cudawianki 2016

Nadszedł ten czas w roku, w którym dzielę się swoimi spostrzeżeniami (najczęściej rekomendacjami) dotyczącymi produktów, z którymi w minionych miesiącach miałem styczność (najczęściej, niestety, poprzez nabycie drogą kupna). Podobnie jak w ubiegłym roku, tak i tym razem są to te przedmioty, które nigdy nie doczekałyby się odbrębnych artykułów (choć z jednym prawdopodobnie podjąłem złą decyzję).

Mimo że tegoroczna edycja opisuje tylko osiem produktów (w „cudawianki 2015” było ich trzynaście), to tekstu jest ponad dwukrotnie więcej. Część z Was pewnie będzie ucieszona, inni nazwą to grafomanią (moja Żona na pewno) – próbowałem wyeliminować niektóre fragmenty, ale nic z tego nie wyszło, wybaczcie. Zakładając, że macie ochotę i trochę wolnego czasu, zapraszam do czytania.

B&O H5

Muzyka od zawsze była szalenie ważna w moim życiu. Towarzyszy mi codziennie, bez względu na to, co robię. Mając się za raczej-umiarkowanego-audiofila zawsze bardzo skrzętnie dobierałem elementy swoich sprzętowych zestawów grających, począwszy od wzmacniacza, głośników i odtwarzaczy aż po przewody głośnikowe i sygnałowe. Ze względu na fakt, że słuchanie muzyki za pośrednictwem głośników często było komfortem, na jaki nie mogłem sobie pozwolić, zawsze miałem też jakieś słuchawki. Wiele lat temu zaufałem marce Sennheiser, zmieniając jedynie modele na lepsze, dochodząc do tzw. wysokiej półki1. Zawsze były to jednak konstrukcje otwarte2, duże, służące wyłącznie do słuchania w domu. Pracując w wydzielonej w mieszkaniu pracowni spisywały się znakomicie, choć nie izolowały mnie od dźwięków domu, co czasem bywało utrudnieniem. Największą bolączką było jednak to, że nie mogłem ich zabrać ze sobą, wychodząc z domu3. Od lat szukałem więc słuchawek „drugich” – takich, które pomogłyby mnie odizolować od dźwięków z zewnątrz w domu oraz takich, które z powodzeniem mógłbym używać poza nim. Miałem jednak dwa warunki – musiały brzmieć lepiej niż przyzwoicie i musiały być bezprzewodowe; niewiele rzeczy drażni mnie bowiem bardziej niż plątający się przewód, który wielokrotnie wyrywał mi słuchawki z uszu, gdy o coś zahaczył.

O B&O H5 dowiedziałem się w dniu premiery4 i zaintrygowały mnie od pierwszej chwili. Na zdjęciach producenta wyglądają znakomicie, bateria ma wystarczać na 5 godzin odsłuchu, są odporne na warunki atmosferyczne, a dodatkowo – dzięki specjalnej aplikacji – ma się wpływ na charakterystykę ich brzmienia. W idealnym świecie zamówiłbym je już wtedy, ale ich cena – wynosząca 999 zł (choć obecnie na stronie wyświetla się 1149 zł) – skutecznie mnie od tego pomysłu odwiodła. Jakie by nie były, to w końcu tylko malutkie słuchawki douszne. Wydać na coś takiego prawie 1000 zł to przecież szaleństwo.

Gdybym tylko wiedział wtedy, jak bardzo się myliłem.

Potrzebowałem więc kilku miesięcy, żeby oswoić się z takim wydatkiem i odłożyć nań środki. Z pomocą przyszła też czarnopiątkowa promocja, obniżająca ich cenę o 15% – obok czegoś takiego nie mogłem przejść obojętnie. Zamówiłem, dotarły i …wow.

Oszczędzę w tym momencie opisu wszystkich elementów zestawu, znajdujących się w misternie wykonanym opakowaniu5, a zamiast tego przejdę od razu do pierwszych przymiarek i pierwszych minut odsłuchu.

Jak w przypadku wszystkich dousznych słuchawek, tak i z H5 należy się upewnić, że silikonowa lub piankowa końcówka jest dokładnie dobrana do wielkości i kształtu naszego ucha (stąd 7 różnych w zestawie), bo wpłynie to zarówno na komfort odsłuchu, jak i jakość dźwięku. Z oczywistych względów doświadczenia każdej osoby w tej materii będą się więc od siebie różnić. W moim przypadku silikonowe końcówki w ogóle mi nie pasowały – bez względu na rozmiar miały tendencję do wypadania z ucha, nawet gdy sam pozostawałem w bezruchu. Z piankowymi – tymi bardziej izolującymi od dźwięków z zewnątrz – było już znacznie lepiej. W instrukcji wyczytałem, że producentem tych pianek jest marka Comply i, jak się potem okazało, jest to czołowy producent tego typu akcesoriów, mający w swojej ofercie bogaty wybór pianek do niemal wszystkich popularnych słuchawek. Już w tym miejscu nadmienię, że aby mieć pełny obraz B&O H5, w pierwszych dniach zamówiłem zestaw dodatkowych pianek Comply, różniących się zastosowaniem, tj. do uprawiania sportu (S200), do całkowitej izolacji od otoczenia (T200) oraz zapewniające maksymalny komfort (TS200). Więcej o nich za chwilę.

Wracając do budowy samego produktu; to, co ucieszyło mnie już na samym początku (tj. podczas ich premiery) to fakt, że łączy je przewód, który można oprzeć na karku, gdy kończy się słuchać. Ucieszyłem się, że B&O obrała właśnie taki kierunek, bo wydaje mi się on dużo bardziej praktyczny, a dodatkowo ma ten plus, że na przewodzie umieszczony jest zwykły pilot, mający dokładnie tę samą funkcjonalność co ten umieszczony na przewodzie od przewodowych słuchawek Apple (łącznie z umieszczonym weń mikrofonem). Przez zaletę takiego rozwiązania rozumiem fakt, że są na nim fizyczne, zawsze działające przyciski – nie żadne tapnięcia, stuknięcia czy gesty, które może i działają w 90% przypadków, ale to właśnie te pozostałe 10% sprawia, że tęskni się za tymi fizycznymi. Przyznaję jednak, że obsługa pilota od B&O wymaga większej siły i nieco większej precyzji niż tego od Apple – na początku myślałem, że to może się „wyrobi”, ale po dwóch miesiącach nadal jest tak samo. Szybko można się do tego przyzwyczaić i nie jest to żaden problem, ale w bezpośrednim porównaniu różnice są wyraźnie wyczuwalne.

Samym pilotem można też odbierać połączenia, ale tu kilkukrotnie natrafiłem na pewien problem i – przyznaję – nie wiem czy jest to wina iOS czy kłopot leży po stronie B&O, ale gdy słuchanie muzyki przerywa6 dźwięk połączenia i zostanie ono odebrane, iPhone niekiedy samoczynnie przełącza się na wbudowany mikrofon i głośnik (ten nad wyświetlaczem). Trzeba więc jeszcze dwoma tapnięciami wybrać B&O H5, żeby rozmówca nas usłyszał. Zdarzyło mi się to tylko kilkukrotnie i w moim przypadku bardzo rzadko był to problem, bo najczęściej używam słuchawek przy biurku, gdzie telefon leży pod ręką. Podejrzewam jednak, że jeśli zdarzyłoby się to np. podczas spaceru, gdy iPhone schowany jest w wewnętrznej kieszeni kurtki, może to być poważne utrudnienie i źródło frustracji.

Bardzo polubiłem za to sposoby, w jakie słuchawki informują o statusie swoim (tj. połączenia z urządzeniem) i swojej baterii; odbywa się to za pomocą malutkiej diody w obudowie lewej słuchawki oraz bardzo przyjemnych dźwięków w słuchawce. Tu pojawia się jednak kolejna niedogodność. Otóż gdy bateria w słuchawkach osiągnie poziom 20%, głośniki emitują kilka delikatnych puknięć (ponownie; bardzo przyjemny dźwięk), które o tym informują i w tym samym momencie przełączają się w swoisty tryb oszczędzania energii, blokując poziom głośności na dość niskiej, niezmienialnej pozycji. Innymi słowy; muzyka od tego momentu brzmi prawdopodobnie ciszej niż słuchałeś/słuchałaś wcześniej i niczego nie możesz z tym zrobić. Rozumiem ideę, jaka temu przyświecała, ale osobiście znacznie chętniej widziałbym to jako opcję, wyłączalną chociażby z poziomu aplikacji dla smartfona.

Rzecz bowiem w tym, że rzeczony poziom 20% baterii bardzo często osiągam już późnym wieczorem, kiedy z reguły kończę pracę lub pisanie. Wolałbym wtedy kontynuować słuchanie muzyki na tym samym poziomie głośności, co wcześniej, choćby przez kilka- czy kilkanaście minut niż być zmuszonym do cichszego odsłuchu kosztem jego czasu trwania. Bo co mi po tym, że słuchawki wytrzymają w ten sposób jeszcze godzinę grania, skoro za kwadrans i tak odłożę je do ładowarki?

Kupując je, ciekaw byłem jak sprawnie działa bezprzewodowe połączenie z urządzeniem oraz – co interesowało mnie najbardziej – czy przełączanie między urządzeniami będzie kłopotliwe. Z tym pierwszym nie było żadnego problemu – łączą się one natychmiastowo; gdy je podnoszę, przyciskam środkowy przycisk na pilocie, żeby zainicjować połączenie i wkładam je do uszu, to zanim skończę, one są już połączone. Napisałbym, że działa to doskonale, ale ponoć AirPods od Apple są w tej materii jeszcze lepsze, to pozostanę przy „fantastycznie”. Gdy są już połączone, nigdy nie zdarzyło mi się, żeby to połączenie utraciły, nawet jeśli oddalę się od iPhone’a tak daleko, na ile pozwala mi moje mieszkanie (co daje ok. 12 metrów plus ściany na drodze sygnału i drugą kondygnację) jest tylko kilka miejsc, w których dźwięk zaczyna przerywać i nie ma żadnego, w którym straciłbym połączenie. Mając doświadczenie z bezprzewodowymi klawiaturami byłem jednak ciekaw czy tak, jak w ich przypadku, najłatwiejszym sposobem na przełączenie się między dwoma urządzeniami iOS będzie wyłączenie modułu Bluetooth na jednym z nich. I w tej materii zaskoczenie było pozytywne, wystarczy bowiem dłużej przytrzymać przycisk Start/Pause na pilocie, który powoduje odłączenie się od aktualnie podłączonego urządzenia. Jeśli więc na drugim z nich uruchomiony jest panel ustawień Bluetooth, wystarczy tapnąć na nazwę B&O H5, żeby momentalnie się z nim połączyły. W idealnym świecie pewnie i ta konieczność uruchomienia systemowych ustawień byłaby wyeliminowana, ale to, co mamy obecnie nadal wydaje mi się wystarczające, by nazwać całość doświadczeń komfortową. Jedynym mankamentem (i to nie samych słuchawek, a raczej technologii Bluetooth) na jaki natrafiłem w praktyce, była ich niezdolność do współpracy z Adobe Premiere Pro (co jest zrozumiałe) – do montażu nadal będę używał słuchawek przewodowych.

Dość jednak o budowie i obsłudze – czas na dźwięk. A ten jest, proszę Państwa, znakomity. Najlepszy, jaki słyszałem z jakichkolwiek słuchawek dousznych. Zanim popłynęły z nich pierwsze dźwięki (a dałem sobie sporo czasu, zanim to nastąpiło) chciałem je poznać, przymierzyć, sprawdzić jak szybko się łączą i większość innych aspektów, które opisałem powyżej. Byłem bowiem ciekaw, jaki jest stosunek między ich funkcjonalnością i wygodą a dźwiękiem. Czy ten ostatni będzie w stanie zrównoważyć te cechy konstrukcji, które mogą wydawać się mankamentami. Każdy z nas ma bowiem pewną granicę akceptacji jakości dźwięku, poniżej której słuchanie nie sprawia już przyjemności. W moim przypadku wyszło na to, że H5 są wysoko ponad tą granicą. Dużo wyżej niż mógłbym przypuszczać. Nie przeczę; przed zakupem zapoznałem się z kilkoma opisami w literaturze fachowej zza oceanu, żeby mieć choć pewne pojęcie o tym, czego mogę się po nich spodziewać. Żaden z rzeczonych tekstów nie przygotował mnie jednak na to, że jest brzmią one aż tak dobrze. Przez cały pierwszy wieczór trwałem w tym ogromnym zaskoczeniu i błyskawicznym zauroczeniu. Potem było jeszcze ciekawiej.

Przesyłkę z nimi otrzymałem bowiem w przeddzień mojego wyjazdu, który miał mi po latach przypomnieć jak to jest jechać gdzieś pociągiem i to aż przez 7 godzin. Nie wiem czy istnieją lepsze warunki do testu takich słuchawek. I mimo że nie miałem wówczas jeszcze swojego dodatkowego zestawu pianek (zabrałem wyłącznie dołączone pianki – nie silikony – w dwóch rozmiarach, dla pewności) zauroczenie brzmieniem i tym, jak bardzo byłem odizolowany od dźwieków z zewnątrz, tylko narastało. Na Boga, mogłem słuchać fortepianu w pociągu! Domyślam się, że moja ekcytacja może dziwić, ale „za moich czasów” (czyli jakieś 10 lat temu), gdy jeździłem na studia pociągiem, słuchając muzyki z minidysków7 i przywoitych słuchawek dousznych Sennheiser, było to nie do pomyślenia. Nie można było zrobić tak głośno, żeby zwalczyć odgłosy tła, ani nie brzmiało tak dobrze, żeby miało to jakikolwiek sens. Teraz więc, jadąc pociągiem przez Polskę, słuchając albumu „Polska” Możdżera, Danielssona i Fresco w jakości wysoce ponad akceptowalną, nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.

Jechałem więc, zmieniałem albumy, cieszyłem się nowymi wrażeniami (dla współpasażerów musiałem wyglądać komicznie; pewnie myśleli, że słucham jakieś komediowego podcastu, skoro niemal nieustannie się uśmiechałem) i obserwowałem poziom baterii za pomocą widgetu iOS:

Widget odczytuje te wartości w bardzo skokowym trybie. 100% wyświetlało się przez pierwszą godzinę i 45 minut, kiedy to zmieniło się na 60%. Kolejne półtorej godziny zmieniły 60% na 40%. Po następnej godzinie i 40 minutach zaświeciło się 20%. W tym momencie podłączyłem je do ładowania (kto by pomyślał, że pociągi mają teraz gniazdka sieci elektrycznej!), bo zależało mi na tym, żeby mieć w nich jeszcze sporo energii także po wyjściu z pociągu.

Producent zapewniał o 5 godzinach odsłuchu, a tu po tym czasie wciąż miałem jeszcze ok. 20%. Podejrzewam, że niektórym to nie wystarczy, ale sam nie używam ich więcej niż 2-3h „na raz”, a w przerwach odkładam je do leżącej na biurku stacji ładującej – wszak od tego jest. Niewątpliwym minusem jest za to fakt, że działa ona wyłącznie w takich sytuacjach, tj. na biurku czy innych płaskich powierzchniach. Nawet mając powerbank ze sobą, nie sposób naładować ich w torbie. Choć rzeczona stacja ma w sobie magnesy, które przytrzymują słuchawki w swojej pozycji, to nie są one na tyle silne, żeby przytrzymać je, gdy obijałyby się o ścianki torby (gdyby były na tyle silne, to ucierpiałoby na tym wyjmowanie ich ze stacji, gdy ta leży na biurku – trzeba byłoby ją dociskać od góry, żeby je wyciągnąć). Pod tym względem Apple AirPods i ich przenośna „ładowarka” z pewnością jest lepszym rozwiązaniem.

Wracając jednak do wrażeń odsłuchowych; dalsza część podróży, nocne odsłuchy w hotelu, kilka wielkomiejskich spacerów, trochę czasu spędzonego w kawiarniach i kilkugodzinny powrót pociągiem potwierdziły pierwsze odczucia – wszystko i w każdych warunkach brzmiało nad wyraz dobrze. Bez względu na to czy był to Trentmøller na ulicy, Norah Jones w kawairni czy Ólafur Arnalds w pociągu – bardzo ciężko było się do czegokolwiek przyczepić.

A potem wróciłem do domu, gdzie czekały na mnie wspommniane wcześniej pianki Comply i wszystko stało się jeszcze lepsze. Oszczędzając Wam dogłębnego opisu każdej z nich w tym i tak już niebezpiecznie długim tekście, pozwólcie, że ujmę to tak – po pierwszych próbach z nowymi piankami, te dołączone do zestawu schowałem do pudełka i ani razu ich nie wyciągnąłem. I to nawet nie dlatego, że były złe (bo przecież powyższe akapity dowodzą, że wcale tak nie sądziłem) – były po prostu …uniwersalne. Ciężko się temu dziwić – na miejscu osoby w B&O, która podejmowała taką decyzję, postąpiłbym pewnie dokładnie tak samo. W zestawie Variety Pack są za to trzy pary pianek do trzech odrębnych zastosowań. Tych do sportu (S200) używam, wychodząc z domu. Dźwięk z nich nie jest szczytem możliwości tych słuchawek, ale pozwalają one części dźwięków z zewnątrz dostać się do środka, co korzystnie wpływa na bezpieczeństwo. Tych komfortowych (TS200) używam w 90% czasu, kiedy używam H5 i to ich będzie dotyczył opis brzmienia w następnym akapicie. Myślałem, że tych najbardziej izolujących używać będę najrzadziej lub w ogóle, ale i dla nich znalazłem zastosowanie. H5 – bez względu na użyte pianki – dość mocno izolują od dźwięków otoczenia; bardziej niż przypuszczałem. Dla mnie oznaczało to, że gdy żona wieczorem wychodziła biegać lub jechała na ćwiczenia, a ja zostawałem ze śpiącym synkiem, nie mogłem używać tych słuchawek. Bez względu na głośność odsłuchu, nie miałbym szans usłyszeć, że się obudził, zwłaszcza, że dzieli nas piętro. Tu – dość paradoksalnie – z pomocą przyszły właśnie te najbardziej izolujące pianki. Rzecz bowiem w tym, że ta izolacja działa w obie strony, tj. skoro ja nie słyszę otoczenia, to i otoczenie nie słyszy mnie. Gdy więc żona wieczorami wychodzi, zakładam H5 z TS200, chwytam Kindle’a i siadam na fotelu nieopodal łóżeczka, mając pewność, że słuchając muzyki nie zakłócę synkowi snu, a jeśli ów się zbudzi, kątem oka na pewno to zauważę. Win-win.

Co do samej chrakterystyki brzmienia; w moim odczuciu brzmią dość jasno, czasem nawet ostro, analitycznie i bardzo rozdzielczo (takiej separacji instrumentów nie spodziewałem się nie tylko w tak małych słuchawakach, ale w jakichkolwiek słuchawkach za te pieniądze) z delikatnie wycofaną średnicą (przez co wydaje się, że wokalistki jazzowe stoją o krok dalej od mikrofonu niż gdy słuchałem ich „na dużym sprzęcie”, a fortepian czasem nie brzmi dość głęboko8, choć w obu tych aspektach pomagają pianki T200) i z dołem, którego może brakować chyba tylko „basowym freakom”9 (i, oczywiście, im większa izolacja, tym więcej basu). Przestrzeń nie jest może wyjątkowa, ale na pewno zadowalająca. To, co jednak brzmi w nich wyjątkowo, to perkusja. Gdy tylko zdałem sobie z tego sprawę, bez zbędnej zwłoki włączyłem album Companion Patricii Barber, przeskakując od razu do utworu Black Magic Woman, o którym każdy wie, że to właśnie perkusja jest jego siłą. Gdy utwór dobiegał końca, zorientowałem się, że zamiast wsłuchiwać się w niuanse brzmieniowe i oceniać słuchawki …po prostu słuchałem muzyki, odnajdując w tym ogromną przyjemność i czując się, jakbym brał udział w tym kameralnym koncercie. Pomyślałem więc, że może z następnym basowo-perkusyjnym utworem, który przyszedł mi na myśl – koncertowy Don’t Lose Your Mind Milesa Davisa w wykonaniu Marcusa Millera – pójdzie mi lepiej. Ale też nie; znowu przepadłem w muzyce, zamiast analizować brzmienie. Z kolejnym – S.M.F. Joe Satrianiego – było dokładnie tak samo. I choć tego wieczoru słuchałem muzyki jeszcze przez ponad dwie godziny, nie oszukiwałem się już, że dam radę jakkolwiek testować te słuchawki – po prostu słuchałem10. I właśnie w tym – uważam – tkwi największa ich siła. Brzmią tak dobrze, że aż nie chce się przełączyć do następnego utworu.

To wszystko sprawiło, że w moim muzyczno-sprzętowym świecie nastąpiły spore zmiany. Dotychczas, gdy zostawałem sam w domu, zwykle włączałem muzykę na swoim dużym sprzęcie w pracowni oraz na Nocsach w salonie za pomocą AirPlay – tak, żeby dźwięk wypełnił całe mieszkanie i był ze mną gdziekolwiek jestem. Odkąd mam B&O H5, łapię się na tym, że robię tak coraz rzadziej. Częściej po prostu wkładam słuchawki do uszu i cieszę się lepszym – choćby ze względu na fakt, że zawsze optymalnie skierowanym – dźwiękiem bez żadnych kompromisów (bo jeśli źródłem dźwięku jest iPhone, to i ewentualnego połączenia telefonicznego nie przegapię). Nawet coroczny Top Wszech Czasów słuchałem dzięki nim.

Nie wspomniałem wcześniej o aplikacji Beoplay dla smartfonów, głównie dlatego, że mam do niej stosunek raczej ambiwalentny. Choć bardzo przekonuje mnie sposób przedstawienia charakterystki brzmienia i kierunku, w którym je zmieniamy, to nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że jest to nic innego, jak globalny equalizer.

Pamiętam, że gdy podczas premiery zobaczyłem zrzuty ekranu z tej aplikacji na stronie producenta, pomyślałem, że jest to pewna rewolucja, że „za moich czasów” jeśli chciało się analitycznego brzmienia, kupowało się Sennheisery, a jeśli zależało nam bardziej na ciepłych, bardziej muzykalnych klimatach, wybierało się Grado, a teraz można to wszystko załatwić aplikacją. Niestety to nie tak – każde przesunięcie kropki ze środka oznacza pewien kompromis. Zdarza mi się czasem przesunąć ją delikatnie w kierunku Warm, co sprawia, że H5 nie brzmią już tak ostro, ale też góra traci wówczas trochę na swojej aksamitności, wydaje się być też sztucznie przytłumiona. Mimo to, koncertowe Case of you Diany Krall z Paryża (zwłaszcza rip z winyla) w takim ustawieniu brzmi bajecznie.

Chcąc odnieść się też do zapewnień producenta o tym, że nadają się one do uprawiania sportu, przebiegłem się raz z B&O H5 w uszach i prawdopodobnie zrobiłem to po raz ostatni. I to nawet nie dlatego, że uważam, że H5 nie nadają się do biegania, bo sprawdziły się …dobrze. Może nawet trochę zbyt? Ale po kolei.

Na co dzień nie używam słuchawek podczas biegania. I nie jest to kwestia jakiejś ideologii, tj. nie uważam biegania ze słuchawkami za głupotę ani nic z tych rzeczy – to wyłącznie kwestia własnych preferencji. Pewnie chodzi bardziej o to, że muzyki słucham podczas pracy niemal bez przerwy, więc gdy wychodzę biegać wolę pobyć w ciszy czy właśnie posłuchać dźwięków przyrody; szmeru liści pod nogami, śpiewu ptaków czy szumu wiatru. I wiem, że brzmi to pewnie jak wyznania romantyka, ale właśnie to pozwala na stworzenie w głowie jeszcze wyraźniejszego podziału między pracą a nie-pracą. Dodatkowo, najczęściej biegam w lasach, które bez trudu mogę nazwać dzikimi. Spotkanie leśnej zwierzyny w nich nie jest ani niczym dziwnym, ani rzadkim. Nasłuchiwanie dźwięków dookoła wpływa więc też na moje bezpieczeństwo czy chociażby naiwne poczucie bezpieczeństwa.

I właśnie w tym leży największy problem, jaki mam z B&O H5 – to, co jest największym plusem w pociągu, staje się ogromną wadą podczas leśnych biegów. Słuchawki te – zwłaszcza z piankami Comply – znakomicie izolują słuchacza od dźwięków z zewnątrz. Prawdopodobnie mógłbym uznać to za plus, gdybym biegał w miejskich parkach czy na stadionowej bieżni, ale na pewno nie w lesie. Co więcej, ta sama izolacja sprawia, że własny oddech słyszalny jest jak ten Lorda Vadera, tj. bardziej ze środka głowy niż za pomocą uszu, co dla większości jest raczej nieprzyjemnym doświadczeniem. Można go uniknąć zwiększając głośność odsłuchu, ale tym samym jeszcze bardziej odcina się siebie od dźwięków otoczenia, więc wracamy do punktu wyjścia.

W moim przypadku nie miałem problemów z wypadaniem słuchawek z ucha podczas biegu (używałem dołączonych pianek), nawet gdy ściągnąłem swoją biegową czapkę. Zdarzyło się, że musiałem je poprawić nieco, ale nic więcej. Trzeba się jednak przyzwyczaić do tego, że sznurek/przewód łączący słuchawki, ocierając się o kark, będzie przenosił dźwięki, które niełatwo całkowicie zignorować.

Na koniec; nie mogę nie porównać tych słuchawek do …Kindle’a. Bo tak jak on pozwala na czytanie więcej, tak H5 pomagają mi słuchać muzyki częściej i więcej. A gdybym zapytał sam siebie czy moje życie będzie pełniejsze czy po prostu lepsze, jeśli częściej będę słuchał muzyki w satysfakcjonującej mnie jakości, odpowiedziałbym, oczywiście, że tak. Tym samym, idąc tym tokiem rozumowania, H5 sprawiają, że moje życie jest lepsze. I właśnie z tego powodu uważam, że są warte kwoty, jakiej się za nie oczekuje. Co więcej, nawet bez takiego – naciąganego, jak pewnie część z Was uznała – usprawiedliwiania ceny, uważam, że są jej warte, bo (i na tym właśnie polegał błąd w moim rozumowaniu na początku tego tekstu) nie należy o nich myśleć jako o „malutkich słuchwkach dousznych za prawie 1000 zł”, a raczej jako o „furtce do dobrego dźwięku”. I już tłumaczę o co mi chodzi. Wszak za 1000 zł można kupić dobre czy nawet bardzo dobre słuchawki nauszne, to ich uniwersalność z pewnością będzie gorsza, a i nierzadko będą wymagały jeszcze wzmacniacza słuchawkowego, żeby osiągnąć pełnię możliwości. Za tę samą kwotę ciężko kupić dobre głośniki komputerowe11, a jakimkolwiek większym zestawie nie wspominając (bo choć wśród monitorów do 1000 zł nadal można znaleźć świetne zestawy, to wymagają one wzmacniacza za co najmniej tyle samo, nawet jeśli żródłem dźwięku miałby być komputer czy smartfon). I choć nie sposób porównywać dźwięku słuchawek dousznych z nausznymi, a jeszcze trudniej z głośnikami – to zupełnie różne wrażenia i ciężko o jakąkolwiek skalę porównawczą, to bez względu na sposób odsłuchu, powinien on sprawiać przyjemność. Niech więc właśnie ilość tej przyjemności będzie skalą porównawczą na potrzeby tego, co chcę napisać o H5: fakt, że zapewniają one dostęp do tak przyjemnego odsłuchu, do dźwięku takiej jakości i to gdziekolwiek się jest sprawia, że H5 stają się jedną z tańszych inwestycji, jakie można ponieść w poszukiwaniu dobrego dźwięku w dzisiejszych czasach12.

Podsumowując, chciałbym odpowiedzieć na dwa pytania, które – odkąd mam H5 – słyszałem najczęściej; czy polecam oraz czy nie żałuję zakupu. Odpowiedź na nie jest jednocześnie prosta i pokrętna. Otóż, nie, nie polecam tych słuchawek. Ich zestaw cech (nazywanych przez niektórych wadami) zbyt łatwo może sprawić, że osoba, która kupiłaby je po mojej rekomendacji byłaby zwyczajnie zawiedziona. Nie są to bowiem słuchawki dla wszystkich. Czy wobec tego sam żałuję zakupy? Absolutnie nie. Jedyne, czego żałuję, to to, że nie kupiłem ich wcześniej. B&O H5 bardzo szybko stały się moimi ulubionymi słuchawkami i takimi pozostają do dziś13. Od pierwszego dnia używam ich przez kilka godzin dziennie, a po dokupieniu dodatkowych pianek Comply, które uczyniły je wygodniejszymi i bardziej uniwersalnymi, robię to jeszcze chętniej. Do dziś bowiem nie mogę się nadziwić jak dobrze brzmią te maleństwa. I tu dochodzę do drugiej części drugiego pytania, która pojawiała się po tym, gdy Apple AirPods zaczęły być dostępne – tj. czy w obliczu premiery kosztujących podobnie, również bezprzewodowych słuchawek marki Apple nie żałuję zakupu B&O? Otóż nie, ani trochę. Rzecz bowiem w tym, że wszystkie opisy czy recenzje AirPodsów z jakimi się spotkałem wychwalają wygodę ich działania (tj. łączenia się z urządzeniami), ładowanie baterii w etui czy czas pracy na baterii (dzięki wspomnianemu etui), ale jeśli chodzi o dźwięk, ten ponoć jest na poziomie przewodowych EarPodsów. To oznacza, że jest on – w najlepszym wypadku – przyzwoity. I to właśnie chciałbym w tym momencie podkreślić – nie słuchałem wprawdzie AirPodsów, ale porównując ich przewodowe odpowiedniki do B&O H5 można napisać tylko jedno: przepaść. Potężna przepaść.

Zatem, zamiast rekomendować lub nie, jeśli rozważasz bezprzewodowe słuchawki douszne, proponuję zamówić swoją parę od B&O, upewniwszy się wcześniej, że możesz je zwrócić w ciągu kilku dni, jeśli nie spełnią oczekiwań.
Podziękujesz mi później.

Canon 50L

Zdałem sobie ostatnio sprawę z tego, że choć wiele czasu i miejsca na tej stronie poświęciłem sprzętowi fotograficznemu, bardzo rzadko pisałem o samych obiektywach, zwłaszcza tych ulubionych. A canonowska 50-tka f/1.2 z pewnością zalicza się do tego bardzo nielicznego grona. Z moich obserwacji światka fotografii profesjonalnej wynika, że jest to wciąż bardzo niedoceniana ogniskowa – używana najczęściej przez dojrzałych i świadomych fotografów. Trochę tak, jakby fakt, że 50mm jest najczęściej pierwszą (bo i najtańszą) stałką, jaką się kupuje, sprawiał, że potem – może nawet podświadomie – stara się od niej uciec, kupując i reporterskie 35mm i portretowe 85mm, niejednokrotnie nazywając 50mm „nijaką” ogniskową. I choć wcale nie uważam się za dojrzałego i świadomego fotografa, to w ostatnich latach właśnie po 50mm sięgam najchętniej – może po części ze względu na fakt, że ta „nijakość” (którą ja preferuję nazywać uniwersalnością) jest swego rodzaju wyzwaniem. Wszak niejednokrotnie trzeba się trochę natrudzić, żeby „poukładać sobie kadr”, ale mając pewne doświadczenie, uważam, że wcale nie bardziej niż przy innych ogniskowych. Wracając jednak do samego obiektywu; EF 50mm f/1.2L USM (bo tak brzmi jego oficjalna nazwa) to ponad 10-letnia konstrukcja, a tym samym przez wielu uważana za niedostosowaną do cyfrowych realiów. I, rzeczywiście, we wszystkich rzeczowych porównaniach przegrywa z nowszymi obiektywami konkurencji. Nie jest ani tak szybki, ani tak ostry, ani tak celny, potężnie winietuje, a aberracja chromatyczna jest widoczna niemal na każdym zdjęciu. Co więcej, jest o 80% droższy niż wygrywająca wszystkie porównania Sigma z serii Art, która też wcale nie jest tanim obiektywem (kosztuje przecież ponad dwukrotnie więcej niż canonowski EF 50mm f/1.4 USM).

To wszystko przestaje mieć jednak jakiekolwiek znaczenie, jeśli od fotografii oczekuje się czegoś w rodzaju magii, czegoś nieopisanego. Bo właśnie tę szalenie trudną w opisie magię 50-tka 1.2 zapewnia niemal w każdych warunkach. Przyznaję, że sam sobie wysoko podniosłem poprzeczkę poprzez samą próbę zmierzenia się z opisem tego obiektywu, ale jestem pewien, że przez obecnych użytkowników tego szkła zostanę zrozumiany z pewnością. Wystarczy bowiem zrobić pod światło lub gdy jego źródło wpada z boku, by zrozumieć, że to co dzieje się ze światłem wewnątrz tego obiektywu istotnie jest – powtórzę się – magiczne. Że sposób w jaki generowane są nieostrości są tak przyjemne dla oka, że nie sposób oddać tego żadnymi wartościami w tabelkach. Wiem, że to brzmi jak tekst przygotowany przez agencję PR na potrzeby katalogu danego produktu, ale nic na to nie poradzę. Od momentu zakupu ten obiektyw praktycznie jest przyspawany do 6D, z którym tworzy fantastyczny i stosunkowo nieduży zestaw.

I choć w najbliższym czasie pojawi się tu artykuł o Fujifilm X100T14, którego od ponad roku używam codziennie, to już teraz chciałbym dopowiedzieć (do ubiegłorocznego fragmentu o torbie Billingham Hadley Pro), że bardzo się cieszę, że w swojej torbie mieszczę je oba bez trudu. W tym momencie powinienem pewnie umieścić jakiś zestaw przykładowych zdjęć, będących (czy chociażby starających się być) potwierdzeniem powyższych tez, ale prawda jest taka, że prawie wszystkie z nich przedstawiają mojego syna, a jak większość z Was – obserwujących mój dziennik – zauważyła, nie udostępniam publicznie zdjęć z Nim (wszak nie mam na to Jego zgody), więc musicie uwierzyć mi na słowo, że ten opis bardzo mocno na tym ucierpi, nawet jeśli pokażę swoje inne ulubione fotografie (w tym i ślubne) z rzeczonej 50-tki.

Chciałbym też od razu uprzedzić, że nie odpowiem na żadne maile z pytaniem jak można zapłacić za obiektyw 12-krotnie więcej niż za plastikową 50-tkę f/1.8, która daje bardzo podobny, wcale nie mniej ostry obraz. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć samemu, jak mniemam. Jednocześnie przyznaję się, że wymieniając swoją Sigmę 50/1.4 (z poprzedniej serii) na nową 50-tkę, kilkukrotnie miałem już Sigmę 50mm z serii Art „w koszyku” i od zakupu dzielił mnie jeden klik. Dziś szalenie się cieszę, że tego nie zrobiłem, a pewnemu osobnikowi, który za każdym razem, gdy wspominałem o Sigmie Art nazywał mnie „debilem” – jestem wdzięczny. I nie dlatego, że uważam, że ta 50-tka Sigmy to zły obiektyw – daleki jestem od tego. Po prostu czasem techniczna doskonałość nie jest tym, czego powinno się oczekiwać od sprzętu, zwłaszcza fotograficznego. Tu inne czynniki mają znacznie większe znaczenie.

Jest jeszcze kwestia różnicy między f/1.4 a f/1.2 i nie mówię tu o ilości światła, jaka wpada do obiektywu, bo to 1/2 EV w nowoczesnych korpusach można sobie załatwić wyższą czułością. Mam na myśli różnicę w obrazie – w żadnym innym obiektywie nie widziałem bowiem tak dużych zmian w obrazowaniu między jedną a drugą wartości przysłony. I większość z tego, co napisałem wyżej, dotyczy właśnie f/1.2 – to tu dzieje się większość wspomnianej wcześniej magii.

Ach, muszę się też przyznać, że kupując 50-tkę zaszalałem i dokupiłem jeszcze obiektyw 135L, który przez lata chodził mi po głowie, ale zdaje się, że to opowieść już na inną okazję.

PFixer Minimal

To jest bardzo specyficzny produkt. Gdy rozważałem czy w ogóle warto napisać tu o nim cokolwiek, zacząłem zastanawiać się jaka część czytelników Fabryki Pikseli jest fotografami, jaka część fotografów czytających Fabrykę Pikseli jest footografami zawodowymi, jaka część tej grupy używa Lightroom i jaka część tych, którzy używają Lightroom jest chętna zainwestować, by pracować nieco szybciej. Wyszło mi, że są to maksymalnie dwie osoby, ale to właśnie dla nich napiszę kilka słów.

Część z Was pewnie pamięta, że byłem fanem VSCO Keys – aplikacji, która potrafiła przyporządkować niemal każdy klawisz na klawiaturze do prawie wszystkich narzędzi i opcji w Lightroom. Znacząco przyspieszało to pracę i czyniło ją wygodniejszą. VSCO Keys przestał być rozwijany, ale na rynku ostał się PFixer. Jest to aplikacja dość podobna, choć rozszerzona o wsparcie zewnętrznych urządzeń midi. Dzięki temu, zamiast pracować przy użyciu klawiatury, można do pracy zaprząc np. muzyczny kontroler USB. W moim przypadku padło na sprzedawanego w zestawie (nazwanym PFixer Minimal) z programem Behringera X-Touch Mini (którego można kupić też osobno w Polsce, oszczędzając sobie kontaktu z urzędem celnym). Urządzenie posiada 16 podświetlanych przycisków i 8 enkoderów (pokręteł), które można też wcisnąć oraz suwak. Do każdego z nich można przyporządkować narzędzie czy preset z Lightrooma, a dodatkowo istnieje możliwość skonfigurowania osobnych warstw (tj. dany przycisk może pełnić kilka funkcji w zależności od tego, który tryb jest aktualnie włączony), co daje łącznie ponad 200 skrótów. To zdecydowanie więcej niż jest mi potrzebne – zatrzymałem się na poziomie ok. 48, którymi obsługuję Lightroom na tyle, że prawie w ogóle nie sięgam do klawiatury – tylko PFixer Minimal i Wacom Intuos Pro.

Na osobach z zewnątrz, PFixer w trakcie pracy robi ogromne wrażenie – stoję przed komputerem, pokrętłem zwiększam nieco ekspozycję, drugim koryguję balans bieli, kolejnym wyrównuję je odrobinę, przyciskiem pozbywam się aberracji chromatycznej, po naciśnięciu innego przechodzę do kolejnego zdjęcia i jednym przyciskiem nanoszę wszystkie kroki edycyjne z poprzedniego ujęcia. Wszysko bez dotknięcia myszki (od ponad trzech lat nie używam myszy przy swojej „stacji roboczej”) i bez zerknięcia na prawy panel narzędzi i suwaków. Każdy, kto zawodowo obrabia fotografie wie, że każde kilka sekund zaoszczędzone na jednym zdjęciu to spory zysk czasu na koniec dnia. Dodatkowym atutem obróbki w ten sposób jest fakt, że nie patrzy się na wartości w prawym panelu bocznym – patrzy się tylko na rezultat, jakim jest zdjęcie. Gdybym pracował suwakami, wiem, że przy np. zmianie ekspozycji o +2,5 EV, ręka by mi zadrżała – może cofnąłbym trochę, decydując, że jednak nie jest to aż tak potrzebne. Teraz decyduję jednak wyłącznie patrząc na fotografię – jeśli 3 EV są wymagane; niech będą.

Przepracowałem z tym zestawem cały sezon i …chwilami miałem ochotę wyrzucić go przez okno, a czasem chętnie postawiłbym mu pomnik. To prawdopodobnie cecha każdego nie-natywnego rozszerzenia, zwłaszcza, że częściej źródłem problemów był Lightroom15, a nie PFixer. Gdybym miał decydować jeszcze raz, kupiłbym go ponownie, choć tym razem chyba wziąłbym pod uwagę większy kontroler, z większą ilością suwaków (tymi pracuje się jednak wygodniej niż pokrętłami).

Ten mały za to doskonale spisywał się w połączeniu z laptopem, którego używałem, gdy synek był jeszcze maleńki, a ja na koniec każdego dnia kopiowałem zdjęcia ze wszystkich kart i na biężąco obrabiałem je w salonie, żeby nie musieć zamykać się na ten czas w pracowni.

Rebel East

Nie pamiętam już od jak dawna pracuję dwoma aparatami jednocześnie podczas reportażu ślubnego. Biorąc pod uwagę fakt, że używam wyłącznie stałoogniskowych obiektywów nie ma w tym nic dziwnego, a i jest to swego rodzaju standard w tej branży.

Próbowałem różnych rozwiązań, które pozwalałyby na zawieszenie na sobie dwóch korpusów i na wygodną nimi pracę. Szelki Rebel East zdecydowanie są najwygodniejszym, a przy okazji najbardziej eleganckim z nich. Są przy tym znakomicie wykonane, a przez fakt, że są w całości ze skóry sprawia, że przyjemnie będzie obserwować jak godnie się starzeją. Po pierwszym przepracowanym sezonie nie zauważam jednak żadnych oznak zużycia, nawet na krawędziach, co do których myślałem, że będą się wycierać od prowadzenia po nich uchwytu z aparatem. Co więcej, do dziś pachną jak nowe. A kwestia stylu czy szeroko rozumianej elegancji? Na każdym tegorocznym ślubie zdarzyła się co najmniej jedna osoba (a na niektórych nawet po kilkanaście osób), która skomplementowała mnie w tych szelkach.

Twórcy piszą, że ich celem była „wygoda, styl i bezpieczeństwo naszego sprzętu” i, rzeczywiście, nawet z tym ostatnim udało się świetnie, bo nigdy nie byłem tak spokojny o aparaty, które zwisały mi po bokach. Całość jest też na tyle wygodna, że nawet podczas sesji, na których pracuję zwykle jednym aparatem, używam tych samych szelek, podpinając nieużywany karabińczyk do specjalnie w tym celu umieszczonego uchwytu na górnej części paska.

Polecam każdemu, kto fotografuje po kilka czy nawet kilkanaście godzin dziennie, głównie dwoma aparatami i komu zależy na niebanalnej aparycji.

Lamy Safari

To pióro jest jednym z najlepszych prezentów, jakie kiedykolwiek otrzymałem. Przebył też długą drogę, żeby do mnie dotrzeć – mieszkający ówcześnie w Grenlandii przyjaciel zamówił go dla mnie zdalnie w sklepie w Sztokholmie, podając mój adres e-mail, jako adres zamawiającego. W specyfikacji zobaczyłem, że wybrał dla mnie stalówkę o standardowej wielkości, kiedy dla mnie – i mojego charakteru pisma – tylko Fine i Extra Fine są jedyną opcją. Skontaktowałem się więc z obsługą szwedzkiego sklepu, prosząc o wymianę stalówki na EF, modyfikując tym samym swój prezent. Od dnia, w którym do mnie dotarł, używam go codziennie i zawsze mam go ze sobą w torbie, razem z Hobonichi.

To wspaniałe, niedrogie pióro do codziennego użytku i, gdyby nie fakt, że niedawno pojawiło się ono w aluminiowej wersji Lx, nie chciałbym żadnego innego. Ot, siła marketingu lub zwyczajny konsumpcjonizm, jak mniemam.

Hobonichi Techo

Od zawsze mam szczególny stosunek do papierowych przedmiotów, z których korzystam na co dzień. Już ponad 10 lat temu używałem kalendarzy Taschen i teNeues, nawet jeśli kupowałem je za ostatnie, studenckie pieniądze.

Potem bardzo lubiłem notesy i kalendarze Moleskine, których używałem w kolejnych latach. Field Notes, które nadal używam, lubię jeszcze bardziej.

Mogłoby się więc wydawać, że mam na tym polu pewne doświadczenie, ale czegoś tak wyjątkowo jak Hobonichi wcześniej nie widziałem. To zupełnie inna kategoria, klasa sama w sobie. Takiego papieru (Tomoe River) i takiego wykonania nie spotkałem bowiem nigdy wcześniej.

Ale po kolei; Hobonichi Techo to japoński (bardzo tam popularny) planer i dziennik16 w jednym. Jego twórcom zależało na tym, żeby przy relatywnie niewielkich rozmiarach fizycznych zmieścić możliwie duże pola do wykorzystania przez użytkownika. Między innymi dlatego strony (których jest aż 450) wykonane są z bardzo cienkiego papieru Tomoe River.

Pozwoliło to poświęcenie każdemu dniu całej strony, a dzięki specjalnej okładce Techo można otworzyć na płasko na każdej stronie (nie tylko na tych bliżej środka, jak to zwykle bywa). Sam papier, mimo że bardzo cienki, doskonale radzi sobie z atramentem z piór – prześwituje ono minimalnie na odwrocie strony i w żaden sposób nie przeszkadza. Strony wypełnione są 4-milimetrową kratką, doskonale pasującą do mojego drobnego charakteru pisma i stalówki Extra Fine w Lamy Safari. Innymi słowy; jestem zauroczony do dziś, mimo że od pierwszego kontaktu z nim minęło już kilkanaście miesięcy.

Przyznaję, że nie do końca pamiętam jak trafiłem na Hobonichi w ogóle, ale gdy zobaczyłem go w sieci na przełomie września i października 201517, od razu rozpocząłem poszukiwania jakiegoś sklepu w Europie, z którego mógłbym go zamówić, żeby uniknąć przesyłki z Japonii. Trafiłem do brytyjskiego Pocket Notebooks, w którym choć były dostępne na stronie, przy próbie zamówienia okazywało się, że jednak magazyn jest już pusty. Dopisałem swój adres mailowy do powiadomienia o dostępności, bo w rozmowie z właścicielem dowiedziałem się, że jeszcze jedna dostawa powinna do nich dotrzeć. Gdy kilka tygodni później otrzymałem mail, informujący, że mogę go zamówić, potrzebowałem ledwie kilkudziesięciu sekund, żeby to zrobić:

Gdy dotarł, nie mogłem się doczekać 16. listopada, bo właśnie od tego dnia zaczynały się karty ubiegłorocznej edycji.

W tym roku zamówienie również nie obyło się bez przygód. Gdy zobaczyłem, że po raz pierwszy polski sklep ma je w swojej ofercie, uspokoiłem się, ale nie zamówiłem od razu. Okazało się, że był to błąd, bo gdy się opamiętałem, Techo było już wyprzedany. Skontaktowałem się z właścicielem, żeby się upewnić, że tak jest i dowiedziałem się, że oczekuje dostawy jeszcze trzech, ostatnich już egzemplarzy, z których dwa są już zarezerwowane, więc jeśli chcę „ostatni w Polsce” może być mój. Och, jak bardzo chciałem, wierzcie mi. Dopiero wtedy zrozumiałem, że byłbym gotów zapłacić za niego nawet więcej niż wynosi jego rynkowa cena.

Tym samym, rozpocząłem więc kolejny rok z Hobonichi Techo i mam nadzieję, że będzie on produkowany jeszcze latami. Choć przyznać muszę, że widok go w moich rękach nierzadko budzi zdziwienie wśród osób, które znają mnie dość dobrze.

Pamiętam, że jedna z moich „konsultacyjnych klientek”18 zapytała mnie kiedyś podczas spotkania: „to Ty od pół roku namawiasz mnie na używanie kalendarza wyłącznie w telefonie i na komputerze, a sam przychodzisz z jakimś notesem?!”. Rzeczywiście, zarówno tu na stronie, jak i podczas swoich szkoleń dużo mówię o zaletach cyfrowych menadżerów zadań i kalendarzy, o tym, o ile przewyższają możliwościami te analogwe wersje oraz jak bardzo są w stanie ułatwić codzienność. A jednak po codziennym, wielogodzinnym kontakcie z ekranami jest coś absolutnie wyjątkowego w chwili, w której sięgam po swoje pióro i Hobonichi. Myśli się klarują, ich pęd się uspokaja. Wiem, prawdopodobnie sobie dopowiadam, ale tak to czuję. I pewnie nikt, kto nie usiądzie z nim przy niedużym biurku z zupełnie czystym, białym blatem, na przeciw okna i z filiżanką dobrej, zielonej herbaty, nie zrozumie tego, co mam na myśli.

Field Notes Lunacy

Tę edycję notatników Field Notes – podobnie jak pióro – otrzymałem w prezencie, który ucieszył mnie o tyle, że Lunacy momentalnie stała się moją ulubioną edycją FN, a przecież dużo przyjemniej jest coś takiego dostać niż kupić sobie samemu, prawda?

(Poniższe zdjęcia i krótkie opisy pojawiły się wcześniej na Twitterze, ale pomyślałem, że cykl „cudawianki” powstał właśnie po to, żeby zebrać w jednym miejscu produktu, które nigdy nie doczekałyby się swoich odrębnych tekstów, więc oto jest).

Edycja Lunacy to zupełnie nowy materiał okładki – każdy z notesów w zestawie ma inne wycięcie.

Zamiast kropek, kratki czy linii jak w innych edycjach, tu strony wypełnione są „kosmiczno-kartograficznymi” krzyżykami – wygląda to zjawiskowo, zwłaszcza, że strony mają kolor „pyłu księżycowego” (wierzę na słowo).

Na ostatniej stronie – jakżeby inaczej – widnieje Dark Side of the Moon, a ostatnia strona okładki ozdobiona jest przetłoczeniem w kształcie księżyca.

Mimo że znacząco różnią się od poprzednich edycji, nadal wszystko wykonane jest ze smakiem, a całość sprawiła, że momentalnie stały się one moimi ulubionymi notesami Field Notes.

Kindle Paperwhite

Już we wstępię muszę przyznać, że dość niezręcznie jest mi podejść do tematu Kindle’a na tej stronie. Wyjdzie bowiem na to, że jestem bardzo late to the party. Bo choć pierwszy Kindle w naszym domu pojawił się prawie 4,5 roku temu, to jednak był on przeznaczony dla żony, a ja używałem go tylko wtedy, gdy mogłem. Własnego dorobiłem się dopiero w marcu ubiegłego roku, korzystając z jednej z cyklicznie powtarzających się promocji Amazonu.

I, doprawdy, nie wiem czy jest sens pisania o nim czegokolwiek ponad to, że jest on moim ulubionym urządzeniem elektronicznym, jakie posiadam. Serio. Gdybym musiał, mógłbym żyć bez iPada, poradziłbym sobie bez iPhone’a, ale bez Kindle’a już sobie życia nie wyobrażam. Jeśli więc jesteś w tej nielicznej – jak sądzę – grupie, która jeszcze go nie posiada, a czytasz dużo (nie tylko książek, ale i artykułów, które np. Instapaper może co tydzień wysyłać w formie magazynu), to zrób sobie tę przysługę i uwzględnij go w budżecie na ten rok. Nie wyobrażam sobie, żeby można było żałować takiego zakupu.

I uprzedzając pytania o konkretny model; gdybym kupował teraz, prawdopodobnie nadal kupiłbym Paperwhite (trzeciej generacji) zamiast Voyage czy Oasis, bo mój w zupełności mi wystarcza. Jedyne, co zmieniłbym w swoim (choć nie sądzę, żeby którykolwiek z droższych modeli poprawiał to w znaczący sposób) to możliwość bardziej precyzyjnego ustawiania natężenia podświetlenia. Standardowo bowiem mam podświetlenie ustawione na pozycję 5 (w skali 20-stopniowej), które świetnie się sprawdza, gdy jest dodatkowym tylko źródłem światła, ale bardzo często czytam w całkowitej ciemności, tuż przed zaśnięciem. Wówczas to 5 świeci trochę zbyt jasno, a z kolei przy 4 kontrast między minimalnie podświetlonym tłem, a wcale-nie-tak-ciemnymi znakami jest na tyle nieduży, że wzrok szybko się męczy. Pozycja 4,5, może 4,6 byłaby pewnie dla mnie w sam raz, ale sami – chociażby po powyższych wartościach – musicie przyznać, że jest to niuans i czepiam się trochę na siłę.

Rancilio Silvia

Gdy przygotowywałem się do napisania ubiegłorocznej edycji podobnego tekstu, na zdjęciu tytułowym umieściłem kolbę od swojego ekspresu do kawy, bo zamierzałem napisać o nim kilka słów. W międzyczasie zmieniłem zdanie, po części dlatego, że tekst robił się już dłuższy niż chciałem, żeby był, ale i dlatego, że uznałem, że mam go zbyt krótko, by wypowiadać się o nim jakkolwiek rzetelnie.

Dziś, tj. po kilkunastu miesiącach od zakupu, czuję, że mogę. Bardzo ciężko jest mi jednak zacząć, nie wiedząc na jakim poziomie zaawansowania jest „kawowa” część czytelników Fabryki Pikseli. Pokuszę się więc o kilka zdań wstępu, który znawcy tematu mogą (i powinni!) pominąć.

Rancilio Silvia reprezentuje pewną specyficzną grupę domowych, manualnych ekspresów ciśnieniowych – tych stosunkowo niedrogich, ale „porządnych”, bo wykonanych podobnie jak te gastronomiczne i na zbliżonych do nich komponentach, które – w przypadku Rancilio Silvii – są łatwo dostępne w postaci części zamiennych, co z pewnością wpływa korzystnie na żywotność samego urządzenia. To, że jest to ekspres manualny, oznacza, że każdy krok przygotowania kawy – od zmielenia, przez nasypanie kawy do filtra i jej ubicie aż do wyłączenia przepływu wody po określonym czasie – należy wykonać ręcznie. Co więcej, tego typu ekspresy nie są wyposażone w młynki, więc należy kawę albo zmielić ręcznie, albo użyć młynka w postaci osobnego urządzenia19. Co więcej, trzeba wyposażyć się także w tamper20, podstawkę pod tamper, odbijak oraz dzbanek do spieniania mleka.

Jako maszyna domowa, Silvia wyposażona jest w jedną grupę (57mm) i tylko jeden, 300-mililitrowy bojler. To oznacza, że zrobienie więcej niż dwóch kaw (zwłaszcza cappuccino) jednocześnie będzie wiązało się z raczej długim czasem stania przy ekspresie, choć więcej o tym za kilka chwil.

Sam ekspres – produkowany w niemal niezmienionej formie od 1998 roku – wykonany jest ze stali nierdzewnej i ma bardzo przyjazne małym kuchniom gabaryty. Swoje jednak waży – ponad 14 kilogramów, które mają na celu zapewnienie stabilności konstrukcji przy podpinaniu kolby, robi wrażenie na każdym, kto próbuje go podnieść21. Jego design z kolei może się albo podobać bardzo, albo w ogóle – prosta forma z przyciskami, które wyraźnie wskazują na pochodzenie z lat 90-tych ma jednak swoje grono wielbicieli, do którego i ja się zaliczam. Widać bowiem wyraźnie, że producent stawia funkcję ponad formę, bo mimo kilku usprawnień, które pojawiły się w tym modelu na przestrzeni lat, wygodne w użyciu przyciski czy duże i dobrze wyprofilowane pokrętło pary nie zmieniły się wcale.

Zanim przejdę do opsiu samego użytkowania Silvii, tym mniej zaawansowanym miłośnikom kawy chciałbym jeszcze nadmienić, że skoro jest to ekspres manualny, to oznacza to także to, że jeśli przyrządzona kawa nie jest tak dobra, jak być powinna, to znaczy, że zawinił użytkownik. Tym samym, wymagana jest choćby podstawowa wiedza o doborze kawy, odpowiedniej grubości mielenia, temperaturze wody czy czasie ekstrakcji kawy. W tym konkretnym przypadku, dodałbym jeszcze tylko, żeby nie sugerować się zgaszoną diodą nagrzewania na przedniej ściance obudowy, zwłaszcza po pierwszym włączeniu ekspresu w danym dniu. Ta dioda wskazuje bowiem wyłącznie nagrzanie wody w bojlerze do odpowiedniej temperatury – jeśli jednak pozostałe elementy maszyny nie będą jeszcze nagrzane, to woda zdąży ostygnąć zanim trafi do ujścia grupy, a tym samym espresso będzie nadawało się do wylania do zlewu. Z mojego doświadczenia wynika, że 15 minut to stosowne minimum.

Jeśli jednak ekspres będzie nagrzany, kawa odpowiednia do espresso, poprawnie zmielona i ubita, to bardzo ciężko jest przyrządzić kiepski napar. Silvia – mimo niewielkiego bojlera, a tym samym stabilności temperaturowej dalekiej od tej z maszyn gastronomicznych – jest bowiem bardzo powtarzalna. Jeśli miałaby być czyimś pierwszym porządnym ekspresem, czyli swoistym portalem do świata dobrej kawy, to z pewnością będzie to wymagało kilku tygodni prób z różnymi ziarnami, różnymi nastawami młynka, różnymi dozami zmielonych ziaren i różnymi czasami ekstrakcji. Kiedy jednak już się znajdzie swoją ulubioną kawę, zapamięta się dla niej konkretną nastawę młynka i ustali optymalny czas ekstrakcji, będzie można uzyskać idealne, gęste espresso za każdym razem.

Sytuacja odrobinę się komplikuje w przypadku przygotowywania cappuccino. Maszyny gastronomiczne, wyposażone w dwa bojlery (osobny do wody i osobny do pary) pozwalają na spienienie mleka nawet w trakcie ekstrakcji kawy do filiżanki. W przypadku opisywanego ekspresu (jak i wszystkich innych konstrukcji tej klasy) są to dwie operacje, które siłą rzeczy (i prawami fizyki) muszą być odsunięte od siebie w czasie. Prawidłowa temperatura wody w bojlerze dla espresso to ok. 95°C, a do wytworzenia pary spieniającej mleko potrzebne jest ok. 120°C. Oznacza to, że po zrobieniu espresso i przełączeniu ekspresu w tryb nagrzewania do spieniania mleka należy poczekać aż bojler nagrzeje wodę do odpowiedniej temperatury, co trwa ok. 100 sekund. Wprawdzie nie wydaje się, żeby było to długo (przy odpowiednio nagrzanej wcześniej filiżance, wcześniej zrobione espresso nie powinno nawet odczuwalnie ostygnąć), ale staje się to kłopotliwe, gdy istnieje potrzeba zrobienia trzech cappuccino jednocześnie.

Nie wyobrażam sobie jednak, żeby można było na ten wydłużony czas przygotowania cappuccino narzekać; nie jest to bowiem żadna wada, a raczej cecha tego urządzenia. To trochę tak, jakby narzekać na gramofon, że nie da się przełączyć do następnego utworu. Myślę, że zgodzi się ze mną każdy, kto porówna ceny ekspresów jednobojlerowych do tych z dwoma.

Dużym plusem jest za to fakt, że gdy Silvia jest już gotowa, by spienić mleko, ciśnienie pary w końcówce dyszy jest na tyle mocne, że spienienie 300-mililitrowego dzbanka mleka trwa zaledwie kilkanaście sekund. Jednocześnie – z punktu widzenia początkującego adepta Latte Art – jest to spory minus22, bowiem każda sekunda pomyłki robi dużą różnicę, więc łatwo jest przegrzać mleko lub zrobić „watę” pełną pęcherzyków powietrza zamiast gładkiej piany. Opanowanie tego również zajmuje kilka tygodni23, ale potem już tylko cieszy, że czas spieniania mleka jest tak krótki.

To, co jednak ja upatruję za największą zaletę tego ekspresu – zwłaszcza w bezpośrednim porównaniu z poprzednim – jest zastosowanie zaworu trójdrożnego. Oznacza to, że nadmiar wody, który zebrał się w grupie w trakcie ekstrakcji nie spływa do filiżanki, tylko jest odprowadzany do tacki ociekowej.

Sama tacka ociekowa z kolei to – moim zdaniem – jeden z największych mankamentów tego urządzenia. Otóż, nie posiada ona żadnego pływaka, ani innego wskaźnika poziomu płynu w tacce; trzeba każdorazowo podnosić kratkę na filiżanki, żeby sprawdzić czy już się przelewa czy jeszcze nie. Opróżnienie samej tacki również nie należy do najwygodniejszych, ponieważ żeby ją wysunąć, należy ją unieść ponad krawędź dolnej obudowy ekspresu, co sprawia, że – jeśli jest pełna – jej zawartość w łatwy sposób może zostać wylana pod ekspres.

To, niestety, nie jedyne mankamety Silvii; zasobnik z tyłu urządzenia również nie posiada żadnego wskaźnika poziomu wody. Trzeba więc albo zapamiętywać ile zrobiło się kaw, albo podnosić pokrywę z tyłu i sprawdzać czy pozostała tam ilość wody wystarczy na zrobienie kolejnej kawy lub serii kaw. Mimo że konstrukcja jest stalowa, a blacha dość cienka nie oznacza to wcale, że filiżanki pozostawione na górnej „półce” będą odpowiednio nagrzane, nawet jeśli zostawia się Silvię włączoną cały czas24. Bo choć obudowa staje się w tym miejscu ciepła, to jednak nie na tyle, by porcelana zagrzała się do tego stopnia, by nie ostudzić espresso, które do niej trafi. To oznacza, że żeby otrzymać prawdziwie dobry napar, należy wcześniej zagrzać same filiżanki25.

Jak większość tego typu ekspresów, Rancilio Silvia używa pompy wibracyjnej w celu napełnienia bojlera wodą z zasobnika. To sprawia, że urządzenie jest dalekie od cichego. Nie mierzyłem hałasu w decybelach, więc nie mogę posłużyć się żadną konkretną wartością, ale mogę opisać to inaczej. Mając małe dziecko w domu, śpiące na innym poziomie niż kuchnia, ani razu nie włączyłem tego ekspresu, gdy synek spał – mimo że do dźwięków ekspresu przyzwyczajany jest od samego początku26. Wieczorami moją opcją jest więc tylko albo kawiarka Bialetti, albo AeroPress, albo Frenchpress, albo Chemex, albo… no dobra, nie mam wcale tak źle.

Wracając do samego ekspresu; czy powyższe cechy/wady stanowią przeciwwagę dla zalet? Na tak zadane pytanie każdy odpowiedzieć musi sobie sam. Moim zdaniem – absolutnie nie. Co więcej; gdybym dziś – przypomnę; kilkanaście miesięcy później – stał przed wyborem ekspresu do kawy do domu, nadal kupiłbym ten sam model. Tym bardziej, że aktualnie jest on prawie 300 zł tańszy (!) niż gdy sam go kupowałem.

Chciałbym też w dwóch słowach wspomnieć o młynku Rocky SD. Zdecydowałem się na wersję bez zasobnika, bo w użytku domowym jest on całkowicie zbędny – jego brak zapewnia, że w filtrze zawsze znajdzie się kawa, która została zmielona przed chwilą. Gdy rozważałem czy w ogóle jest mi on potrzebny – ręcznego Porlexa miałem już dużo wcześniej – uznałem, że możliwość łatwej i szybkiej zmiany grubości mielenia ziaren (i to w bardzo szerokim zakresie) na pewno mi się przyda, zwłaszcza, że na co dzień korzystam z co najmniej dwóch innych metod parzenia kawy. W praktyce wygląda to jednak inaczej. Bo choć, owszem, zmiana grubości mielenia ziaren jest łatwa i szybka, to dokonuję jej jedynie, gdy próbuję nowych ziaren do espresso27. Ziarna do alternatyw mielę nadal ręcznie w Porlexie z bardzo prostej przyczyny. Żarna w Rocky’m są bowiem na tyle duże, że zostaje w nich sporo „poprzedniej” kawy, a tym samym w filtrze miałbym mieszankę dwóch różnych kaw. Żeby tego uniknąć, musiałbym przestać korzystać z bardzo wygodnego górnego zasobnika na ziarna i każdorazowo wsypywać tam tylko odmierzoną ilość ziaren do danej metody. Wygoda jednak wygrywa i Rocky służy mi tylko do mielenia kawy do espresso. Mimo to, absolutnie nie żałuję zakupu, szczególnie w chwilach, gdy przychodzi np. czworo znajomych, z których każde chce kawę28. Zachęcam do policzenia we własnym zakresie ile czasu trwałoby zmielenie np. 80g kawy w małym, ręcznym młynku. I, oczywiście, podpowiem, że w Rocky’m trwa to prawdopodobnie kilkadziesiąt razy krócej. W takich chwilach całkowicie zapomina się ile taki młynek kosztował.

Skoro przy kosztach jesteśmy; proszę nie dać się zwieść cenie samego ekspresu. Aktualne 2179 zł29 brzmią bowiem bardzo atrakcyjnie, ale to dopiero początek kosztów. Kupienie go bez młynka niemal zupełnie mija się z celem, więc 1149 zł na Rancilio Rocky SD trzeba wziąć pod uwagę, nawet, jeśli przejściowo miałoby się korzystać z już posiadanego ręcznego Porlexa czy Hario. Dodatkowe, niezbędne akcesoria jak tamper, podkładka, dzbanek do spieniania mleka, komplet dobrych filiżanek czy np. kolba naked (bez dna i bez wylewek), bez trudu zamienią wspomniane nieco ponad 2000 zł na kwotę niebezpiecznie bliską 4000 zł30. Za podobne pieniądze można mieć dobry automat, w którym za przyciśnięciem jednego przycisku możnaby każdorazowo uzyskać przyzwoite espresso, cappuccino czy latte, bez konieczności martwienia się o stabilność temperaturową, grubość mielenia, siłę użytą do ubicia kawy tamperem czy czas ekstrakcji kawy do filiżanki. Kluczowym w powyższym zdaniu jest jednak słowo „przyzwoite”. W takim automatycznym ekspresie „przyzwoita” czy „stosunkowo dobra” kawa są szczytem jego możliwości. W ekspresie klasy Rancilio Silvia wysiłek włożony w przygotowanie kawy jest znacznie większy, ale rezulatatem może być espresso doskonałe. Takie, którego nie sposób szukać w pobliskich kawiarniach (chyba, że akurat miszkasz w pobliżu bardzo dobrej kawiarni z ogarniętym baristą za ladą – ja piję lepsze espresso w domu niż jestem w stanie zamówić w jakimkolwiek miejscu w promieniu 30 kilometrów, mimo że w większości z nich stojące na ladzie ekspresy są wielokrotnie lepsze niż domowa Silvia).

Gdy myślę o tym ekspresie i otaczających go akcesoriach z perspektywy amatora-miłośnika-dobrej-kawy-z-audiofilską-przeszłością nie mogę odmówić sobie porównania go do pierwszego porządnego zestawu audio, jaki się kompletuje, gdy chce się uzyskać lepszy dźwięk. Tego zestawu, który zastępuje głośniki komputerowe czy jakąś miniwieżę. Bo wprawdzie musisz wybrać wzmacniacz, odtwarzacz, kolumny głośnikowe, dobrać odpowiednie przewody, dokupić podstawki pod głośniki, jeśli te są monitorami, zadbać o odpowiednią akustykę pomieszczenia i każdorazowo przed odsłuchem umieścić płytę w odtwarzaczu, ale dźwięk, który Cię otoczy będzie daleko poza zasięgiem jakiejkolwiek miniwieży czy najlepszych nawet zestawów głośników komputerowych. I właśnie tak to postrzegam; jeśli kawa z ekspresu na kapsułki, zwykłego automatu czy nawet podstawowego ekspresu manualnego przestaje spełniać Twoje oczekiwania, prawdopodobnie powinieneś się zapytać co powinno być następnym krokiem. Odpowiedzią może być właśnie Rancilio Silvia. Moją była i nie wyobrażam sobie zmienić jej na cokolwiek innego.

Linki

Jak pewnie zauważyliście (a może i nie, co pewnie byłoby nawet lepsze) w powyższym tekście nie było żadnych odnośników do innych stron. Od dawna myślałem o tym, żeby zrobić to w ten sposób, ale gdy czytałem ostatnio jeden z dłuższych artykułów w serwisie MacStories, gdzie niemal co drugie słowo świeciło się na czerwono, podjąłem decyzję, że czas nastał. Dodatkowo, polecono mi przeczytanie tekstu „Spłyceni – O tym jak internet robi kuku naszym mózgom”, co tylko utwierdziło mnie w tej decyzji. Dlatego też od tej pory linki, które uznam, że mogą wydać się ciekawymi uzupełnieniemi tekstów, będą pojawiały się pod nimi.

Kilkukrotnie wspominałem ubiegłoroczne wydanie tekstu „cudawianki”, więc tych, którzy dotychczas go nie czytali, zapraszam.

We fragmencie o słuchawkach wspomniałem o kilku utworach, które siłą rzeczy posłużyły za test. Z tych, które były dostępne w Spotify i Apple Music utworzyłem publiczne playlisty31. Miłego słuchania!
W tekście pojawiły się także pianki Comply – Variety Pack.

Dla tych, którzy nie znają opisanej canonowskiej 50-tki (są tu tacy?), oto oficjalny link, a tych, którym zabrakło „sampli”, odsyłam do swoich codziennych fotografii oznaczonych tagiem „50L”32. PFixer i kontroler do niego dostępne są w sklepie producenta – PusherLabs. Szelki Rebel East mimo swojej ceny – 629 zł – są w sklepie dostępne dość rzadko, więc polecam śledzić producenta w mediach społecznościowych.

Opisane pióro dostępne jest tutaj w cenie 84 zł, a wspomniana wersja Lx – kosztująca 240 zł – tutaj. Hobonichi Techo był dostępny tutaj za 185 zł, a Field Notes Lunacy wciąż jest – za 59 zł. I choć wszystkie cztery linki prowadzą do sklepu Pióromaniak, chciałbym nadmienić, że – poza ogromną sympatią – nic mnie z nim nie łączy. Jest po prostu najlepszym miejscem w Polsce do zakupu rzeczy z tej kategorii. Nic ponadto. Zaufajcie mi. Ach, twitterowiczów zapraszam do śledzenia profilu Pióromaniak również tam, by zawsze być na bieżąco.

Jeśli ktoś byłby zainteresowany zakupem ekspresu Rancilio Silvia i/lub młynka Rocky, z przyjemnością odsyłam do sklepu Coffeedesk. Podobnie jak w przypadku Pióromaniaka, nie mam w tym żadnego interesu – po prostu bardzo ich lubię i bardzo żałuję, że poznałem ten sklep już po swoim zakupie. Mimo to, to właśnie tam zaopatruję się w kawę, gdzie w dziale kaw z segmentu speciality praktycznie nie da się wybrać źle. I domyślam się, że na pierwszy rzut oka ceny mogą wydać się wysokie, ale za każdym razem, gdy ktoś pyta mnie „co Ty masz za kawę, że ona jest tak dobra?”, a po pokazaniu opakowania dodaje „uu, przecież ona jest dwa razy droższa od tej, którą ja kupuję” – odpowiadam (mam nadzieję, że nie-arogancko): „to pij dobrą kawę dwa razy rzadziej”.


  1. W audiofiliźmie to chyba zakazany zwrot, bo zawsze znajduje się półka wyższa niż wysoka. 
  2. Tj. takie, które wpuszczają wiele dźwięków z zewnątrz i, w których wiele odtwarzanych dźwięków słychać na zewnątrz. Żadną miarą nie nadają się więc np. do słuchania muzyki w biurze. 
  3. Tj. z technicznego punktu widzenia mogłem, ale nie o to chodzi. 
  4. Wciąż zdarza mi się śledzić na bieżąco niektóre zakątki internetu. 
  5. a tym samym nie wspomnę o tym, że nie ma w nim ładowarki – B&O wyszedł bowiem z założenia, że pewnie wszyscy mamy już pod dostatkiem ładowarek, więc sama stacja ładująca zakończona końcówką USB powinna wystarczyć. Rozumiem i znajduję się właśnie w tej grupie, więc nie narzekam, ale domyślam się, że znajdą się tacy, którzy mogliby ponarzekać, że w zestawie ze słuchawkami za prawie 1000 zł nie ma ładowarki i ciężko nie przyznać im racji. 
  6. „przerywa” to może nienajlepsze słowo, bo cały proces jest dość płynny. 
  7. Nie znosiłem „empetrójek” – nie tylko ze względu na idiotyczną nazwę – tylko minidisc uznawałem wówczas za akceptowalne urządzenia przenośne do odtwarzania dźwięku. 
  8. To dość wyraźnie słychać w utworze Clocks – instrumentalnym coverze utworu Coldplay w wykonaniu 2Cellos (ze wspaniałym Lang Langiem). Mimo to, słucha się go bardzo przyjemnie, chociażby dlatego, że wiolonczela brzmi na nich wspaniale. 
  9. Chociaż w mojej nomenklaturze taki przydomek należy się sporej części społeczeństwa – zdarzało się, że osoby, które przymierzały moje H5 nie miały żadnych zastrzeżeń do brzmienia z wyjątkiem: „no ale basu trochę za mało”, więc …YMMV
  10. I w przypadku Marcusa Millera przesłuchałem cały koncert, zanim się zorientowałem. 
  11. Wielu z Was może się pewnie nie zgodzić z tym stwierdzeniem, ale jest to pewnie kwestia definicji słowa „dobre”, bo, owszem, uważam, że za tę kwotę można znaleźć przyzwoite głośniki, ale najtańsze, które – w mojej ocenie – zasługują na miano dobrych kosztują prawie 1500 zł. 
  12. Musiałem dopisać „w dzisiejszych czasach”, bo gdyby 10 czy nawet 5 lat temu, ktoś powiedział mi, że będę polecał bezprzewodowe słuchawki douszne do smartfona jako „furtkę do dobrego dźwięku” na pewno bym nie uwierzył. 
  13. Nie zastąpią mi słuchawek nausznych, ale też nie taka jest ich rola. Odsłuch z prawdziwego zdarzenia, tj. taki, do którego siada się w fotelu, zakłada słuchawki i jedyną czynnością, jaką się wykonuje jest słuchanie muzyki, nadal będzie się u mnie „wydarzał”, to ogromnie cieszę się, że ten pozostały odsłuch – tj. w czasie pracy, wieczorem w łóżku podczas czytania książki czy chociażby w trakcie zakupów w supermarkecie – jest tak dobry i sprawia tyle przyjemności. 
  14. Jak widać po zdjęciu nagłówkowym, miał być tutaj, ale rozrósł się do niebotycznych rozmiarów, więc będzie osobną publikacją. 
  15. Nowy bug w wersji 2015.8, który sprawia, że boczne panele nagle nikną bez żadnej przyczyny i jedynym sposobem na ich ponowne pojawienie się jest restart Lightroomu, co z kolei wymusza „linkowanie” PFixera, które trwa kilka chwil – drażni niesamowicie. 
  16. czy też „pamiętnik”, bo pewnie tak należałoby tłumaczyć angielskie słowo ‘journal’, ale infantylne zabarwienie tego słowa zupełnie mi tu nie pasuje. 
  17. Archiwum zrzutów ekranu bardzo pomaga w określaniu dat, nawet po tak długim czasie. 
  18. Ulubiona, jeśli mam być szczery. 
  19. W terminologii audiofilskiej porównałbym to do wzmacniacza w postaci przedwzmacniacza i odseparowanej końcówki mocy (lub nawet odseparowanych końcówek mocy, jeśli każdy kanał miałby mieć osobną). I tak, jak tam, tak i w kawowym świecie bardzo korzystnie wpływa to na jakość. 
  20. W zestawie jest plastikowy tamper z wypukłą podstawą, który znalazł się tam prawdopodobnie wyłącznie dlatego, że producent chciał, żeby w tabelkach porównujących Silvię z konkurencyjnymi konstrukcjami można było zaznaczyć, że tamper jest w zestawie. W praktyce, każdy kto ma choćby bardzo podstawowe pojęcia o zaparzaniu kawy wie, że plastikowy tamper jest bezużyteczny. Wolałbym, żeby go tam w ogóle nie było, bo jeśli ktoś używa tego dołączonego, robi sobie krzywdę. 
  21. Nie mówię, że jest ich wielu, ale ci, którzy próbowali, byli pod wrażeniem. 
  22. Tak, w tym konkretnym przypadku, coś, co jest zaletą dla pewnej grupy użytkowników, potrafi być wadą dla innej grupy użytkowników. 
  23. Przy 2-3 próbach dziennie. Jeśli ktoś chciałby się zamknąć w jednym pomieszczeniu z SIlvia i np. 60 litrami mleka, mógłby dojść to perfekcji w ciągu kilku- do kilkunastu godzin. 
  24. Co wbrew pozorom, wcale nie zużywa tak wiele energii. Choć w trakcie nagrzewania bojlera, Silvia pobiera z sieci 1100 W, to w trakcie każdej godziny, gdy stoi i czeka, nagrzewa bojler średnio tylko przez łącznie 5 minut i 40 sekund (sprawdzone). 
  25. W zależności od tego, ile przygotouję kaw, albo przepuszczam wodę przez grupę do filiżanek i odstawiam je na bok na czas zmielenia kawy, albo używam opcji napełnienia filiżanek wodą za pośrednictwem dyszy do spieniania mleka. 
  26. A technicznie rzecz biorąc, nawet trochę wcześniej. 
  27. Z mojego doświadczenia wynika, że niemal każda kawa „woli” inną grubość; najczęściej w zakresu pozycji 4 do 10 (w skali całkowitej 1 do 50). 
  28. To istotny element posiadania takiego sprzętu, dobrej kawy i odrobiny wiedzy – znajomi NIGDY nie odmawiają kawy, a często sami proszą zanim jeszcze zostanie im ona zaproponowana. 
  29. Linkuję do Coffeedesk nie dlatego, że mam w tym jakikolwiek interes, ale dlatego, że obsługa tego sklepu to najwyższy poziom, ale także dlatego, że darzę ich sporą sympatią. I żałuję, że swojego ekspresu nie kupiłem właśnie tam. Hasztag biję się w pierś. 
  30. Liczone razem z młynkiem. 
  31. Obie różnią się nieco od siebie – np. album Companion Patricii Barber nie występuje w Spotify. 
  32. Przy okazji dodam, że żadnego innego obiektywu tam nie oznaczam – to pewnie też o czymś świadczy. 
  • endru098

    Szkoda że tak rzadko piszesz. Ale jest to jak dobra droga kawa. Przyszło nam ją pić rzadziej. Choć osobiście na kawie nie oszczędzam. :) Świetny materiał.

  • krzysztofgorny

    Miłosz, a czy byłbyś tak dobry i pokazał mi jak pisze Twoje pióro w Twojej ręce? Z góry dziękuję.

    • Ja pióro już kupiłem, cena śmieszna a zdecydowanie przyjemne. Jeśli chcesz to mogę wieczorem ustrzelić zdjęcie. No chyba, że chodzi o rękę Miłosza. ;)

      • krzysztofgorny

        Jak najbardziej poproszę. :) Napisz też proszę jaki masz rozmiar stalówki.

      • krzysztofgorny

        Dziękuję za cały tekst i zdjęcia – na prawdę bardzo inspirujące.

        Nabrałem jeszcze większej ochoty na pióro wieczne dzięki Tobie. Obecnie piszę na zmianę długopisem i piórem kulkowym Uni Ball’a, ale marzy mi się powrót do pisania stalówką. Jednak mimo wszystko nie było to tak dawno bym zapomniał jakie miałem brudne ręce przy użyciu tego narzędzia więc pozwolę sobie dopytać – używasz Lamy w każdych warunkach? Wrzucasz luzem do torby z innymi rzeczami itp? Jestem ciekaw jak samo wykonanie pióra wytrzymuje codzienne użytkowanie. Być może to był mój błąd, że ja swoje Parkera używałem raczej niedbale.

        • Tak, używam go w każdych warunkach i używam go wyłącznie (tj. od ponad roku nie ruszyłem żadnego ze swoich długopisów, mimo że zdążyłem zrobić spory zapas ulubionych Uni-ball Signo DX 0.38 i 0.28. Nie wkładam go jednak do torby „luzem”. Rozważałem kiedyś zakup specjalnego opakowania na pióro, ale w międzyczasie znalazłem u siebie stare etui skórzane (miękkie) na okulary (właściwie na przeciwsłoneczną nakładkę na okulary, którą kiedyś dostałem, kupując oprawki), które stale noszę w torbie i do niego wkładam Lamy, wychodząc. Wychodzę z założenia, że gdyby coś miało się stać, to „oberwie” etui, a nie Billingham. Oczywiście, dotychczas nic takiego nie miało miejsca. Nie przypominam sobie, żebym też choć raz miał brudne ręce od atramentu, nawet podczas zmiany naboju. Dodatkowym plusem Lamy Safari – w odniesieniu do Parkera – jest jego waga; jest bardzo, bardzo lekkie, a tym samym trudniej nim wyrządzić jakąkolwiek szkodę.

          Dzięki za komentarz!

  • Super tekst! :) Dwa komentarze:
    1) W przypadku Premiere to raczej nie wina technologii Bluetooth. Mogę w Audio Hardware wskazać moje Beatsy Solo 3 (gdy są połączone z Makiem bezprzewodowo), ale nie mogę już wybrać słuchawek Jabra Coach Sport (specjalnie sprawdziłem) – wyskakuje taki sam komunikat, jak Tobie.
    2) Czy klawiatura Apple, którą masz na biurku, była też w sprzedaży w wersji bezprzewodowej czy dokupiłeś jakiś moduł… a może to nie klawiatura Apple?

    • Więc to jednak kwestia obsługi wyższego próbkowania. Dzięki za sprawdzenie.
      A klawiatura to Apple, jak najbardziej, model A1016, czyli bezprzewodowa. Wspaniała maszyna.

    • DeGrasse

      Pytanie 2: O matko……

  • Najbardziej zainteresował mnie “dział piśmienniczy”, zabawne jeszcze rok temu i wcześniej głównie zwracałem uwagę na fotograficzne zabawki i elektronikę.

  • Marcin

    Jak zwykle super tekst na najwyższym poziomie. Pozdrawiam!

  • Dziękuje za kolejny, świetny artykuł :)

  • Miłoszu, bardzo wykwintny jest Twój styl pisania – nie potrafiłem tego inaczej nazwać. Czuję się spełniony czytając Twoje piśmiennictwo.
    Co do B&O – szkoda, że teraz cena to 1149zł. To naprawdę za dużo za model H5. Na tą chwilę można mieć H6 za 1299zł. Chętnie bym je zakupił – chociażby na próbę, za wspomniane przez Ciebie 999zł.

    Wchodząc nieco bardziej w tematykę kawową – Miłoszu, w jakiej kawie głównie gustujesz jeśli chodzi o Coffeedesk? Etiopia, Kolumbia, może masz swoją ulubioną palarnię?

    PS. Widząc zdjęcie pod PFixer Minimal pomyślałem, że zajmujesz się teraz produkcją muzyki :-)

    • Ojej, jak mi miło – dziękuję.
      Co do nowej ceny H5; domyślam się, że teraz jeszcze trudniej usprawiedliwić sobie ich zakup, zwłaszcza przy tak niedużej różnicy między nimi a H6, ale nadal uważam, że są tego warte. Poza tym tu dużo zależy też od stylu życia/pracy – bo może się zdarzyć, że H5 będą używane np. 20 godzin tygodniowo, a H6 – ze względu na ich rozmiar i wymagane warunki do odsłuchu – tylko 3 godziny tygodniowo. Wówczas zakup H5 opłaca się jeszcze bardziej :​​)

      Jeśli zaś chodzi o kawę; cóż, jestem chyba wciąż zbyt początkujący w tej kwestii, żeby mieć już swoje pewne typy. Wciąż sprawdzam, porównuję i testuję. Każde zamówienie z Coffeedesk jest tak zróżnicowane, jak to tylko możliwe (dziś dotarła Brazylia z Audun, Nikaragua z Solberg&Hansen i Etiopia z Johan&Nyström). Wczoraj piłem Kostarykę, która bardzo przypadła mi do gustu, więc cały czas poznaję też nowe rzeczy. Z ostatnich pewniaków (ale do Chemexa) bardzo przypadła mi do gustu Fazenda Camocim (Brazylia) od Solberg&Hansen. A jak to wygląda u Ciebie? https://uploads.disquscdn.com/images/a2996007c37e24a890f7421f5448ef54fcdded3e18f57069efed98a74bbad378.jpg

  • ♥ Pocket Notebooks! Uwielbiam chłopaków ;) Na Lamy choruję (ale chyba się skuszę na Vistę). Pockety z Worda próbowałeś? Przepiękne okładki mają i nie odstają w ogóle od Fieldów.

    Moleskine? Och. Próbowałeś niemieckiego Leuchtturma?

    • Tak, ten czerwony na zdjęciu ze starymi notatnikami to właśnie Leuchtturm1917 w kropki. Word może i bym wypróbował, gdybym nie miał tylu niezapisanych Fn jeszcze :​​)

    • janek

      Polecam Al Star.

  • Marcin

    Fantastyczny nowy “numer” Cudawianek. Piszesz w taki sposób, ze człowiek ma ochotę od razu zakupić wszystko o czym tylko wspomnisz :) Nie jestem nawet trochę audiofilem, ale po przeczytaniu Twojej recenzji H5 miałem chęć zakupu tych słuchawek mimo wysokiej ceny jak dla mnie :)

    Liczę na więcej Twojego pisania w tym roku! Dzięki za wspaniałą lekturę :)

  • DMatrzak

    Oczywiście, jak zawsze świetnie się Ciebie czyta. Tak się zastanawiam, czy Ty, a może ktoś inny, mógłbyś porównać te słuchawki z VASA BLA? Podobna wielkość, bardzo dobre opinie, a cena około 300 zł.

    • To raczej do „ktoś inny” – jak widzisz, żaden ze mnie „bloger technologiczny”; piszę tylko o tym, co posiadam/używam.

  • Super poczytać Miłosz. Jak zwykle zresztą! Dzięki!

  • Świetny wpis! Miałeś może okazję porównać jakość dźwięku H5 z JayBird X2?

    • Nie, poza starymi Applowskimi dousznymi (tymi starymi – starymi, z 30-pinowym łączem i wtykiem mini-jack) nie słuchałem żadnych innych dousznych. O JayBird słyszałem jednak wiele dobrego.

      Dziękuję!

      • Sam używam JayBird X2 od kilku miesięcy i jakość dźwięku jest bardzo zadowalająca. Stąd zastanawiam się na ile jeszcze może być lepiej w dousznych słuchawkach bezprzewodowych.
        Jedyny mankament dla mnie to fakt, że trochę zbyt często je “gubię”. Albo moje uszy odbiegają od normy albo coś jest nie tak z piankami dołączonymi do zestawu.
        W każdym razie zainspirowany tym wpisem postanowiłem zamówić zestaw pianek Comply i zobaczymy jak będzie wtedy. Jeszcze raz dzięki!

  • Maciek Rukasz

    Dzięki za kolejny tekst. Myślałem też, trochę liczyłem, że coś jeszcze o 9-3 napiszesz ;) Do poczytania!
    Riposta z kawą – doskonała.

    • O, miło Cię tu widzieć. Dzięki również! :​​) O 9-3? Tutaj? No coś Ty… :​​)

      • Maciek Rukasz

        I widzisz bywałem tu długo przed tym jak bywałem w swojej 9-3 ;)
        Byłem nawet zadeklarowanym fanem à propos piątku :)

        No wiesz taka 9-3 to cud ;)

        • …dziś go sprzedałem…

          • Maciek Rukasz

            Oby przyszły właścicel dbał! Dziwiłbym się gdyby poszukiwanie nabywcy miało trwać długo, tak dobrze opisanego samochodu do sprzedaży od dawna nie widziałem.

          • To samo mu powiedziałem, podpisując umowę: „tylko masz o niego dbać!” :)
            Dziękuję; kupujący też przyznał, że opis go ujął i sprawił, że poczuł, że to może być to.

  • bublik

    Mam Silvie z młynkiem Mahlkönig Vario i nie wyobrażam sobie niczego w tej półce cenowej. Używam jej od przeszło trzech lat i przy cudawiankach 2015 gdy zobaczyłem kolbę Rancilio to aż miło mi się zrobiło na sercu — bylem lekko zawiedziony wtedy, że nie opisałeś tego ekspresu. Teraz się doczekałem i zgadzam się w stu procentach :-) Ponadto zauważyłem na zdjęciu, że mamy taki sam odbijak oraz używam młynka Porlex’a (wcześniej Hario) do alternatyw ;) Dodatkowo mam kolbę „naked” oraz sitko VST 18g ridgeless — espresso nie dość, że smakuje wybornie to jeszcze, gdy zwrócę uwagę, każdy jest pod wrażeniem piękna procesu ekstrakcji :-)
    Pozdrawiam serdecznie, Karol.

    P.S. Nadal poszukuję wygodnego paska do D610 w celach amatorskich — aktualnie w kręgu zainteresowania jest BlackRapid Cross Shot.

    P.S.2. Szkoda, że Silvia ma w najnowszym modelu tryb ECO, który wyłącza ekspres po trzydziestu minutach. Mam nadzieję że da się go wyłączyć! A pokrętło gorącej wody/pary jak i ich dysza zmieniły się kilka lat temu, ale może się czepiam.

    • O, miło Cię tu widzieć! Dzięki za dobre słowo.
      Czy Mahlkönig to to samo co Baratza?
      U mnie VST i naked wciąż są na liście życzeń (bardzo mocno „wsiąknąłem“ w Chemexa w ostatnich miesiącach), więc Tobie po cichu zazdroszczę wrażeń :)
      Co do ręcznych młynków – widziałeś, że kickstarterowy Handground jest już dostępny? (http://www.coffeedesk.pl/blog/handground-test-recenzja/)
      W kwestii paska; ja ostatnio znalazłem w bagażniku awaryjnego BlackRapid RS-2 Sport (już nieprodukowany), którego bardzo lubiłem, a o którym całkowicie zapomniałem (woziłem go w bagażniku na wypadek gdybym zapomniał paska do któregoś z aparatów, co jednak nigdy się nie zdarzyło). Byłbyś zainteresowany?
      A tryb ECO w Silvii? Zobaczyłem to dopiero przy publikacji, gdy sprawdzałem czy wszystkie linki działają. Aż nie mogłem uwierzyć.

      Dzięki raz jeszcze za komentarz i pozdrowienia dla Karoliny!

      • bublik

        Mnie również miło! Jak zawsze świetnie się czyta i czasem zazdrości. Co do paska — jestem zainteresowany. Prześlesz szczegóły na e–maila?
        Pozdrawiamy Was z Karoliną!

  • Kuba Wolinski

    Odnośnie braku możliwości regulacji głośności w H5 po spadku baterii do 20% – można to bez problemu zrobić za pomocą aplikacji Beoplay na iPhone’a. Tam nie ma żadnych limitów :)

    • Dzięki, na Twitterze też już mnie poprawiono, więc zaraz zaktualizuję co trzeba :)

      • Kuba Wolinski

        Sam dość długo o tym nie wiedziałem i było to dość wkurzające, ale na szczęście pobawiłem się aplikacją i znalazło się rozwiązanie :) Szkoda tylko, że nie ma takiej opcji przy słuchaniu poprzez komputer.

  • Dariusz Guzik

    Miłosz jak zwykle napisał coś od siebie, ciekawie, zajmująco, z osobistej perspektywy. Największa wartość Twoich tekstów bierze się właśnie z Twojego tak niepowszechnego indywidualnego podejścia do szeroko rozumianej technologii, które sam przywołałeś w poniższym wątku: „jak widzisz, żaden ze mnie bloger technologiczny; piszę tylko o tym, co posiadam/używam”. I w tym właśnie rzecz: nie da się opisać czegokolwiek w sposób „obiektywny”, a jedynie poprzez pryzmat własnego doświadczenia, indywidualnego, niepowtarzalnego, na wskroś osobistego. „Nawet poezje – przywołując Rilkego – nie są, jak ludzie sądzą, uczuciami (uczucia miewa się dość wcześnie) – są doświadczeniami. Gwoli jednej strofy trzeba wiele miast zobaczyć, ludzi i rzeczy, trzeba znać zwierzęta, trzeba czuć, jak latają ptaki, i znać gest, z jakim małe kwiaty otwierają się o świcie”. To dlatego tak chętnie się czyta Twoje artykuły – opisujesz nie tyle (znane nam skądinąd) przedmioty, których sam używasz, lecz własne, rodzące się z owego użytkowania doświadczenia. A to zjawisko nader rzadkie w tej naszej bylejakiej współczesności.

    • Gdyby kiedyś moje teksty – z jakichś przyczyn – miały zostać wydane w formie książki, życzyłbym sobie zobaczyć powyższy komentarz na czwartej stronie okładki. Ba! Jeśli takie coś miało się kiedykolwiek ziścić, bądź pewny, że to właśnie do Ciebie zgłoszę się o napisanie przedmowy!

      Dziękuję. Szalenie jest mi miło.

  • Marcin Kontraktewicz

    Długo się zbierałem żeby wszystko przeczytać. Z resztą wpis obszerny :) Co ciekawe dużo zainteresowań pokrewnych do moich (dobry dźwięk, kawa, fotografia oczywiście). Ja osobiście jakoś nie mogę zaufać bezprzewodowym słuchawkom. Lubię podłączyć je do dobrego DACa ze wzmocnieniem i cieszyć się maksymalną możliwą jakością. Bluetooth zawsze coś utnie :( Obiektyw 50 1.2 miałem ale już jakiś czas temu sprzedałem. Dziwne, że Canon nie odświeża tej konstrukcji, bo jest to już wiekowy produkt, który na matrycach obecnej technologii bardzo uwidacznia swoje wady. Światło robi robotę ale w porównaniu z sigmą, to jest mydełko, że ho ho. O ekspresie za dużo nie powiem, bo sam swój sprzedałem z racji rezygnacji z espresso i mlecznych kaw. Teraz chemex i drip leje się litrami :)

    • Miło mi, że wróciłeś :)
      Żałuję, że nie wiedziałem wcześniej; gdy rozmawialiśmy w Krakowie, miałem B&O H5 w torbie ze sobą, więc mógłbyś spróbować. Jeszcze rok temu sam napisałbym dokładnie to, co Ty – musi być przewód, musi być wzmocnienie, inaczej to nie ma sensu. I co? :)
      A ekspres? Żona mi wczoraj zwróciła uwagę, że od dwóch tygodni co najmniej nie widziała go włączonego, bo cały czas Chemex, Chemex, Chemex… :) (dostałem w prezencie ponad 3 kg świeżo palonych ziaren z Kostaryki, Gwatemali i Etiopii, więc… ;)

      • Marcin Kontraktewicz

        3kg? Wow! To chyba pijesz więcej kawy niż ja, bo ja zużywam około 1kg/mc ale zapasu na 3 miesiące bym się nie odważył robić, bo jednak zdążyłaby zwietrzeć znim bym wypił :D
        Co do słuchawek, to może będzie okazja jeszcze żeby przetestować. Ja mam Audio-technica MSR-7 na uszy (świetne ale po jakimś czasie stają się niewygodne, tym bardziej z okularami) i HIFIMAN RE-600 do uszu (a te już omijają problem okularów i są lepsze w podróży) + DAC FiiO kunlun (będę szukał zastępstwa, bo szczególnie w mieście łapie jakieś przebicia i sporadycznie słychać delikatne trzaski, strasznie mnie to irytuje). Często w ramach relaksu po prostu odpalam sobie muzykę, siadam i słucham i dla mnie to prawie jak medytacja :) A ekspres mam teraz taki typowy pod gastro (Sanremo ZOE) ale stoi wyłączony, za to młynek zacny bo fiorenzato EVO. Te tańsze młynki mają problem z pyleniem i kawa dostaje goryczy.

        • Właśnie nie – mnie miesięcznie wystarcza nawet trochę mniej niż kilogram, dlatego i ja takiego zapasu nigdy bym nie zrobił. Ale to był prezent, a i ziarna dobre, więc co było robić :)
          Nad Fiio kiedyś mocno się zastanawiałem – chciałem spiąć go ze swoim niespełnionym marzeniem w postaci iPoda Classica.
          A sprzęt kawowy wygląda u Ciebie zacnie! Używasz tego młynka też do alternatyw?

          • Marcin Kontraktewicz

            Ja jako przenośnego odtwarzacza używam iphone 4s, który jako ostatni miał wnętrzności umożliwiające wyplucie całkiem dobrego dźwięku. Każdy kolejny model szedł krok do tyłu. Dosłownie dziś przyszedł mi jeszcze przewód umożliwiający połączenie Fiio z telefonem przez złącze ładowarki i dzięki temu omijam przetwarzanie dźwięku przez soft iphona. Poza tym zdaje się, że trzaski zniknęły ale to zjawisko potrafi się objawiać w różnych momentach, więc będę sprawdzał. A młynek? Został nam z prowadzenia knajpy. normalnie bym nie szalał z takim wydatkiem do domu. Używam tylko do alternatyw, bo w domu innej kawy nie pijam. Mieli bardzo równo ale zostaje sporo kawy w żarnach i ma bardzo dużą regulację grubości mielenia co w tym przypadku jest wadą, bo trzeba kilka kaw zrobić z danego ziarna żeby ustawić mielenie. Do domu to moim zdaniem na młynek max 1500zł.

          • QDS

            A co Panowie myślą o Comantante? http://www.comandantegrinder.com
            Nic mnie tak nie cieszy jak mielenie tym cudem.

          • Wiadomo, najwyższa półka. Poza moim zasięgiem/budżetem, ale gdybym miał mieć wyłącznie ręczny, to prawdopodobnie bym się skusił. Teraz bardziej myślę o Handground, bo w Porlexie mieszczę tylko ~24 gramy, a do Chemexa najczęściej potrzebuję 30-36 gramów.

          • QDS

            To Comandante byłby do Chemexa odpowiedni – spokojnie 40g mieści :-) a ziarna zmielone wyglądają przepięknie, równy przemiał, pyłu praktycznie brak… ja długo wstrzymywałem się z zakupem, bo recenzje (krajowe) to praktycznie tylko przedstawiciele Comandante, mało było informacji od zwykłych użytkowników. Trudno mi ocenić w takim przypadku czy zachwyty są marketingowe czy czysto użytkowe. „Niestety” nie oparłem się promocji -10% w jednym poznańskim sklepie i stałem się posiadaczem najbardziej genialnego młyna do kawy. Elektryczny praktycznie nie używany.