à propos piątku #061

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 2 lata temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Historia lubi się powtarzać. Gdy zacząłem pisać wstęp do tego numeru „à propos piątku”, zorientowałem się, że kiedyś napisałem coś podobnego. Istotnie – jego pierwotna wersja brzmiała niemal dokładnie tak, jak wstęp do „à propos piątku”, które pojawiło się przed rokiem. Dopiero wtedy też zorientowałem się, że minęło dwanaście miesięcy od ostatniego numeru. Tym samym, cykl „à propos piątku” nie tylko przestał pełnić swoją początkową, cotygodniową rolę, nie tylko przestał pojawiać się kwartalnie, jak to już później bywało, ale prawdopodobnie przestał być cyklem w ogóle, gdyż do wysokiej półki wydań corocznych, coś takiego jak „à propos piątku”1 zwyczajnie nie ma wstępu.

Zostawiając te rozważania, pozwólcie, że przejdę do słowa wyjaśnienia. W ubiegłym roku, publikując ostatni numer, czułem żal, że pojawia się to tak rzadko i, że nie znajduję czasu, by pisać choć nieco częściej. W tym roku różnicą jest właśnie brak tego żalu – bo choć, istotnie, nadal chciałbym pisać częściej, to pozostałe sfery mojego życia świadomie uznaję za ważniejsze i nie żałuję, że spędziłem mijający rok właśnie w taki sposób.

Od ostatniego wydania „à propos piątku” w poruszanym przezeń obszarze zainteresowań pojawiło się tak wiele nowości i tak wiele zmian, że zaległości urosły do rozmiaru, którego nie sposób nadrobić. Spróbuję więc chociaż pobieżnie wspomnieć o tych najważniejszych, zaczynając od trzech ostatnich konferencji Apple i starając się zachować chronologiczny porządek.

MacBook

Podczas marcowej konferencji Apple zaprezentowała nowy komputer, nazwany – jak za starych, dobrych czasów – po prostu MacBook. Jak większość z Was wie, jest to laptop, który opisuje się dwuczłonowymi określeniami, z których pierwszy człon brzmi z reguły „super” lub „ultra”, a drugi „lekki” lub „mobilny”. Dzieje się tak nie bez przyczyny, bo MacBook waży zaledwie 920 gramów (!), a w najgrubszym miejscu mierzy tylko 13,1 mm. Mimo to, udało się w nim zmieścić 12-calowy ekran Retina o gęstości 226 pikseli na cal (co daje rozdzielczość 2304×1440 px) oraz ogniwa, zapewniające „cały dzień” pracy bez podłączania do zasilacza. Innymi słowy, robi wrażenie. Przez wielu mógłby zostać uznany jako długo oczekiwany „MacBook Air z ekranem Retina”. Tyle tylko, że MacBook wcale nim nie jest.

Ze względu na fakt, że konstrukcja tego maleństwa nie zawiera w sobie żadnych wentylatorów (co samo w sobie jest godnym podziwu krokiem naprzód), procesory, które są w nim dostępne, oferują wydajność porównywalną z MacBookiem Air z 2011 roku. Sam używam rzeczonego MacBooka Air z tego okresu i nie czuję mocnej potrzeby wymiany go na nowszy/mocniejszy model, bo do większości moich zastosowań taka wydajność okazuje się wystarczająca. Domyślam się jednak, że dla sporej części potencjalnych nabywców nowego MacBooka może to być spory minus.

To jednak nie koniec; w odróżnieniu od MacBooka Air, ten nowy nie posiada żadnych portów poza jednym USB-C. Oznacza to, że żeby dorównać wspomnianemu MacBookowi Air, nabywcy MacBooka będą potrzebowali zastępu przejściówek czy nawet czegoś w rodzaju stacji dokującej.

Mimo to, nie należę do tej sporej grupy osób, uważającej powyższe akapity za wady tego komputera. Uznaję raczej, że jest to laptop dla bardzo specyficznego grona odbiorców, dla których może to być narzędzie doskonałe. Wyobrażam sobie, że wszyscy ci, którzy do dziś nie przekonali się, że iPad może służyć do pracy, lub, dla których jest to po prostu niewygodne, bądź to ze względu na samo urządzenie, bądź przez wzgląd na ograniczenia systemu iOS, MacBook może stać się wymarzonym komputerem, który zawsze można mieć przy sobie. Czy sam znajduję się w tym gronie? Nie, choć mógłbym. Ale nie, bo w swoim użyciu iPada z klawiaturą zewnętrzną, najbardziej lubię to, że tę klawiaturę mogę odłączyć/schować i używać tablet jako urządzenie do czytania, czego MacBook – bez względu na swoje wymiary czy wagę – nigdy mi nie zapewni.

Pewną ciekawostką, dzielącą potencjalnych lub rzeczywistych posiadaczy MacBooka na dwie grupy jest jego klawiatura. Sam byłem jej bardzo ciekaw, bo choć od zawsze moją ulubioną klawiaturą Apple był model A1048, to odkąd używam Logitech Keys-To-Go do iPada, jestem miło zaskoczony krótkim skokiem klawisza i tym, jak korzystnie wpływa on na szybkość pisania. Rozwiązanie zastosowane w MacBooku jest jednak trochę inne i z pewnością wymaga przyzwyczajenia, więc mimo że nie stałem się fanem momentalnie, to na pewno nie należę też do tej grupy, która uważa to za największą wadę nowego komputera. Bardzo cieszy mnie też zmiana kroju pisma na klawiszach, co jest pewnie jakimś skrzywieniem, biorąc pod uwagę, że od lat piszę bezwzrokowo.

Zupełnie nie mam za to zdania w kwestii dostępnych (po raz pierwszy) różnych wersji kolorystycznych samego komputera. Jasne (najpierw białe, potem srebrne) laptopy przez lata wyróżniały komputery Apple w gąszczu czarnych PC, więc trochę obawiałem się, że Space Grey (kolor, w którym mam wszystkie pozostałe urządzenia Apple) będzie pewnym odejściem od wyznaczonego przed laty trendu. Na żywo okazało się, że na tak relatywnie dużej płaszczyźnie wydaje się on być jeszcze jaśniejszy niż w przypadku iPhone’a czy iPada, a i – ponownie, dzięki większej powierzchni – łatwiej się mieni.

W międzyczasie słyszałem również wiele narzekań na porzucenie MagSafe, czyli tej sprytnej, magnetycznej wtyczki, która chroniła wcześniejsze modele przed np. upadkiem z biurka, gdy niechcący zahaczyło się o przewód od zasilacza. W przypadku tego MacBooka brak takiego rozwiązania wydaje się mieć dwa powody; po pierwsze, ten komputer jest zbyt lekki, żeby taki magnes mógł go uchronić przed ściągnięciem go z blatu, a po drugie – i ważniejsze – skoro bateria wystarcza tu na cały dzień pracy, to w domyśle, ładuje się go nocą, tak jak wszystkie urządzenia z iOS. W iPadach też nigdy nie było MagSafe i nikt zdawał się na to nie narzekać.

Większym „problemem” wydaje mi się być brak diody informującej o tym, że bateria jest w trakcie ładowania. Już kiedyś straciliśmy diody prezentujące aktualny stan naładowania baterii (bardzo to lubiłem, zwłaszcza w MacBookach Unibody, gdzie były one niewidoczne, dopóki nie nacisnęło się przycisku odpowiedzialnego za ich zapalenie), a teraz jeszcze to?

To wszystko sprawia, że nowego MacBooka – zamiast jako wspomnianego „MacBooka Air z ekranem Retina” – traktuję raczej w kategorii „iPada bez ekranu dotykowego, ze stale podłączoną klawiaturą i systemem OS X”.

Apple Watch

Na tej samej konferencji odbyła się już oficjalna – ta bardziej konkretna – prezentacja zegarka Apple Watch. Nic się jednak w jego kwestii nie zmieniło u mnie od czasu ostatniego „à propos piątku”, więc ten akapit, chociaż tu jest, to tak, jakby go nie było.

Wciąż uważam bowiem, że największym jego problemem – w mojej opinii – jest konieczność posiadania przy sobie telefonu, że zegarek działał na miarę swoich możliwości. Kłóci mi się to z całą ideą posiadania takiego zegarka i, jako taki, wciąż jest dla mnie wyłącznie akcesorium do iPhone’a.

MacBook Air

W obliczu prezentacji całkowicie nowego MacBooka, aktualizacja modelu Air przeszła raczej bez echa. Ot, odrobinę odświeżony procesor, Thunderbolt 2 i – w przypadku modelu 13-calowego – szybsza pamięć flash. Okazało się jednak, że Broadwell, zwłaszcza i7, wcale nie jest „tylko” odświeżeniem. W teście Geekbench, sprawdzającym wydajność procesora i pamięci, tegoroczny model z i7, w operacjach jednowątkowych, osiągnął wynik 3050 punktów. To kilka procent więcej niż mój – niemal legendarny już model – mini z 2012 z czterordzeniowym i7. W operacjach wykorzystujących wiele rdzeni, ten sam procesor w MBA osiąga 6500 punktów, co jest poziomem najmocniejszej (!) wersji 13-calowego MBPr z ubiegłego roku. I to wszystko można mieć w obudowie 11-calowego MacBooka Air, który z pamięcią flash o pojemności 256 GB i rozszerzoną do 8 GB pamięcią RAM kosztuje porównywalnie do podstawowej wersji wspomnianego wcześniej MacBooka. A wciąż ma i Thunderbolt 2 i „zwyczajne” USB 3.0, nie wspominając o mocniejszym układzie graficznym (HD 6000 vs. HD 5300), który ma do „napędzenia” znacznie mniejszą ilość pikseli2.

Wygląda mi na to, że w porównaniu do nowego MacBooka, jest to dużo bardziej rozsądny wybór dla większości, a jednocześnie będzie to komputer, który nie zestarzeje się tak szybko. Może się też okazać, że z czasem będzie poszukiwany niczym wspomniany wcześniej czterordzeniowy Mac mini z 2012. Wcale nie będę zaskoczony.

iPad Pro

Duży iPad nie jest żadnym zaskoczeniem – plotki na jego temat pojawiały się od dawna. Przy okazji opisu iPada Air 2 w ubiegłym roku, pisałem:

(…) skoro iPad jest już tak wydajnym urządzeniem, mógłby z powodzeniem zastąpić komputer przynajmniej w części zadań, gdyby – i tu uwaga – …był większy. Wiem, że brzmi to jak kolejny przykład hipokryzji; wszak poświęciłem kilka akapitów na przedstawienie wyższości małego iPada nad dużym, a nagle stwierdzam, że duży jest za mały, ale jeśli miałbym używać go do pracy po kilka godzin dziennie, nie miałbym nic przeciwko gdyby ów miał 12 czy 13 cali i podstawę jak Wacom Cintiq. Oczywiście, nie wierzę, że domniemany iPad Pro tak właśnie będzie wyglądał – zaznaczam tylko, że nie miałbym nic przeciwko takiemu urządzeniu.3

Minęło kilka miesięcy, w których oprogramowanie znacząco zmieniło sposób, w jaki używam iPada i to, jak często z niego korzystam i, rzeczywiście, podejrzewam, że gdybym miał zmienić swojego, małego iPada na większy (lub dokupić większy, żeby używać go jako drugiego – wizja, która wciąż dość mnie przeraża), to znacznie chętniej kupiłbym właśnie iPada Pro niż iPada Air 2.

Ale może od początku; iPad Pro ma ekran w rozmiarze 12,9″, co czyni go niemal komicznie dużym urządzeniem – wyświetlacz ten ma rozdzielczość 2732×2048 pikseli, co daje o 60% więcej pikseli niż na moim 27-calowym Apple Thunderbolt Display (co z kolei daje gęstość 264 pikseli na cal, czyli tak, jak w dużych iPadach i nie-tak-dobrze jak w iPadzie mini). Wewnątrz znajduje się układ A9X, którego Apple przyrównuje do procesorów w „dużych komputerach”, podając nawet swego rodzaju statystyki; nowy iPad jest ponoć szybszy od 80% laptopów kupionych w ciągu ostatniego roku i – w zakresie grafiki – szybszy od 90% komputerów z tej samej grupy. Choć brzmi to dobrze, należy pamiętać, że większość sprzedawanych obecnie laptopów PC to fatalne, bardzo słabe wydajnościowo konstrukcje4. Podejrzewam jednak, że jeśli udałoby się porównać wydajność iPada Pro z nowym MacBookiem albo nawet poprzednią generacją MacBooków Air, ten pierwszy okazałby się szybszy w większości operacji, zwłaszcza, że już nawet iPhone 6S wypada w testach porównywalnie z podstawową wersją nowego MacBooka.

Wspomniana wyżej rozdzielczość nie jest przypadkowa; żeby uczynić jedną z nowych opcji iOS 9 – Split Screen – możliwie wygodną, iPad Pro potrafi wyświetlić dwie pełnoekranowe aplikacje jednocześnie, z których każda ma taką samą wysokość jak na 10-calowych iPadach w orientacji pionowej (szerokość każdej z nich jest odrobinę zmniejszona).

iPad Pro to jednak nie tylko większy ekran, ale i Apple Pencil; stylus, stworzony z myślą głównie – choć nie tylko – o ilustratorach i grafikach. Ten element i to, co można było zobaczyć na pierwszych materiałach wideo, czyli bardzo niewielkie opóźnienie i zaskakująca precyzja, sprawiają, że jestem naprawdę podekscytowany tym urządzeniem. Idea robienia notatek czy wstępnych szkiców na iPadzie zawsze wydawała mi się kusząca, ale nigdy nie byłem w pełni usatysfakcjonowany aktualnie dostępnymi rozwiązaniami. Gdy tylko Pencil od 53 pojawił się w sprzedaży, zamówiłem go jeszcze zanim wysyłka do Europy była możliwa (to długa historia).

Używam go od tamtej pory prawie codziennie, pamiętając, że to prawdopodobnie najlepsze, co jest aktualnie dostępne, co wcale nie oznacza jednak, że idealne. Brakuje w nim precyzji, oprogramowanie też pozostawia trochę do życzenia (do pewnych zastosowań jest doskonałe, ale do bardziej skomplikowanych szkiców okazuje się niewystarczające, a konieczność ciągłego powiększania fragmentu ekranu, żeby tę precyzję poprawić bywa drażniąca). Przy komputerze z kolei, od lat używam Wacoma Intuosa Pro (wcześniej Intuosa 5) jako podstawowego urządzenia wskazującego, więc jestem przyzwyczajony do trzymania „ołówka” przez kilka godzin dziennie. Mocno więc liczę na to, że ten nowy do iPada Pro przyniesie wiele zmian na lepsze w materii tego typu urządzeń. Jednocześnie, już teraz dostrzegam kilka problemów z samym „ołówkiem”:

  • umiejscowienie w nim złącza Lightning i sposób, w jaki podłącza się go do iPada wygląda bardzo niebezpiecznie – nie będę zaskoczony, jeśli wszyscy niejednokrotnie usłyszymy o przypadkach wyłamania tego złącza ze stylusa Apple5
  • iPad Pro ani żadne aktualnie dostępne etui do niego nie ma żadnego miejsca na przechowywanie/przenoszenie stylusa, co z jednej strony jest usprawiedliwione przez grubość urządzenia, ale z drugiej sprawi, że przemieszczanie się z iPadem Pro i „ołówkiem” nie będzie należało do najwygodniejszych,
  • nie do końca rozumiem dlaczego w Apple zdecydowano, że stylus powinien nosić nazwę „Pencil”, a nie np. „Pen”. Po pierwsze, urządzenie tego samego rodzaju o nazwie „Pencil” już istnieje, a dodatkowo, ołówek z reguły na „drugim końcu” ma gumkę – Apple Pencil nie jest w stanie wymazać utworzonych wcześniej linii, bo w tym miejscu ma on złącze do ładowania baterii (Pencil od 53 ma gumkę, która działa tak samo jak w zwykłych ołówkach).

Poza stylusem, zaprezentowano również Smart Cover z „wbudowaną” pełnowymiarową klawiaturą, która jako akcesorium, podekscytowała mnie znacznie mniej. Od kilku miesięcy używam klawiatury Logitech Keys-To-Go (więcej o niej napiszę przy innej okazji) do pisania na iPadzie; jest ona bardzo podobna do tej nowej do iPada Pro w kwestii materiału z jakiego jest wykonana. Różnicą jest jednak to, że ta Logitecha zawiera przyciski funkcyjne jak Home, Spotlight, przycisk do przełączania się między aplikacjami oraz specjalny przycisk do robienia zrzutów ekranu. Ich używanie znacząco przyspiesza pracę z iPada, jednocześnie czyniąc ją wygodniejszą. Z tego, co można było zobaczyć podczas prezentacji nowej klawiatury, wygląda na to, że nie ma ona podobnych udogodnień6. Pierwszy kontakt ze Smart Keyboard uwidocznił kolejne problemy; klawiatura wydaje bardzo nieprzyjemny klik, który w niczym nie przypomina tego z „normalnych” klawiatur ani, tym bardziej, tej przyjemnej ciszy, towarzyszącej pisaniu z użyciem Keys-To-Go.

To, co mnie jednak bardzo ucieszyło przy okazji premiery tej klawiatury, to specjalny port z boku obudowy samego iPada, do którego ta klawiatura jest podłączana. Ów port przesyła nie tylko dane, ale i zasilanie, co nie tylko wpłynie korzystnie na używanie samej klawiatury (choć nie pamiętam, kiedy miałem jakiekolwiek problemy z bezprzewodowym połączeniem swoich klawiatur z iPadem, a tę Logitecha ładowałem pierwszy raz po czterech miesiącach używania), ale przede wszystkim pozwala mieć nadzieję, że w przyszłości pojawią się inne akcesoria, które będzie można do tego portu podłączyć. To cieszy o tyle, że z pewnością pojawią się klawiatury innych producentów.

Choć na moment pojawienia się iPada Pro w sklepach czekałem dość niecierpliwie, to jednak wcale nie miałem i nie mam zamiaru go kupować. W dużej mierze ze względu na jego cenę (model ze 128 GB pamięci, z „ołówkiem” i klawiaturą będzie kosztował więcej niż MacBook, a tym samym dużo więcej niż MacBook Air), ale nie tylko. Prawdopodobnie przed podjęciem decyzji, poczekam aż oprogramowanie „dogoni” to urządzenie, ze szczególną uwagą ślędząc rozwój Lightroom dla iOS, którego już teraz używam częściej niż podejrzewałem, że będę (choć nadal nie do czynności związanych z obróbką w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa).

W mięczyczasie, kończąc rozważania nad iPadem Pro, chciałbym zachęcić Was do przeczytania jednego z najlepszych tekstów go dotyczących na jakie miałem okazję trafić: „Can the MacBook Pro Replace Your iPad?”

iPhone 6S

Kolejny iPhone oznacza dla mnie – podobnie jak dla wielu z Was – kolejną decyzję do podjęcia. Dla przypomnienia; w ubiegłym roku, podczas premiery iPhone’a 6, gdy było już pewne, że nie pojawi się żaden nowy telefon z 4-calowym ekranem, zamówiłem model 5S z 64 GB pamięci. Nie chciałem żadnego większego, bez względu na to, czym model 6 przewyższał 5S. Niedługo potem Żona uległa moim namowom (głównie ze względu na lepszy aparat, którego używa zdecydowanie częściej niż ja) i w domu pojawił się iPhone 6. Miałem więc czas, by się z nim „oswoić”, a mimo to, nadal uważam rozmiar 4,7″ za trochę dla mnie za duży – jest świetny, gdy się go używa, ale zdecydowanie gorszy w kieszeni czy podczas obsługi jedną ręką na ulicy (nikt nie przekona mnie, że jest inaczej). Po cichu liczyłem więc, że tegoroczna premiera, poza oczywistymi następcami modeli 6 i 6 Plus, przyniesie także np. 6C, który będzie miał „wnętrzności” 6-tki, ale 4-calowy ekran. Nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego, pojawił się 6S, którego specyfikacja i nowe cechy mają duże szanse przekonać mnie do większego ekranu. Zaznaczam jednak już teraz, że swojemu 5S – po ponad roku używania i ponad dwóch od premiery – nadal nie mam nic do zarzucenia i będę go używał dopóty, dopóki nie uznam, że jest mi niewystarczający lub utrudnia mi pewne działania.

W dużym skrócie; iPhone 6S otrzymał lepszy aparat, szybszy procesor i technologię 3D Touch. Ten pierwszy nie jest w stanie zmusić mnie do zmiany; nadal praktycznie nie fotografuję telefonem, a już na pewno nie w trudnych warunkach oświetleniowych, gdzie lepsza matryca z 6S mogłaby mi pomóc. Idea Live Photos jest dla mnie raczej ciekawostką i to też nie taką, którą chciałbym wypróbować możliwie szybko.

Szybszy procesor jest pewnie „miłym dodatkiem”, ale nadal daleki jestem od tego, by nazwać 5S wolnym, więc nie czuję żadnej potrzeby zmiany na nowszy i szybszy, choć 2 GB pamięci RAM w nowym modelu są już dużo bardziej kuszące.

Za to 3D Touch i pierwsze przykłady implementacji tej technologii (głównie przez autora Launch Center Pro i twórców OmniFocus) to jedyne rzeczy, które obserwuję, myśląc „też bym tak chciał”7.

Apple Music

Do nowej, muzycznej usługi Apple mam stosunek ambiwalentny. Jako posiadacz kilku tysięcy albumów w swojej kolekcji iTunes, podzielonych na dziesiątki ręcznie przygotowanych smart playlist8, już z założenia stanowię raczej trudny przypadek i rzeczywiście, same początki łatwe nie były. Ze względu na fakt, że moja biblioteka to dużo więcej niż 25000 utworów, Apple Music odmawiało jej analizy, a tym samym nie mogłem przystąpić do normalnego korzystania z usługi – żeby to ominąć musiałem usunąć „na chwilę” część biblioteki (pomoc aplikacji Export for iTunes była wówczas nieoceniona), tak, żeby zmieścić się w limicie 25000 utworów, a następnie ponownie je dodać. Okazało się, że w ten sposób zadziałało to bezbłędnie, choć oczywiście dodawane później utwory już nie były dostępne na innych urządzeniach.

Niestety, kolejne tygodnie także nie były wolne od „przygód” działających na niekorzyść Apple Music, głównie przez fakt, że w odróżnieniu od iTunes Match, to pierwsze analizuje utwory wyłącznie na podstawie metadanych, a nie faktycznej analizy przebiegu danego utworu. To sprawia, że muzyka klasyczna, jazz czy wykonania koncertowe są praktycznie niemożliwe do odsłuchania na innych urządzeniach niż to, na którym biblioteka rzeczywiście się znajduje. Jeśli więc chciałbym odsłuchać sobie koncertowego wykonania jakiegoś utworu, mogę to zrobić jedynie na iMaku w salonie, gdyż Apple Music na innych urządzeniach za każdym razem serwuje mi to samo studyjne wykonanie – wszak z jej punktu widzenia wykonawca i tytuł się zgadza. Bywa to na tyle frustrujące w praktyce, że za każdym razem, gdy mi się to przydarza, mam jeszcze większą ochotę kupić sobie „off-line’owego” iPoda Classic, umieścić na nim choć część tego, co mam w swojej bibliotece i nie musieć borykać się z takimi problemami.

Jest jednak druga strona tej samej usługi; piszę te słowa na tarasie domku, który znajduje się w głębi lasu, daleko poza zasięgiem sieci komórkowych, a jednak – ku sporemu zaskoczeniu – w zasięgu sieci Wi-Fi, oferowanej przez obsługę miejsca, w którym się znajduję. Piszę to, używając iPada z 32 GB pamięci, na którym – dzięki Apple Music – mogę odtworzyć ogromną część swojej niemal 2-terbajtowej kolekcji, która znajduje się w domu, na wyłączonym komputerze. Nie sposób nie docenić takich korzyści i jednocześnie nie zachwycić się tym, dokąd doprowadził nas rozwój technologii (pamiętam podobne wyjazdy jeszcze–nie-tak-dawno-temu, gdy zabierałbym całą stertę minidysków albo chociaż spędzałem sporo czasu na etapie pakowania, wybierając te albumy, które miałyby się zmieścić na – ogromnego, jak mi się wówczas wydawało – 16 GB iPoda).

Jest jeszcze kwestia streamowania muzyki – idea, z którą od zawsze mam spory problem. Prawdopodobnie jest to już oznaka starzenia się, ale nadal wolę pójść do sklepu muzycznego, kupić krążek, pogawędzić ze sprzedawcą na temat ostatniego koncertu, a potem – już w domu – umieścić płytę w tacce odtwarzacza i nacisnąć „Play”, przeglądając dołączoną do płyty „książeczkę” niż użyć do tego Apple Music, Spotify czy Rdio. Abonament tego ostatniego miałem nawet wykupiony przez kilkanaście miesięcy, a użyłem tylko kilkukrotnie i to tylko w celu odsłuchania albumów, które już zamówiłem we wspomnianym wyżej sklepie i czekałem aż się u mnie znajdą. Wiem, że istnieje tu jeszcze aspekt odkrywania nowej muzyki za pośrednictwem mniej lub bardziej skomplikowanych alogorytmów wymienionych wyżej usług, analizujących to, co polubiliśmy do tej pory i proponujące innych wykonawców lub inne albumy, które mogą nam się spodobać. Wiem i rozumiem, a jednak nie korzystam i nie upatruję tego jako zalety. Wierzcie mi, wciąż mam w swojej bibliotece albumy, których nie zdążyłem poznać tak, jakbym chciał.

Podsumowując, mam wykupiony abonament rodzinny i korzystam z Apple Music (także w obrębie własnego mieszkania, gdzie w większości przypadków Apple Music działa pewniej niż iTunes Home Sharing, choć to opowieść na inną okazję) na wszystkich posiadanych urządzeniach, choć bardziej traktując to jako „działające iTunes Match”9 niż jako serwis streamingowy.

iMac 4K

W październiku pojawił się nowy, 21,5-calowy iMac z ekranem Retina i …dyskiem mechanicznym wewnątrz.

Prawdopodobnie jestem skrzywiony przez fakt, że od lat nie mam na co dzień kontaktu z Makami, które miałyby dysk mechaniczny; laptopy mój i Żony mają fabrycznie montowany SSD, mój komputer do pracy ma je dwa, a nawet „sypialniany” laptop mojej Żony – biały MacBook z 2008 roku – ma wymieniony dysk na SSD. Dlatego, jeśli pomyślę, że ktoś może wydać 7299 złotych na nowy, rzekomo świetny komputer i czekać minutę (lub nawet więcej) na jego włączenie czy kilka sekund na uruchomienie każdej aplikacji, to robi mi się kogoś takiego bardzo żal. Zgaduję, że Apple dysponuje danymi, które świadczą o tym, że większość potencjalnych nabywców takiego komputera nadal przedkłada wielkość przestrzeni dyskowej nad jej szybkość, ale mimo to, wydaje mi się to kuriozalne, by pod koniec 2015 roku w komputerze, który ma służyć przez kolejne lata, instalować mechaniczny dysk o prędkości 5400 rpm10.

Wracając do ceny samego iMaka; 7299 zł za podstawowy model z ekranem 4K ma szansę być uznane za „uczciwe”, przynajmniej przez część potencjalnych nabywców. Gdy jednak zacznie się rozpatrywać ten komputer jako narzędzie do pracy, kupowany z myślą o kolejnych latach, to okazuje się, że kwota robi się znacznie mniej przyjazna dla portfela. Bo kwestię dysku już wyjaśniliśmy – nikomu nie mógłbym polecić tego komputera w takiej konfiguracji. Najtańszą opcją jej zmiany jest dopłacenie do 1-terabajtowego Fusion Drive (480 zł), ale i to ciężko jest polecić, bo w tegorocznej edycji wielkość przestrzeni SSD użytej w 1 TB konfiguracji Fusion Drive została zmniejszona ze 128 GB do 24 GB. Tym samym jej wpływ na ogólną wydajność pamięci masowej jest znacznie mniejszy. Realnie zostają więc opcje 2-terabajtowego Fusion Drive (w tej konfiguracji, SSD wciąż ma 128 GB) oraz 256 GB SSD (jest też 512 GB, ale kosztuje małą fortunę), co zwiększa cenę iMaka o, odpowiednio, 1440 zł lub 960 zł. Potem dochodzi pamięć RAM, której w 21,5-calowym iMaku nie da się dołożyć samodzielnie (tylko 27“ ma taką możliwość). Standardowo komputer ma zainstalowane 8 GB pamięci RAM, które użytkownikom domowym powinny wystarczyć, ale do pracy sugerowałbym dopłatę do 16 GB, które pewnie za 4 czy 5 lat i tak mogą się okazać niewystarczające. To zwiększa cenę o kolejne 960 zł, a to oznacza, że iMac 4K do pracy to przynajmniej 9219 – 9699 zł11. Nie twierdzę, że nie jest tego wart (w końcu to 21,5-calowy ekran Retina), ale za tę samą kwotę można mieć 27-calowego iMaka 5K z 256 GB SSD, szybszym procesorem nowszej generacji (Broadwell vs. Skylake), mocniejszą kartą graficzną i możliwością samodzielnego dołożenia pamięci aż do 32 GB. Domyślam się jednak, że dla niektórych osób, 27“ to zwyczajnie zbyt dużo, choćby ze względu na „wymagane” rozmiary biurka.

Notes

Nowa odsłona aplikacji Notes, która pojawiła się przy okazji premiery OS X 10.11 i iOS 9 (których szerszy opis na łamach tego wydania „à propos piątku” sobie darowałem, żeby już bardziej nie przeciągać momentu jego publikacji), to – patrząc z perspektywy czasu – największe zaskoczenie i (tuż obok Split Screen na OS X) największe udogodnienie tych systemów. Przyznaję, że nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy; owszem, oglądając prezentację pomyślałem, że fajnie, że wreszcie systemowa aplikacja do notatek będzie użyteczna, przez co spore grono osób o niewygórowanych potrzebach nie będzie zmuszone szukać alternatyw. Zwłaszcza, jeśli zmieniony został sposób synchronizacji (z IMAP na CloudKit), co może oznaczać, że będzie można mu ufać. Dużym plusem jest też oczywiście możliwość dodawania zdjęć, linków (z „podglądem”), tworzenia list czy nawet odręcznych szkiców (choć tylko w wersji dla iOS). Nie sądziłem wówczas, że sam mógłbym z tego korzystać; wszak używam Drafts do szybkich notatek, tych „na chwilę” i Evernote do tych wszystkich „na dłużej”. Dodatkowo, mimo że wygląd systemowej aplikacji Notes został odświeżony, nadal w tle widoczna jest tekstura, na którą tekst nadal rzuca cień (!) – takie aspekty wizualne, w moich oczach, silnie działają na niekorzyść takiej aplikacji.

A jednak zdecydowałem się sprawdzić jak to rozwiązanie zadziała w praktyce (wiecie, parając się m.in. doradztwem, był to trochę mój obowiązek) i – jak zwykle – wspomnianą praktykę potraktowałem bardzo serio. Przygotowując ten numer „à propos piątku”, korzystałem wyłącznie z Notes do tworzenia notatek, zbierania linków, zrzutów ekranu itp. I właśnie tu pojawiło się zaskoczenie, o którym pisałem we wcześniejszym akapicie. To jest naprawdę wygodne! Mam tu na myśli głównie fakt, że rozszerzenia pozwalające na dodawanie treści do nowych Notes jest tak głęboko zaimplementowane w oba systemy, że praktycznie z każdego miejsca można dodać doń nowe treści. Co więcej, przy ich dodawaniu, można od razu wybrać, do której notatki powinny one trafić. Tu pojawiła się więc pierwsza znacząca przewaga Notes nad wcześniej używanym przeze mnie do tego celu Evernote – ten drugi, choć też ma własne rozszerzenie, pozwala na dodanie notatki do danego notatnika, a nie treści dopisanej/dodanej do konkretnej notatki. Wydawać by się mogło, że różnica jest niewielka, ale w istocie jest odwrotnie; już tłumaczę. Przygotowując treści do artykułów czy do „à propos piątku” właśnie, używałem notatnika ‘working on’ w Evernote. Za każdym razem, gdy dodawałem tam cokolwiek za pomocą rozszerzenia, siłą rzeczy tworzyłem tam nową notatkę. Siadając do pisania, okazywało się, że mam np. 7 notatek dotyczących jednego tematu, 12 drugiego i 8 kolejnego, a wszystkie przemieszane między sobą. Musiałem je ręcznie odnajdywać i, w jeden z kilku sposobów, łączyć w jedną. W przypadku Notes odpada ten, bądź co bądź, czasochłonny krok. Gdy dodaję zrzut ekranu do artykułu o OS X 10.11, dodaję go bezpośrednio do notatki „OS X 10.11”; gdy dodaję link, który chcę umieścić w tekście o aplikacji Photos, trafia on na koniec notatki „Photos”. To naprawdę ma sens, oszczędza czas i pomaga w zachowaniu porządku. A i proces pisania staje się przez to prostszy (i przyjemniejszy; polecam spróbować następującego combo: Notes, Ulysses, Split View), chociażby przez fakt, że wszystkie zebrane informacje są w jednym miejscu. Nie muszę się już upewniać czy sprawdziłem Drafts, Evernote, zrzuty w Ember, linki w Pinboard i notatki „na marginesie” w Ulysses, zanim zacząłem pisać. Teraz wszystkie te rzeczy są w jednej aplikacji, która zawsze jest pod ręką.

I choć z Evernote notatnik working on zniknął, nie oznacza to, że zrezygnowałem z Evernote całkowicie (choć bannerami z informacją o Work Chat drażni mnie nieprzyzwoicie) ani, że aplikacja Notes nie ma wad; brak możliwości zmiany wielkości tekstu czy sortowania notatek w inny sposób niż według daty ostatniej edycji oraz wspomniane wcześniej aspekty wizualne to niewątpliwie wady. Brak możliwości szkicowania w wersji dla OS X też jest pewnym brakiem. Abstrahuję nawet od faktu, że z chęcią wykorzystałbym do tego swojego Intuosa, ale przecież większość sprzedawanych obecnie komputerów ma duży i wygodny touchpad, który również nadaje się do narysowania palcem podstawowych kształtów, a często tylko tyle nam potrzeba. Z chęcią zobaczyłbym też tam możliwość segregowania zawartości danej notatki w sposób znany z Drafts (gdzie w trybie edycji każdy akapit można przeciągnąć i umieścić w żądanym miejscu) – to ułatwiłoby uporządkowanie notatek, zawierających wiele linków i/lub zrzutów ekranu. Mimo wszystko, używam Notes z zaskakującą przyjemnością i podejrzewam, że z czasem będę z niej korzystał jeszcze częściej.

iA Writer 3

Na przestrzeni ostatnich pięciu lat, iA Writer wielokrotnie gościł na łamach „à propos piątku”. Byłem wielkim fanem pierwszej wersji dla iPada i późniejszej dla OS X. W międzyczasie okazało się, że moje potrzeby względem edytora tekstu znacząco wzrosły i mniej więcej na pół roku przed pojawieniem się iA Writer Pro (w grudniu 2013 roku), całkowicie „przesiadłem się” na Ulyssesa III, który już wtedy był nie tylko edytorem, ale i biblioteką wszystkich moich tekstów.

W „à propos piątku” #057 napisałem:

W kwestii samego Writera Pro; doceniam design aplikacji i podjęte przez twórców decyzje, ale sam jej nie potrzebuję. Przyznaję, że używany przeze mnie duet nie jest może tak elegancki w zakresie spójności wzorniczej między wersjami mobilnymi, a tą komputerową, jak i pewnie samego doświadczenia obcowania z aplikacją, ale wierzcie mi, Ulyssesowi III naprawdę niewiele mam do zarzucenia.

I rzeczywiście, nigdy Writera Pro nie kupiłem ani nawet nie wypróbowałem.

Na początku września br. pojawiła się jednak kolejna odsłona minimalistycznego edytora od iA, która – muszę przyznać – wygląda bardzo kusząco.

Sami autorzy w pierwszym akapicie przedstawiają ją w ten sposób:

If you came here to read about ground-breaking new features, we have to apologize: iA Writer has not become bigger. It has become lighter, smarter, more refined.

Nie jest pewnie żadnym zaskoczeniem, że taka idea jest mi bardzo bliska i w dobie zwiększania funkcjonalności narzędzi wszelkiej maści, podziwiam zespół iA za taki krok.

Nie jestem jednak w stanie określić nawet czy polecam nowego Writera czy nie, bo zwyczajnie go nie kupiłem. Przez lata „w branży” oduczyłem się tracić czas na testowanie rozwiązań, mogących zastąpić aktualnie używane, tylko dlatego, że są nowe i na swój sposób kuszące (nawet, jeśli są one ponad dwukrotnie tańsze niż te używane przeze mnie). Zostawiam więc Was z materiałem wideo przygotowanym przez twórców i samodzielną decyzją do podjęcia:

Lightroom 6/CC

Gdy w kwietniu pojawiła się kolejna wersja aplikacji Lightroom, bardzo mocno podekscytowałem się zdecydowanie szybszym eksportem plików.

Część z Was pewnie pamięta jeden z tekstów na tej stronie, który traktował o sposobie na zwiększenie wydajności w kwestii eksportu plików z poprzednich wersji Lightroom, których proces eksportu nie potrafił wykorzystać wielu rdzeni. Ów sposób polegał on na tym, że mając np. 300 zdjęć do wyeksportowania, zdecydowanie lepiej jest włączyć trzy jednoczesne procesy eksportu po 100 zdjęć każdy – zysk czasu nierzadko sięgał 70%12. Właśnie tak pracowałem przez ostatnie lata. Lightroom 6 przyniósł zmianę w tej materii – pojedynczy proces eksportu potrafi wyglądać tak:

Niestety, sam proces eksportu nadal nie został zmieniony i nadal – wbrew pozorom – nie potrafi wykorzystać wielu rdzeni. Sztuczka Adobe, którą odkryłem niedługo później, polega na tym, że Lightroom sam, jednocześnie, eksportuje po trzy zdjęcia. Bardzo łatwo jest to sprawdzić, włączając eksport i przechodząc do katalogu, w którym wyeksportowane pliki mają się znaleźć – już w momencie kliknięcia przycisku ‘Export’ w Finderze pojawią się trzy pliki. Z jednej strony jest to pewne rozczarowanie, z drugiej jednak – działa jak należy i nie trzeba dzielić eksportu na mniejsze procesy, bo LR 6 robi to automatycznie.

Sama aplikacja jednak znacząco przyspieszyła, zwłaszcza w zakresie obróbki lokalnej, do której narzędzia wykorzystują potencjał GPU komputera, na którym LR jest zainstalowany. Wszystko działa wyraźnie płynniej, a podglądy po każdej zmianie generowane są znacznie szybciej.

W tej wersji wprowadzono też system rozpoznawania twarzy, którego nigdy jednak nie włączyłem. Ciekawostką jest za to dodana możliwość importu zdjęć do konkretnej kolekcji – to w pewien sposób może być obejście problemu synchronizacji między LR na komputerze a tym mobilnym.

Problemy pojawiły się przy kolejnej aktualizacji na początku października. Wersja 6.2 została bowiem upubliczniona – w mojej opinii – przedwcześnie, a tym samym zawierała nierozwikłane wówczas błędy, których bardzo szybko stałem się ofiarą:

Nawet, gdy Lightroom działał, okazywało się, że to nie koniec przykrych niespodzianek. Otóż, przede wszystkim, w LR 6.2 pojawiło się uproszczone okno importu – twórcy usprawiedliwiają to tym, że początkujący użytkownicy aplikacji mieli spore problemy z wcześniejszym interfejsem wyboru źródła fotografii do importu. Nowy pomysł składa się z dwóch etapów; okna ‘Add Photos’:

oraz odświeżonego okna samego importu.

Pierwszy z nich – całkowicie zbędny dla profesjonalistów czy ogólnie osób radzących sobie z komputerami – automatycznie wykrywa podłączone urządzenia/karty i pozwala na szybki wybór ich jako lokalizacji źródłowej. Na szczęście, w preferencjach można wyłączyć pojawianie się okna ‘Add Photos’. Niestety, wspomniane odświeżenie tego drugiego okna, nie zakończyło się na kosmetycznych zmianach wizualnych. Zniknęły bowiem opcje ‘Move’ (bardzo przydatna, gdy chce się przenieść zdjęcia pomiędzy dyskami) oraz ‘Eject After Import’, która automatycznie odmontowywała kartę po skończeniu importu.

Tę drugą opcję miałem stale włączoną, bo w przypadku zgrywania materiału z 12-16 kart jednocześnie, bardzo ułatwiało i przyspieszało to pracę. Z tego samego okna zniknął również podgląd struktury folderów, wokół folderu docelowego, co niejednokrotnie bywał bardzo pomocny. Podobnie, nie uświadczymy w tym widoku informacji o przestrzeni dyskowej jaką zajmą importowane zdjęcia ani podglądu nazwy pliku, jeśli ją zmieniamy przy imporcie.

Przyznaję otwarcie; nie rozumiem tych zmian. Domyślam się, że stoi za nimi chęć uproszczenia interfejsu dla młodszych czy po prostu początkujących użytkowników, ale nie rozumiem dlaczego dzieje się to kosztem opcji, używanych przez profesjonalistów do pracy. Nie wierzę, że Adobe – mając, bądź co bądź, monopol na rynku narzędzi do katalogowania i wywoływania RAWów – nagle zmienia swój target i nie chce już kierować Lightroom do profesjonalistów. Dlaczego nie mogłoby być zwykłego przełącznika w opcjach: Import – prosty / zaawansowany?

Niedługo później pojawiła się aktualizacja 6.2.1, która naprawiła problem z wyłączaniem się aplikacji, choć żadnych zmian w kwestii importu (jeszcze) nie przyniosła. Piszę „jeszcze”, bo narzekających na zmiany jest, oczywiście, mnóstwo, a Adobe zdążyła już przeprosić (!) za wersję 6.2.

Teraz pozostaje nam więc już tylko czekać na przywrócenie odebranych funkcji.

Aktualizacja: Lightroom w wersji 6.3 przywrócił stare okno importu z opcjami ‘Move’ oraz ‘Eject After Import’.

f.lux for iOS

Bez względu na to, jak głupio to brzmi, f.lux dla iOS od lat był na liście moich software’owych marzeń. Wiem, że już kiedyś można było zainstalować podobne narzędzie, jailbreakując wcześniej telefon, ale to nigdy nie leżało w obrębie moch zainteresowań13. W listopadzie okazało się, że istnieje sposób, który pozwala na instalację f.luxa na urządzeniu z iOS i to w całkowicie legalny sposób, bo pomysłodawcą rozwiązania są twórcy f.luxa.

Umieścili oni na swojej stronie binarną wersję swojej aplikacji w formie projektu Xcode. Należało ją pobrać i samodzielnie wprowadzić do urządzenia z poziomu Xcode tak, jakby chciało się przetestować na nim własną aplikację. Zadziałało to bezbłędnie i od ponad miesiąca używam go na obu swoich urządzeniach, zachwycając się tym nieustannie:

O wszystkim, co związane z samym procesem instalacji f.luxa piszę jednak w czasie przeszłym, bo firmie Apple bardzo nie spodobało się umieszczenie binarnej wersji aplikacji, całkowicie omijając App Store (gdzie Apple od lat nie pozwala na istnienie narzędzi tego typu), a twórcy – z oczywistych powodów – nie zamierzają udostępnić kodu źródłówego. Ci drudzy zostali więc zmuszeni do usunięcia paczki, umożliwiającej wspomnianą wyżej instalację. Pozostaje więc nam żałować (może z wyjątkiem tych, którzy zdążyli) i pisać w tej sprawie do Apple.

Single-tasking

Chociaż poniższe video ma już prawie półtora roku, wciąż bawi mnie tak samo, jak za pierwszym razem:

Fantastical 2 for Mac

Sposób, w jaki używam kalendarza w swojej codzienności czyni ze mnie raczej wymagającego użytkownika aplikacji z tej kategorii, a dodatkowa misja związana z poszukiwaniem narzędzia idealnie dopasowanego do własnych potrzeb sprawia, że każdy nowy produkt wzbudza we mnie niemałą ekscytację. Z Fantastical dla Maka nie było inaczej, zwłaszcza, że twórcy zapewnili nam makretingowe mistrzostwo przed upublicznieniem aplikacji.

Fantastical od początku postrzegałem jako dość specyficzną aplikację. Mały aplet w górnym pasku OS X bywał jednak przydatny, a jego obsługa – bardzo wygodna i niejednokrotnie znacznie przyspieszająca pracę z kalendarzem. Potem pojawiła się wersja dla telefonu, która urzekła mnie fantastycznym sposobem dodawania nowych wydarzeń, który w połączeniu z Launch Center Pro sprawiał, że często nawet pracując przy komputerze, sięgałem po telefon, żeby dodać wydarzenie. Potem pojawiła się wersja dla iPada, na którą narzekałem już w ostatnim numerze – ani wygląd ani obsługa nie przekonały mnie do niej i poza używaniem jej do okazjonalnego wprowadzania danych, praktycznie z niej nie korzystam.

Dość unikalny sposób prezentacji informacji przez tę aplikację (zarówno wersję dla iOS, jak i OS X) nigdy nie pozwolił na jej stanie się „numerem jeden” w swojej kategorii, przynajmniej w moim użyciu. Gdy jednak zobaczyłem takie hasła promujące Fantastical 2 na stronie twórców:

The frustration of calendars has been solved.

We’ve reinvented the calendar app that started it all.

wiedziałem, że na premierę warto czekać. Zapisałem więc datę i godzinę tejże w kalendarzu (a jakże!) i niemal podświadomie zacząłem budować swoją listę oczekiwań w myślach. Znam – bo codziennie ich doświadczam – frustracje związane z używaniem dotychczasowych aplikacji i tego, że wszystkie one w tak dużym stopniu wciąż bazują na papierowej wersji kalendarza, której są tylko cyfrowym odpowiednikiem. Liczyłem, że użyte w hasłach słowa „reinvent” i „reimagine” obiecują rewolucję w tej materii.

Pobrałem więc 14-dniową wersję próbną (aktualnie jest ona 21-dniowa), gdy tylko została upubliczniona, dodałem swoje kalendarze z Google i zacząłem używać. Pierwsze rozczarowanie pojawiło się już po kilku minutach. Otóż, bardzo szybko okazało się, że bez względu na wybraną ilość dni, jaką aplikacja ma pokazywać w widoku tygodniowym (do wyboru jest 5, 7 i 14), nie jest w stanie zacząć od aktualnego dnia.

Oznacza to, że jeśli pierwszym dniem tygodnia w opcjach wybrany jest poniedziałek, to w środę widzi się dwa poprzednie dni, a w sobotę – pięć.

Widok dwutygodniowy na powyższym zrzucie nie ma tu nic do rzeczy, bo aplikacja wyświetla dni w tak samo nielogiczny sposób także w widoku 7-dniowym:

Jaki jest sens wyświetlania dni minionych zamiast dni kolejnych? Kto uruchamia kalendarz, żeby zobaczyć co było w poprzednich dniach, zamiast zobaczyć co go czeka? Czy twórcy choć raz uruchomili swoją aplikację w niedzielę i zobaczyli, że widzą poprzedni (!) tydzień zamiast kolejnego? Czy ktokolwiek uruchamia kalendarz w niedzielny wieczór, żeby zobaczyć jak mu minął tydzień, czy raczej zaglądamy tam, żeby sprawdzić jak zapowiadają się kolejne dni? Powyższe zachowanie aplikacji jest dla mnie czymś, co całkowicie ją dyskwalifikuje, przynajmniej w obecnej wersji. Nie potrafię tego zrozumieć ani niczym usprawiedliwić, tym bardziej, że zarówno w wersji dla iPhone’a, jak i iPada, jest to rozwiązane prawidłowo:

I to bez względu na orientację ekranu – widok poziomy również rozpoczyna się od aktualnego dnia:

Jest to dla mnie niezrozumiałe tym bardziej, że nawet nielubiany przez większość systemowy Calendar umożliwia taką opcję:

Ba! Nawet kalendarz w moim zegarku biegowym (tak, wiem jak to brzmi) wyświetla tylko nadchodzące wydarzenia.

Nielogiczne rozwiązania Fanstical 2 na tym się jednak nie kończą. Jak większość aplikacji dostosowanych do systemu OS X 10.10 Yosemite, tak i ona wspiera rozszerzenie, pozwalające na wyświetlanie zdarzeń w Notification Center. Problem z tym jest jednak taki, że wyświetla tam tylko 7 wydarzeń z danego dnia i to wliczając minione (!). Jak bardzo pozbawione jest to sensu wyjaśnia poniższy zrzut, jednocześnie porównując to rozwiązanie z systemowym:

Wychodząc biegać14 rzuciłem okiem do centrum powiadomień, żeby zobaczyć, co czeka mnie po powrocie. Rozszerzenie Fantasticala pokazało mi jednak wszystkie zdarzenia minione z tego dnia15, zaznaczając, że na liście mam jeszcze trzy, które mogę zobaczyć (tylko!) uruchamiając aplikację. Systemowe rozszerzenie działa tu zdecydowanie bardziej logicznie – wyświetla jedynie to, co jeszcze w danym dniu zostało.

To wciąż nie koniec – jakby tego było mało, że spora cześć ekranu zostaje zmarnowana na dni minione, to jeszcze pasek boczny z miesięcznym widokiem kalendarza oraz listą wydarzeń16, który w trybie pełnoekranowym na moim MBA 11“ zajmuje 22% powierzchni ekranu, nie może zostać wyłączony. Twórcy uznali pewnie, że Day Picker jest tak przydatny, że nikt nie będzie chciał się go pozbyć. Cóż, ja chciałbym. I ponownie systemowy kalendarz „wygrywa”, bo pozwala schowanie panela bocznego, a tym samym na znacznie bardziej efektywne wykorzystanie dostępnej powierzchni ekranu.

Na uwagę zasługuje też prędkość działania aplikacji, która na MacBooku Air (starszym, przyznaję, ale spokojnie dającym sobie radę z innymi kalendarzami) jest powolna, animacje nie są płynne, a Day Picker zwyczajnie „skacze”. Na Maku mini jest już znacznie lepiej, ale mimo wszystko, rozważając zakup np. nowego MacBooka (tego małego, z 12-calowym ekranem) wolałbym się nie zastanawiać czy aplikacja będąca tylko kalendarzem będzie działać na nim płynnie.

No i jeszcze jeden minus związany z El Capitan i Split View; na moim 11-calowym MacBooku Air, systemowy kalendarz i OmniFocus mogę ładnie ułożyć obok siebie (np. w proporcjach 65:35), co bardzo ułatwia przeciąganie zadań z OF do kalendarza, a jednocześnie sprawia, że narzędzia do planowania są schowane w jednej przestrzeni. Na tym samym ekranie nie można jednak w ten sam sposób umieścić Fantasticala i OF i to bez względu na szerokość okna tego drugiego. Na zewnętrznym ekranie takie rozwiązanie działa, więc podejrzewam, że Fantastical ma na sztywno wpisaną jakąś wartość szerokości ekranu, poniżej której nie pozwala na umieszczenie drugiej aplikacji w Split View. Szkoda.

Choć w powyższych akapitach dałem upust swojej frustracji (spotęgowanej oczekiwaniami i obietnicami twórców), nie oznacza to, że Fantastical 2 nie ma dobrych stron. Dodawanie nowych zdarzeń działa tak samo dobrze – jeśli nie lepiej – jak w wersjach dla iOS. Czyli doskonale i szalenie wygodnie. Widok Mini Window także jest równie przydatny jak w pierwszej wersji (choć cierpi na tę samą przypadłość, co pozostałe elementy aplikacji, czyli kładzie duży nacisk na wydarzenia minione). Największym plusem – i jednocześnie jedyną innowacją aplikacji Fantastical 2 – jest opcja Calendar Sets, czyli możliwość tworzenia zestawów kalendarzy, między którymi można się przełączać za pomocą skrótów klawiszowych. Razem z kalendarzami współdzielonymi z Żoną, mam ich u siebie 11. Możliwość podziału ich na grupy to spore ułatwienie. Dla przykładu, jeden z tak utworzonych zestawów wyświetla u mnie wyłącznie te kalendarze, które zawierają lub mogą zawierać informacje o wszelkich podróżach, czy to prywatnych czy zawodowych. Dzięki temu, planując np. wakacje, w widoku rocznym widzę wszystkie daty, które „odpadają“, bo są już zajęte i przewidziane na inne wyjazdy.

Gdy skończy mi się wersja próbna, a nastąpi to za kilka dni, tylko tej opcji będzie mi brakowało po powrocie do systemowego kalendarza. Jeśli jednak jej brak ma być wynagrodzony przez szybką, stabilną aplikację, wyświetlającą 11-dniowy widok, zaczynając od „dziś“, gdzie będę mógł chować pasek boczny, gdy tylko przyjdzie mi na to ochota, to zdaje się, że nie mam absolutnie nic przeciwko temu powrotowi. Jeśli dodam do tego zaoszczędzone 40€, których nie wydałem (i w najbliższym czasie na pewno nie wydam) na Fantastical 2, czuję się podwójnie szczęśliwy. I myślę sobie, że w przyszłości będę ostrożniej dozował swoją ekscytację.

Sigma 24-35/2.0 Art

Gdy kilka lat temu Sigma zaprezentowała obiektyw 18-35/1.8 dla APS-C (ekw. 28-56mm), właściciele pełnoklatkowych korpusów zapragnęli podobnej konstrukcji i dla siebie, a Sigma odpowiedziała:


fot. Sigma

Fotografując na zlecenie, podczas reportażu, zawsze pracuję dwoma korpusami, z których na jednym jest zawsze 50mm, a na drugim 24mm lub 35mm. Doskonale rozumiem więc różnicę między tymi dwiema ogniskowymi i złośliwe komentarze, jakoby obiektyw o krotności mniejszej niż 1,5x był pozbawiony sensu, uważam za bezzasadne. Bo mimo iż sam nie używam zoomów17, to jeśli powyższy obiektyw jest tak dobry, jak go opisują i tak dobry, jak pozostałe obiektywy Sigmy z serii Art, to gdyby nie fakt, że mam już 24/1.4 i 35/1.4 prawdopodobnie rozważyłbym ten właśnie model, choćby dla wygody, jaką oferuje i nie przejmowałbym się tą jedną działką.

Poza tym, skoro już technologia pozwala już na tworzenie takich obiektywów, to pewnie za kilka lat możliwe będzie stworzenie 24-50/2.0 o podobnych parametrach, a stamtąd to już pewnie tylko chwila to wymarzonego przez wielu 14-135/1.2.

Leica Q

Pojawienie się tego aparatu całkowicie mnie zaskoczyło.

Nie śledzę żadnych stron z plotkami nt. prawdopodobnych premier nowych modeli, więc oficjalną stronę modelu oglądałem z pewnym niedowierzaniem. Głównie dlatego, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że Leica Q jest aparatem, na który czekałem od wielu lat.


fot. Leica

Ale od początku; pierwszym artykułem na tej stronie (jeszcze pod nazwą „szkicownik”, którą pamiętać mogą tylko nieliczni) był mój wywód na temat trudności w znalezieniu aparatu odpowiedniego dla mojego „stylu pracy” i pasującego do mojej codzienności. Tłumaczyłem w nim dlaczego – mimo tak wielu lat rozwoju sprzętu fotograficznego – nadal nie znajduję na rynku niczego dla siebie (pamiętajcie, że wtedy nie było jeszcze ani Leiki M8/M9/M ani żadnego modelu z „nowego” Fujifilm). Od tamtej pory minęło 8 lat, wiele się zmieniło, rynek dojrzał, a producenci zrozumieli, że podział sprzętu na kompakty i lustrzanki to trochę za mało. Mimo to, nadal fotografuję aparatem z lustrem. Stali czytelnicy18 pamiętają, że był czas, kiedy rozważałem Fujifilm X100, dwukrotnie zabierając go w podróż, potem X-Pro 1, planowałem zakup Sony RX1 (i nawet pojechałem po niego do Berlina – jak się okazało – tylko po to, żeby cały urok jego i jego specyfikacji zniknął w momencie chwycenia go do ręki; był stanowczo zbyt mały), podobnie jak byłem zdecydowany na Nikona DF (który również zrobił na mnie okropne pierwsze wrażenie i bardzo stracił przy bliższym poznaniu). Żadnego z tych eksperymentów nie mogłem uznać za udane, mając ku temu solidne powody. Wiedziałem wprawdzie, że gdzieś tam, na szycie rynkowej tabelki są cyfrowe dalmierze Leiki, ale nigdy nie mieściły się one w budżecie na aparat, który niekoniecznie miał służyć do pracy19. W międzyczasie pojawiło się kilka pełnoklatkowych korpusów Sony, które są większe niż RX1, i którymi wszyscy – w tym kilkoro znajomych – wydają się być zachwyceni. Mnie jednak ten aparat zupełnie się nie podoba – jest zbyt „lustrzankowy”. Nie uważam, bynajmniej, żeby A7 w jakiejkolwiek wersji, był złym aparatem. Idę o zakład, że cichym A7S zrobiłbym wiele zdjęć, które by mnie cieszyły, a nowy A7RII wydaje się być korpusem, w którym nikomu niczego nie powinno brakować, nawet używając go do pracy. Mimo to, nie biorę ich pod uwagę; swoją „lustrzankowością” nie spełniają jednego z moich warunków.

Wydawałoby się, że moje potrzeby są proste i – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – łatwe do zrealizowania. Ot, chciałem aparat z pełnoklatkową matrycą20, dalmierzową aparycją i ergonomią21 oraz, tym samym, wbudowanym wizjerem oraz jasnym, niekoniecznie wymiennym, obiektywem, a wszystko w korpusie na tyle niewielkim, żeby nigdy nie zastanawiać się czy warto zabrać go ze sobą.

Leica Q, przynajmniej „na papierze” wydaje się mieć wszystko, co powyżej, a dodatkowo ma skalę głębi ostrości na obiektywie, co pozwala na ustawianie ostrości bez przykładania aparatu do oka (czyli coś, czego Fujifilm X100 nigdy nie zapewniał).

Mimo to, wygląda też na to, że znajdą się potencjalni nabywcy tego modelu, którzy znajdą co najmniej kilka rzeczy, które nie będą im odpowiadać. Pierwszą pozycją na takiej liście będzie pewnie ogniskowa. We wspomnianym wyżej artykule sprzed lat, wspominałem o 35 mm jako ogniskowej uniwersalnej, zapewniającej bardzo lubiany przez wielu kąt widzenia. Taki obiektyw zastosowano w Sony RX1, a jej ekwiwalent – w Fujifilm X100. Leica Q wyposażona została w obiektyw o dużo bardziej dynamicznej ogniskowej 28 mm. Każdy fotografujący wie, że między 28 a 35 mm różnica jest bardzo duża22 – inaczej się nimi pracuje i zupełnie inny jest rezultat ich działania. Sam w takiej decyzji upatruję jednak dwa plusy. Po pierwsze, Leica słynie ze znakomitych dwudziestek ósemek (zarówno Elmarit, Summicro, jak i najnowszy Summilux generują wspaniałe obrazy). Po drugie, każda nowa ogniskowa to okazja do eksperymentów i nauki, a ja obiektywem o ogniskowej 28 mm fotografowałem tylko przez „chwilę” (nie więcej niż 6 rolek filmu) i to mniej więcej 8-9 lat temu. Pamiętam, gdy kupiłem 40/2.8 do Canona, jako obiektyw do podróży. Różnica między 35 a 40mm także jest spora, a ja czułem się bardzo komfortowo, fotografując tą pierwszą. Minęło jednak trochę czasu, a ja nauczyłem się „widzieć” i tą ogniskową. Dziś wspomniana 40-tka nie tylko jest niemal na stałe przypięta do najmniejszego z posiadanych przeze mnie korpusów, ale i jest odpowiedzialna za wiele zdjęć, które dały mi sporo radości i stanowią bardzo ważną część mojego prywatnego albumu. Innymi słowy, myślę, że potraktowałbym to 28 mm jako swego rodzaju wyzwanie. Dodatkowo, w Leice Q zastosowano rozwiązanie będące pochodną cyfrowego zoomu czy kadrowania obrazu – jednym przyciskiem można uruchomić w nim ramkę, odpowiadającą ogniskowej 35 mm lub 50 mm i zobaczyć ją w elektronicznym wizjerze. Użytkownikowi przynosi to dwie korzyści; otrzymuje on obraz o wybranej ogniskowej (innej niż „domyślna”) oraz dostaje namiastkę dalmierza, widząc w wizjerze elementy, które znajdują się poza kadrem, co pozwala na precyzyjne wybranie momentu naciśnięcia spustu migawki, gdy chce się np. umieścić przechodzącą osobę w odpowiednim miejscu kadru. Oczywiście, jest to tylko kadrowanie, więc otrzymany plik ma mniejszą rozdzielczość niż wynosi rozdzielczość matrycy, ale po pierwsze przy ogniskowej 35 mm jest to nadal w zupełności wystarczające do większości celów 15 megapikseli (7 przy 50 mm), a po drugie, plik RAW (a właściwie DNG) zaimportowany np. do Lightroom, mimo że zostanie wyświetlony jako podgląd z wybranej ogniskowej, po uruchomieniu narzędzia kadrowania, okaże się, że w pliku zachowany jest obraz z 28 mm, który można dowolnie skadrować w procesie postprodukcji. Nie sądzę, żebym sam korzystał z takiego rozwiązania, choć z drugiej strony, niejednokrotnie na łamach „Fabryki Pikseli” składałem już takie deklaracje, które po czasie okazywały się zupełnie niesłuszne, więc kto wie.

Drugą rzeczą, na jaką pewnie będzie się narzekać jest niewymienny obiektyw. Już teraz niejednokrotnie widziałem pytania typu „dlaczego nie zrobili Q z bagnetem M, żeby móc używać wszystkich innych obiektywów Leiki?”. Odpowiedź na takie pytanie jest jednak szalenie prosta – model Q, skonstruowany w taki sposób, wpłynąłby bardzo negatywnie (mówiąc delikatnie) na sprzedaż modelu M. To tak, jakby chcieć, żeby Apple stworzyło 8-rdzeniowego Maka mini z 64 GB pamięci RAM, dwoma „dyskami” flash PCIe i wydajnym procesorem graficznym – kto wtedy kupiłby Maka Pro? Z mojej perspektywy, niewymienny obiektyw nie jest problemem – nie stanowiło to dla mnie przeszkody, gdy zamierzałem kupić RX1, nie stanowi i teraz. Zwłaszcza, że sposób, w jaki ten obiektyw obrazuje (z tego, co widziałem dotychczas na przykładowych fotografiach w sieci) sprawia, że mimo szerokiego kąta widzenia, Leica Q spokojnie może stać się jedynym aparatem w torbie. Co nie oznacza, że mając ją, nie czekałbym na bliźniaczy model z 50/1.4 czy 50/1.2 (wtedy cyfrowa ramka mogłaby odpowiadać ogniskowym 75mm i 90mm).

Jest jednak też kilka rzeczy, w których Leica Q zdaje się być nawet lepsza niż flagowy model M. Przede wszystkim stanowi o tym autofocus, który nie potrzebuje pewnie dodatkowego komentarza. Zaraz za nim plasuje się elektroniczny wizjer (i to o rozdzielczości 3,7 miliona pikseli). Jeszcze kilka lat temu uznałbym to pewnie za minus, wypisując zalety wizjerów optycznych, ale w międzyczasie technologia w tej materii rozwinęła się tak bardzo, że wielu fotografów, którzy stanęliby wtedy po mojej stronie, dziś używa wizjerów elektronicznych, chwaląc je przy każdej okazji. Wierzę więc, że i ja potrafiłbym się do takiego przekonać (choć nie miałbym też nic przeciwko zastosowaniu hybrydowego rozwiązania, znanego z Fujifilm). Ponadto, Q ma korpus, który jest cieńszy – gdy pierwszy raz chwyciłem cyfrową Leikę M, pierwszym wrażeniem było właśnie „ale ona jest gruba”. Jest też dużo od niej lżejsza – gdy ją podniosłem po raz pierwszy, byłem zaskoczony jak bardzo jest lekka, a Żona uznała nawet, że jest „zbyt lekka”, że traci się przez to poczucie obcowania z produktem z górnej półki, choć – oczywiście – jakości wykonania niczego nie można zarzucić. Q ma też procesor szybszy niż w M240 – zastosowano w niej układ z modelu S (typ 007), gdzie „obsługuje” on dużo większe pliki. Wszystkie materiały wideo, które widziałem, wyszukując „Leica Q” w serwisie YouTube, potwierdzają też to, że wszystkie operacje są wykonywane tak szybko, jak tylko można się tego spodziewać. Pierwszy kontakt z aparatem na żywo, tylko to potwierdził, podobnie jak to, że moment „wygaszenia” wizjera na czas robienia zdjęcia jest tak krótki, jak to tylko możliwe. Nowa Leica ma też moduł Wi-Fi, który uznałbym pewnie za pomijalny plus, gdyby nie fakt, że w 6D używam go znacznie częściej niż przypuszczałem (pamiętacie fragment o deklaracjach, które okazały się niesłuszne?). Cieszy mnie więc, że istnieje możliwość zaimportowania zdjęcia do iPhone’a czy iPada, bez konieczności wyciągania nawet karty z aparatu. Kolejną cechą, stawiającą ten aparat nad modelem M, jest mininalna odległość ogniskowania – w standardowym trybie Leica Q potrafi ustawić ostrość już od 30 cm, a w trybie makro (który we wspaniały sposób przełącza skalę ostrości w obiektywie – polecam zobaczyć to na filmie) nawet od 17 cm. W porównaniu do Leiki M, której obiektywy ogniskują od przeważnie od 70 cm, czyni to z Q dużo bardziej uniwersalny aparat (choć „bardziej uniwersalny” żadną miarą nie znaczy „bardzo uniwersalny” ani nawet „uniwersalny”). O korzyściach płynących z możliwości wykonania 10 klatek na sekundę nawet nie wspominam.

W międzyczasie dużo myślałem nad ceną Leiki Q; mówimy bowiem o kwocie 17000 zł. Zastanawiałem się czy jest to szalenie drogi „kompakt”, czy raczej bardzo tania Leica. Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, postanowiłem obliczyć koszty alternatywnych rozwiązań. Jeśli odwiedzi się stronę Leiki, można zobaczyć, że Leica M-E (najtańszy i najprostszy cyfrowy korpus w ofercie, odpowiednik „starej” M9) z Summicronem 28/2.0 kosztuje 37500 zł (o 121% więcej niż Q). Ten sam korpus z Summiluxem 28/1.4 to już 45000 zł (o 164% więcej). Jeśliby zamienić M-E na nową M, chociażby po to, żeby dysponować znacznie szerszym (niż w M-E, nie Q) zakresem czułości, to obu powyższych kwot należałoby dodać 7500 zł (lub 9500 zł, jeśli chciałoby się mieć „dyskretną” M-P). Zamiast obiektywów Leiki, w modelach M można jednak użyć dużo tańszych Voigtlanderów. I tak, koszt nowej Leiki M-E z Voigtlanderem 28/2.0 Ultron to 24400 zł (wciąż o 44% więcej). Oczywiście istnieją też inne, wspomniane wcześniej, alternatywy, lecz wszystkie z nich okupione są jakimś kompromisem; Fujifilm X100T – kosztująca 1/4 ceny Leiki Q – to nie jest pełna klatka23, Sony RX1R24, kosztujący niewiele ponad połowę tego, co Leica Q, jest zbyt mały i nie ma wizjera. Jest też (poniekąd bardzo fajny) Ricoh GR, który jednak nie ma ani wizjera ani pełnej klatki. Jedyne rozwiązanie, które traktuję jako alternatywę do pomysłu zakupu Leiki Q jest znalezienie używanej Leiki M8 i dokupienie do niej np. Ultrona 28/2.0. Z tego, co czasem udaje się znaleźć w serwisie Allegro, wynika, że taki zestaw kosztowałby połowę tego, co Q. Mógłbym więc albo po prostu wydać dużo mniej na taki aparat albo zostałyby środki na dodatkowe obiektywy lub nawet zamianę M8 na – również używaną, rzecz jasna – M9.

To wszystko doprowadza mnie do raczej oczywistego wniosku.

Nie mam żadnych obiektywów z systemu M, żadnych nawet Voigtlanderów, więc zakup M (czy jakiegokolwiek innego korpusu z serii M, na dobrą sprawę) zawsze wydawał mi się mocno „na wyrost”. Marzyłem o tym, owszem, ale nie na tyle, by rzeczywiście odkładać na niego pieniądze. Z Leica Q jest inaczej. Mogę bowiem otrzymać pełnoklatkowy korpus z Summiluxem 28/1.7 za cenę połowy tego, do czego Leica nas przyzwyczaiła.

Nie oznacza to jednak, że lekką ręką wydam 17000 zł na taki aparat. Wciąż w głowie tli mi się myśl „a może powinienem najpierw raz jeszcze spróbować z X100, tym razem w wersji T?” – zaoszczędziłbym w ten sposób mnóstwo pieniędzy. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, pytam się, czy jednak nie lepiej poczekać na następcę X-Pro 1, który powinien pojawić się niedługo, po to chociażby, żeby jednak móc mieć wybór posiadanych do niego obiektywów (ot, na wypadek gdyby tak bardzo mi się spodobał system pracy tymi aparatami, że zrezygnowałbym z Canona na rzecz systemu X). Liczę sobie jednak wtedy, że X-Pro 2 (czy jakkolwiek będzie się on nazywał) plus dwa jasne obiektywy to będzie pewnie ok. 15000 zł, a to – rzecz jasna – z powrotem sprowadza mnie na tory prowadzące do Leica Store. Na szczęście mam jeszcze trochę czasu zanim taki aparat będzie mi rzeczywiście potrzebny, więc pozwolę sobie pozastanawiać się nad tym w ciszy. Choć zdardzę, że już teraz – pisząc to przebywam na wakacjach – wyciągając aparat z torby, jeszcze przed przyłożeniem go do oka, zastanawiam się, jak daną scenę sfotografowałbym ogniskową 28 mm i, rzecz jasna, czasem żałuję, że nie mam jej ze sobą.

Napisawszy wszystko powyższe, oto co przewiduję, że się stanie: za mniej niż 1/4 ceny Leiki, kupię X-Pro 125 z 18/2.0, żeby sprawdzić jak się „czuję” w ogniskowej ok. 28mm. Być może okaże się, że od ostatniego razu, gdy miałem kontakt z tym aparatem – czyli 3 lata i 14 (!) aktualizacji firmware’u temu – zmieniło się tak dużo, że niczego mi tam nie brakuje i fundusze, które przeznaczyłbym na Leikę, spożytkuję na zakup dodatkowych obiektywów, jeśli uznam, że są mi potrzebne. Biorąc pod uwagę kolosalną różnicę cen X-Pro 1 i Leiki Q, uważam, że byłoby głupotą, gdybym chociaż nie spróbował tańszego rozwiązania26.

Leica SL

Podobnie jak w przypadku modelu Q, tak i w premierę SL ciężko było mi uwierzyć, choć z zupełnie innych powodów.


fot. Leica

Otóż, Leica SL to pełnoklatkowy bezlusterkowiec z 24-megapikselową matrycą. Wygląda jak wstępny prototyp, stworzony z raczej barbarzyńsko ociosanego bloku z „doklejonym” na szybko uchwytem. Jest też duży. Bardzo. A z jedynym aktualnie dostępnym obiektywem (zoomem 24-90/2.8-4.0) wręcz ogromny. I bardzo ciężki – taki „komplet” waży 2,1 kg, czyli mniej więcej tyle samo, co Canon 1Dx z 85/1.2L, czyli najcięższy zestaw, jakim dane mi było pracować.

Niewątpliwie jest to odpowiedź Leiki na popularność wszelkich odmian aparatu Sony A7, z tym, że – przynajmniej „na papierze” – nie dorównuje jego specyfikacji i ma znacznie mniejszy zakres dostępnych obiektywów (mimo że z pomocą adaptera, współpracuje ze wszystkimi obiektywami marki Leica, nawet tymi ze średnioformatowej serii S). Co więcej, jest od Sony ponad dwukrotnie droższy. Serio.

Leica przyzwyczaiła rynek, że produkty sygnowane czerwoną kropką nie są tanie. Ale w tym przypadku mówimy o aparacie kosztującym 30500 zł (!) za korpus i kolejne 19000 zł za obiektyw. To daje kuriozalne wręcz 48500 zł za zestaw27. Wspomniany wcześniej Sony A7R II z podobnym obiektywem to wydatek rzędu 19000 zł. W świecie lustrzanek, podobne opcje z logo Canona czy Nikona to koszt 14000 zł.

Albo Leica SL ma w sobie coś, czego nie dostrzegam albo po prostu nie rozumiem, kto mógłby być realnie zainteresowany takim aparatem. No i jeszcze fakt, że pierwszy dostępny do niego obiektyw to zoom… Już „nawet” Fujifilm wie, że to jasnymi stałkami zdobywa się serca pasjonatów fotografii, a Leica powinna o tym wiedzieć znacznie bardziej, skoro WSZYSTKIE inne obiektywy tej marki28 to stałoogniskowe konstrukcje.

–––

Wszystko, co powyżej, napisałem zanim po raz pierwszy chwyciłem Leikę SL do ręki i zanim przyłożyłem jej przedziwne jestestwo do oka.

Bo gdy już to zrobiłem, wiele się wyjaśniło. Nie wszystko, bo nadal nie rozumiem tego zoomu i nawet nie dlatego, że uważam, że obiektywy stałoogniskowe są jaśniejsze czy bardziej ostre czy ogólnie oferują tę tzw. „lepszą jakość”. Nie, bo jakość ze współczesnych zoomów jest wystarczająca do ogromnej większości zastosowań. Chodzi o sposób pracy aparatem, o myślenie konkretną ogniskową, kadrowanie rzeczywistości jeszcze przed przyłożeniem aparatu do oka. Wiem, że wielu z Was wie, co mam na myśli.

Pomijając na razie obiektyw, jest w tym korpusie kilka rzeczy, które mnie urzekły. Przede wszystkim wizjer – jako przeciwnik elektronicznych wizjerów przyznaję, że ten w SL jest lepszy niż cokolwiek, co do tej pory widziałem. I tak, jest lepszy niż wizjer optyczny, choć jeszcze niedawno nie uwierzyłbym, że napiszę coś takiego. Jest wielki (0.80×), jasny i bardzo wyraźny (4,4 megapikseli!), a do tego praktycznie pozbawiony głównych wad wizjerów elektronicznych, czyli opóźnienia i smużenia – wszystko dzieje się w nim tak samo szybko, jak przed obiektywem. Autofokus w nim to także coś, co mocno mnie zaskoczyło – na cokolwiek kierowałem obiektyw, ostrość ustawiana była momentalnie i celnie, bez żadnego błądzenia czy poprawiania i to bez względu na warunki. Bardzo łatwo pracowałoby się takim aparatem. Jest też mniejszy niż sądziłem (wciąż duży, ale nie aż tak, jak myślałem, bo na większości zdjęć wyglądał jak średniomformatowa maszyna) i jest wygodniejszy w ręce niż możnaby było podejrzewać, patrząc na zdjęcia produktowe samego aparatu. Owszem, nie jest to on „Nikon-D3-wygodny”, ale o dyskomforcie nie może być mowy (co, nawet teraz, gdy to piszę i mam przed sobą zdjęcie Leiki SL, wydaje mi się niemożliwe). Ergonomia przeważnie jest kwestią przyzwyczajenia, ale i tu bardzo szybko się odnalazłem (choć fakt, że tylny wyświetlacz jest dotykowy był dla mnie dużym zaskoczeniem), a do tego tylna ścianka wygląda w nim chyba lepiej niż w jakimkolwiek innym aparacie cyfrowym wyprodukowanym dotychczas. Wyświetlacz na górnej ściance (wyglądający bardzo elegancko na żywo) potrafi wyświetlać bardzo użyteczne informacje, jak np. zakres głębi ostrości, jak wyświetlacze na obiektywach Zeiss Batis. Po odpięciu dość ciężkiego i długiego zooma i zastąpieniu go Summicronem 35/2.0 (i przejściówką, rzecz jasna), aparat stał się komiczny – duży korpus z maleńkim obiektywem, który zupełnie do niego nie pasuje; wyglądał śmieszniej niż Canon 1Dx z 40/2.8. Mimo to, sam proces fotografowania się nie zmienił – wciąż było to szalenie przyjemne doświadczenie, a manualne ustawianie ostrości z „prawdziwym” potwierdzeniem w wizjerze (tj. peakingiem) tylko to potęgowało. Z Noctiluxem zaś, cały zestaw nabrał powagi, był doskonale wyważony (wydaje mi się nawet, że taki zestaw był wygodniejszy niż Noctilux z jakimkolwiek korpusem M, gdzie środek ciężkości przesunięty jest wtedy mocno do przodu), a samo fotografowanie …cóż, prawdopodobnie mógłbym nigdy nie fotografować niczym innym i niczego bym nie żałował.

Czy wobec powyższego wystarczyło mi 10 minut, żebym całkowicie zmienił zdanie o tym aparacie? Absolutnie nie. Firmware nadal ma kilka luk, które można mieć tylko nadzieję, że zostaną wypełnione (w trybie A nie ma możliwości przypisania funkcji pokrętła ekspozycji do żadnego z fizycznych elementów, serio, nie można też włączyć automatycznego przybliżenia w momencie manualnego ustawienia ostrości – tylko peaking). Ponadto, wciąż uważam kwotę 49500 zł za absurdalną i nie wydałbym takiej kwoty na aparat, nawet, gdybym mógł sobie na to pozwolić. Mimo to, nie będę ani trochę zaskoczony, jeśli za 3 czy 4 lata będę używał do pracy właśnie Leiki SL, kupionej, oczywiście, z drugiej ręki, być może z tą systemową 50-tką, która ma się pojawić pod koniec 2016 roku.

Leica M Typ 262

Jakby tych wszystkich nowości od Leiki było mało, to w listopadzie zaprezentowano też nową odsłonę serii M. I nie tyle chodzi tu o następcę modelu 240, a o jego uproszczoną wersję – Typ 262.


fot. Leica

Tak jak analogowe korpusy serii M miały swoje prostsze wersje w postaci modelu M-P, tak teraz w podobny sposób mają współistnieć i te cyfrowe (choć ktoś mógłby się uprzeć, że Leica M9, sprzedawana jako M-E, po pojawieniu się modelu 240 pełniła już podobną funkcję). Typ 262 – względem modelu 240 – został pozbawiony możliwości Live View, a także filmowania, co sprawiło, że menu stało się dużo prostsze (tylko dwa ekrany). Dodatkowym plusem jest zmniejszona waga (o 100g) oraz cichsza migawka, choć do minusów – i to, przyznaję, bardzo zaskakujących – z pewnością należy zaliczyć brak punktowego pomiaru światła.

Wszystko powyższe obniżyło cenę korpusu o 4500 zł, więc próg Leiki, dla osób chcących wyłącznie fotografować, stał się nieco niższy.

Leica Noctilux Edition 0.95

Skoro poświęciłem Leice już tyle miejsca w tym wydaniu, to chyba nic się nie stanie, jeśli wspomnę o limitowanej edycji (tylko 95 sztuk) jednego z najlepszych obiektywów, jakie kiedykolwiek miałem w rękach – Leica Noctilux-M 50mm f/0.95 ASPH, który ma zaczernione wszystkie grawery na obudowie, z wyjątkiem „0.95”, które polakierowane jest na biało.


fot. Leica


fot. Leica


fot. Leica

Całość zapiera dech w piersi29.

Snapselect

Z reguły, podczas prowadzonych przeze mnie konsultacji czy spotkań z Klientami, to ja polecam im różne rozwiązania, usługi czy aplikacje, które mają za zadanie pomóc im w konkretnej kwestii lub rozwiązać pewne problemy. Snapselect jest wyjątkiem w tej materii, bo została polecona mi przez jednego z moich stałych klientów (dzięki Marcin!).

Zadaniem tej aplikacji jest pomoc w selekcji fotografii, której udziela na kilka różnych sposobów. Przede wszystkim, potrafi automatycznie pogrupować zdjęcia podobne do siebie, co samo w sobie już przyspiesza proces selekcji. Przykładowo; mam w Lightroom zgrany materiał z ostatniego reportażu; zdjęcia z trzech korpusów, w tym dwóch pracujących jednocześnie (co oznacza, że podobne do siebie zdjęcia czasem są przemieszane z tymi z innego korpusu). Dokonując selekcji w Lightroom, najpierw musiałbym ręcznie zaznaczyć np. 5 podobnych do siebie zdjęć z ogniskowej np. 35mm, które są przemieszane tymi, które Żona zrobiła 85-tką. Po zaznaczeniu naciskam F430, żeby zobaczyć te 5 zdjęć jednocześnie na ekranie. Na tym etapie odrzucam np. trzy z nich, a mając zaznaczone pozostałe dwa, naciskam F331, żeby porównać je ze sobą z możliwością przybliżenia do 100% (czego od lat się oduczam, bo w praktyce idealnie ustawiona ostrość nie ma aż takiego znaczenia). Wybieram jeden z nich, oznaczając go flagą, a następnie pozostałe 4 zdjęcia oznaczam jako odrzucone. Ten sam scenariusz w wykonaniu Snapselect wygląda następująco – 5 podobnych do siebie zdjęć zostało zgrupowanych automatycznie i mam je przed sobą na ekranie, nie musząc niczego klikać. Wybieram najlepsze z nich, naciskając Z na klawiaturze, a następnie, naciskając R daję programowi znać, że ta grupa jest już „załatwiona”, więc Snapselect sam oznacza pozostałe 4 zdjęcia jako odrzucone i automatycznie przenosi mnie do następnej grupy podobnych fotografii.

Wybrałem w ten sposób zdjęcia z trzech ostatnich reportaży; sprawdziłem w Hours czas każdej z tych selekcji i porównując je z poprzednimi, wychodzi na to, że oszczędziłem w ten sposób ok. 30-40 minut na każdym z nich. Może się wydawać, że to niedużo, ale procentowo jest to dość znacząca poprawa. Nawet jednak ignorując czas pracy, wygoda rozwiązań w Snapselect sprawia, że zwyczajnie chętniej robię to tam niż w Lightroom.

Sama aplikacja potrafi przeskanować zarówno katalog ze zdjęciami (także RAWami) w Finderze, jak i katalog Lightroom, Aperture czy nawet nowego Photos. Podaje się wówczas tylko jaki fragment takiej biblioteki ma być przeanalizowany i po kilkudziesięciu sekundach całość jest już pogrupowana. Flagi, którymi Snapselect oznacza zdjęcia są, oczywiście, synchronizowane z katalogiem Lightroom (o ile ten drugi jest w tym czasie wyłączony – co ważne; wystarczy, że jest wyłączony tylko na czas synchronizacji, czyli wyłączenia Snapselect. Podczas samej selekcji obie aplikacje mogą działać jednocześnie), więc po skończonej selekcji wystarczy usunąć/przenieść fotografie odrzucone, żeby zakończyć cały proces.

Poza widokiem Similars, jest też Timeline, który grupuje zdjęcia w nieco inny sposób (można wybrać przedział czasowy każdej grupy: 2 s, 10 s, 30 s, 60 s, 5 min, 10 min, 20 min) i przede wszystkim, zawiera też te wszystkie „pojedyncze” fotografie, które nie znalazły się w Similars.

To z kolei pomaga mi na innym etapie – gdy po pierwszej selekcji okazuje się, że zostawiłem zbyt dużo zdjęć, tj. więcej niż bylem umówiony z klientem, że otrzyma (a dzieje się tak niemal za każdym razem), uruchamiam Snapselect, w którym widok Timeline pozwala mi bardzo szybko określić, z którego etapu reportażu zostawiłem zbyt dużo zdjęć lub – w widoku Similars – sprawdzić czy nie zostawiłem przypadkiem zbyt wielu podobnych do siebie fotografii.

Biorąc pod uwagę cenę – 10 € 0€ – bardzo ciężko byłoby nie polecić tak użytecznego narzędzia, tym bardziej, że może ono też służyć jako aplikacja do wyszukiwania duplikatów, zarówno w bibliotekach Lightroom, jak i Photos.

Cushion

Zacznę przewrotnie; Cushion to dla mnie jedno z najważniejszych odkryć 2015 roku.

Jest to webowe narzędzie dla freelancerów32, którego zadaniem jest pomoc w zarządzaniu nieprzewidywalnym harmonogramem pracy i niestałym przychodem. Sam autor określa je stwierdzeniem:

Peace of mind for freelancers

i po prawie roku używania33 przyznaję mu całkowitą rację. W pracy tego rodzaju najczęściej zaczyna się od etapu „przyjmuję każde zlecenie, które mi się trafia”, a gdy jest się dobrym w tym, co się robi, szybko dochodzi się do innego – „mam zdecydowanie zbyt dużo zleceń, chyba już nigdy nie pójdę spać”. Grafika Pawła Jońcy znajduję się u mnie w pracowni nie bez powodu. Dopiero po pewnym czasie człowiek orientuje się, że fakt, że ma się wystarczająco dużo zleceń, by pracować na okrągło nie oznacza, że właśnie tak powinno to wyglądać. Cushion jest w stanie sprawić, że moment tej realizacji przyjdzie wcześniej niż później.

Ale od początku; Cushion jest podzielony na dwie części – ‘czas’ i ‘przychód’. W tej pierwszej wyświetla wizualizację roku w postaci linii czasu, na której naniesione są utworzone wcześniej projekty, prezentując zakładany czas ich trwania, a tym samym „zajętość” w danym okresie. Ma to na celu ułatwić planowanie i zapobiegać przyjmowaniu zbyt wielu zleceń (kto z nas nie zrobił tego choćby raz?):

W tak przedstawionym widoku bardzo łatwo określić kiedy nakładające się na siebie zlecenia sprawią, że dzień pracy będzie tylko odrobinę krótszy niż doba. Na tej samej linii czasu widać też opóźnienia lub przeciągnięcia projektów, więc łatwo określić, którzy klienci są „responsywni”, a którzy zamieniają 2-tygodniowy projekt w ciągnące się miesiącami zlecenie.

Cushion zapamiętuje te wszystkie zmiany deadline’ów czy opóźnienia w dostarczaniu materiałów od klienta, dzięki czemu przy tworzeniu kolejnego projektu dla danego klienta wyświetla informację o tym, że np. ten klient ma tendencję do przeciągania projektów o 2 tygodnie. To z kolei pozwala lepiej wycenić usługę oraz trafniej określić datę ukończenia projektu.

W podobny sposób Cushion informuje o średnim przychodzie od danego klienta oraz o terminowości w zakresie płatności, co również pomaga w zarządzaniu budżetem własnej działalności.

Skoro o budżecie mowa; każdy z nas wie (lub przynajmniej powinien wiedzieć) jak ważne jest planowanie wydatków czy ogólne zarządzanie budżetem – czy to firmowym czy domowym. W przypadku pracowników nieetatowych, „wolnych strzelców” czy prowadzących własną działalność jest to skomplikowane o tyle, że przychód z reguły jest niestały34. Cushion, pozwalając na ustalanie rocznego celu jaki chciałoby się osiągnąć, pomaga ocenić czy jest się na dobrej drodze czy należy podjąć jakieś działania – i robi to na jeden z kilku sposobów:

Cushion przyjmuje też informacje o wystawionych fakturach – datach wystawienia, terminach płatności i, oczywiście, kwot, które również potrafi wyświetlić na linii czasu, prezentując czy i kiedy można spodziewać się przelewów na koncie, a także informując o tym, którzy klienci spóźniają się ze swoimi zobowiązaniami. Ten sam widok bardzo wyraźnie ukazuje też właśnie tych „spóźnialskich”:

Dzięki zapamiętywaniu takich informacji, listę wszystkich klientów można posortować na przykład pod kątem tych najmniej spóźniających się i to właśnie im wysłać gwiazdkowe upominki.

To czego na obecnym etapie brakuje mi w Cushion, to możliwość rejestracji wydatków. Jak każdy bowiem, nierzadko ponoszę koszty uzyskania danego przychodu i uważam, że użytecznym byłoby sprawdzenie, który klient nie tyle przyniósł najwięcej przychodu (jak to obecnie wygląda), lecz z którym współpraca była najbardziej opłacalna. Na szczęście autor aplikacji jest podobnego zdania i taka Cushion ma zostać rozszerzona o taką funkcjonalność. Biorąc pod uwagę dotychczasowy rozwój aplikacji, w ogóle się więc o to nie martwię.

Cała wymieniona wyżej funkcjonalność dostępna jest w przepięknym35, czytelnym i bardzo przemyślanym interfejsie. Dostęp do usługi kosztuje $10 miesięcznie, ale jeśli skorzystacie z powyższego linku i wykupicie abonament, każdy z nas otrzyma miesiąc gratis.

Jeśli ktoś z Was uznałby, że wysokość abonamentu jest za wysoka, autor jest bardzo otwarty w zakresie kosztów jakie ponosi, pracując nad aplikacją. Nie spotkałem się nigdy wcześniej z czymś takim i traktuję to jako ogromny plus tej usługi.

 

Cóż, to wszystko, co przygotowałem na dziś. Ze względu na zbliżający się czas Świąt Bożego Narodzenia, chciałbym Wam wszystkim (obchodzącym je lub nie) życzyć spokojnego czasu spędzonego w rodzinnym gronie, z dala od zgiełku codzienności, za to ze świadomością tego, że powinniśmy doceniać to, co mamy i to, z kim ten czas możemy dzielić.


  1. które być może czas już przemianować na „à propos grudnia”? 
  2. a dokładnie 3,16x mniejszą – 1366×768 vs. 2304×1440 
  3. Nie wierzyłem, bo to było przed pojawieniem się iOS 9 ze Slide View i Split Screen
  4. Miałem okazję pomagać ostatnio klientowi w zakupie kolejnego laptopa z Windowsem do biura i byłem raczej przerażony tym, co widziałem w ofercie większości producentów i tym, jak niewiele się zmieniło na przestrzeni tych kilku lat, kiedy to ostatni raz miałem kontakt z takimi komputerami. 
  5. powyższy akapit został napisany w chwilę po premierze; gdy Pencil trafił do sklepów, okazało się, że w zestawie z nim dostępny jest przewód, który powinien zapobiegać wspomnianym wypadkom. 
  6. Istnieje szansa, że będą one dostępne za pomocą np. skrótów klawiszowych w kolejnych wersjach iOS, ale aktualnie nie ma co do tego pewności. 
  7. Zwłaszcza przy przełączaniu się między aplikacjami – podwójne naciśnięcie przycisku Home nigdy nie było wygodne. 
  8. Wiem, że to brzmi mało sensownie, ale opis rozwiązania, z którego korzystam od wielu lat (a z którego, nota bene, jestem dość dumny), daleko wykracza poza ramy tego wydania „à propos piątku”, a i podejrzewam, że zainteresowałby co najwyżej 3 osoby. 
  9. Co przez długi czas wydawało mi się oksymoronem. 
  10. Akurat to, że to jest 5400 rpm, to jest jakiś plus – te dyski są trwalsze, a różnica wydajności względem tych 7200 rpm jest stosunkowo niewielka. 
  11. O procesorze i jego ewentualnej wymianie na i7 nie wspominam, bo skoro standardowy i5 jest również cztero-rdzeniowy, to przyrost wydajności dotyczyłby bardzo niewielkiej grupy potencjalnych kupujących. 
  12. Czyli ponad dwukrotnie szybciej. Co ciekawe, a jednocześnie wymykające się logice, podział na ilość procesów wcale nie był tak bardzo uzależniony od ilości rdzeni – nawet 12-rdzeniowy Mac Pro szybciej eksportował fotografie przy podziale na 4 niż na 6, 8 czy 12 osobnych procesów i wcale nie miało to nic wspólnego z możliwościami zapisu miejsca docelowego. 
  13. Ma to znacznie więcej minusów niż potencjalnych korzyści. 
  14. Tak, byłem „spóźniony” o 7-8 minut. 
  15. Doprawdy, nie jestem w stanie zrozumieć toku myślowego twórców i proces opisywania tego tylko potęguje moją frustrację. 
  16. Lista może wyświetlać zdarzenia z aktualnego dnia, z „dziś i jutro” oraz wszystkie. Bez względu na wybór, zdarzenia minione także są ujmowane. 
  17. Jedynym wyjątkiem jest 17-40L, którego używam wyłącznie @17mm i tylko kilkanaście razy w roku. 
  18. Zastanawiam się czy w ogóle mam prawo kogokolwiek nazywać w ten sposób, skoro o publikacjach w Fabryce Pikseli nie można powiedzieć, żeby były stałe. 
  19. Czyli taki, który nie będzie na siebie zarabiał. 
  20. Wszystkim, którzy są zadowoleni ze swojej „przesiadki” na APS-C czy nawet m4/3, gratuluję i odrobinę zazdroszczę. Sposób obrazowania nawet najlepszych i najjaśniejszych obiektywów dostępnych do tych systemów, nigdy jednak nie był w stanie w pełni mnie zadowolić. Pamiętajcie czym fotografuję na co dzień i, że fotografuję tak od wielu już lat – nie chcę mieć przepaści między fotografiami dla klientów, a tymi dla siebie. Nie uważam, że obraz z matrycy APS-C nie jest w stanie być „wystarczająco dobry” (wręcz przeciwnie – wciąż mam nadzieję, że jest w stanie) – uważam, że jest po prostu inny. 
  21. Chodzi wyłącznie o sposób przykładania go do oka, a nie o wizjer optyczny/elektroniczny – dlatego Fujifilm X100 zawsze był brany pod uwagę, a X-T1 (choć intrygował) już nie. 
  22. W opisie obiektywu Sigma 24-35/2.0 sam piszę: „Fotografując na zlecenie, podczas reportażu, zawsze pracuję dwoma korpusami, z których na jednym jest zawsze 50mm, a na drugim 24mm lub 35mm. Doskonale rozumiem więc różnicę między tymi dwiema ogniskowymi (…)” 
  23. Wiem, że się powtarzam, ale dla mnie ma to ogromne znaczenie; zwyczajnie nie chcę się ograniczać, myślać potem, że „mogłem jednak użyć któregoś pełnokolatkowego korpusu do tego zdjęcia”. 
  24. Pisałem o pierwszej wersji – drugiej nie było jeszcze w trakcie pisania tego tekstu. 
  25. Wiem, że X-Pro 2 pewnie jest „tuż za rogiem”, ale płotka głosi, że ma on kosztować ok. 20-30% więcej niż model X-T1, który obecnie kosztuje w Polsce ok. 4500 zł, więc następca X-Pro 1 miałby kosztować 5400-5800 zł za korpus. Z obiektywem byłoby to już ponad 7000 zł. 
  26. Ze względu na fakt, że piszę to na pewnie kilka miesięcy przed publikacją, może się zdarzyć, że w momencie, w którym powyższy tekst pojawi się na stronie będę już w trakcie albo nawet po tym eksperymencie. 
  27. W zestawie 1000 zł taniej. 
  28. Ok, z wyjątkiem Tri-Elmara, ale to inna historia. 
  29. jeśli właśnie się ze mnie śmiejecie – nie ma problemu, ale zobaczcie go na żywo, a potem tu wróćcie przyznać mi rację. 
  30. Tylko dlatego, że używam VSCO Keys – w mojej konfiguracji F4 to odpowiednik N. 
  31. Odpowiednik C z domyślnej konfiguracji Lightroom. 
  32. czyli osób pracujących na własny rachunek – wydaje mi się, że polskim odpowiednikiem tego słowa jest „przedsiębiorca”, ale to chyba jednak bardzo słabe tłumaczenie. 
  33. miałem przyjemność uczestniczyć w programie beta. 
  34. W bieżącym roku różnica między najlepszym a najsłabszym miesiącem u mnie wyniosła 1800% (!) 
  35. bardzo rzadko używam takiego określenia, ale tu zdaje się ono pasować doskonale 

12 Comments

  1. Od dłuższego czasu uważam, że “pełna klatka” to zło, które tylko przeszkadza w zakupie sprzętu foto ;)
    Dzięki kolejne “A propos…”, miło było poczytać. Fajny prezent na święta :)

  2. Czytałem bez przypisów, potem przeczytałem raz jeszcze z przypisami, to i przeczytam sobie raz jeszcze – odbijając sobie 12 miesięcy oczekiwania ;) Świetny tekst Miłoszu!

  3. Może czas nie jest najlepszy na takie sformułowania, ale zaryzykuję: Uprzejmie donoszę, że Snapselect jest właśnie (piszę to 18.12.2015) “przez krótki czas” zupełnie darmowy. Właśnie zainstalowałem i przeskanowałem kawałeczek bazy z Lightrooma. Piękne dzięki za info o takim przydatnym sofcie!

  4. Jak zwykle perfekcyjne! Może powinieneś tez w kolejnym odcinku napisać coś o swoim ekspresie do kawy, ciekawy jestem jak wyglądałaby recenzja biorąc pod uwagę Twoje analityczne podejście do sprawy :)

  5. Miłosz, jak miło Cię tu znowu czytać! :) ponownie uwierzyłem w świętego Mikołaja heh! dzięki

  6. Miłosz dziękuję bardzo, że cały czas prowadzisz te wpisy.

Submit a comment