2 przyniesie kolorowe etykiety (a wersja 2.0 słowa kluczowe?). Na liście zmian pojawiły się także nowe możliwości filtrowania zawartości kolekcji. Tym razem są one wielopoziome, to znaczy, że w odróżnieniu od wersji 1.0, gdzie można było wybrać np. nie pokazuj odrzuconych, teraz można to rozszerzyć o np. pokaż tylko oflagowane i oznaczone co najmniej dwiema gwiazdkami itp. W tym znalazłem jednak pewien błąd – otóż, nie ma możliwości wyboru opcji pokaż wszystkie, które mają mniej niż jedną gwiazdkę. W „dużym” Lightroom, żeby to uzyskać należy odznaczyć pierwszą gwiazdkę i wybrać „mniejsze lub równe” – w wersji dla iPada nie da się jednak odznaczyć pierwszej gwiazdki; aplikacja uznaje to za wyłączenie „gwiazdkowego” filtrowania. Lightroom dla iPada w wersji 1.1 rozpoznaje też czy kolekcja ma ustawione własne sortowanie (custom sort order) i jeśli tak, wyświetla je dokładnie w takiej kolejności jak na komputerze. Temu jednak nie ufam za bardzo, bo po upublicznieniu kolekcji w celu pokazania jej osobom trzecim za pośrednictwem serwisu lightroom.adobe.com, sortowanie to zamieniane jest na domyślne. Pozostałe rzeczy się nie zmieniły; nadal nie ma możliwości synchronizowania inteligentnych kolekcji, nadal nie można oceniać ani flagować zdjęć w widoku miniatur24 ani żadnego innego sposobu na edycję wielu zdjęć jednocześnie.

Mimo wszystko, jestem zaskoczony, jak często i jak chętnie używam tej aplikacji na co dzień. Aktualnie, przez różne zawirowania, mam kilkumiesięczne zaległości w zarządzaniu swoją prywatną biblioteką fotografii i – przyznaję otwarcie – Lightroom dla iPada skutecznie pomaga mi w ich nadrabianiu, nawet jeśli tylko na etapie wstępnej selekcji.

Zgodnie z obietnicą, Adobe udostępniła także Lightroom dla iPhone’a, która zawiera ten sam zestaw opcji co większa wersja, a nawet wyprzedza ją nieco, bo pozwala na automatyczny import zdjęć (i tylko zdjęć) z rolki bezpośrednio do Lightroom. To sprawia, że trochę zazdroszczę tym, którzy używają iPhone’a do robienia zdjęć. Jeśli bowiem się nad tym zastanowić, mają oni nie tylko Lightroom w swoim aparacie (!), to jeszcze wszystkie wykonane zdjęcia automatycznie pojawiają się na komputerze. Sam pobrałem ją tylko dlatego, żeby mieć czasem dostęp do jednej z ostatnio synchronizowanych kolekcji (wyłącznie celem pokazania komuś czegoś), bo nawet tego pierwszego etapu selekcji na telefonie jakoś sobie nie wyobrażam.

Overcast FM

Nie jestem ślepo wpatrzony w postać Marco Armenta jak inni i jako zadowolony użytkownik aplikacji Instacast, do aplikacji Overcast podchodziłem sceptycznie. W używanym kliencie przyzwyczaiłem się do pewnych niedogodności i na Overcast czekałem nie tyle z faktycznej potrzeby, co raczej ciekawości. Przyznaję jednak otwarcie; Marco Arment zaskoczył mnie w niej na kilku płaszczyznach i już drugiego dnia Instacast zniknęła z mojego telefonu.

Jestem fanem zarówno przemyślanego interfejsu25, jak i funkcjonalności aplikacji (zwłaszcza tej dostępnej jako In-App Purchase). Mam tu na myśli choćby możliwość ustawienia niektórych kanałów jako Priority Podcasts, które będą wyświetlały się u góry playlisty, bez względu na sortowanie pozostałej części. Podoba mi się też uproszczenie całego procesu, poprzez eliminację standardowych playlist, takich jak pobrane, odsłuchane itp. Wspomniałem też o dodatkowo płatnych opcjach; najważniejsze z nich to Voice Boost oraz Smart Speed.

Pierwsza z nich kontroluje natężenie odtwarzanego nagrania, żeby wyrównać możliwe różnice poziomów (czyli coś, czym w teorii powinien zająć się producent podcastu, ale w praktyce różnie z tym bywa). W słuchanych przeze mnie podcastach nie jest to duży problem, więc tej funkcji nie uważam za niezbędną, w przeciwieństwie do Smart Speed. Ta bowiem, wykrywa ciszę w nagraniu i …pomija ją na etapie odtwarzania. Nie tylko sprawia to, że podcast staje się przez to krótszy, ale przede wszystkim, dialog staje się bardziej dynamiczny, dzięki czemu nie muszę już korzystać z możliwości przyspieszania odtwarzania.

Overcast jest darmowy i umożliwia import subsrybowanych podcastów z wielu aplikacji, więc jeśli jeszcze nie próbowaliście, szczerze polecam.

Pinswift

Niedługo po pojawieniu się iOS 8, wszystkie aplikacje klienckie serwisu Pinboard zostały zaktualizowane, przynosząc obowiązkowe wsparcie dla systemowych rozszerzeń. Z Pinswift nie było inaczej. Jako, że poświęciłem wiele czasu w ostatnich miesiącach na porównanie Pinswift z Pushpin, nawet nie kupiłem nowo powstałych Pinnin i Pinner, mimo że i one wydają się być funkcjonalne i dopracowane. Po prostu w Pinswift niczego mi nie brakuje i tym bardziej polecam ją jako pełnowartościowego klienta fantastycznego serwisu.

Instapaper

Instapaper używam od samego początku swojej przygody z iOS (jeśli mnie pamięć nie myli, to jest to pierwsza aplikacja, jaką kupiłem w App Store). Siłą rzeczy więc obserwuję jej rozwój i dodawane do serwisu lub aplikacji funkcje. Udostępniona w maju opcja zaznaczania fragmentu tekstu i oznaczania go jako Highlight ucieszyła mnie bardziej niż sam przypuszczałem, gdy niecierpliwie na nią czekałem. Zaznaczone w ten sposób fragmenty nie tylko synchronizują się pomiędzy urządzeniami, ale także pomiędzy platformami (web, Android), a nawet mogą być automatycznie zapisywane w Evernote (razem z linkiem do oryginału). Tę ostatnią opcję uaktywniłem niezwłocznie i korzystam z niej codziennie.

Typed

Twórcy aplikacji Clear, wydali ostatnio nową apikację dla OS X – Typed – edytor tekstu, wspierający Markdown, którego …nawet nie pobrałem. Myślałem, że rynek tego typu aplikacji jest już nasycony (jeśli nie przesycony); mamy bowiem minimialistyczny iA Writer, bardziej funkcjonalny Byword, porównywalny, choć mniej dopracowany Write, dwa „kombajny” w postaci iA Writer Pro oraz Ulysses III oraz całą masę innych, mniej popularnych aplikacji, które mogą pełnić rolę edytora Markdown. I gdy tak patrzę na powyższą listę, to nie jestem w stanie wyobrazić sobie kogoś, kto poważnie powie „nie, żadna z tych mi nie odpowiada, potrzebuję coś pomiędzy iA Writer a Byword i najlepiej jeszcze, żeby potrafił odtwarzać muzykę lub dźwięk deszczu w tle – zapłacę za nią kilkukrotnie więcej niż za porównywalne aplikacje, a nawet więcej niż za iA Writer Pro”.

Logitech Keys-To-Go

Pisząc na iPadzie, z reguły używam bezprzewodowej klawiatury Apple. Lubię to połączenie, choć w podróży bywa ono problemowe, choć nie na tyle, żebym kiedykolwiek rozglądał się za jakąś inną klawiaturą przeznaczoną do użycia z iPadem. Sytuację tę może zmienić zaprezentowany kilka tygodni temu Logitech Keys-To-Go:

Skoro ma tylko 6,1 mm grubości, waży tylko 180 g, jest wodoodporna i ma klawisze specjalnie dla iOS (spotlight, home itp.) to oznacza, że powinienem się jej chociaż przyjrzeć. Nawet, jeśli przypomina klawiaturę od Microsoft Surface.

monitory 4K i 5K

Ekspansja monitorów o wysokiej rozdzielczości (ultra wysokiej?) trwa, przez co pojawiają się na rynku naprawdę ciekawe pozycje. Opisywany w poprzednim numerze LG UltraWide 34UM95 doczekał się swojego „zakrzywionego” odpowiednika – 34UC97. Monitor ma tę samą przekątną (34”), te same proporcje boków i tę samą rozdzielczość, ale ekran jest w nim zakrzywiony, co w zależności od własnych preferencji może być wielką zaletą lub niezrozumiałym dziwactwem. Sam nigdy przed takim nie siedziałem, więc ciężko mi się określić w tej materii. Jedną rzeczą model 34UC97 kusi mnie bardziej niż wcześniejszy 34UM95 – ma matową ramkę ekranu, co – domyślam się – korzystnie wpływa na komfort pracy.

Wymienione powyżej monitory, a także te wspomniane w numerze #056 wciąż traktuję raczej jako ciekawostki niż produkty, które brałbym pod uwagę, gdybym stał przed wymianą swoich na nowe. Pojawiły się jednak też bardzo poważne pozycje w międzyczasie – mowa o Eizo CG318-4K i NEC PA322UHD.

Oba są szerokogamutowe (99% AdobeRGB), mają po 32” i rozdzielczość 4K (choć w przypadku Eizo jest to DCI 4K, czyli 4096×2160 zamiast 3840×2160 jak w większości tego typu konstrukcji, w tym i w omawianym NEC). Dodatkowo NEC ma czujnik natężenia oświetlenia i pozwala na zmianę orientacji ekranu, a Eizo potrafi się sam kalibrować.

Problemem, jak zawsze w przypadku tych dwóch marek, pozostaje cena. NEC kosztuje w Polsce 13877 zł, a niedostępny jeszcze Eizo został wyceniony na $4600, więc w Polsce na pewno nie będzie kosztował mniej niż 15000 zł, a nie zdziwię się, jeśli przekroczy nawet 17000 zł.

Arco Deskbox

Biurka od dawna są częścią „à propos piątku” i tym razem nie mogło być inaczej. Arco Deskbox nie jest wprawdzie obiektem mojego zainteresowania, tj. nie potrzebuję takiego u siebie, ale sam projekt nie przestaje mnie fascynować.

Duńczycy potrafią. Choć $1835 za biurko o rozmiarach 80×44 cm to przesada, jakkolwiek by na to nie patrzeć.

Artifox Desk 01

Kolejne biurko, choć kosztuje prawie o połowę mniej niż powyższe, jest dużo ciekawsze w zakresie funkcjonalności:

Biurko posiada wieszak na torbę lub słuchawki, wbudowany stojak na iPada i iPhone’a oraz specjalne, zamykane miejsce, służące ukryciu przewodów.

Jako „wisienkę na torcie” przewidziano prawą część blatu, wykonaną z takiego samego materiału jak białe tablice, po których można pisać markerem. Wersja dla leworęcznych również jest dostępna.

Ikea Bekant

Gdy zobaczyłem poniższy filmik, nie mogłem uwierzyć:

Nie dlatego, że Ikea wreszcie zdecydowała się dodać biurko stojące do swojej oferty, a dlatego, że ktokolwiek zgodził się opublikować ten materiał. Nie rozumiem, jak ktoś mógł uznać, że laptop bez żadnej podstawki z ekranem dużo poniżej linii wzroku jest czymś, co można podpisać słowem „ergonomiczne”. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek próbował postać w takiej pozycji dłuższą chwilę, wie doskonale jak bardzo boli wówczas kark i jak dalekie to jest od jakiejkolwiek ergonomii. W takim przypadku laptop musiałby posiadać zewnętrzną klawiaturę, a sam być postawionym na dość wysokiej podstawce lub być podłączonym do zewnętrznego monitora.

Asbtrahując jednak od niezbyt dopracowanego wideo, samo biurko wydaje się być ciekawe, tym bardziej, że cena – jak przystało na Ikea – jest dość przystępna26. Choć Bekant jest zupełnym przeciwieństwem biurka, które właśnie powstaje do mojej pracowni, chciałem je sprawdzić osobiście. Niestety, w poznańskim sklepie, choć seria Bekant była dostępna i wystawiona, to tylko w opcji bez mechanizmu27.

Jedyna rzecz, jaka mnie zaskakuje, to fakt, że biurko nie ma pamięci wysokości. Dla konkretnego wzrostu są tylko dwie ergonomiczne wysokości; jedna dla pozycji siedzącej, druga dla stojącej. Miłoby było, gdyby sterownik silnika potrafił zapamiętać, że siedzę przy np. 70 cm, a stoję przy 105 cm. Bez tego, każda zmiana wykonywana jest „na oko”, co na dłuższą metę nie jest niczym dobrym.

Leica M „Edition 60”

Edycje kolekcjonerskie aparatów nie leżą w obszarze moich zainteresowań, a te z logo Leiki już szczególnie – są horrendalnie drogie w momencie ich ukazania się, a potem, z reguły już tylko drożeją. Z modelem M „Edition 60” pewnie nie będzie inaczej, ale ten jest wyjątkowy o tyle, że bardzo wpasował się w moje gusta. Wszystko za sprawą wyświetlacza na tylnej ściance, którego …nie ma.

Poza tym, aparat nie różni się wiele od standardowego modelu M 240, oczywiście poza ceną, która wynosi 65000 zł28 i nawet dysponując takimi środkami, trzeba się znaleźć pośród 600 szczęśliwców, bo tylko tyle egzemplarzy powstało.

Stulecie fotografii

Skoro mowa o Leice, to nie sposób pominąć materiału wideo, przygotowanego przez Leica Gallery Sao Paolo na obchody stulecia fotografii, które zawiera rekreację scen z 35 ikon fotografii – trzeba to zobaczyć:

Będąc w tamacie Leiki, warto też wspomnieć, że w ostatnim czasie odświeżona została linia Summarit, czyli najtańszych obiektywów w ofercie; 35/2.4, 50/2.4, 75/2.4 i 90/2.4, z których najdroższy kosztuje 8200 zł, a wszyscy wiedzą, że jak na tego producenta to rzeczywiście niewiele.

Vifa Copenhagen

Wielu popularnych producentów sprzętu audio ma w swojej ofercie głośniki z technologią AirPlay/Bluetooth, ale żaden nie spodobał mi się tak, jak ten:

I, oczywiście, rozsądek nie pozwoli mi nigdy kupić takiego gadżetu za 899 €, ale w kategorii przenośnych głośników – przynajmniej w zakresie designu ten pozostanie moim faworytem. Gdyby jednak Św. Mikołaj to czytał; niech wie, że na pewno znalazłbym miejsce dla tego głośnika w swoim mieszkaniu.

Hours

Artykuł został przeniesiony.

Timeful

Wśród aplikacji dla iOS, zamienniki systemowej listy zadań i kalendarza są bardzo popularne. Coraz częściej spotyka się twory łączące obie te kategorie w jedną aplikację (Fantastical jest świetnym przykładem). Twórca Timeful poszedł jeszcze krok dalej, dodając elementy śledzenia nawyków, które chce się w sobie wyrobić i stworzył tym sposobem kompleksowe narzędzie, które pozwala w jednym miejscu zaplanować swój dzień:

Mnie się to nie przyda, bo mój sposób planowania dnia odbiega od przedstawionego powyżej, a aplikację pobrałem tylko dlatego, że czynnie śledzę rynek kalendarzy, czekając na rewolucję w tej materii. Timeful takiej nie zapewnia, ale jedna rzecz w niej jest czymś, co mój idealny kalendarz mieć powinien – Sideline Calendars, czyli możliwość utworzenia wydarzeń „niepewnych”. Czasem, gdy na przykład umawiam się z Parą na sesję, podaję jej kilka terminów, które mi pasują i, czekając na ich decyzję, chciałbym móc podejrzeć w kalendarzu, które dni/godziny są wstępnie zarezerwowane. Żaden inna aplikacja tego nie potrafi (tj. trzeba tworzyć wydarzenia ręcznie, które domyślnie widnieją w kalendarzu jako zajęte i jedyny sposobem ich wyróżnienia jest dodanie ich do osobnego kalendarza).

Aplikacja Timeful jest darmowa.

Pillow

Od bardzo dawna ciekawią mnie statystyki dotyczące snu i czasu, jaki tej „czynności” poświęcam, zwłaszcza w korelacji z innymi czynnikami. Tj. czy w miesiącach, w których pracy mam najwięcej, śpię dłużej (bo jestem bardziej zmęczony pracą wykonaną w ciągu dnia) czy właśnie krócej (bo uznaję, że pracy mam na tyle dużo, że nie powinienem „tracić” czasu na sen). Podobnie jest z bieganiem; czy jeśli biegam dużo w danym tygodniu, to śpię wtedy dłużej czy krócej? Dodatkowo, z początkiem roku zacząłem „pracować” nad tym, żeby spać dłużej29, więc byłem ciekaw jak mi idzie. Szukając odpowiedzi na te pytania, dawno temu stworzyłem sobie akcję w Launch Center Pro, która co rano przypominała mi i pozwalała na wypełnienie pola z wartością długości snu30 w utworzonym wcześniej arkuszu w Google Docs. Z czasem, zmodyfikowałem ją tak, żeby podawać nie obliczoną wcześniej długość snu, a godziny pójścia spać i wstania. Arkusz sam obliczał długość na podstawie tych dwóch wartości, a ja miałem dodatkowo nowe informacje. Używałem tego przez długi czas, bo wpisywanie tych danych zajmowało nie więcej niż 10 sekund każdego ranka, a odwdzięczało się informacjami, które chciałem uzyskać. Problemem było jednak to, że aplikacja Google Drive (ani Google Sheets) dla iOS nie potrafi wyświetlać wykresów, a te były najważniejszym elementem wspomnianego arkusza. Rozwiązaniem tego problemu stała się znaleziona kilka miesięcy temu aplikacja Pillow.

Aplikacji tego typu – czyli monitorujących jakość snu – było już wiele i sam korzystałem z co najmniej kilku, choć – za wyjątkiem SleepBota – nigdy dłużej niż kilka dni. Prawdę mówiąc, nie wiem na ile dokładne są ich wskazania (choć w opisach każdej z nich twórcy zawsze piszą o zaawansowanych algorytmach) i wydaje mi się, że za ich używaniem kryje się zwyczajna ciekawość – jakbyśmy podświadomie chcieli wiedzieć co się z nami dzieje w tej części doby, o której wiemy niewiele (lub tylko ja tak mam). Dodatkowo, tego typu aplikacje przydają się, gdy „pracuje” się nad tym, by spać krócej/dłużej – dzięki nim można w szerszej perspektywie monitorować postępy.

Pillow wydał mi się czymś w rodzaju nowej wersji SleepBota, bo choć nie ma wielu więcej opcji, to jednak dostosowuje je zarówno do nowego systemu (SleepBot nie był aktualizowany od ponad roku), jak i sprzętu (wykorzystuje M7 w iPhone’ie 5S/6/6+). Nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że interfejs aplikacji Rise był dla twórców Pillow niemałą inspiracją.

Aplikacja posiada kilka trybów pracy; może monitorować jakość snu z nagrywaniem dźwięków (nigdy tego nie włączyłem), bez nagrywania dźwięków lub może być tylko budzikiem. Dodatkowo dostępne są trzy tryby drzemki – Power Nap (ok. 20 min), Recovery Nap (ok. 45 min) i Full Cycle Nap (ok. 120 min). Piszę „około”, bo aplikacja – dzięki temu, że „wie” w jakiej fazie snu się aktualnie znajdujemy – sama decyduje kiedy najkorzystniej nas obudzić (można w to wierzyć lub nie, trzeba pewnie przekonać się samemu – ja podchodzę do tego raczej sceptycznie). Z drzemką jest jednak pewien problem. Otóż, drugiego dnia miałem okazję sprawdzić jak to działa – rzeczywiście alarm zadzwonił po 20 minutach (sen był głęboki, więc nie mógł zadzwonić wcześniej), ale przez aplikację taka drzemka – mimo że wyświetla ikonę i opis, mówiący o tym, że była to tylko drzemka – traktowana jest w statystykach jak normalna sesja snu. Oznacza to, że gdy sprawdziłem to, mając tylko jedną noc zarejestrowaną, widok Sleep Profile wyświetlił mi, że średnia mojego snu to 3,5 godziny (niecałe 7 w nocy i 20 minut za dnia daje taką średnią) i Average Sleep Quality na poziomie 65% (znów – średnia z 90% i 40%). Wygląda mi to na błąd aplikacji, bo nie wierzę, że twórcy świadomie uznali, że takie rozwiązanie ma sens i tak powinno zostać.

Poza raportem „jakości snu” z ostatniej nocy, który wyświetla poszczególne fazy na osi czasu oraz wylicza procentowy udział każdej z faz, oceniając w ten sposób wartość „jakości” (prawy zrzut to efekt pozostawienia telefonu na szafce nocnej zamiast na materacu), aplikacja zbiera te dane, by zaprezentować je na jednym z kilku wykresów:

Być może jestem po prostu fanem prezentacji danych na wykresach, ale znając siebie, będę używał Pillow jeszcze przez jakiś czas, choćby po to, żeby zobaczyć jak zebrane statystyki będą wyglądały w poziomym ustawieniu telefonu.

Wśród wykresów brakuje mi jednego zestawienia; otóż można na wykresie monitorować godziny, o których się zasypia oraz długość snu, ale nie ma wykresu godzin, o których się wstaje (owszem, oba powyższe w korelacji dadzą nam pożądany obraz, ale trzeba wykazać się dość bujną wyobraźnią).

Wydaje mi się, że taki wykres godzin wstawania byłby bardziej przydatny, bo większość z nas, wprowadzając zmiany we własnych nawykach modyfikowałaby właśnie pory wstawania.

W międzyczasie jedna z aktualizacji aplikacji przyniosła obsługę iPada31 oraz zmieniła model płatności – gdy kupiłem Pillow, kosztowała ona 2,99 €, teraz jest darmowa, choć ma nieco ograniczone opcje, a ich wyłączenie kosztuje 4,49 € i jest dostępne jako In-App Purchase. Niestety, z niezrozumiałych dla mnie powodów zmienił się także design wykresów. Tak wyglądało to kiedyś:

A tak dziś:

Ta sama aktualizacja połączyła jednak Pillow z wbudowaną w iOS 8 aplikację Health, o czym napiszę więcej w kolejnym numerze32. Nadmienię jedynie, że pozwoliło to na naniesienie na wykres Sleep Quality33 dodatkowych informacji, takich jak ilość kroków, wagę czy ilość spożytych kalorii, więc można w jednym miejscu sprawdzić zależność zewnętrznych czynników na jakość snu.

Z aplikacji korzystam od ponad 5 miesięcy i wszystkim tym, którzy również są ciekawi statystyk długości swojego snu, mogę ją szczerze polecić.

Monument Valley

Od czasu powstania pierwszego wydania „à propos piątku” pojawiło się tu bardzo niewiele gier – sam pamiętam tylko trzy; Letterpress, Dots i Threes. Wszystkie z nich były prostymi łamigłówkami, które włącza się dla zabicia czasu. Dziś jednak chciałbym pokazać Wam coś zgoła odmiennego, bo Monument Valley to coś więcej niż tylko gra.

To wyjątkowe połączenie prostej, choć urokliwej grafiki 3D, złudzeń optycznych, animacji i dźwięku sprawia, że całość odbiera się bardziej jako swego rodzaju „estetyczne doświadczenie”.

Całość, składająca się z 10 rozdziałów, jest spokojna, wręcz relaksacyjna, tym bardziej, że w grze nie zdobywa się żadnych punktów, nie ma tablicy zwyciężców ani nic podobnego.

Nie będę więcej pisał, zobaczcie sami:

A tak wyglądały założenia twórców i produkcja samej gry:

Twórcy chciali, żeby każdy ekran w grze był swoistym dziełem sztuki i w mojej opinii na pewno się to udało. Gra została wyposażona nawet we własny moduł tworzenia zrzutów ekranu, w którym możliwe jest nawet przybliżenie fragmentu ekranu.

Co więcej, tak się akurat zdarzyło, że do jednego z magazynów, które czytam, dołączono ostatnio wydruk jednego z rozdziałów Monument Valley, który od tamtego czasu zdobi mi biurko34.

Monument Valley kosztuje aktualnie 3,59 € i dla lubiących taki poziom dopieszczenia detali z pewnością jest tego warta. Dodatkowe 8 rozdziałów może być dokupione jako In-App Purchase. Polecam bardzo, bo do dziś jestem zauroczony nastrojem tej gry. A soundtrack z tej gry leci w tle nawet teraz.


  1. nie piszę tego złośliwie, a jedynie staram się realnie na to spojrzeć 
  2. tym bardziej, że może mieć 32 GB pamięci RAM i 1 TB pamięć SSD 
  3. wiadomo jednak, że w przypadku systemów, gdzie GPU ma duże znaczenie, Mac Pro wciąż jest lepszym wyborem – iMac, ze względu na swoją cienką obudowę, wciaż korzysta z „mobilnych” komponentów 
  4. ten trend zaczął się już jednak wcześniej, gdy czterordzeniowa, 15-calowa Retina bez trudu doganiała szybsze iMaki i w niektórych sytuacjach była szybsza nawet niż Mac Pro. 
  5. pojedynczy dysk LBD, podłączony do Thunderbolt 2 osiąga transfery rzędu ~1350 MB/s, a połączenie dwóch takich w RAID w nowym iMaku nie zmieni tej wartości. Dla porównania, Mac Pro, mający trzy osobne magistrale Thunderbolt 2, zapewnia transfery rzędu ~2600 MB/s z dwóch i ~3740 MB/s (!) z trzech takich dysków. 
  6. dla łatwiejszego zrozumienia różnicy; materiał 4K wymaga ~1,49 GB/s transferu (co TB 2 jest wstanie zapewnić), a materiał w 5K ~2,65 GB/s, co wykracza już poza możliwości magistrali Thunderbolt 2. 
  7. Drodzy czytelnicy pracujący z materiałami do druku i kalibrujący swoje Eizo co 4 tygodnie, wybaczcie powyższe uogólnienie. Wiem, że wiecie, co mam na myśli, nawet jeśli nie przyznacie się do tego przed sobą. 
  8. prawdę mówiąc, po własnych doświadczeniach z takim iPadem, uważam, że już iOS 8 jest na nim niezbyt dobrym pomysłem 
  9. w poprzedniej wersji wyraźnie dawało się odczuć, że aplikacja dla iPhone’a i ta dla iPada nie były projektowane jednocześnie, a dodatkowo, przez fakt, że obie znacząco się zmieniły od dat swoich premier, wiele elementów zostało po prostu dodanych w wolne miejsca interfejsu 
  10. poza tym, w trybie Dark, tło edytora i górny pasek to nie jest ten sam kolor – nie wiem czy to wina iOS 8 czy coś nie tak poszło w Drafts 4, ale na pewno nie jest to coś, co chciałbym widzieć. 
  11. dla przykładu; jeśli napiszę treść, którą chciałbym umieścić na Twitterze, muszę schować klawiaturę, żeby zobaczyć, że mam np. 147 znaków. Gdy wracam do edytowania licznik znika, więc po zmianie jednego słowa na inne i skróceniu drugiego słowa, znów muszę schować klawiaturę, żeby zobaczyć czy te zmiany pozwalają już na umieszczenie drafta na Twitterze, czy jeszcze jakieś poprawki są konieczne. 
  12. nie sprawdzałem tego, ale wydaje mi się, że są to po prostu odwrócone kolory białego motywu, gdzie te same elementy są niebieskie. 
  13. to słowo nie jest żadną przesadą 
  14. czyli na przestrzeni ostatnich sześciu miesięcy 
  15. choć te z TextExpander również rozpoznaje i potrafi ich używać; przez długi czas był jedynym klientem e-mail dla iOS, który współpracował z TextExpander Touch 
  16. więcej o tym w tekście E-mail 
  17. File » Print » PDF 
  18. jeśli chcesz, Drogi Czytelniku, wytknąć mi, że to jednak było możliwe, bo wcale-nie-taki-trudny skrypt w pythonie i akcja w Pythonista załatwiłyby sprawę, to proszę, nie trudź się – dla ogromnej większości oznacza to dokładnie to samo, co „niemożliwe” 
  19. bierze się to prawdopodobnie stąd, że Dispatch wszystkie katalogi, które nie są standardowymi katalogami IMAP (Inbox, Archive, Sent, Trash itd.) traktuje jako swego rodzaju archiwum. Domyślam się też, że moja konfiguracja w FastMail nie należy do częstych rozwiązań, więc jest to problem jedynie dla znikomej części użytkowników 
  20. wiem, że cross-posting to zło, ale procent osób śledzących mnie w obu serwisach jest znikomy. 
  21. tak naprawdę to nie przypominam sobie nawet, dlaczego wciąż płacę za wersję Pro 
  22. nie tak szybko i pewnie, jakbym sobie tego życzył, ale jednak 
  23. oczywiście, można to „obejść”, zakładając, że ma się czytnik kart do iPada i, że rejestruje się materiał używając kart SD 
  24. ale przynajmniej dodano możliwość jednoczesnego flagowania i oceniania zdjęć w widoku pojedynczego zdjęcia 
  25. nie mogę się tylko przekonać do fontu, bo choć jest oryginalny, rozpoznawalny i czytelny, to zwyczajnie mi się nie podoba. 
  26. nie twierdzę, że 3150 zł (to najdroższa/największa wersja) za biurko to mało, ale w porównaniu do innych biurek stojących z mechanizmem na pewno nie jest to wygórowana kwota 
  27. nie wiem czy przez fakt, że kierownictwo boi się, że silnik w takim ogólnodostępnym biurku szybko przestanie działać czy po prostu ich jeszcze nie było 
  28. w zestawie jest jednak Summilux 35/1.4 FLE 
  29. przynajmniej 7 godzin w ciągu doby 
  30. za pośrednictwem okna prompt w LCP, bez konieczności przechodzenia do aplikacji Google 
  31. choć raczej jako urządzenia do przeglądania statystyk, bo jakoś nie wyobrażam sobie położyć iPada obok poduszki 
  32. opis iOS 8 to właśnie jeden z tych fragmentów, które przesunąłem do kolejnego numeru, żeby nie przedłużać już tego wydania 
  33. czyli ten, który – przynajmniej dla mnie – ma zdecydowanie najmniejsze znaczenie 
  34. jego większe wersje można kupić tutaj 

11 Comments

  1. Miłoszu – dziękuję za nowy numer, to jeden z lepszych prezentów pod choinkę ;-) Niezmiernie się ucieszyłem z maila.
    Życzę i Tobie i wszystkim czytelnikom FP naładowania baterii na następny rok i nie unoszenia się swoim ego przy stole – a o to coraz trudniej. Pozdrawiam!

  2. Miłoszu, nawet nie wiesz, jak się cieszę znowu mogąc przeczytać Twoje słowa. :) Mam nadzieję, że skoro podzieliłeś jednak tekst na dwie części, to nie będziemy musieli czekać aż tak długo na tę drugą? ;) Pozdrawiam serdecznie!

  3. Byłem koło 15 grudnia w IKEA Poznań i Bekant elektryczny był wystawiony w tej najmniejszej wersji blatu. Wszystkie wersje napędu mieli na magazynie. Zadziwiająco stabilnie się to podnosi/opuszcza. Planuję zakup tego biurka od czasu pojawienia się wzmianki/testów na zagranicznych stronach. Myślałem o wersji w kształcie L, czyli tej największej. Niestety po przymiarce okazuje się że jest stosunkowo wąskie i praktycznie lepszym rozwiązaniem jest prostokąt 80×160. Zwłaszcza, że pracuję przy komputerze często z wielkoformatową dokumentacją projektową + duża przekątna ekranu = te 80 cm głębokości bardzo się przyda. Myślę jeszcze jednak nad jego zakupem, bo idealnym rozwiązaniem było by 80 cm w kształcie L, którego nie ma w ofercie :-) Czy ty robisz na zamówienie biurko regulowane?

    iTrackMyTime – od 1,5 roku tego używałem do zliczania czasu. Niestety dawno nie uaktualniana i raporty takie sobie, zwłaszcza przy ogromnych ilościach godzin mało czytelne. Dziękuję za opisanie Hours – zakupiłem i będę testował :-)

    • Byłem dziś ponownie w poznańskim sklepie i nadal go nie było, ale jutro będę jeszcze we wrocławskim, więc sprawdzę i tam. Moje biurko nie będzie regulowane; nie potrzebuję takiej opcji, a ze względu na to, że w nowej pracowni na biurko mam dużo miejsca, to będzie to po prostu spory blat (powierzchniowo 2,2x większy niż podany przez Ciebie wymiar :)

      Cieszę się, że opis Hours się przydał; mam nadzieję, że spełni i Twoje oczekiwania. Niestety, nie znam jednak Superbrothers: Sword & Sorcery, więc ciężko mi porównać, ale dialogów w Monument Valley – poza kilkoma niezwerbalizowanymi (a wyłącznie wyświetlonymi) nie uświadczysz :)

      • W wolnych dniach zakupiłem i przeszedłem podstawowy zakres plansz Monument Valley. Mam sprzeczne uczucia co do tej gry. Z jednej strony poziomy faktycznie ładne, zabawa perspektywą przednia, efekt wody bardzo miły dla oka. Z drugiej strony niestety nie wciągnął mnie jej klimat (choć bardzo chciałem) może z uwagi na brak fabuły (dlatego moje pytanie o dialogi)? Wielkim minusem jest jej długość – znaczy się praktyczny jej brak. Poziomy są bardzo krótkie, nie mam jak się nacieszyć tymi wspaniale narysowanymi planszami, bo zagadki są trywialne i nieliczne. W grze logicznej powinny rekompensować brak fabuły. Zrozumiem ich ilość na planszy gdybyśmy mieli do dyspozycji powiedzmy 50 rozdziałów, ale 10? Tą grę można przejść w 20 minut (pomijam przestoje na podziwianie grafiki). Pomysł jest genialny – ale mam wrażenie jakby twórcy liznęli jedynie jego założenia. Wielka szkoda.
        Podsumowując – M. V. jest jak piękny utwór muzyczny, ale nie ma jak się wciągnąć w jej klimat jeśli trwa tyle co połowa pierwszej zwrotki…
        Mam w związku z tym pytanie: Czy dodatkowe 8 rozdziałów w in-app jest podobnej długości/trudności? Czy jest nadzieja na jakąś większą radość z kierowania Idą po tym wspaniale zaprojektowanym architektonicznie świecie?

  4. Bardzo się cieszę z nowego artykułu, tradycyjnie już czytałem go od początku do końca z przyjemnością. Odniosę się jednak do dwóch kwestii:
    1) U mnie Drafts ma licznik słów bez chowania klawiatury, ale być może wynika to z faktu, że jestem beta-testerem tej aplikacji;
    2) Pillow jest dobrym rozwiązaniem tylko dla osób, które śpią same lub mają oddzielne materace. W innym wypadku aplikacja śledzi ruchy ciała osoby, która śpi obok nas.

    Pozdrawiam i składam najszczersze życzenia noworoczne i bożonarodzeniowe. Spełnienia marzeń, Miłosz :)

    • Pierwszą rzecz już sobie wyjaśniliśmy, a z drugą nie mogę się do końca zgodzić, bo choć myślałem podobnie, to nie byłbym sobą, gdybym tego nie przetestował. Okazało się, że nawet w sytuacji, gdy dwie osoby śpią na jednym materacu, to przy odpowiednim ułożeniu telefonu (tj. przy krawędzi materaca od strony osoby „testowanej”) nie odczytuje on ruchów drugiej osoby. Tak, jakby drgania materaca, zniwelowane przez obecność przeszkody w postaci drugiej osoby są zbyt małe, by były brane pod uwagę. Spróbuj – powinieneś być zaskoczony rezultatem.

      Dziękuję za życzenia; wprawdzie poświątecznie, odwdzięczam się tym samym – pomyślności! :)

      • W takim razie muszę spróbować, choć przyznam szczerze, że przymierzam się powoli do zakupu opaski w stylu Fitbit Flex. Poczekam na opinie użytkowników o najnowszych modelach tej firmy, gdyż wiem, że poprzednie były mocno zawodne pod względem żywotności.

Submit a comment