cudawianki 2017

Wiem – bo daliście mi o tym wyraźnie znać (głównie na Twitterze) – że wielu z Was czekało na tegoroczne „cudawianki”. Przyznaję, że dość ciężko było mi się za nie zabrać. Wiem, że o swoich dążeniach do minimalizmu nigdy nie pisałem tu ani często, ani obszernie, ale właśnie w ubiegłym roku osiągnąłem w nich największy jak dotąd progres. Czułem się więc niezręcznie pisząc tu po prostu o przedmiotach (nawet jeśli chodzi o te rzeczywiście praktyczne, intencjonalnie wybrane i niekiedy niezbędne).

Okazało się jednak, że przyjemnie było pozbyć się z głowy tych wszystkich myśli, które zbierały się tam przez ostatnie kilkanaście miesięcy.

follow-up

Pomyślałem, że tegoroczne zestawienie zacznę od tzw. follow-up, czyli – w tym przypadku – sprawdzenia na ile aktualne są treści z „cudawianków” z ubiegłych lat.

Kolejność przypadkowa:

Słuchawki B&O H5? Tak, tak i jeszcze raz tak. Używam ich niemal codziennie, po kilka godzin i nadal mnie zachwycają. Przy tak intensywnym (?) użytkowaniu trzeba jednak pamiętać, żeby co kilka miesięcy zmieniać pianki (moje ulubione – Comply T-200 – wytrzymują ok. 5 miesięcy).

Canon 50L, to – również bez zmian – nadal jeden z moich ulubionych obiektywów, a szelki Rebel East to dla mnie wciąż must-have. Nawet kiedy zostałem niespodziewanie sportretowany, to właśnie z nimi:

(autorką ilustracji jest Blanka Biernat)
(autorką ilustracji jest Blanka Biernat)

Billinghama nadal uwielbiam i wciąż używam, nie wyobrażając sobie, żebym mógł mieć jakąkolwiek inną torbę fotograficzną. No, może z małym wyjątkiem… Ale o tym trochę niżej.

Hobonichi Techo? Oczywiście!

Podobnie jak Kindle Paperwhite – wciąż jest na pierwszym miejscu mojej listy polecanych prezentów.

Z Synology też jeszcze korzystam (a jakże!), dość mocno się rozrósł (w kwestii przestrzeni dyskowej wewnątrz), choć powoli zaczyna mi doskwierać ograniczona moc obliczeniowa mojego modelu (DS414), więc pewnie wymienię go na coś bardziej wydajnego w perspektywie roku lub dwóch. Gdybym miał kupować teraz, to pewnie wybór padłby na DS918+, choćby ze względu na fakt, że w przyszłości możnaby go rozszerzyć o 5-dyskową obudowę DX517 (mój nie ma takiej możliwości).

PFixer minimal, czyli kontroler MIDI zaadoptowany do obsługi Lightroom, wciąż jest u mnie w użyciu i nadal podłączam go za każdym razem, gdy mam do obróbki więcej niż kilkanaście fotografii. Gdybym kupował teraz, to prawdopodobnie skusiłbym się na większy model (moje biurko ma ponad 2,7 m2), który dysponuje znacznie większą ilością suwaków lub przyjrzałbym się Loupedeckowi, używanego przez kilkoro znajomych i zdaje się bardzo lubić.

W kwestii ekspresu do kawy; nadal kupiłbym ten sam, bo wciąż wszystkie maszyny z dwoma bojlerami są poza zasięgiem finansowym (i chyba nawet poza zakresem kwot, jakie chciałbym przeznaczyć na ekspres do domu, bez względu na swój status materialny). I po ponad dwóch latach używania nadal wygląda jak nowy. Z drugiej strony, gdybym kiedyś pod choinką znalazł Lineę Mini (z gałkami i pozostałymi akcesoriami z drewna orzechowego), zaopiekowałbym się nią bez chwili wahania.

fotografie pochodzą z profilu producenta w serwisie Instagram
fotografie pochodzą z profilu producenta w serwisie Instagram

Nieco inaczej wygląda sytuacja z młynkiem; wprawdzie nadal do swojego nie mam dużych zastrzeżeń, to jednak teraz zdecydowałbym się pewnie na Baratzę Settę 270W (która pojawiła się w sprzedaży niedługo po moim zakupie Rancilio).

fotografie pochodzą ze strony wholelattelove.com oraz clivecoffee.com
fotografie pochodzą ze strony wholelattelove.com oraz clivecoffee.com

Nie tylko dlatego, że świetnie wygląda, nie tylko dlatego, że ma wbudowaną wagę, ale przede wszystkim dlatego, że jego konstrukcja zdaje się sprawiać, że u wylotu zostaje stosunkowo niewiele resztek ziaren z poprzedniego mielenia. Dlaczego w swoim uważam to za problem? Głównie dlatego, że używam jednego młynka do kilku metod parzenia, a tym samym nie korzystam z jego górnego zasobnika jako miejsca do przechowywania kawy – za każdym razem wsypuję odmierzoną ilość wybranych ziaren. Gdy więc robię np. espresso, zostanie mi w młynku trochę ciemnopalonych ziaren, zmielonych bardzo drobno, jeśli więc następna w kolejce jest porcja do Chemexa, gdzie ziarna palone są jasno, a mielone bardzo grubo, to trochę tych drobinek z espresso dostanie mi się do moich ziaren do Chemexa (a resztka tych z kolei zostanie do następnego mielenia). I przez „trochę” rozumiem tu nawet 2 g, co oczywiście znacząco wpływa na smak kawy. Gdybym używał go np. tylko do espresso, problem praktycznie by nie istniał (ogromna większość młynków tak ma). Oczywiście, pewnym wyjściem z sytuacji jest zakup osobnego młynka pod metody przelewowe, ale abstrahując nawet od dodatkowych kosztów (nawet jeśli są dużo niższe niż w przypadku młynka pod espresso), byłoby mi zwyczajnie żal zajmowanego przez niego miejsca na kuchennym blacie (na którym już teraz jest trochę więcej niż bym sobie tego życzył). W praktyce więc dość często używam ręcznego Porlexa, gdy przygotowuję kawę w V60 lub Chemexie, ale o tym nieco później.

Radio Tivoli Audio Model One nadal wszyscy bardzo tu lubimy, choć kupując teraz, pewnie wybrałbym bardzo kuszący Tivoli Model One Digital. To młodszy, unowocześniony brat tego, który opisałem ponad dwa lata temu, wzbogacony o moduł Bluetooth, Wi-Fi oraz natywną obsługę np. Spotify.

zdjęcie producenta
zdjęcie producenta

Na pewno jednak nie polecałbym już zakupu urządzeń sieciowych Apple; nie to, że nagle zaczęły działać gorzej, ale Apple przestało je już produkować/sprzedawać i prawdopodobnie wspierać. Byłaby więc to kiepska inwestycja, tym bardziej, że w podobnym budżecie można znaleźć znacznie nowocześniejsze rozwiązania, choć nie pytajcie mnie jakie – u mnie Airporty wciąż spełniają swoje zadanie, więc za niczym się nawet nie rozglądam.

Ciężko byłoby mi zarekomendować także zakup białych głośników Nocs NS2 – bardzo nieładnie żółkną i nie znam sposobu, żeby coś z tym zrobić. Wciąż mi się jednak podobają i pewnie i tak bym je kupił ponownie, chyba, że udałoby mi się znaleźć Audioengine A2 lub Kanto Audio YU2/YU4 w polskiej dystrybucji. Jako że czekają mnie niebawem zmiany w mieszkaniu i tym samym w ulokowaniu miejsca do oglądania filmów, pewnie w przyszłorocznych „cudawiankach” pojawi się co nieco na ten temat1.

Wcześniej jednak wypadałoby wrócić do tegorocznych, prawda?

iPhone 7

Zacznę od rzeczy oczywistej. Nigdy nie pisałem na tej stronie o swoich iPhone’ach. Żadnych „unboxingów”, „wrażeń po dniu używania”, „po miesiącu” czy po „424 dniach” itp. Działo się tak między innymi dlatego, że nawet nie znam rynku/konkurencji – nie byłbym w stanie do niczego ich porównać. Używałem komputerów Apple, iPadów, więc iPhone był wyborem – właśnie – oczywistym. Co czyni z „siódemki” model na tyle wyjątkowy, że jednak zdecydowałem się go tu umieścić?

Po pierwsze, przekonał mnie do większego rozmiaru. 6 i 6S nie oferowały mi niczego, co skłoniłoby mnie do zmiany swojego 5S na nowszy model.

Po drugie i ważniejsze – iPhone 7 okazał się dla mnie wystarczający. I choć może nie brzmi to zbyt pochlebnie, to w istocie takim właśnie jest. Chodzi mi bowiem o pewną oś – nazwijmy ją „osią zadowolenia” – na której leży sobie punkt opisany jako „wystarczająco dobry”. Do wszystkiego na lewo od tego punktu ma się jakieś zastrzeżenia, a po prawej – już nie, a nawet jeśli, to nic prawdziwie istotnego. I dla mnie iPhone 7 leży właśnie po prawej stronie tego punktu.

W przypadku poprzednich iPhone’ów zawsze myślałem sobie, że mogłyby być trochę szybsze, wyświetlacz mógłby być trochę lepszy, aparat takoż, no i, oczywiście, bateria mogłaby starczać na dłużej. W iPhone’ie 7 tak bardzo nie mam się do czego przyczepić, że premiery iPhone’ów 8 i X przeszły u mnie bez echa. Żadnych pokus, żadnej chęci zmiany. I wiem, pewnie za rok będę rozważał zmianę swojego, ale (przynajmniej w tym momencie) nie wykluczam wówczas zmiany na ten sam model2, tym bardziej, że czarny matowy bardzo mi się podoba.

Obecnie, po roku używania, nadal nie myślę o baterii; z reguły kończę dzień mając 15-40% energii, bez doładowywania w międzyczasie. Brak gniazda minijack nigdy nie okazał się problemem (wiem, jestem w uprzywilejowanej pozycji, używając głównie słuchawek bezprzewodowych, ale w końcu piszę o subiektywnych odczuciach, więc czuję, że mi wolno). W kwestii aparatu ciężko mi napisać cokolwiek więcej ponad to, że mi wystarcza, bo nadal nie używam go do niczego innego niż zwykłych zdjęć „poglądowych” do wysłania komuś na szybko. Dodam też, że to nie wynika z tego, że uznaję aparat w nim za niewarty swojej uwagi (ba! Nawet trzy zdjęcia w tych cudawiankach pochodzą z tego telefonu) – gdybym miał iPhone’a 8 Plus czy X sytuacja wyglądałaby tak samo. Po prostu iPhone nie jest (nigdy nie był i pewnie nigdy nie będzie) dla mnie wygodnym urządzeniem do fotografowania; od tego mam tzw. prawdziwe aparaty. Gdy więc patrzę na iPhone’a 8, jedynym kuszącym drobiazgiem, który dostrzegam jest obsługa TrueTone, bo nawet ładowanie bezprzewodowe nie jest dla mnie (w tym momencie) żadną korzyścią, skoro nie potrzebuję doładowywać telefonu w ciągu dnia. A iPhone X? Doceniam to, co zostało w nim zrobione z technologicznego punktu widzenia (prawdę mówiąc; nie mieści mi się to w głowie), ale jako potencjalny użytkownik w ogóle nie czuję się skuszony3.

Apple Leather Case

Jako że iPhone 7 jest moim pierwszym telefonem tej wielkości i tego projektu (tj. z zaokrąglonymi bocznymi krawędziami), dokupiłem sobie do niego czarne skórzane etui. Zrobiłem to głównie dlatego, że wówczas (zimą) dużo spacerowałem z rocznym synkiem i bałem się, że nowa wielkość w połączeniu z obłymi bokami i zmarzniętymi rękoma może znacząco zwiększyć prawdopodobieństwo upuszczenia telefonu na przykład podczas wyciągania go z kieszeni kurtki. I choć nie mam żadnych zastrzeżeń do produktu, a metalowe przyciski w nim robią świetne wrażenie, to nadal przez (pewnie) 95% czasu używam telefonu bez niego. Po prostu tak wolę. Muszę jednak oddać sprawiedliwość samemu etui – dotychczas iPhone upadł mi tylko raz, za to potężnie i gdyby nie to, że było to na ślubie (na których czasem używam go w etui, podobnie jak podczas biegania, jeśli mam przy sobie telefon), to nie mam żadnych wątpliwości, że telefon by mi się wówczas roztrzaskał, skoro obudowa w miejscu upadku wygląda tak:

Zgaduję, że już w tamtym momencie zwrócił mi się koszt zakupu etui.

iPad Pro

We wrześniu 2016 roku miałem okazję poużywać dużego iPada Pro. Tekst o nim kończyłem słowami:

„(…) w bliżej nieokreślonej przyszłości iPad Pro stanie się moim głównym komputerem; tym, na którym będę wykonywał większość swoich zadań”.

Miałem wówczas na myśli właśnie wersję 12,9”, lecz w międzyczasie pojawił się model 10,5”. Zbyt długo się wahałem w kwestii zakupu dużego, więc kupiłem tego mniejszego, nie mając go nawet wcześniej w rękach. W ciemno. Miałem tylko nadzieję, że zmieści się do mojej mniejszej torby4.

I w ten oto sposób (spoiler alert!), rok po publikacji wspomnianego tekstu, iPad Pro istotnie stał się moim głównym komputerem. I wiecie co? Uwielbiam go. (Na końcu napiszę dlaczego).

Ale najpierw odrobina historii. Kilka lat temu – gdy stałem się posiadaczem mocnego Maka mini – wprowadziłem u siebie podział komputerów na stację roboczą (do edycji fotografii, przygotowywania materiałów do druku oraz okazjonalnego montażu wideo) oraz komputer do „całej reszty”. Tę drugą rolę początkowo pełnił MacBook Air, a z czasem – w miarę rozwoju systemu iOS – dołączał do niego iPad mini, przejmując część obowiązków MacBooka. Z biegiem lat ten podział stawał się coraz bardziej wyraźny i, gdy zmieniłem Maka mini na Maka Pro, na tym drugim nie skonfigurowałem nawet kont pocztowych. Większy iPad już wtedy chodził mi po głowie, ale – przyznaję – miałem pewne opory przed decyzją o zakupie 12,9”. Na szczęście dla mnie, wahałem się tak długo, że doczekałem się nieco mniejszego brata o podobnych możliwościach. Teraz więc mam Maka Pro do ciężkiej pracy i iPada Pro do pozostałych zadań. Bo MacBooka sprzedałem w trzy dni po zakupie tego drugiego.

Tak jak pisałem przy okazji tekstu o 12,9-calowym iPadzie Pro, proces odciążania macOS przez iOS był u mnie bardzo płynny. Nie było w tym żadnej rewolucji, żadnego punktu zwrotnego. Po prostu z każdą kolejną dużą aktualizacją, coraz więcej rzeczy mogłem wygodnie robić na iPadzie, a że iPad siłą rzeczy jest w rękach wygodniejszy od MacBooka (w większości przypadków), to robiłem je tam. Stąd decyzja o zakupie większego (od mojego mini). Zdecydowałem się na model LTE z 256 GB pamięci w zestawie z Apple Pencil i Smart Cover, ale bez Smart Keyboard (więcej o tym później).

Nie chcę się tu rozpisywać za bardzo, więc o rzeczach oczywistych napiszę pokrótce. Wydajność? Wciąż robi na mnie kolosalne wrażenie. W teście geekbench, w operacjach jednowątkowych jest o 40% szybszy od mojego Maka Pro (a w wielowątkowych tylko o 25% wolniejszy), co nie mieści mi się w głowie. 4 GB RAMu? Poezja. Nawet, gdy zapominam już, że używałem jakiejś aplikacji, ona nadal jest aktywna w tle i po przejściu do niej nie potrzebuje przeładowania5. Bateria? Z kosmosu. MacBook Air – w zależności od tego, co robiłem – wytrzymywał mi 2,5-3 godziny (co po tylu latach użytkowania i tak uważałem za świetny wynik). Zrzuty ekranu z początku wskazują nawet 13,5 godziny pracy na baterii, ale dla bezpieczeństwa, w głowie zarejestrowałem 11 jako – nazwijmy to – wartość gwarantowaną.

11 godzin. Nawet gdy teraz to piszę, to nie wierzę. W praktyce wygląda to tak, że mając go od 140 dni, ładowałem go 56 razy (tj. tyle cykli wskazuje bateria). A używam go (w mniejszym lub większym zakresie, wiadomo) codziennie.

Dźwięk? Zgodnie z podejrzeniami (na podstawie doświadczeń z 12,9-calowym modelem) ten iPad stał się moim podstawowym źródłem odsłuchu podcastów (głównie w kuchni), a i przy oglądaniu wideo rzadziej sięgam po słuchawki – tak jest dobrze. Ekran? Bajeczny. Czytałem o nim co nieco już wcześniej, ale kiedy zobaczyłem na żywo swoje zdjęcia na nim, zobaczyłem jak wygląda przewijana treść, odświeżana 120 razy na sekundę czy przekonałem się, jak w praktyce działa TrueTone, zrozumiałem, że pisanie o nim nie ma sensu. Trzeba to zobaczyć samemu. 256 GB pamięci? OGROMNY komfort. Komunikat w Lightroom CC przy próbie zapisania kolekcji lokalnie do dziś wywołuje u mnie uśmiech na twarzy:

To pozwala mi na selekcję6 w każdych warunkach, podobnie w DevonThink, gdzie bazy również przechowuję lokalnie, po to, żeby móc zawsze mieć dostęp do wszystkich przechowywanych tam danych.

Tak samo kwestia materiałów do spotkań z parami; mam tu wszystko, czego mi potrzeba i to lokalnie. W ogóle uważam, że ten iPad to taka ultimate meeting machine – nigdy nie miałem wszystkiego tak dobrze przygotowanego na żadnym laptopie, jak mam tutaj i nigdy żaden MacBook nie był tak wygodny podczas spotkań.

Split View? Używając iPada mini, dzielenia ekranu na dwie aplikacje bardzo mocno mi brakowało – dopiero teraz odczuwam komfort, jaki się za tym kryje7. Strona w Safari i edytor nowej wiadomości w Mailu. Przepis w Paprice i lista zakupów. Mindmap i edytor tekstu.

Pamiętam jednak, że korzystając z 12,9-calowej wersji, wiele aplikacji wyglądało aż komicznie na tak dużej powierzchni, więc najczęściej korzystałem z dwóch jednocześnie w widoku split view. Gdy po prezentacji modelu 10,5” było już wiadomo, że split view będzie w pewien sposób ograniczony (tj. dwie aplikacje obok siebie będą wyświetlone jako powiększone iPhone’owe wersje zamiast pełnych, iPadowych), stało się to moją jedyną obawą (spodziewałem się, że będą to raczej dwa pionowe iPady mini na jednym ekranie, jeśli mogę sobie pozwolić na skrót myślowy). W praktyce, problem z tym pojawia się dopiero wtedy, gdy jedną z tych aplikacji jest Safari i wyświetla nieresponsywną stronę (np. mBank) – przyciski są wówczas na tyle małe, że zwyczajnie ciężko w nie trafiać. I wtedy bardzo przydaje się Apple Pencil, który jest znacznie bardziej precyzyjny. No właśnie – Apple Pencil? Jako wieloletni użytkownik wyprofilowanego rysika Wacom jako jedynego „urządzenia wskazującego” miałem pewne obawy o ergonomię i wygodę używania tego białego, minimalistycznego „ołówka”. Dziś żałuję, że swojego Intuosa nie mogę obsługiwać za pomocą Apple Pencil właśnie. Nie szkicuję dużo, więc z całą pewnością nie wykorzystuję potencjału tego urządzenia, ale uwielbiam je właśnie jako „wskaźnik” czy przedłużenie ręki. Chodzi o dosięganie do ekranu bez odrywania przedramienia od blatu biurka. Przed zakupem nigdy nawet o tym nie myślałem, a teraz, używając iPada w podstawce, z zewnętrzną klawiaturą, orientuję się, że to największy jego atut.

A jakieś wady? Cóż, wiadomo, istnieją, choć są niemal bez znaczenia dla mnie. Największą jest to, jak bardzo ślady palców są widoczne na ekranie. Z jednej strony to dość absurdalne oskarżenie (bo przecież jest to ekran dotykowy za szkłem – jak ma na nim nie być widać śladów palców?), a jednak np. iPhone jest pod tym względem zdecydowanie lepszy – nigdy nie jest tak „opalczony” jak iPad Pro.

(na szczęście łatwo się go czyści)
(na szczęście łatwo się go czyści)

Druga rzecz; w zestawie dołączony jest zasilacz 12W, mimo że iPad Pro, wykorzystując technologię USB Power Delivery, potrafi pracować także z 29-watową ładowarką, która z kolei jest w stanie naładować iPada w nieco ponad dwie godziny zamiast prawie pięciu. Szkoda jednak, że nie ma jej w pudełku z tym, bądź co bądź, drogim urządzeniem. A żeby samemu się w nią wyposażyć, należy wydać (razem z konieczną przejściówką) kolejne 400 zł. Brak 3D Touch także jest czasem wypisywany jako wada, choć z tym ciężko mi się zgodzić. Tj. oczywiście, ideowo byłoby super, gdyby to obsługiwał, ale nawet jeśli technologia nie jest tu ograniczeniem (nie mam wiedzy na ten temat, nie wiem czy rzeczywiście jest), to wydaje mi się, że w praktyce byłoby to bardzo trudne i powodowało więcej szkód niż korzyści. Już tłumaczę; iPhone’a trzymamy zawsze (albo w ogromnej większości przypadków) w taki sposób, że przytrzymujemy jego tył. Łatwo jest więc „aplikować” mocny nacisk z jednej strony, blokując urządzenie z drugiej. iPada jednak dużo trudniej i dużo rzadziej trzyma się w ten sposób. Oczami wyobraźni już widzę te wszystkie potłuczone iPady, których właściciele np. trzymali je jedną ręką w lewym dolnym rogu, a chcieli użyć 3D Touch na ikonce w prawym górnym. Albo mniej dramatyczna wizja tego samego – iPad stojący w podstawce/etui Smart Cover i przewracany do tyłu przy każdej próbie mocniejszego nacisku.

Wspomniany wcześniej Pencil, mimo tego, jak bardzo go lubię, nie jest pozbawiony wad. W pierwszej kolejności na myśl przychodzi mi brak kontroli nad tym kiedy jest wskaźnikiem, a kiedy rysikiem. Dotyczy to sytuacji, w której np. szukam konkretnej informacji w aplikacji Files, przechodzę rysikiem z folderu do folderu, otwieram PDFa, przewracam stronę, a raczej próbuję przewrócić stronę, bo w tym samym czasie rysuję czarną linię na dokumencie (i żeby ją usunąć, muszę albo potrząsnąć iPadem – tego nawet nie komentuję – albo uruchomić panel Markup, wybrać gumkę i zaznaczyć narysowaną linię). Gdyby Pencil miał jakiś mały przycisk pod kciukiem (jak mają rysiki Wacoma) można by pewnie ustawić programowo, która z jego funkcji jest domyślna, a ta druga aktywowana byłaby właśnie poprzez wciśnięcie rzeczonego przycisku. Kolejna rzecz, na jaką – w teorii – mógłbym ponarzekać to bateria (i jednocześnie jej sposób ładowania). Za każdym razem, gdy widzę komunikat, że muszę naładować „ołówek”, w pierwszej kolejności myślę „znowu? Przecież dopiero co go ładowałem”. A potem patrzę na to urządzenie i zastanawiam się, jak tam w ogóle zmieściła się bateria i (jeśli jestem w domu) podłączam go do przewodu (za pomocą przejściówki) na kilka chwil. Jednak największym brakiem czy niedogodnością związaną z Apple Pencil jest brak miejsca na jego przechowywanie czy przenoszenie razem z tabletem. Wydaje mi się to bardzo nie-Apple’owe. Nie wiem ilu z Was pamięta w jaki sposób był przechowywany dołączony do białego iMaka G5 pilot zdalnego sterowania, ale właśnie to było – w mojej opinii – tak-bardzo-Apple. Fakt, że tutaj nie wymyślono niczego podobnego sprawia, że niejednokrotnie zdarza mi się wyjść z iPadem, ale bez „ołówka”. Jakąś opcją jest skórzane etui, które mieści i iPada, i Pencil, ale …nie mieści mi się ono w torbie. A i jego cena (649 zł) nie zachęca. Sam pewnie zdecyduję się więc na rozwiązanie firmy trzeciej (nowość od Twelve South chodzi mi po głowie), bo chętnie wrócę do komfortu, jaki zapewniał mi nawet mój Handspring Treo 600 w 2004 czy 2005 roku, umożliwiając włożenie rysika do wnętrza obudowy urządzenia.

Na koniec zostawiłem sobie aspekt wielkości ekranu; 10,5-calowy iPad jest bowiem swego rodzaju kompromisem (wiadomo, w zakresie rozmiaru ekranu i mobilności urządzenia). I jako taki sprawdza się doskonale. Nie boję ani nie wstydzę się przyznać, że wygodniej byłoby mieć dwa iPady8 – mini Pro (tj. wyimaginowany mini z obsługą Apple Pencil) w trasie lub na sofie oraz 12,9-calowego Pro na biurku. Bo odpowiadając sobie szczerze na pytanie czy mini jest wygodniejszy (od 10,5″) podczas wieczornego przeglądania stron czy czytania artykułów w Instapaper, musiałbym odpowiedzieć, że tak, oczywiście. Oraz podobnie – czy 12,9-calowy jest wygodniejszy podczas pracy przy biurku? Tak, pewnie. Tyle, że takie założenie pomija inne użycia iPada. Dajmy na to, mam 2-godzinną przerwę w planie dnia i mógłbym popracować w kawiarni; tam będę miał stolik, więc wygodniej byłoby mi pracować na dużym iPadzie, ale to oznaczałoby, że musiałbym go mieć przez resztę dnia przy sobie, a co za tym idzie, musiałbym mieć ze sobą większą torbę niż rzeczywiście potrzebuję. A z kolei 2-godzinna praca na mini – cóż, do wygodnych z pewnością nie należy9. Albo jeszcze inny scenariusz; wyjeżdżam na weekend, czasem będę miał dostęp do biurka/stolika, czasem nie – którego zabieram? I, oczywiście, takie dywagacje nie mają nawet prawa być nazywanymi jakimkolwiek problemem, ale piszę o tym tylko dlatego, żeby potwierdzić to, co napisałem na początku tego akapitu – 10,5-calowy iPad Pro jest doskonałym kompromisem. Na tyle, że nawet, gdybym mógł przeznaczyć odpowiednią ilość środków na wspomniane dwa iPady, pewnie nie zdecydowałbym się na ich zakup10.

Chyba właśnie to najbardziej w nim lubię; że przez to, że jest tak mały (tj. tak cienki i tak lekki), mam go zawsze przy sobie (nawet wtedy, kiedy nie zakładam, że będę go potrzebował), a dzięki modułowi LTE, on zawsze jest gotowy do pracy w pełnym wymiarze.

I wiem, że w tej konkluzji powtórzę co nieco z tekstu o iPadzie Pro 12,9”, ale używanie iPada Pro wniosło do mojego życia ten sam rodzaj ekscytacji, jaki towarzyszył pierwszym miesiącom używania iBooka G3 z Mac OS X 10.2 w 2003 roku, po latach używania szarych, pecetowych skrzynek z Windowsem. I w moich oczach, przejście na iPada jest podobnej wielkości krokiem naprzód.

Obiecałem też, że na końcu wytłumaczę, co tak bardzo mnie do niego przekonało. Otóż, uwielbiam w nim to, że jest tylko ekranem, gdy wystarcza mi tylko ekran (jakkolwiek głupio to nie brzmi), ale – gdy potrzebuję więcej – może stać się „pełnoprawnym komputerem” z podstawką, klawiaturą i nawet wskaźnikiem/ołówkiem. Że mogę sobie wybierać, które elementy są mi aktualnie potrzebne i używać tylko ich. Żaden MacBook mi tego nie da.

Magic Keyboard

Klawiatur u mnie raczej nie brakuje11, a mimo to, kupując iPada dołożyłem do zamówienia Magic Keyboard, choć wcześniej miałem z nią tylko kilkuminutowy kontakt. Byłem jednak pewien, że nie chcę Smart Keyboard, która zupełnie mi nie podpasowała i, w której braku klawiszy funkcyjnych do dziś nie jestem w stanie zrozumieć.

A, że większość posiadanych przeze mnie klawiatur była już wiekowa, chciałem się „zaktualizować” i sprawdzić jak działa – nazwijmy to – współczesna klawiatura od Apple.

No i przepadłem. Jeszcze bardziej kompaktowa „obudowa”, niski skok klawisza, ale z przyjemnym „stukiem” i ładowanie12 po podłączeniu przewodu, całkowicie mnie przekonały i nawet przyciski strzałek nie były w stanie zepsuć dobrego wrażenia13.

Magic Keyboard bardzo szybko stała się moją domyślną klawiaturą do iPada. Ogromnie lubię w niej także fizyczny wyłącznik – nie muszę już wyłączać Bluetooth w iPadzie (lub rozłączać połączenia w opcjach), żeby rozłączyć się z klawiaturą, a po prostu wyciągając go z podstawki odruchowo już wyłączam klawiaturę przełącznikiem.

Swoją poprzednią (Logitech Keys-To-Go) zostawiłem sobie wyłącznie dlatego, że Magic Keyboard nie mieści się w mojej codziennej torbie, więc czasem zabieram tamtą. Jako że jednak wolę Magic Keyboard, to częściej po prostu zabieram ją w:

Studio Neat Canopy

Ten produkt pojawia się w tym zestawieniu z wyjątkowych względów. W odróżnieniu bowiem od pozostałych, tego nie mogę polecić. A przynajmniej nie bezwarunkowo14. Swój jednak dostałem w prezencie, co tylko utrudnia sprawę. Ale od początku.

Canopy to etui do Magic Keyboard, które po rozłożeniu staje się podstawką do iPada. I choć pierwszą funkcję spełnia doskonale – jest bardzo zgrabna i elegancka – to z drugą są większe problemy. Największym jest fakt, że Canopy została zaprojektowana zanim pojawił się 10,5-calowy iPad Pro. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się to być żadną przeszkodą – w końcu to etui do klawiatury, a nie tabletu. Wystarczy sobie jednak przypomnieć, że wersja 10,5” ma węższe ramki po bokach niż 9,7”, żeby zrozumieć co może być nie tak. A jeśli dodać do tego, że iOS 11 w dużej mierze bazuje na geście przeciągnięcia palcem od dołu ekranu (choćby do pokazania Docka), wszystko staje się jasne.

Chodzi o to, że 9,7-calowy iPad (Pro) mieści się w „rowku” za klawiaturą w taki sposób, że bez trudu dosięga się do dolnej części ekranu. 10,5-calowy „wpada” jednak głębiej – na tyle, że nie sposób jest pokazać Dock gestem bez wcześniejszego podniesienia iPada drugą ręką. Można to obejść skrótem klawiszowym (alt+cmd+d), ale nie da się zrobić tego samego dla przedłużonego gestu, czyli wyświetlenia Control Center. W ten sam sposób ukryte jest pole wprowadzania treści w aplikacji Messages czy przyciski tabel w Airtable. To sprawia, że w Canopy mój iPad najczęściej postawiony jest pionowo i to z przyciskiem Home u góry15, bo gdy jest na dole to i jego bardzo cieżko jest wcisnąć.

Mam też pewne zastrzeżenia co do stabilności samej podstawki – mimo że jest ona spięta eleganckim paskiem od spodu, używanie jej „na kolanach” nigdy nie jest do końca pewne i komfortowe. Możliwe – na pewno – ale jednak zawsze budzi pewne obawy. Jeśli więc już „na kolanach”, to raczej na wyciągniętych nogach (podnóżek, łóżko itp.).

Dodatkowo, bez względu na to jak bardzo staram się prawidłowo „przykleić” klawiaturę do etui, zawsze po złożeniu okazuje się, że pasek jest jakby odrobinę za krótki i w jednym miejscu gniecie krawędź etui, co sprawia, że całość wygląda nieestetycznie.

Co więcej; cała dolna krawędź ma tendencję do prucia się. Nie żartuję  – tak to wygląda (i to już po trzech przycinaniach):

To wszystko sprawia, że – jak wspomniałem na początku – ciężko jest mi polecić ten produkt. Wspomniałem wówczas również, że mimo wszystko pojawia się on tu z wyjątkowych względów. Ta wyjątkowość polega na tym, że mimo tych wszystkich wad, kupiłbym ten produkt (nie napiszę „ponownie”, bo ten jednak był prezentem, ale tak – zrobiłbym to ponownie). Jest to bowiem wciąż najwygodniejsze, najładniejsze i najbardziej kompaktowe rozwiązanie jakie znam, pozwalające na komfortowe pisanie na iPadzie w niemal każdych warunkach.

Choć, nie ukrywam; do domu zamierzam sprawdzić jeszcze jedną podstawkę, które przy dobrych wiatrach pojawi się tu w przyszłorocznym zestawieniu.

TP-Link UH720

Odkąd zmieniłem komputer, zmieniło się też jego położenie względem biurka i od początku było dla mnie jasne, że zakup huba USB będzie niezbędny. Mając niewielkie, ale zapadające w pamięć (bo bardzo złe) doświadczenie z takimi urządzeniami w przeszłości, wiedziałem, że musi to być sprawdzony model, koniecznie z zewnętrznym zasilaniem, żeby uniknąć sytuacji, w której zabraknie mu prądu do „napędzenia” podpiętych urządzeń. Mój wybór padł na 7-portowy hub TP-Link UH720, wyposażony w dwa dodatkowe porty przeznaczone wyłącznie do ładowania (co powinno być bardzo dobrą wiadomością dla wszystkich, którzy kiedykolwiek potrzebowali naładować swoje urządzenie z iOS z komputera, unikając uruchamiania się iTunes). Największą jego zaletą jest jednak to, że jest mały i lekki, co pozwoliło mi na przymocowanie go (rzepami) do tylnej ścianki monitora, co znacząco wpłynęło na wygodę i organizację przewodów na biurku.

Jeśli chodzi o samą recenzję urządzenia, to pewnie będzie ona najkrótszą ze wszystkich jakie kiedykolwiek tu umieściłem; UH720 działa. A w świecie hubów USB to – zdaje się – spory komplement. Polecam.

Fujifilm Instax

Instaxy, czyli współczesne aparaty do fotografii natychmiastowej zna chyba każdy, kto choć trochę interesuje się fotografią. Jakiś czas temu kupiłem dwa – nazwijmy to – służbowo, poszerzając zakres swojej oferty. Ku mojemu zaskoczeniu (bo w ogóle nie brałem tego pod uwagę), okazały się ciekawym uzupełnieniem mojego zastępu cyfrowych aparatów.

I jako ktoś, kto zaczynał swoją przygodę od średnioformatowej fotografii analogowej (przez pierwszych kilka lat), ale od dawna nie wywołał już żadnego negatywu, ucieszył mnie swego rodzaju powrót. Zarówno pod względem chemicznego procesu (nawet jeśli samoczynnego), jak i faktu, że wkład zawiera tylko 10 zdjęć (tyle samo ile w moim Pentaksie 67 przed laty). To oczywiście wpływa na sam proces „selekcji przed zrobieniem zdjęcia”, jak zwykłem to nazywać.

Jeśli chodzi o same aparaty – zaopatrzyłem się w model mini Neo 90 Classic16 oraz Wide 300. Różnią się przede wszystkim wielkością materiału; ten pierwszy używa wkładów mini o rozmiarze 86×54 mm (czyli rozmiar karty kredytowej, gdzie naświetlony obraz ma rozmiar 62×46 mm), a drugi – dwukrotnie większych wkładów wide (odpowiednio 86×108 mm i 62×99 mm). I wbrew temu, co podejrzewałem, to tego większego – mimo oczywiście większego rozmiaru – zabieram ze sobą i używam chętniej. Te mniejsze zdjęcia również mają swój urok, ale z racji faktu, że lubię nimi ozdabiać mieszkanie, często są dla mnie zwyczajnie zbyt małe.

Na tym jednak różnice między aparatami się nie kończą. Instax Wide 300 posiada dwie pozycje ostrości – od 0,9 do 3 metrów oraz od 3 m do nieskończoności – które zmienia się, przekręcając pierścień na obiektywie. Ponadto pozwala na korekcję ekspozycji (+/- 2/3 EV), czyli można nieco ściemnić lub rozjaśnić zdjęcie, jeśli to, które zrobiło się przed chwilą nie zostało poprawnie naświetlone.

Ma też lampę błyskową, która jednak jest automatyczna – w tym sensie, że można ustawić albo opcję auto (aparat na podstawie wskazań światłomierza zadecyduje czy lampa powinna błysnąć, czy nie), albo wymusić błysk (nawet w sytuacji, w której aparat zdecydowałby, że nie jest ona potrzebna). Jak widać, nie ma opcji całkowitego wyłączenia błysku, a to żal, bo wolałbym czasem wykonać nawet poruszone zdjęcie, ale bez błysku niż odwrotnie. I właśnie pod tym względem mniejszy model jest dużo lepszy. Nie tylko ma wszystko to powyżej (z tą różnicą, że ostrość ustawiana jest w trzech zakresach, bo dochodzi tryb makro – od 30 do 60 cm oraz, że korekcja ekspozycji jest rozszerzona o wartość +1 EV).

Ponadto ma samowyzwalacz, tryb błysku wypełniającego (dłuższy czas naświetlania + błysk), tryb wymuszający krótszy czas otwarcia migawki (np. przy zdjęciach szybko poruszających się obiektów – ikoną na wyświetlaczu jest dziecko, więc domyślam się, że to jeden z przykładów), a nawet podwójną ekspozycję, czas B czy …dwa spusty migawki (serio, jeden do pionowych, drugi do poziomych fotografii).

Oczywistym jest więc, że czekam na model Wide o podobnych możliwościach, choć na to się raczej nie zanosi. To, z kolei czego mogę (a i Wy przy okazji) być pewien, to to, że w przyszłorocznych „cudawiankach” pojawi się jeszcze jeden produkt z tej rodziny.

Billingham Hadley Small

Gdy dwa lata temu publikowałem tu swoje zachwyty nad używaną wówczas od pół roku torbą Billingham Hadley Pro, zakończyłem tekst słowami:

Czy można chcieć więcej? Cóż, może to okropnie o mnie zaświadczy, ale będąc od kilku tygodni właścicielem aparatu znacznie mniejszego niż 6D nie miałbym nic przeciwko czarnemu, mniejszemu Hadley’owi.

Było mi za nie trochę wstyd. Nie przesadzam. No bo niewiele wcześniej spełniłem jedno ze swoich materialnych „marzeń”17, a już rozglądam się za następnym? Na swoje usprawiedliwienie (bardziej przed sobą) mam to, że jednak od zawsze używam dwóch toreb – przez ilość używanego sprzętu, jedna torba nigdy nie była dla mnie opcją ze względu na rozmiar jaki musiałaby mieć. Do tego istotnie doszedł w międzyczasie mniejszy, codzienny aparat, który w Hadley Pro wygląda aż komicznie, zajmując pewnie 1/6 jej objętości. Przyszedł więc czas, żeby zacząć rozglądać się za „czarnym, mniejszym Hadley’em”. Zorientowałem się wówczas, że marka Billingham doczekała się powrotu swojego dystrybutora w Polsce, więc było to łatwiejsze niż przewidywałem.

Stałem się zatem posiadaczem znacznie mniejszej wersji swojej ulubionej torby, licząc, że nie pomyliłem się w sprawdzaniu wymiarów i 10,5-calowy iPad pro rzeczywiście się w niej zmieści.

Zmieścił się, choć „na styk”:

Jest wówczas umieszczony między miękkim wkładem a tylną, nieusztywnioną ścianką, więc nie jest chroniony w żaden sposób, co sprawia, że myślałem o zaopatrzeniu się w jakieś sztywne plecki dla iPada, ale aktualnie – po kilku miesiącach używania takiego zestawu – nie czuję takiej potrzeby.

Sama torba jest bardziej pojemna niż sądziłem i w zależności od potrzeb mieści u mnie:

  • Fujifilm X100T + Canon 6D z 50L,
  • Fujifilm X100T + kubek termiczny + wolna luka (1/3 objętości) na aktualnie potrzebne drobiazgi,
  • Leica M z Summiluxem 35/1.418 + Canon 6D z 85L,
  • Fujifilm X100T + Fujifilm Instax Wide 300,
  • trzy obiektywy; np. 24/1.4, 85/1.4 i 135/2.0 (gdy na korpusach jest 35/1.4 i 50/1.2).

W każdym z powyższych zestawów nadal jest miejsce na iPada Pro 10,5”, a w przedniej kieszeni w dalszym ciągu bez trudu mieści się Hobonichi z piórem, pozostawiając drugą kieszeń na pozostałe drobiazgi (klucze, portfel, dokumenty, małe perfumy, wizytówki). W pracy, tj. fotografując ślub, już wychodząc z samochodu zakładam swoje szelki i wyciągam oba korpusy z „torby bagażnikowej” i najczęściej w większym Billinghamie mam wówczas cztery obiektywy (i z tą torbą się nie rozstaję), a w mniejszym – np. X100T + Instax lub X100T + dwie lampy błyskowe.

Poza rozmiarem, od Hadley’a Pro różni ją brak rączki na „klapie” (moim zdaniem wygląda dzięki temu znacznie lepiej, choć czasem, np. wsiadając do samochodu, myślę sobie, że nie zaszkodziłaby). Jest też pozbawiona zapinanej kieszeni na tylnej ściance. Tej ostatniej trochę żałuję, bo choć domyślam się, że byłaby ona niewielka i mogła pomieścić jedynie bardzo płaskie przedmioty, to jednak zawsze czuję bezpieczniej, gdy w Hadley’u Pro mam tam np. paszport. Generalnie jestem zachwycony posiadanym obecnie zestawem toreb i czuję, że mam spokój na lata. Gdyby jednak ktoś miał podobne do moich potrzeby (i, zakładam, podobny gust, bo wiem, że te torby nie podobają się wszystkim), to decydując się na torby Billingham rozważyłbym ich najnowszy produkt – Hadley One. Z tego, co sprawdzałem ostatnio, nie jest ona jeszcze dostępna w Polsce, ale dzięki unikalnemu systemowi wkładów (domyślnie zajmujących tylko połowę objętości torby, z możliwością łączenia dwóch takich połówek) może być dla wielu znacznie bardziej uniwersalną torbą na co dzień.

Chemex/Hario V60

W ubiegłym roku nieco się rozpisałem, chcąc podzielić się wrażeniami z ponad rocznego wówczas używania ekspresu Rancilio Silvia. Mimo że już wtedy używałem zarówno Aeropressa, jak i Chemexa, nie chciałem przedłużać i tak już niekrótkiej części kawowej „cudawianków”. W tym roku zamierzam nadrobić ten brak. Jeśli więc kawa w ogóle Cię nie interesuje, Drogi Czytelniku, masz moje błogosławieństwo na przewinięcie tekstu prawie do końca już w tym momencie.

Ostatni rok stał u mnie pod znakiem przelewu; Chemexa pokochałem jeszcze bardziej, a do zestawu akcesoriów do alternatywnego parzenia kawy dołączyła u mnie najbardziej klasyczna z alternatyw – drip Hario V60.

Ktoś mógłby pomyśleć, że posiadanie dwóch, tak podobnych w zasadzie działania urządzeń to głupstwo, ale po pierwsze; u mnie różnią się wielkością, a po drugie; mimo podobieństw w budowie, różnica w smaku kawy jest większa niż sądziłem.

Chemex pojawił się u mnie – a właściwie powinienem napisać „u nas”, bo Żona była na niego zdecydowana niemniej niż ja – jako pierwszy (tj. po kawiarce Bialetti i AeroPressie) i przekonał nas do niego zarówno design (obłędny!), historia, jak i łatwość parzenia w nim kawy.

Polubiłem go (a właściwie kawę z niego) tak bardzo, że całkowicie zmieniły się u mnie proporcje espresso/przelew – ten drugi stał się ogromną większością na wykresie kołowym, gdyby ktoś chciał taki wykonać (szacuję 5:1). Wtedy uznałem, że przydałoby mi się coś mniejszego, bo choć do np. wspólnego śniadania parzenie w 6-filiżankowym Chemexie było w sam raz, to jednak, gdy przygotowywałem kawę wyłącznie dla siebie (200-300 ml), stawał się on zwyczajnie zbyt duży. Minimalizując ryzyko (i przygotowując się do podróży), kupiłem plastikowy drip Hario V60 (rozmiar 01) i …przepadłem.

tak wyglądał mój zestaw „rekreacyjny”, który zabrałem na kilkudniowy wyjazd
tak wyglądał mój zestaw „rekreacyjny”, który zabrałem na kilkudniowy wyjazd

Szklany upgrade był więc nieunikniony i pojawił się tu niedługo później, razem z serwerem, który stał się moim podstawowym zestawem do pracowni (tj. przygotowuję sobie dzbanuszek kawy i znikam z nim w pracowni).

Dodatkowym plusem posiadania obu jest wspomniana wcześniej różnica w smaku przygotowanego za ich pomocą naparu. Bo choć zasada działania jest podobna, to jednak zarówno stopień mielenia, jak i papier, z jakiego wykonane są filtry znacząco się różnią. I bez względu na to, czy chodzi o białe czy brązowe, te do Chemexa są dużo grubsze. W skrócie (bo jeśli jesteś w temacie to już to wiesz, a jeśli dopiero się dowiesz, to pewnie z mądrzejszych źródeł); zatrzymują one więcej substancji oleistych, co daje napar o nieco mniejszej cielistości, ale za to gładszy, delikatniejszy w stosunku do V60. Nie sposób powiedzieć, który z nich jest lepszy – niektóre ziarna wolę z Chemexa, niektóre z Hario, są też takie, które z obu smakują mi tak samo bardzo.

W kwestii samych przedmiotów; Chemex ma kołnierz z drewna, który związany jest rzemieniem – można go odwiązać, żeby umyć samo szklane naczynie, ale i do tego potrzebna jest jakaś szczotka (tj. żeby dostać się do dolnej części). Jeśli komuś to przeszkadza, to istnieje też Chemex bez drewnianych elementów, który można myć w zmywarce. Pod tym względem V60 jest wygodniejszy, bo poza szklanymi są w nim tylko plastikowe elementy (rączka, pokrywka dzbanka, „kołnierz” drippera), a przez to, że – w odróżnieniu od Chemexa – całość składa się z dwóch części, to sam dzbanek jest łatwiejszy w czyszczeniu. Przy okazji; V60 jest również dostępny w eleganckiej wersji z drewnem oliwnym, która moim zdaniem wygląda fantastycznie i, gdybym kompletował swój zestaw teraz i mógł sobie pozwolić na większy wydatek, pewnie zdecydowałbym się właśnie na taki.

zdjęcie pochodzi ze strony japońskiego sklepu Kurasu
zdjęcie pochodzi ze strony japońskiego sklepu Kurasu

Hario Drip Scale

Gdy zaczynałem swoją przygodę z przelewowymi metodami parzenia kawy, używałem zwykłej kuchennej wagi, która jednak była niekończącym się źródłem frustracji (głównie przez samoczynne wyłączanie po określonym czasie, bez względu na to czy była w trakcie pomiaru czy nie). Bardzo szybko zmieniłem ją na podstawowy (czy też starszy) model marki Hario. Oprócz tego, że się nie wyłącza sama (co już byłoby dla mnie wystarczająco kuszące), potrafi ważyć w zakresie od 0,1 do 2000g (z czego pierwsze 200g z dokładnością do 0,1g, 201-500g z dokładnością do 0,5g i cięższe z dokładnością do 1g), to jeszcze wyposażona jest w stoper, co pozwala na wyeliminowanie jednego urządzenia z całego procesu.

Ktoś mógłby się przyczepić, że jest dość wolna (po wsypaniu ziaren trzeba odczekać ok. 0,5 – 1,5 sekundy, żeby się upewnić, że wyświetlona wartość jest prawidłowa), albo że jej powierzchnia łatwo się rysuje. Mnie ani jedno, ani drugie nie przeszkadza – cieszę się, że działa i sprawdza mi się świetnie.

W komentarzach w sieci znalazłem informację o tym, że ta waga rzekomo ma 7 żyć. Tj. nawet po zalaniu wodą/kawą wystarczy ją odstawić do wyschnięcia i będzie działała dalej. Jeśli wierzyć autorowi tej myśli, moja ma jeszcze 5 żyć przed sobą.

Hario Buono

Ten czajniczek to najnowsza część mojego zestawu. Długo się zbierałem z zakupem, z kilku zresztą powodów. Po pierwsze; to jednak zawsze kolejny przedmiot, z całą pewnością nie-niezbędny (ze wszystkich, które tu opisuję pewnie najłatwiej byłoby pominąć właśnie ten). Po drugie; czajnik już miałem. Elektryczny, z możliwością regulacji temperatury, do jakiej powinien zagrzać wodę. Tym samym nie mógłbym zamienić jednego na drugi – musiałyby być oba, a tego wolałem uniknąć. Wprawdzie Hario ma w ofercie elektryczną wersję swojego legendarnego czajnika, ale nie ma w nim regulacji temperatury. Tj. nie miał, bo kilka miesięcy temu i taka wersja się pojawiła. W pierwszej chwili uznałem, że tak, to będzie to – zamienię swój stary czajnik na nową konewkę. Tyle tylko, że za ten nowy musiałbym zapłacić prawie 800 zł, a dodatkowo zmniejszyłbym sobie zakres temperatur z 40-100°C na 60-100°C (różnica wydaje się niewielka, lecz mając małe dziecko, często korzystam właśnie z 40°C czy 50°C). Spasowałem więc. I wtedy pod choinką znalazłem Hario Buono w podstawowej, kuchenkowej wersji.

I tak naprawdę mam do powiedzenia o nim tylko jedną rzecz: jeśli nie rozważacie jego zakupu, a będziecie mieli okazję użycia go choćby przez chwilę – nie korzystajcie z niej. Nie sądziłem bowiem, że zmienia on tak wiele i to zarówno w kwestii precyzji (strumień wody jest wąski, a przez kształt i średnicy szyjki – kontrola nad nim znacznie większa), jak i wygody (wygięty uchwyt pozwala na nalewanie pod kątem znacznie bardziej naturalnym dla ramienia). Oczywiście, przez fakt, że każde ziarno (przynajmniej w teorii) zostało potraktowane taką samą ilością wody, ma on również wpływ na sam smak kawy. Przyznaję, że nie wiem czy wyczułbym to w ślepym teście, ale cieszy mnie powtarzalność, którą dzięki takiemu czajnikowi byłem w stanie osiągnąć.

To co straciłem, używając czajnik w tej wersji, to pomiar temperatury. Mógłbym obejść ten „problem” na kilka sposobów; albo używać zwykłego termometru do mleka, albo przelewać wodę ze swojego czajnika z regulacją temperatury (biorąc pod uwagę różnicę, jaką wytworzy przelanie cieczy i kontakt z metalem o innej temperaturze), albo kupując specjalną dla tego modelu pokrywkę, wyposażoną w termometr. To ostatnie rozwiązanie wydaje się najbardziej rozsądne (choćby ze względu na precyzję i brak konieczności zgadywania), ale nie dość, że wyświetla temperaturę na wyświetlaczu ciekłokrystalicznym, to jeszcze kosztuje 140% ceny samego czajnika. Tego wyświetlacza nie mogę przeboleć, bo nawet znacznie bardziej „modernistyczny” w zakresie designu czajnik Fellow – bezpośredni konkurent Hario – ma dużo bardziej pasujący analogowy wskaźnik:

Nawiasem; ten ostatni jest też dostępny (choć, o ile wiem, nie w Polsce) w wersji elektrycznej z regulacją temperatury (też od 60°C) i minimalistyczną podstawką, więc może to jest coś do rozważenia jako zamiennik moich obu?

Bez względu jednak na model, bardzo ciężko byłoby mi teraz wrócić do czajnika bez takiej szyjki.

Loveramics Egg

Niektórzy mówią, że to z czego się pije, jest tak samo ważne, jak to co się pije. Nie wiem czy zgadzam się z tym w całej rozciągłości, ale wiem, że swoje filiżanki lubię szczególnie. Być może istnieją na świecie lepsze, ale skoro najlepsza kawiarnia w Europie ich używa, to i mi wystarczają.

Ogromnie lubię ich grube ścianki, kolory, wagę, a nawet dźwięk, jaki wydają, gdy odkłada się je na spodek. Dają mi mnóstwo przyjemności z używania, a że używam ich co najmniej dwa razy dziennie, to ta sympatia nie mija.

I jeśli komuś zależy także na takim aspekcie, to wspomnę, że zawsze robią wrażenie na osobach, które mają z nimi styczność po raz pierwszy.

Kinto Travel Tumbler

Będąc smakoszem kawy (to określenie podoba mi się bardziej niż „kawosz” – wydaje mi się, że to drugie w naszym języku bardziej określa kogoś, kto zwyczajnie pije dużo kawy), kubek termiczny staje się wyposażeniem niezbędnym. Chcąc się uchronić przed piciem „byle czego” poza domem, należy przygotować sobie kawę na wynos (choć może to tylko dowodzi mojemu przesadzonemu stosunkowi do dobrej kawy?). Miałem kilka tego typu kubków dotychczas i do każdego miałem zastrzeżenia. A to otwór za wąski, a to nakrętka nieszczelna, a to czas trzymania temperatury nijak mający się do danych z opakowania… Myślę, że większość z Was wie o czym mówię. Kinto Travel Tumbler jest inny.

Nie dość, że nie posiada żadnych z wymienionych wyżej wad, to jeszcze świetnie wygląda. Jest znakomicie wykonany, ma bardzo szeroki otwór (co pozwala np. na umieszczenie w nim dużych kostek lodu), jest bardzo szczelny i rzeczywiście utrzymuje kawę ciepłą przez 6 godzin. Dodatkowo, jest on zaprojektowany w taki sposób, że można z niego pić jak ze szklanki (tj. nie ma jednego miejsca/jednego dzióbka, z którego „leci”), a jednocześnie zatrzymuje lód w środku.

Czasem zaparzam kawę bezpośrednio do niego, co docenię pewnie jeszcze bardziej latem (swój mam od jesieni), kiedy będę mógł zaparzać ją na lodzie (znajdującym się już w kubku), gdy np. zapomnę wcześniej zrobić cold brew.

Porlex Mini

I jeszcze kwestia młynka, o którym wspominam wyłącznie dlatego, że obiecałem to we wstępie. Mimo posiadania młynka elektrycznego, żeby nie mieszać ziaren, nadal często korzystam z młynka ręcznego, którego kupiłem kilka lat temu, gdy używałem głównie Aeropressa. Chodzi o Porlexa Mini. Jeśli dobrze pamiętam (nie przypominam sobie Rhinowares z tamtego okresu) był to jedyny młynek, który mieścił się w tubusie Aeropressa, co doskonale sprawdzało się podczas podróży. Gdybym wówczas wiedział, że Aeropress stanie się u mnie jednym z rzadziej używanych urządzeń do parzenia kawy, pewnie kupiłbym coś innego (nie zrozumcie mnie źle; bardzo lubię ten młynek, ale jednak jego rozmiar jest kompromisem, którego skutki niepotrzebnie ponoszę, używając go głównie w domu). Gdybym z kolei dziś stał przed wyborem ręcznego młynka do domu, a nie chciał wydać (wciąż dla mnie zaporowej) kwoty, jaką żąda się za młynki Comandante, pewnie zdecydowałbym się na Handground z dość unikalną konstrukcją, zapewniającą bardzo wygodne mielenie nawet dużej ilości ziaren.

Kończąc temat kawy, chciałbym tylko dopisać, że kompletowanie wymienionego wyżej zestawu wzięło się wyłącznie z chęci znalezienia sposobu na idealną filiżankę kawy w domu. I kiedy piszę o tym teraz, na chwilę przed 6:00 rano, siedząc u siebie w pracowni i pijąc ciepłą Etiopię z Keen Coffee zaparzoną w moim małym Hario, jestem całkowicie przekonany (pewnie znajdą się tacy, którzy będą mieli inny pogląd na tę sprawę, ale nie zamierzam się o to spierać), że zadanie mogę oznaczyć jako wykonane. Co więcej; chciałem w domu mieć tak dobrą kawę, jak zdarza się pić w kawiarniach, a wyszło mi na to, że uzupełniwszy braki w wiedzy, podszkoliwszy się w czynnościach manualnych, sprawdziwszy dziesiątki różnych, niekiedy drobnych zmian w używanych metodach, głównie za sprawą (naprawdę) dobrych, świeżo palonych ziaren, mam tu kawę znacznie lepszą. I nie mam zamiaru obrazić tym jakiegokolwiek baristy (daleki jestem od tego), lecz istotnie jest tak, że żeby wypić w kawiarni tak dobrą (lub lepszą, wiadomo) kawę, jak mogę przygotować sobie w domu, muszę przejechać co najmniej 150 kilometrów.

Stokke Tripp Trapp

Kończąc tegoroczne „cudawianki”, pozwalam sobie na mały eksperyment, umieszczając opis przedmiotu z kategorii, o jakiej nigdy nie myślałem, że mógłbym tu napisać.

Większość z Was wie, że estetyka i jakość wykonania są dla mnie równie ważne co funkcjonalność urządzeń czy przedmiotów. Odkąd przygotowywaliśmy się na pojawienie się naszego synka aż do teraz, dobitnie przekonuję się, jak bardzo ta część rynku wypełniona jest – wybaczcie określenie – badziewiem. Jak ciężko jest znaleźć coś naprawdę dobrego (czyli funkcjonalnego, estetycznego, przemyślanego i tym samym poprawnie zaprojektowanego oraz porządnie wykonanego). I nawet cena nie jest tu żadnym wyznacznikiem, bo spotkałem dziesiątki przedmiotów, kosztujących wielokrotności średniej ceny danej kategorii, a mimo to albo były kiepsko wykonane, albo nieprzemyślane, a często i jedno, i drugie. Czasem (choć rzadko) udaje się jednak znaleźć coś wyjątkowego. Moim przykładem będzie krzesełko dla dziecka norweskiej marki Stokke – Tripp Trapp. Krzesło, które rośnie razem z dzieckiem™19.

Zostało zaprojektowane w 1972 roku przez Petera Opsvika i od tamtej pory otrzymało szereg nagród, stając się ikoną designu (przynajmniej w kategorii mebli dla dzieci). Jego minimalny design nie może się nie podobać (no dobrze, ja nie wyobrażam sobie, żeby nie mógł się nie podobać), a idea, mówiąca o tym, że dzięki niemu dziecko niemal od samego początku może uczestniczyć w posiłkach, bardzo do mnie przemówiła (pewnie dlatego, że stół jest u mnie miejscem szczególnym). Przez design rozumiem nie tylko wygląd samego krzesełka, ale także chociażby to, że dzięki swojej przemyślanej konstrukcji zajmuje on bardzo mało miejsca. Na tyle mało, że za każdym razem, gdy korzystamy z jednego ze standardowych krzesełek dla dzieci (u dziadków czy w restauracjach) potykamy się o ich szeroko rozstawione nogi. Jednak to, co przede wszystkim przemawia za Tripp Trapp to jego unikalna funkcjonalność. Polega ona na tym, że zarówno siedzisko, jak i podnóżek są wyciągane i mogą zmieniać pozycję – reguluje się w ten sposób ich głębokość oraz wysokość. Pewnie właśnie to producent ma na myśli, pisząc, że rośnie ono razem z dzieckiem. Widziałem bowiem zarówno kilku-, jak i nawet kilkunastoletnie dzieci, korzystające właśnie z Tripp Trapp. To, poniekąd, świadczy również o jakości wykonania – całość zrobiona jest z bukowego drewna, utrzymuje 140 kg, a producent daje 7 lat gwarancji na elementy drewniane. Co więcej, dostępnych jest sporo akcesoriów, zwiększających już niemałą ilość zastosowań mebla; od leżaczka dla noworodka, przez zestaw niemowlęcy czy tackę aż po poduszkę i szelki. I rozumiem, że może się wydać, że jest to zabieg producenta, mający na celu wyciągnięcie od klientów jeszcze większą ilość pieniędzy, ale kiedy myśli się o bezpieczeństwie i komforcie własnego dziecka, to patrzy się na to jednak inaczej. I przy okazji kosztów; czy nie uważam, że 1500 zł20 za krzesełko dla dziecka to jednak dużo? Oczywiście, że uważam. Czy kupiłbym je ponownie? Bez wahania.

Co więcej, to nie jest tylko moja opinia; mógłbym pod tym artykułem zbierać podpisy bliższych i dalszych znajomych, którzy po zobaczeniu tego krzesełka u nas (a właściwie naszego synka w nim) sami zdecydowali się na zakup takiego samego. Nikt nie żałuje.

Linki

Podobnie jak w ubiegłym roku, tak i w tym nie umieszczałem linków w tekście, żeby nie odrywać Was od czytania. Zebrałem je wszystkie poniżej, więc jeśli coś Was zaciekawiło – eksplorujcie!

Wielokrotnie wspominałem o wcześniejszych wydaniach „cudawianków”, więc czuję się w obowiązku podać do nich linki21: 2016 i 2015. Odnosiłem się również do starszego tekstu o iPadzie Pro, więc i do niego linkuję.

W follow-up pisałem o Synology – chodziło o model DS918+ oraz rozszerzenie DX517. Pojawił się tam też (aktualnie niedostępny) PFixer XTremist oraz Loupedeck. Wspomniany ekspres do kawy oraz młynek dostępne są w Coffeedesk.pl (nadal nic mnie z nimi nie łączy poza masą sympatii). Z kolei głośniki, o których pisałem to popularny Audioengine A2+ i mniej znane, kanadyjskie Kanto Audio YU4 z wbudowanym przedwzmacniaczem gramofonowym. Pisząc o HomePodzie mam na myśli chociażby to, co zostało wyszczególnione we wpisie w The Loop. A „ucyfrowione” radio Tivoli Audio dostępne jest np. w Top Hi-Fi. Pisząc o ułatwionej dostępności toreb Billingham miałem na myśli sklep Foto-Plus.

W części o iPadzie pojawiła się wzmianka o etui dla Apple Pencil – chodziło o Pencil Snap marki Twelve South. Etui na klawiaturę dostępne jest na stronie Studio Neat, a hub USB, który tak polubiłem, to TP-Link UH720.

Jeśli zaś chodzi o akcesoria kawowe, to chyba najłatwiej będzie, jeśli podam bezpośrednie linki do Coffeedesk.pl, ponownie zaznaczając, że niczego z tego nie będę miał (chyba, że rejestrując się w serwisie podacie mój adres mailowy22 jako osoby polecającej – będzie mi bardzo miło, a i zdaje się, że otrzymam wtedy jakieś punkty):

Hario V60-01
Chemex 6-cup
Aeropress
Hario Drip Scale
Hario Buono
Loveramics Egg
Porlex Mini
Handground

Krzesełko Tripp Trapp dostępne jest na stronie producenta.

Ach, a więcej (gdyby komuś było mało) zdjęć kawy możecie zobaczyć „u mnie” w serwisie Instagram.

Zdaje się, że to tyle. Do zobaczenia za rok!

Aktualizacja

Zapomniałem wspomnieć o źródle, z jakiego mam Kinto Travel Tumbler; kupiłem go w sklepie internetowym warszawskiej palarni Java Coffee, która – z tego co się orientuję – jest dystrybutorem marki Kinto. Niestety, gdy tylko ten kubek się u nich pojawił, już był oznaczony jako „ostatnie egzemplarze”, więc albo było to pierwsze, niewielkie zamówienie, albo po prostu szybko się rozeszły (nie byłbym zaskoczony). Tak czy inaczej, obecnie jest niedostępny, więc należy śledzić i/lub pytać u źródła. Powodzenia!


  1. Choć przyznaję, że z decyzjami czekam na premierę HomePoda, żeby zobaczyć (i usłyszeć) czym on faktycznie będzie, bo zapowiada się, że – przynajmniej dźwiękowo – będzie to wyjątkowe urządzenie. 
  2. Chyba, że do tego czasu pojawi się następca modelu SE, którego kształt/wielkość wciąż podoba mi się bardziej. I byłbym w stanie wrócić do mniejszego ekranu, tym bardziej, że rolę głównego urządzenia z iOS u mnie przejął iPad Pro. 
  3. Ciekawe czy będziecie mogli mi wypominać takie oświadczenia w ciągu następnych kilkunastu miesięcy. 
  4. Zmieścił się. 
  5. W telefonie też tak chcę! 
  6. Tak, czasem drugiej selekcji lub wyboru zdjęć do wpisu blogowego/slideshow dokonuję już na iPadzie. 
  7. Jak zwykle jestem late to the party, wiem. 
  8. Z małą gwiazdką na końcu, bo „wygodniej” byłoby używać, to na pewno, ale należy w to wliczyć stratę czasu (i właśnie wygody) związaną z „administrowaniem” dwoma urządzeniami. 
  9. Pamiętajcie, że używałem iPada mini – także do pracy – przez 4 lata i 4 miesiące, więc wiem, co mówię. 
  10. Oczywiście, można by mieć wszystkie trzy, ale w te rejony wolę się nawet myślami nie zapuszczać. 
  11. Choć nie myślcie o mnie aż tak źle; zdjęcie wykonane w momencie, gdy zdecydowałem się sprzedać …jedną z nich. 
  12. Pierwszy raz robiłem to 4,5 miesiąca po zakupie. 
  13. Chodzi o fakt, że strzałki lewo/prawo są dwukrotnie wyższe niż góra/dół, co sprawia, że zniknęło to „wolne” miejsce z wcześniejszych klawiatur, pozwalające na błyskawiczne zorientowanie się palcami, gdzie się one znajdują. 
  14. Choć, gdy teraz to piszę, to myślę sobie, że żadnej z opisanych teraz czy w ubiegłych latach nie mógłbym polecić bezwarunkowo. 
  15. Co rodzi kolejne problemy, bo czasem ciężar iPada sprawia, że przycisk Sleep aktywuje się niemal samoczynnie. 
  16. Głównie dlatego, że wygląda dużo poważniej i dużo bardziej elegancko niż podstawowe aparaty z serii Mini. 
  17. Piszę w cudzysłowie, bo jednak marzenia materialne od zawsze w mojej głowie mają status znacznie niższy niż prawdziwe marzenia. 
  18. Pożyczona, nie ma się czym ekscytować, proszę się rozejść. 
  19. Serio, to ™ rzeczywiście pojawia się w materiałach producenta. 
  20. Bo mniej więcej tyle kosztuje cały komplet, jeśli chce się umieszczać w nim dziecko, które właśnie nauczyło się siedzieć. 
  21. Mimo że częstotliwość moich publikacji sprawia, że oba nadal są na stronie głównej na liście „kilku ostatnich artykułów”. 
  22. milosz.bolechowski w gmail kropka com 
  • szarecki

    Dzięki za tekst! W tym roku zdecydowanie część iPadowa zaciekawiła mnie najbardziej. :) Do zobaczenia za rok (choć wielka to szkoda, że aż za rok)

  • janek

    Dziękuję.

  • Mariusz

    Heh ale ucieszyłem się jak dziecko gdy zobaczyłem nowy wpis :-)

  • Na zalegające w wylocie młynka drobiny kawy polecam chociażby: https://www.i-apteka.pl/product-pol-29938-GRUSZKA-nr-11-z-miekka-koncowka-x-1sztuka.html :)
    A Handgrounda nie polecam. O! :)

    • Mój młynek czyszczę… a jakże Rocket Air Blaster :D

    • Chyba się nie zrozumieliśmy – mnie nie chodzi o to, co między żarnami, a to co już zostało zmielone, ale zostało w „rynience” przed wylotem. Nawet „wytrząsnąć” się tego nie da :)

  • venedie

    ★★★★✰, bo wpis trochę za szybko się skończył. 🙃

    ps. K pyta, gdzie może kupić taki kubeczek…

  • Remik_K

    Hmmm, wczoraj miałem się położyć wcześniej spać, ale nie, bo pojawiły się “Cudawianki” i już o 1:20 bylem w łóżku :-/

    btw. tekst pojawił się można by powiedzieć w najlepszym dla mnie momencie, ponieważ w przyszłym tygodniu miałem iść po ekspres do kawy. Kolbowy (Gastroback). Niestety nie pójdę, bo Milosz napisał artykuł i muszę teraz wszystko przeanalizować na nowo i zmienić markę. Poczytałem trochę i wiem, ze ten co chciałem kupić nie byłby teraz dobrym wyborem. Można powiedzieć, ze uratowałeś mnie przed pochopnym zakupem bez głębszej analizy tematu. Dziękuję. Ale, co się odwlecze…

  • I doczekałem się. :) Dziekuję!

  • Jacek Taranko

    Czytałem zaraz jak wpadł newsletter :) Dziękuję za wpis. Już zapomniałem prawie o tej stronie, a tu masz, jest.

  • im@te

    Bardzo dziękuję za cudawianki ! czy można prosić o linka do tapety z ipada ? z góry dziękuję za jak zwykle świetnie spędzony czas przy czytaniu .. i mam nadzieję , że za tapetę :)

  • Jak zawsze przyjemnie poczytać przemyślenia o ładnych, funkcjonalnych i przemyślanych produktach życia codziennego! Szkoda, że rok nie jest krótszy :)

  • kolasinskibartosz

    Którą kawiarnię uważasz za najlepszą w Europie?