cudawianki 2018

Wstęp

Niektórzy z Was wiedzą, że w lipcu ubiegłego roku uruchomiłem swoją stronę na platformie Patreon, która chętnym z Was pozwoliła płacić za dostęp do publikowanych przeze mnie treści. I to właśnie dzięki Patronom macie możliwość przeczytać poniższe teksty — to dzięki ich wpłatom mogłem sobie pozwolić na usprawiedliwienie powrotu do pisania. I to im należą się za to podziękowania.

Oni sami do niektórych z tych tekstów mieli dostęp już tygodnie czy nawet miesiące temu. To na Patreonie — w gronie ponad 220 osób — dyskutowaliśmy o opisanych tu produktach (niektóre teksty miały po kilkadziesiąt komentarzy), wymienialiśmy się opiniami czy polecaliśmy sobie nawzajem alternatywy. Co więcej; cztery teksty do przyszłorocznych cudawianków są już w przygotowaniu i Patroni będą mieli do nich dostęp, gdy tylko będą one gotowe.

Sam — wspomniany wyżej — powrót do pisania nastąpił nawet na większą skalę niż podejrzewałem. Dotychczas pojawiły się tam 24 wydania „à propos piątku” i 25 innych artykułów. Wszystko to — jak podaje Ulysses — to 432 strony, czyli 6–8 godzin czytania i 2 godziny oglądania/słuchania. A dołączając teraz, rzecz jasna, macie dostęp do całego archiwum. Innymi słowy; czujcie się zaproszeni. Koniec autoreklamy.

Follow-up

Tegoroczone follow up będzie bardzo krótkie — iPhone’a 7 zamieniłem na Xʀ, iPada Pro wciąż uwielbiam, klawiaturę Magic Keyboard przeniosłem do sypialnianego iMaka, bo sam używam już mechanicznej. Instaxy wciąż są u mnie w ciągłym użyciu, podobnie jak obie torby Billingham, a filiżanki Loveramics? Cóż, wygląda na to, że polecam jeszcze bardziej niż kiedyś:

Z kubkiem Kinto Tumbler podobnie; żona ma już swój:

O pozostałych zmianach przeczytacie poniżej.

B&O H6

Poniżej możecie przeczytać co nieco o słuchawkach. W tekście będę się odnosił do pewnych utworów muzycznych, które — podobnie jak w przypadku opisu B&O H5 dwa lata temu — umieściłem na playliście, zarówno w Apple Music, jak i Spotify. Jeśli więc chcielibyście posłuchać ich w tle do czytania, proszę bardzo: Apple Music | Spotify

Zawsze wiedziałem, że pisanie o swoich wrażeniach odsłuchowych nie jest łatwe. Ich publikacja jest jednak jeszcze trudniejsza. Przekonałem się o tym, gdy dwa lata temu napisałem o słuchawkach B&O H5. Część osób zgadzała się z moją opinią, niektórzy nawet zakupili ten sam model i — jak ja — używają do dziś. Była też druga grupa odbiorców; miesiącami po publikacji otrzymywałem komentarze, których autorzy próbowali przekonać mnie, że w swoich osądach nie mam racji i, że ich słuchawki (tu każdy podawał swój model) za 1/6 czy 1/8 ceny H5 „grają milion razy lepiej”. I, jak wiadomo, każdy ma prawo do swojej opinii (a ja swojej nie broniłem nawet w połowie tak zaciekle jak niektórzy komentujący), a w przypadku wrażeń odsłuchowych — które są przecież ekstremalnie subiektywne — tym bardziej. Na koniec pogratulowałem więc wszystkim oszczędzenia kilkuset złotych i wróciłem do słuchania muzyki. Już wtedy wspominałem jednak, że choć H5 zaspokoiły wszystkie moje potrzeby związane ze słuchaniem muzyki poza domem, to nadal szukam czegoś odpowiedniego właśnie do niego. I, bynajmniej, nie jestem w tej materii amatorem — przez lata używałem wielu par słuchawek (w tym flagowców Sennheisera), jeszcze więcej miałem okazję posłuchać w różnych, czasem horrendalnie drogich konfiguracjach. Nie licząc krótkiej przygody z Sennheiserami HD 280 Pro (które już wtedy były tylko drugą parą, i których nigdy nie polubiłem), wszystkie używane przeze mnie słuchawki miały konstrukcję otwartą. Była to świadoma decyzja, bo cechy takich słuchawek (czyli w dużym uproszczeniu; są znacznie mniej uniwersalne w kwestii używania na co dzień, ale oferują lepszy dźwięk) bardziej odpowiadały moim oczekiwaniom, a przez fakt, że i tak najczęściej słuchałem ich będąc w domu samemu, to ich wady (czyli to, że inne osoby w pomieszczeniu wyraźnie słyszą wydobywający się z nich dźwięk) nie przeszkadzały mi w żaden sposób. Moja sytuacja życiowa uległa jednak zmianie i korzystanie ze słuchawek otwartych przestało być opcją w większości przypadków.

Zacząłem więc rozglądać się za konstrukcjami zamkniętymi, będąc ciekawym, co zmieniło się przez ponad dekadę, od kiedy miałem kontakt z jakimkolwiek przedstawicielem tej grupy. Nie przeczę, że sympatia do marki B&O sprawiła, że to właśnie od niej zacząłem swoje poszukiwania, tym bardziej, że miałem w pamięci wspaniałe opinie dotyczące modelu H6. Będąc jednak zadowolonym z bezprzewodowych H5 postanowiłem spróbować najpierw modeli pozbawionych kabelka (głównie ze względu na brak gniazda minijack w telefonie), więc posłuchałem zarówno H7, jak i H8 (H9 jeszcze wtedy nie było). Obie pary brzmiały dobrze, ale żadna na tyle, żebym zdecydował się na zakup — to po prostu nie było to i w obu przypadkach chodziło głównie o dolną część pasma. Była wyeksponowana w sposób jakiego nie lubię — tak jakby miała wywołać efekt „wow” podczas pierwszego odsłuchu, a mam w tej materii zbyt duże doświadczenie, żeby nabrać się na takie zabiegi. Po sprawdzeniu kilku innych par, których przytaczanie tu na niewiele by się zdało, zdecydowałem się wrócić do słuchawek przewodowych, na pierwszy ogień biorąc wspomniany model H6 drugiej generacji. Czas nie mógł być lepszy — B&O zakończyła produkcję tego modelu chwilę wcześniej i polski dystrybutor wyprzedawał ostatnie egzemplarze. Zamówiłem więc.

Przez pomyłkę logistyczną, dotarła do mnie czarna para pierwszej generacji, co tak naprawdę wyłącznie mnie ucieszyło, bo pozwoliło na porównanie — nie bezpośrednie, ale jednak — obu modeli. Skontaktowałem się z dystrybutorem, żeby dowiedzieć się co muszę zrobić, żeby otrzymać model, który faktycznie zamówiłem. Okazało się, że ze względu na trwającą wyprzedaż ostatnich egzemplarzy, magazyn nie dysponuje już modelem drugiej generacji w kolorze czarnym. Mogłem więc albo zostawić sobie czarne H6 gen. I i otrzymać zwrot części płatności, albo zamienić na — ponoć ostatnie w kraju — jasne (kolor „Natural”) H6 gen. II.

Zdecydowałem się na wymianę i …choć w pierwszych dniach nie byłem przekonany do tego koloru (wydawał mi się za bardzo …brzoskwiniowy, różniący się od tego, co przedstawiały zdjęcia na stronie internetowej czy chociażby nadruk na opakowaniu), to teraz bardzo bym żałował, gdybym jednak miał nudne, czarne nauszniki.

Budowa

Pierwszym zaskoczeniem po wyjęciu ich z pudełka była ich waga — pamiętałem, że są lekkie, ale nie, że aż tak. 230 gramów zapowiada możliwość długich odsłuchów bez uczucia zmęczenia. W kwestii jakości wykonania obyło się bez niespodzianek — skóra, metal, obszycia; wszystko nie pozostawia wątpliwości, że ma się kontakt z produktem klasy premium.

Z zewnątrz słuchawki wykończone są bardzo eleganckim kawałkiem aluminium, który mieni się, przyciągając wzrok. Same nauszniki wykonane są z tak miękkiej skóry, że wydają się nie pasować do tego, co zwykle się myśli, słysząc „skóra”. Podobnie z ich wypełnieniem; cokolwiek tam jest, robi świetne wrażenie i zapowiada długie godziny odsłuchu bez uczucia zmęczenia. Po stronie zewnętrznej pałąk obszyty jest jasną skórą, ale część, która dotyka głowy to już welur (co dla mnie jest dużym atutem). Za to absolutnie najlepszą częścią, jeśli chodzi o ich wykonanie, są ramiona wychodzące z pałąka — te, które pozwalają na regulację ułożenia słuchawek na głowie. Wychodzą i chowają się tak płynnie, że ich zdjęcia powinny wyświetlać się w Google Images po wpisaniu „smooth” w polu wyszukiwania.

Nauszniki są okrągłe, co w audiofilskiej części świata jest już pewną podstawą do skreślenia tych słuchawek, bo przecież nasze uszy mają inny kształt, więc ten idealny okrąg nie ma szans idealnie się dopasować. I choć — nie licząc jednej pary nausznych Grado, którą kiedyś miałem — są to moje pierwsze okrągłe słuchawki, nie podzielam tej opinii. Tym bardziej, że płaska powierzchnia wewnątrz (pod „maskownicą” z nadrukowanym „L” i „R”) wcale nie jest równoległa do krawędzi zewnętrznej, a odchylona na tyle, żeby ucho (a właściwie ta bardziej odchylona część małżowiny usznej) mogło wygodnie się zmieścić.

To, co bardzo mnie ucieszyło to możliwość składania słuchawek na płasko — takich nigdy nie miałem, przez co transport słuchawek zawsze był utrudnioną sprawą. Nauszniki obracają się tylko w jedną stronę i to …tę złą. Przynajmniej dla mnie. Już tłumaczę; po ściągnięciu słuchawek z głowy, gdy trzymam prawą część w prawej ręce, a lewą w lewej nauszniki obracają się w stronę „do mnie” (tak, że widzę wspomniane „L” i „R” w ich wnętrzach), zatem, żeby odłożyć je na biurku, na płasko, muszę obrócić całe słuchawki.

Nie traktuję tego jednak jako błędu projektowego, bo domyślam się, że tyczy się on po prostu mojego sposobu ich użycia. Gdybym bowiem używał ich jako słuchawek „mobilnych”, pewnie cieszyłbym się z tego kierunku ich obrotu, bo ściągając je z głowy, obracałbym nauszniki, kładł pałąk na karku, a słuchawki błyszczałyby wówczas swoim logo pod moją szyją — domyślam się, że właśnie tym kierował się producent i ciężko mu się dziwić.

I wracając na moment do kwestii odkładania ich na biurku — oczywistym jest, że chcę je odkładać na „poduszkach”, żeby nie porysować tych aluminiowych, zewnętrznych powierzchni. Mimo to — choć nie wiem kiedy — udało mi się zrobić na nich kilka rys i to (dosłownie) w dzień po wykonaniu większości zdjęć do tego tekstu. Jest to więc, niestety, możliwe. Nie razi mnie to jakoś bardzo, zwłaszcza, że widoczne jest wyłącznie pod pewnym kątem, ale jednak jest.

W opakowaniu — poza samymi słuchawkami — było również etui do transportu (nie jest sztywne, więc to raczej miękki, welurowy worek) oraz przewód z pilotem. Przewód jest odpinany, bo H6 mają gniazdo w obu nausznikach, zatem można go sobie przepinać między lewą a prawą, w zależności od potrzeb (z czego myślałem, że nie będę korzystał, a zmieniam miejsce wpięcia przewodu niekiedy kilka razy dziennie — wspaniała sprawa!).

Drugie — to akurat nieużywane — gniazdo pozwala również na podłączenie drugiej pary słuchawek do „szeregowego odsłuchu” (tego z kolei nigdy nie użyłem). Sam przewód nie robi tak dobrego wrażenia jak pozostałe komponenty — jest wprawdzie przyjemnie giętki, ale jakoś nie pasuje mi do klasy samych słuchawek, jest coś „plastikowego” w kontakcie z nim, co potęguje właśnie plastikowy pilot oraz tuleje przy wtyczkach. Jest też dość krótki — na tyle, że stojąc przy swoim biurku nie sięgam do gniazda słuchawkowego w Maku Pro, stojącym pod nim. To tylko udowadnia, że są one kierowane głównie do użytkowników urządzeń mobilnych. Jeśli ktoś myślałby jednak o wymianie go na inny (lepszy/dłuższy), to należy pamiętać, że gniazdo w samych słuchawkach umieszczone jest w takim miejscu, że większość standardowych wtyków się nie zmieści (są zwyczajnie zbyt grube). B&O oferuje wprawdzie dłuższą wersję tego samego przewodu jako akcesorium, ale sam zdecydowałem się na inną opcję (więcej o tym niżej).

Wygoda

Zacznę przewrotnie; jeśli ktoś kiedyś powie Wam, że któreś słuchawki są tak wygodne, że nie ma znaczenia czy nosicie okulary czy nie — kłamie. Noszę okulary, dużo słucham w słuchawkach, więc swoje cierpię.

Powiedziawszy to; B&O H6 są najwygodniejszymi słuchawkami, jakie miałem. I choć do odsłuchów dla przyjemności (tych w fotelu, kiedy nie robię niczego innego) ściągam okulary, to bez trudu „wytrzymuję” w nich 3-godzinne sesje przy komputerze. Po takim czasie nadal nie jestem nimi zmęczony; nie jest tak, że po ich ściągnięciu czuję przyjemną ulgę (a miałem tak z kilkoma innymi parami w przeszłości).

Brzmienie

Przechodząc jednak do brzmienia — bo to jest tu najważniejsze, prawda? — najbardziej obawiałem się nadmiaru basu. To na tym skupiała się większość tych — powiedzmy — bardziej audiofilskich recenzentów. A jako ktoś, kto miał kiedyś Sennheisery HD 500 (pierwszej generacji), bardzo dotkliwie przekonałem się co oznacza „nadmiar niskich tonów”. W przypadku B&O H6 nie ma jednak mowy o przesadzie w tym zakresie. Ale od początku.

Pierwszego dnia nie spodziewałem się niczego wyjątkowego. Nie jestem może żarliwym wyznawcą teorii wygrzewania głośników, ale jednak staram się nie wydawać żadnych opinii na temat nowego sprzętu audio w pierwszych godzinach jego pracy, wierząc, że przecież każdy materiał podlegający naprężeniom czy innym oddziaływaniom mechanicznym może się w mniejszym lub większym stopniu „wyrobić”. Dlatego pierwszego wieczora chwyciłem książkę, usiadłem w fotelu i pozwoliłem im grać, gdy miałem je na głowie. Bardziej po to, żeby sprawdzić na ile będą wygodne niż to, jak grają. Nic z tego nie wyszło, bo dźwięk co chwilę przerywał mi czytanie — odkładałem książkę, żeby się wsłuchiwać. I nawet nie dlatego, że słyszałem więcej niż wcześniej (HD 650 wysoko podniosły poprzeczkę w tej materii), a dlatego, że grały tak przyjemnie i wciągająco.

Drugiego dnia nie miałem czasu na słuchanie muzyki; miałem wieczorne spotkanie, z którego wróciłem dość późno, a że następnego dnia wstawałem o 5:00 rano, uznałem, że nawet ich nie dotknę. Wcześniej jednak wyciągnąłem spod łóżka część swojej płytowej kolekcji, w której znajdowała się m.in. „Amused to Death” Rogera Watersa. Bardzo byłem ciekaw jak ona zabrzmi, bo znam tę płytę bardzo dobrze. „Jeden utwór” – pomyślałem – „Jeden utwór i idę spać”. Włożyłem płytę do napędu i zanim zdążyłem zdecydować czy wolę „Three Wishes” czy „It’s a Miracle” zaczął się pierwszy utwór. Nie potrafiłem przerwać tego, co słyszałem.
70 minut później zdjąłem słuchawki.

Znałem tę płytę i nie chcę używać tu popularnego frazesu, mówiącego o tym, że usłyszałem dźwięki, których wcześniej nie słyszałem. Bo nie w tym rzecz. Po prostu to co usłyszałem zabrzmiało …bardziej. Delikatne dźwięki były bardziej subtelne. Te bardziej dobitne – mocniejsze.

Jeśli jednak miałbym określić charakter ich brzmienia, to po tym odsłuchu wpisuję na listę „nieco ciemniej niż się spodziewałem” i — zgodnie z obawami sprzed zakupu — „gdyby była choć odrobina więcej dołu, to byłoby dla mnie za dużo”.

Dużo zależy jednak od repertuaru. Bo choć w utworze „Jak Bonnie i Clyde” Anity Lipnickiej stopa perkusji rzeczywiście mogłaby zabrzmieć nieco subtelniej (a pewnie tego życzyłby sobie realizator dźwięku), to — przynajmniej w mojej bibliotece — jest to jeden z nielicznych wyjątków. W koncertowym „Black Magic Woman” Patricii Barber, gdzie przecież bębny i perkusja odgrywają główną rolę, wcale tego basu nie ma za dużo. Podobnie w np. „High Hopes” Pink Floydów — również niczego nie zmieniłbym w tym, jak to tutaj brzmi. Tak samo dobrze sprawdza się repertuar jazzowy — moje ulubione tria wcale nie narzekają na nadmiar niskich tonów; Mammal Hands, GoGo Penguin, Espen Eriksen Trio, Tingvall Trio, Esbjörn Svensson Trio — wszystkie brzmią wspaniale. Pomaga temu fakt, że bas w H6 jest naprawdę szybki i bardzo dobrze kontrolowany — utwór „Stomp” Bena Frosta czy „Hatchet” zespołu Archive są bardzo dobrymi przykładami, które to udowadniają.

Idąc w górę pasma częstotliwości pora na dolną średnicę, czyli różnie definiowany hercami zakres przejścia między basem a średnicą, i — jeśli już musiałbym się do czegoś przyczepić w brzmieniu H6 — to właśnie do niej miałbym uwagę. Jest ona delikatnie wycofana, przez co męskie wokale brzmią nieco gorzej niż żeńskie. „Zauważyłem” to dość szybko, przesłuchując albumy „Audiohpile Female Voices” oraz „Audiophile Male Voices” jeden po drugim. Jednak i od tego bywają wyjątki — James Arthur w nagranej na żywo akustycznej wersji utworu „Can I Be Him” brzmi tak, że zdarza mi się słuchać tego wykonania kilkukrotnie pod rząd.

Za to żeńskie wokale… tu ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Nie ma tu przesadnej ekspozycji tego zakresu, sztucznego przybliżania wokalistki ani żadnych tego typu zabiegów. Pozwalają słuchaczowi zdecydować czy woli bardziej się skupić na wokalu czy sekcji instrumentalnej (w czym bardzo pomaga także ich rozdzielczość, o której za moment). A same wokale — zwłaszcza przy odpowiedniej barwie śpiewającej — potrafią zabrzmieć spektakularnie. Aga Zaryan, Inger Marie Gundersen, Cassandra Wilson czy wczesne nagrania Nory Jones — wszystkie brzmią bajecznie.

Na górną część pasma jestem z kolei szczególnie wyczulony — każde zbyt jasno czy zbyt ostro grające słuchawki odrzucam momentalnie, bo całkowicie odbiera mi to przyjemność ze słuchania muzyki. Skoro jednak opisywane słuchawki są ze mną od tak dawna, to pewnie się domyślacie, że nie wykazują one żadnej z powyższych cech. To by jednak było za mało, żeby oddać im sprawiedliwość. B&O H6 mają najprzyjemniejsze wysokie tony jakie kiedykolwiek słyszałem w słuchawkach. Kropka. Gwiżdżący Livingston Taylor w „Isn’t She Lovely” brzmi tak gładko, jak tylko można sobie tego życzyć. Tak przyjemnej „Bukowiny” z albumu „Bosa” Anny Marii Jopek też nie przypominam sobie na żadnej innej parze słuchawek.

Pomimo tego, że ich charakterystyka nie jest całkowicie liniowa, jest w tym dźwięku coś niezwykle angażującego — nawet teraz, pisząc ten tekst i sprawdzając czy przykłady utworów, które przychodzą mi na myśl, rzeczywiście eksponują cechy, o których mówię, przesłuchuję całe utwory i nie mogę się oderwać. Czuję się też w obowiązku nadmienić, że ta ich nieliniowość jest subtelna — fortepian Bugge Weseltofta w „Du Grønne, Glitrende Tre” wciąż brzmi delikatnie i niesamowicie przyjemnie.

To czego się najbardziej obawiałem przy przejściu na słuchawki zamknięte to dużo mniejsza przestrzeń, jaką są w stanie zapewnić — taki urok konstrukcji. Okazało się jednak, że nawet w połowie nie było tak źle, jak podejrzewałem. Scena, owszem, nie jest może bardzo szeroka (w tej materii jest to dla mnie swego rodzaju regres), ale szybko do niej przywykłem. Było to o tyle łatwe, że H6 rekompensują to separacją instrumentów i ich projekcją na scenie, która zdaje się być nie z tego świata. Zdarzało mi się słyszeć słuchawki (a właściwie zestawy), które w tej materii wypadały podobnie, ale kosztowały wielokrotnie więcej. Jeśli ktoś z Was będzie miał kiedyś okazję posłuchać na nich np. utwór „Letter” Yosiego Horikawy, koniecznie to zróbcie, a będziecie wiedzieli dokładnie co mam na myśli. Aż dziw bierze, że żadna z recenzji, z którą się spotkałem, nie wspomniała o tym ani słowem. Gitarowe trio Ala di Meoli, Johna McLaughlina i Paco de Lucii z nagranego na żywo „Friday Night in San Francisco” czy „Pig Inside The Gentleman” kwintetu Contemporary Noise Quintet również eksponują tę ich cechę w sposób, który zwyczajnie daje dużo frajdy. Ta ich rozdzielczość powinna przypaść do gustu jednak nie tylko fanom muzyki akustycznej. Ambientowy „Theory of Machines” Bena Frosta nie jest tu zlepkiem dziwnych szumów — każdą warstwę słyszy się oddzielnie.

Istotną sprawą dla mnie była również izolacja od otoczenia — w końcu właśnie po to zmieniałem słuchawki na zamknięte. Recenzje w tej materii bardzo się od siebie różniły, a dodatkowo niepokoił mnie fakt, że Sennheisery HD 280 Pro, o których wspominałem wcześniej, były w tym naprawdę dobre — wiedziałem więc, że nawet podświadomie będę je ze sobą porównywał. Na szczęście, H6 wychodzą z takiego porównania obronną ręką, bo — na moje, domowe potrzeby — wygłuszają wspaniale. Dużo lepiej niż się spodziewałem, bo nie sądziłem, że będę mógł swobodnie pracować, gdy synka odwiedzają jego koledzy i piętro niżej (choć bez oddzielenia żadnymi drzwiami) biega trójka kilkulatków. Albo, że będę mógł słuchać muzyki w łóżku, gdy oboje z Żoną czytamy — przy „normalnym”, rozsądnym poziomie głośności, druga osoba, mimo że jest raptem kilkadziesiąt centymetrów obok, nie słyszy żadnych dźwięków wydobywających się z słuchawek. To od początku było dla mnie sporym zaskoczeniem — pamiętam jak w jeden z pierwszych dni posiadania tych H6 zostałem późnym wieczorem sam z synkiem. Pierwsza myśl: „Dziś sobie nie posłucham” — przecież to słuchawki zamknięte; co jeśli się obudzi, a ja go nie usłyszę? Druga myśl: „Ale zaraz… to, że one są zamknięte działa przecież w obie strony. A tam jest tak wygodny fotel…”. Nie muszę mówić gdzie spędziłem tamten wieczór, prawda?

Należy jednak pamiętać, że nie jest to żadna aktywna redukcja szumów i nie sposób tej oldschoolowej, opartej wyłącznie na użytych materiałach izolacji porównywać z jakimkolwiek aktywnym systemem. Wprawdzie miałem okazję kilkukrotnie posłuchać H6 w metrze, autobusie i innych warunkach dalekich od ideału i choć dla mnie zapewniane przez nie „odcięcie” od otoczenia nadal było wystarczające, to jednak nie bierzcie tej opinii za bardzo do siebie. Nie używam ich w ten sposób na co dzień (może wówczas miałbym większe wymagania) oraz nigdy nie miałem słuchawek z aktywną redukcją szumów dłużej niż przez kilka minut, więc niemal zupełnie nie mam doświadczenia w tym aspekcie.

Osprzęt

Większość powyższych wrażeń dotyczy słuchawek podłączonych do wyjścia słuchawkowego we wzmacniaczu Yamahy z zestawu PianoCraft (R-840, żeby być dokładnym) lub podłączonych bezpośrednio do komputera, gdzie źródłem najczęściej były pliki ALAC (płyty audio zripowane do iTunes w możliwie bezstratny sposób).

Nie dysponuję więc żadnym wzmacniaczem słuchawkowym do nich — przyznaję, że miałem to w planie, ale gdy zorientowałem się jak łatwe one są do napędzenia (iPhone radzi sobie z nimi bez żadnego trudu), odłożyłem to na bliżej nieokreśloną przyszłość. Bo choć wciąż wierzę, że przyniesie to poprawę, to będzie ona pewnie mniejsza niż przy bardziej wymagających słuchawkach. Zdecydowałem się jednak wymienić przewód — mój wybór padł na kabelek z małej, brytyjskiej manufaktury Sounds Heavenly, która od kilkunastu lat specjalizuje się w tworzeniu lepszych wersji przewodów i akcesoriów głównie do marki B&O właśnie.

Przewód ma długość dwóch metrów, metalowy oplot i pozłacane wtyki. I choć nie jestem fanem tej metalowej, plecionej „osłonki”, która sprawia, że przewód jest dość sztywny i przenosi dźwięk przy kontakcie z innymi płaszczyznami (gdy np. słucham muzyki w fotelu, przewód opiera się o podłokietnik, a ja ruszę głową na tyle, że pociągnę przewód, to usłyszę jak ociera on o obicie fotela), to poprawa dźwięku jest wyraźna i z pewnością warta tych kilkudziesięciu złotych.

Chciałbym jednak zaznaczyć w tym miejscu bardzo ważną rzecz; zadbanie o dobre źródło, odpowiednie wzmocnienie i przewód oczywiście poprawia jakość dźwięku, a tym samym wrażenia, jakich można się po nim spodziewać, ale to wcale nie znaczy, że tylko w takiej konfiguracji można używać H6. Druga generacja tego modelu poprawiła właśnie ten aspekt, tj. łatwość napędzenia ich smartfonem.

Zatem podłączone do iPhone’a czy iPada (pilot na dołączonym przewodzie nie obsługuje urządzeń z Androidem), odtwarzającego muzykę z Apple Music czy Spotify brzmią …naprawdę niewiele gorzej. Wciąż znakomicie. Sam używam ich w ten sposób, gdy piszę. Innymi słowy; nawet gdyby miały być używane wyłącznie w takim zestawie, wciąż spiszą się świetnie.

A może jednak bezprzewodowe?

Jak wspomniałem na początku, próbowałem w międzyczasie innych modeli spod szyldu B&O, tych już bezprzewodowych. Żadne nie zagrały jednak tak przyjemnie jak H6 — we wszystkich, które słyszałem basu było jednak dla mnie za dużo i był on zbyt przytłaczający. Poszperałem co nieco, żeby dowiedzieć się dlaczego tak jest, tj. co stoi na przeszkodzie stworzenia bezprzewodowych „haszóstek”. Natrafiłem na artykuł z The Verge, w którym Vlad Savov — znany recenzent słuchawek z tamtejszej redakcji — bezpośrednio zapytał o to Geoffa Martina, osobę zajmującą się tym jak powinny brzmieć dane konstrukcje w B&O. W odpowiedzi usłyszał, że nie ma żadnych technicznych przeciwwskazań — po prostu producent wychodzi z założenia, że charakterystyka modelu H6 nie sprawdzi się w warunkach dalekich od ideału, jak chociażby metro czy samolot. Stąd ta dodatkowa porcja niskich tonów, które mają wytłumić niepożądane dźwięki z zewnątrz. To, oczywiście, ma sens i prawdopodobnie zadowolonych z takiej decyzji jest wielu — wszak modele H7, H8 i H9 mają swoją rzeszę fanów. Domyślam się, że takich jak ja, którzy nie potrzebują słuchawek do metra, a chcieliby w domowym zaciszu posłuchać tak samo przyjemnego dźwięku, nie będąc ograniczonym przewodem, jest zbyt niewielu, żeby producent stworzył taki model. Jeśli jednak kiedyś zmieni zdanie, będę tu czekał, w międzyczasie godząc się na przewód, bez ani jednego słowa skargi.

Podsumowanie

To być może nie są słuchawki stricte audiofilskie, ale zupełnie o to nie dbam. Żadne inne nie dawały mi tyle przyjemności ze słuchania muzyki, co te, a to — jak się okazało — jest dla mnie najważniejsze. Jeśli więc i Wam zdarza się posłuchać muzyki (jako czynności, a nie czegoś co dzieje się w tle) na „dużych” słuchawkach i czerpiecie z tego przyjemność, mając okazję posłuchania B&O H6 — skorzystajcie z niej. Pamiętam, że jednymi pierwszymi przymiotnikami, jakie wpisałem do swoich notatek o tych słuchawkach były „przyjemnie i wciągająco”. Uśmiecham się dziś widząc tę kartkę w notatniku, bo te dwa słowa niemal w całości opisują brzmienie tych słuchawek i wrażenia płynące z ich używania.

Podsumowując; tak, polecam Wam słuchawki, które od co najmniej roku nie są produkowane, i które są coraz trudniej dostępne w sklepach. Z jednej strony czuję się wobec Was trochę nie fair, ale z drugiej — jest to całkowicie spójne z dwoma założeniami tej strony; nie rekomenduję produktów, tylko dlatego, że są nowe i bardziej błyszczące oraz dzielę się swoimi opiniami dopiero po długim czasie używania, gdy jestem przekonany, że poznałem produkt.

Na koniec kwestia ceny; gdy H6 były jeszcze w sprzedaży kosztowały 1300 zł. Wiem, że to nie jest niska kwota, ale w moim odczuciu stosunek ceny do szeroko pojętej jakości (bo dotyczącej zarówno wykonania, użytych materiałów, dźwięku czy nawet wyglądu) jest wyjątkowo dobry. Każde lepsze (i tu wprawdzie każdy musi zdefiniować co znaczy „lepsze” dla niego) słuchawki będą kosztowały dużo więcej niż te. A gdy czasem spotykam na allegro aukcje z nowymi, nierozpakowanymi egzemplarzami znalezionymi pewnie gdzieś w magazynie podczas inwentaryzacji, które sprzedawane są przez sklepy audio za ok. 800 zł, to uważam, że to prawdziwa okazja (za podobną kwotę wciąż są dostępne w niemieckim Amazonie, gdyby ktoś reflektował).

Wspomniałem, że słuchawki lepsze niż B&O H6 kosztowałyby dużo więcej od nich; wierzcie mi, nawet nie zaglądam w tamte rejony. Nie potrzebuję lepszych słuchawek w swoim życiu. Jeśli więc dowiecie się, że kupiłem kiedyś słuchawki inne niż „bezprzewodowe H6” (zakładając, że takie kiedykolwiek się pojawią), to możecie uznać to za moją konsumpcyjną porażkę i jednocześnie możecie być pewni, że „ja dziś” jestem rozczarowany „sobą z przyszłości”.

Apple Homepod

Podobnie jak w przypadku słuchawek, tak i tu będę się w tekście odnosił do pewnych utworów — wszystkie znajdują się w playliście, zarówno w Apple Music, jak i Spotify.

Z Homepodem mam pewien problem. Nie, wróć. Z opisem Homepoda mam pewien problem. (O, tak lepiej). Uważam bowiem, że to urządzenie należy rozpatrywać w trzech osobnych kategoriach:

  • jako asystent głosowy (czy też smart speaker), obsługujący Siri,
  • jako głośnik do słuchania muzyki jako czynności,
  • jako głośnik do słuchania muzyki w tle.

Żeby nie przedłużać tej i tak już niekrótkiej publikacji, pierwsze dwie potraktuję dość pobieżnie, skupiając się na trzeciej, bo właśnie tę rolę pełni on w moim domu.

Dla tych, którzy nie wiedzą — czym HomePod w ogóle jest? To — niedostępny jeszcze w Polsce — głośnik marki Apple. Tak, ci od telefonów (wcześniej „ci od komputerów”) zabrali się za budowę głośnika. Dość niezwykłego, zresztą, ale o tym później. Jako wielbiciel produktów tej marki oraz miłośnik muzyki (i „umiarkowany audiofil”), byłem zaintrygowany od dnia premiery. Tym bardziej, że Apple przedstawiała go jako właśnie głośnik do muzyki — nie smart speaker czy „głosowy asystent”. Bo choć potrafi wiele innych rzeczy, to został stworzony do wypełniania pomieszczeń muzyką. I, owszem, jest to zamknięty system — w pełni wspierany jest wyłącznie Apple Music (Spotify, Tidal itp. tylko za pomocą AirPlay 2, o czym więcej za chwilę), ale dla kogoś, kto ma ponad 4500 albumów w iTunes i kilkadziesiąt ręcznie opracowanych playlist, jest to niewielkie ograniczenie.

Nawiasem; sama jego premiera, pojawienie się na rynku i późniejsze aktualizacje po raz kolejny udowadniają mi w jak ciekawych żyjemy czasach. HomePod trafił do sprzedaży w lutym ubiegłego roku, w maju otrzymał wsparcie dla AirPlay 2 i możliwość łączenia dwóch HomePodów w stereofoniczną parę (co było obiecane już podczas zapowiedzi), a we wrześniu został wzbgacony o możliwość wyszukiwania muzyki na podstawie fragmentu tekstu (pewnie znacie ten moment, w którym pamiętacie tekst, a nie jesteście w stanie przypomnieć sobie tytułu czy nawet wykonawcy?) oraz „nauczył się” uruchamiać kilka „minutników” (timerów) jednocześnie, co było sporym ograniczeniem od początku. I, owszem, można się z tego śmiać, że na tak podstawową funkcję trzeba było czekać aż tyle czasu, ale z drugiej strony przypomina mi to sytuację z moim zegarkiem biegowym (Garminem Fenixem 3), który przez miesiące od premiery dostawał nowe funkcje dzięki aktualizacji oprogramowania. Ba! Nawet wczoraj — po niemal czterech latach (!) od zakupu — otrzymał on kolejną aktualizację. Tak nam się rozwinęła technologia i tak urosła rola oprogramowania w sprzęcie, że kupując dany produkt możemy się spodziewać, że jego możliwości zostaną poszerzone z czasem. Sceptycy pewnie powiedzą, że to wszystko przez pęd producentów, którzy nie chcą prezentować swoich produktów później niż konkurencja, oferują coś w rodzaju publicznej wersji beta. Tak, że kupujemy nie tyle gotowy produkt, a jedynie jego zapowiedź. Tak jak napisałem na początku; żyjemy w ciekawych czasach.

Wracając jednak do tematu; kupiłem ten głośnik z kilku powodów. Zaintrygował mnie; zarówno jego forma, jak i technologia wewnątrz. Ponadto, odkąd mamy synka (którego obecność pociągnęła za sobą zmiany w zagospodarowaniu pomieszczeń, a nawet stworzenie nowych), moje kolumny (takie, wiecie, zwykłe prostopadłościany na metalowych standach) zostały schowane i w tej formie pozostają już czwarty rok.

I choć żadną miarą nie mogę narzekać na swoje „słuchawkowe życie”, to jednak z czasem zrozumiałem jak bardzo brakuje mi muzyki …wypełniającej pomieszczenie. Bo choć Tivoli Model One spełniał swoje zadanie, umilając czas muzyką w tle, to jednak nie był w stanie być niczym poza taką soniczną tapetą.

HomePod miał to zmienić. Kupiłem go w drezdeńskim Apple Store po próbnym odsłuchu, który — patrząc z perspektywy czasu — niewiele mi dał. Może poza tym, że jeden ze sprzedawców powiedział, że takiej muzyki w salonie jeszcze nie słyszeli :)

Po wyciągnięciu z pudełka (nawiasem; wiem, że wielokrotnie śmiałem się tu z różnych unboxingów, ale gdybym miał już kiedyś jakiś zrobić, to HomePod byłby pierwszym produktem, o jakim bym pomyślał — tak był zapakowany!) zrobił na mnie większe wrażenie niż w salonie czy na zdjęciach w sieci. Jego forma jest bowiem bardzo elegancka, ale on sam — w odróżnieniu od innych produktów Apple — jest zaprojektowany tak, żeby wtopić się w otoczenie, zamiast się z niego wyróżnić czy przykuć uwagę. I na końcu mojego kuchennego blatu, przy białej ścianie — robi to doskonale.

HomePod waży 2,5 kilograma, co — biorąc pod uwagę jego niewielkie rozmiary — zapowiada ciekawe wrażenia. Nie licząc dolnej i górnej krawędzi, pokryty jest gąbczastą siateczką, która jest „akustycznie przeźroczysta”. Na górnej powierzchni — która niemal w całości jest dotykowa — ukryty jest wyświetlacz (choć tylko z technicznego punktu widzenia); nie jest on w stanie wyświetlić np. okładki słuchanego albumu, ale informuje o statusie urządzenia. Gdy Siri słucha, wyświetla się na nim charakterystyczna dla niej animacja, a podczas odtwarzania podświetlone są przyciski „plus” i „minus”, służące — rzecz jasna — do manualnego ustawienia głośności (każde tapnięcie zmienia ją o 5%).

Podstawa z kolei, której zadaniem jest tłumienie drgań (przynajmniej tych mikro, jak sądzę), wykonana jest z czegoś silikono–podobnego, co bardzo wcześnie zostało uznane za potężną wadę, bowiem na pewnych rodzajach drewna zostawia białe, okrągłe ślady. Oczywiście, mój regularnie olejowany, dębowy blat kuchenny należy do tego „pewnego rodzaju drewna”, więc szybko się przekonałem jak to wygląda.

Gdyby nie fakt, że przenoszę czasem HomePoda między pomieszczeniami u siebie, pewnie nie przeszkadzałoby mi to za bardzo, bo przecież sam głośnik zakrywa to sobą, a dodatkowo bardzo łatwo jest się tego pozbyć — kolejne olejowanie powierzchni załatwia sprawę.

Jako że używam go jednak czasem w pracowni, dokupiłem drewnianą podstawkę Grovemade, która …też zostawia podobny ślad, ale jednak znacznie mniej rzucający się w oczy.

Na obronę HomePoda dodam tylko, że konkurencyjne produkty (marki Sonos czy Google) robią dokładnie to samo.

Z zewnątrz widoczny jest też przewód. Jeden. Jedyny. Ten, służący doprowadzeniu zasilania z gniazdka. Cała reszta odbywa się bowiem bezprzewodowo. Nie ma żadnego wejścia liniowego, optycznego — nic. Nie ma więc żadnej możliwości, żeby podłączyć doń posiadany już wzmacniacz czy np. gramofon. Tylko bezprzewodowo i tylko AirPlay, co w praktyce oznacza — wyłącznie urządzenia Apple (smartfony z Andoidem są w stanie obsłużyć ten protokół za pomocą jednej z kilku aplikacji, ale nie wiem nic więcej ponad to). Domyślam się, że dla części może to być ograniczeniem, ale z drugiej strony myślę sobie, że nawet iPod Touch (6. generacji) zaprzęgnięty do takiej roli w domu, z powyłączanymi wszystkimi aplikacjami poza Apple Music, Spotify, Tidal itp. mógłby stać się użytecznym pilotem/centrum sterowania HomePoda lub HomePodów nawet.

Cała „technologiczna magia” kryje się jednak wewnątrz tego urządzenia — tam okazuje się bowiem, że nie jest to po prostu głośnik, a raczej napakowany technologią komputer (napędzany tym samym układem co iPhone 6) z wieloma przetwornikami i niekonwencjonalnymi (czy nawet bezprecedensowymi) rozwiązaniami. Patrząc od góry jest tam zatem 10–centymetrowy głośnik o niespotykanym skoku (20 mm), odpowiadający za reprodukcję najniższych tonów, który — w odróżnieniu od bodajże wszystkich głośników niskotonowych na rynku — skierowany jest ku górze, co — przynajmniej w teorii — utrudnia mu zadanie. Poniżej jest 6 mikrofonów, służących nie tylko do słuchania komend kierowanych do Siri, ale przede wszystkim do „korekcji pomieszczenia”. Jednym z głównych założeń powstania HomePoda była możliwość postawienia go w dowolnym miejscu pomieszczenia, a technologia — za pośrednictwem analizy sygnałów z tych właśnie mikrofonów — miała zająć się resztą, czyli określeniem a jakiej odległości od jakich ścian/obiektów znajduje się HomePod i jak to powinno wpłynąć na dźwięk, który generuje. Jak dotąd, na rynku pojawiły się tylko dwie pary kolumn, podchodzące do tego w podobny sposób — B&O Beolab 90 oraz prototypowy Lexicon SL–1 — cena tego drugiego nie jest znana (choć w światku mówi się o „astronomicznych kwotach”), a ten pierwszy kosztuje grubo ponad 100000 zł. Za sztukę. Jeśli więc w dalszej części artykułu napiszę gdzieś o „niespotykanej technologii”, właśnie to będę miał na myśli.

Poniżej znajduje się 7 kolejnych głośników, które Apple na stronie nazywa „wysokotonowymi” (co pewnie doprowadza inżynierów audio do furii), choć obejmują swoim zakresem znacznie większą część pasma, a każdy z nich ma swój własny wzmacniacz. To właśnie po to, żeby „mózg” HomePoda mógł sterować każdym z nich z osobna np. po to, żeby niepotrzebnie nie odbijać dźwięku od ściany czy narożnika. To jednak nie koniec; głośniki te są skierowane do wnętrza obudowy — dźwięk z nich „ześlizguje” się z umieszczonej wewnątrz tuby i wydostaje się na zewnątrz przez dolną część głośnika, prawdziwie dookólnie.

I nawet to nie jest nie opisuje wszystkich technologicznych niuansów jakie związane są z tym głośnikiem. Dla przykładu; HomePod ma też wbudowany akcelerometr — takie sam układ, jaki np. decyduje czy trzymasz iPhone’a w pionie czy w poziomie — i za każdym razem, gdy wykryje on ruch (podczas np. zmiany lokalizacji), automatycznie przekalibrowuje się do nowego ustawienia w pierwszych sekundach odtwarzania muzyki.

To tyle w kwestii opisu samego urządzenia. A jak on sprawdza się w praktyce? Zgodnie z tym, co napisałem we wstępie — zacznę od roli „głosowego asystenta”.

Głosowy asystent

Zatem co HomePod potrafi? Poza głosowym sterowaniem muzyką, o którym więcej za chwilę, odtwarza też podcasty, zarządza urządzeniami „domowej automatyki” (czyli tymi, które „widzi” aplikacja Home), potrafi ustawić budzik, minutnik (a nawet kilka, co przydaje się w kuchni, gdy gotuje się lub piecze kilka rzeczy jednocześnie), sprawdzić prognozę pogody, dokonać konwersji jednostek, rozwiązać podstawowe działania matematyczne, sprawdzić wyniki rozgrywek sportowych, a także (swojemu właścicielowi) dodawać zadania do listy rzeczy do zrobienia czy produkty do listy zakupów, wysyłać wiadomości w jego imieniu, dyktować notatki czy — wreszcie — obsługiwać niektóre ze skrótów z systemowej aplikacji Shortcuts (uff, chyba wypisałem wszystko). Wszystko głosowo. I, wszystko w języku angielskim (lub innym dostępnym) — Siri nadal nie rozmawia po polsku, stąd pewnie też brak tego głośnika w ofercie dla naszego kraju.

Wracając do sterowania muzyką; oczywiście dotyczy to wyłącznie Apple Music i, prawdę powiedziawszy, uważam, że ta subskrypcja (choćby na rok) powinna być w cenie głośnika. Nie twierdzę, że bez niej jest bezużyteczny, ale z pewnością wiele traci. Będąc użytkownikiem Apple Music ma się bowiem dostęp do 50 milionów utworów. I, oczywiście, liczba może robić wrażenie, ale po pierwsze — konkurencja (np. Spotify) ma podobnie, a po drugie — przy tak dużej ilości dochodzi do czegoś, co nazywa się paradoksem wyboru, zwłaszcza, nie widząc przecież okładek przed sobą. Mając w swoim iTunes raptem 4500 albumów i widząc okładki, wielokrotnie nie wiedziałbym co włączyć. Dlatego lata temu stworzyłem sobie playlisty (których teraz mam kilkadziesiąt), które bazują na moim nastroju, porze dnia, porze roku nawet czy czynności, jaką wykonuję. Przez lata ręcznie je aktualizowałem i „dopieszczałem”, co kosztowało mnie wiele czasu i wysiłku. Dziś jednak wystarczy subskrypcja Apple Music i HomePod, żeby móc włączyć np. coś relaksacyjnego i to nawet mając zajęte ręce, mówiąc tylko „Hey Siri, play me something soothing” (na co odpowiada np. „Aaa, I think you’ll like this vibe”). A to nie wszystko; Siri nie włączy bowiem wtedy jakieś wcześniej stworzonej przez kuratorów playlisty (choć takie, oczywiście, też są), tylko bazując na zawartości biblioteki danego użytkownika, jego polubień czy częstotliwości słuchania konkretnych utworów oraz artystów, odtworzy te utwory, które uzna, że pasują. I, jak to zawsze bywa w kontakcie z algorytmami, im dłużej się tego używa, tym trafniej Siri potrafi wybrać, układając niekiedy playlisty, w których nie przeskakuję żadnego utworu.

Zwrotów jest oczywiście cała masa; od „play me something for unwind” przez „play some jazz” czy moje ulubione „play something I like” aż po „play me something for dinner party” (na to ostatnie zdarza się jej odpowiedzieć „oh, we’ve got some company! Let’s check this out”, co potrafi wywołać uśmiech). Poza takimi „wyzwalaczami” można zapytać Siri kto wykonuje uwtór, który właśnie jest odtwarzany, poprosić o inne jego/jej utwory, zapytać kiedy dany utwór został wydany czy inne informacje na jego temat.

Stare, dobre playlisty nadal się jednak sprawdzają i to nie tylko w sytuacjach, w których chce się mieć całkowitą kontrolę nad tym, co będzie odtwarzane, ale także gdy artysta lub utwór ma nazwę trudną do wymówienia — nie sądzę, żebym dał radę przekonać Siri, żeby włączyła mi „þÚ Ert Jörðinł” Ólafura Arnaldsa.

I, owszem, sterowanie głosem może wydawać się mało intuicyjne lub po prostu dziwne, gdy z łatwością możemy wyciągnąć z kieszeni telefon czy sięgnąć po tablet, żeby włączyć, co chcemy. Zgadzam się z tym, choć sytuacja wygląda inaczej, gdy np. wchodzę do domu obładowany zakupami, kroję pieczarki potrzebne do obiadu czy układam z synem zielonego krążownika z Lego, siedząc na dywanie. W tych sytuacjach jest to — nie chcę powiedzieć niezastąpione, ale na pewno — bardzo wygodne.

Rzecz jasna w podobny sposób steruje się głośnością — i to na kilka sposobów; „hey Siri, volume up”, „hey Siri, turn the music up to 40” (co zrozumie jako procenty) lub nawet „hey Siri, volume 85”, na które odpowie „That’s very loud. Are you sure?”. Przy okazji głośności; mikrofony w HomePodzie są nie z tej ziemi. Potrafią usłyszeć „Hey Siri” powiedziane normalnym, konwersacyjnym głosem, nawet gdy muzyka gra naprawdę głośno i wydaje się, że nie ma szans, żeby HomePod to usłyszał. A jednak.

A co jeśli nie korzysta się z Apple Music w ogóle? Wówczas pozostaje streamowanie muzyki z telefonu, tabletu, Apple TV czy komputera za pomocą AirPlay 2. Nie można wprawdzie zainicjować tego głosem (choć pokażę poniżej mały trick, jak to obejść), ale gdy już jest odtwarzane, można nadal sterować głośnością, przeskakiwać utwory czy zatrzymywać odtwarzanie za pomocą komend głosowych. Bez problemu można zatem używać HomePoda jako głośnika do Spotify, Tidala, Netflixa, YouTube’a czy klientów podcastów jak Overcast czy Castro. Potrzebne jest jedynie jakieś urządzenie pośrednie, które najczęściej i tak już mamy (a jeśli nie, ponownie podpowiem, że iPod Touch może się świetnie sprawdzić w takiej roli). Co więcej, gdy odtwarzanie zostało zainicjowane np. z iPhone’a, to jego boczne przyciski głośności regulują wówczas natężenie dźwięku z HomePoda, a „przyciski” play/pause oraz forward/back na jego zablokowanym ekranie kontrolują to, co ów HomePod odtwarza.

Wracając jednak do samego działania Siri; ku własnemu zaskoczeniu używam jej na co dzień częściej niż zakładałem. Poza opisanym sterowaniem muzyką, mówię do niej głównie w celu dodawania zadań do listy i dodawania produktów spożywczych do współdzielonej listy zakupowej, używania minutników w kuchni, włączania podcastów z Overcast (za pomocą Shortcuts) i przeskakiwania rozdziałów w nich czy — co okazało się moją ulubioną funkcją — sterowania oświetleniem w domu, za pomocą wcześniej utworzonych scen. Mówię więc „Hey Siri, I’m home”, żeby część lamp zapaliła się na 70%, pozostałe na 40% mocy — wszystkie w temperaturze 2700 K. Scena „I’m reading” zapala lampkę nad sofą na 80% (również w temperaturze 2700 K) i pozostałe na 20% z ustawioną temperaturą barwową na 2200 K, a „playtime” zapala wszystkie na 100% (łatwiej wtedy znaleźć zgubione Lego na dywanie). Jest też scena (a właściwie shortcut) „I’m leaving”, która — rzecz jasna — gasi je wszystkie i wyłącza muzykę. Wiem, że to może wydawać się osobliwe — pewnie sam czytając o czymś takim przewróciłbym oczami raz czy dwa — ale za każdym razem, gdy tego używam, czuję się jakbym żył w przyszłości.

Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolony z tej roli, jaką HomePod odgrywa w moim domu — włączam bowiem muzykę w sytuacjach, w których nie włączałbym, gdybym go nie miał (powrót do domu — scena niczym z jego pierwszej reklamy — rzeczywiście jest najczęstszą z nich). I nie uważam, żeby sięgnięcie po telefon i zainicjowanie odtwarzania z niego było jakimś problemem, ale zawsze chętnie korzystam z rozwiązań, pozwalających na używanie ekranu jeszcze rzadziej. I, nie ukrywam, czuję dumę, gdy mój syn nie ma pojęcia, że mógłby obejrzeć cokolwiek na telefonie, bo nigdy tego nie robił, a potrafi powiedzieć „Hey Siri, play Muchacho by Kings of Leon”. I czasem nawet go rozumie.

Nie jest jednak tak całkiem kolorowo, bo urządzenie to — z oprogramowaniem w obecnej formie — ma sporo wad. Przede wszystkim, mimo że promowane jest jako głośnik domowy (ma nawet „Home” w nazwie), to — podobnie jak iPhone czy iPad — jest jednak stricte personalny. Bo tak, jak na iPadzie nie ma możliwości stworzenia kont użytkowników, tak HomePod nie potrafi obsługiwać kilku iPhone’ów jednocześnie. Z tym jednak mógłbym żyć, bo jest to dość zrozumiałe. Tyle, że wiąże się to także z reakcją na „Hey Siri”. Podczas pierwszej konfiguracji tej usługi w telefonie użytkownik pięciokrotnie musi powiedzieć „Hey Siri”, żeby system nauczył się sposobu, w jaki jest to wypowiadane, żeby możliwie skutecznie reagować. Gdy więc po raz pierwszy uruchomiłem HomePoda i byłem oczarowany tym, że zawsze słyszy moje „Hey Siri”, okazało się, że w przypadku mojej żony, ta skuteczność spadała do mniej więcej 40%. Wyobrażacie sobie jak bardzo musi to być zniechęcające? Pomyślałem więc, że spróbuję „oszukać” system i jeszcze raz przeprowadzić swoje pięć prób w konfiguracji „Hey Siri”, prosząc jednak żonę, żeby dwukrotnie wypowiedziała je ona. To poprawiło jej skuteczność do ok. 65%, ale moja do tych samych 65% spadła. Więc raczej nie do końca win–win. Nie rozumiem dlaczego nie ma obecnie możliwości nauczenia HomePoda sposobu wypowaidania „Hey Siri” przez dodatkowe osoby. Pocieszam się tylko tym, że gdy pojawiło się Face ID, początkowo również tylko rozpoznawało tylko jedną twarz. A idąc krok (no dobra, kilka kroków) dalej, wyobrażam sobie, że ten sam system w przyszłości mógły nie tylko „nauczyć się kilku osób”, ale i rozpoznając daną osobę, przełączać się do jej „profilu” i tym samym odczytywać jej wiadomości czy włączać utwory do niej dostosowane (obecnie algorytmy mojego Apple Music są „karmione” danymi bardziej „domowymi” niż faktycznie „moimi”).

Pomijając nawet kwestię kilku użytkowników, nadal zdarza się, że Siri nie rozumie usłyszanej komendy lub rozumie ją opacznie (ileż to razy włączyła mi utwór tak odmienny od tego, co poprosiłem, że zachodziłem w głowę jakim cudem mogła usłyszeć ten tytuł z tego, co faktycznie wypowiedziałem). Nadal jest też bardzo ograniczona jeśli chodzi o komendy łączone — włączenie muzyki i oświetlenia jedną komendą praktycznie jest niemożliwe. Oczywiście, problemem wciąż jest tzw. cross–talk — ja mówię „Hey Siri” i zaczynam komendę, a w tym samym pomieszczeniu żona rozmawia przez telefon i Siri próbuje z jej rozmowy wyłapać jakieś instrukcje. Przydałaby się też obsługa automatyzacji bez dostępu do Siri Schortcuts — co z tego, że jestem w stanie „nauczyć HomePoda” pewnych tricków za pomocą Shortcuts w moim telefonie, jeśli skoro mnie nie będzie, to żona — używając tych samych komend — nie będzie w stanie zrobić tego samego?

Takich braków jest więcej; można ustawić alarm na określoną godzinę, ale nie można zrobić tego w taki sposób, żeby uruchomił wtedy dany utwór czy playlistę — wyłącznie alarm. Dlaczego? Co stoi na przeszkodzie? Nie rozumiem. Chętnie zobaczyłbym też opcję, pozwalającą na automatyczne ściszenie muzyki w tle, gdy odbieram połączenie. Przecież HomePod jest stale połączony z moim telefonem, powienien wiedzieć co się tam dzieje — a jednak zanim odbiorę, muszę ściszyć go samemu.

Jest też jedna rzecz z zakresu samego projektowania użytkowego HomePoda, z którą nie mogę się zgodzić. Wspominałem już, że Siri daje znać, że słucha animacją na górnej ściance urządzenia. No właśnie; żeby to zobaczyć, trzeba stać wyżej niż ono, żeby upewnić się, że usłyszała „Hey Siri”. Gdy więc HomePod stoi na blacie o normalnej wysokości, a ja siedzę na sofie — co wydaje się całkiem powszechnym scenariuszem — nie ma szans, żeby tę animację zobaczyć. Wolałbym więc żeby ta aktywność była prezentowana w sposób, który pozwoliłby mi upewnić się, że mogę kontynuować komendę zamiast robić to niekiedy na darmo. Wyjściem z sytuacji jest odczekanie dwóch, może trzech sekund po „Hey Siri” — jeśli usłyszała, zachęci czymś w rodzaju „Mhm?”. Ale mimo wszystko; konkurencja w tej materii jest jednak lepsza (nie to, żebym chciał mieć niebieski pasek ledowy dookoła HomePoda, ale…).

Przy okazji; po publikacji informacji o mojej nowej klawiaturze, wiem, że wielu z Was przypadły do gustu komentarze mojej żony na jej temat. Jako że HomePoda używamy (jakby) wspólnie, planowałem i tu dodać jej uwagi. Niestety, nie przeszły cenzury. Dość powiedzieć, że wszystkie opisane powyżej wady, tak bardzo skreśliły to urządzenie w jej oczach, że szczerze go nie znosi w tej roli.

Brzmienie

No dobra, co najmniej 10 minut czytania za Wami, czas w końcu napisać coś o tym jak HomePod brzmi. I cóż, zacznę dość przewrotnie — nie umiem słuchać muzyki z HomePoda. „Słuchać” w sensie „usiąść w fotelu i słuchać”, jako czynności. Mimo wszystkich tych technologicznych czarów, jakie się w nim odbywają, nie zmienił mojego nastawienia, nie przełączył pewnego przełącznika w mojej głowie — nadal uważam, że jednopunktowe źródła dźwięku służą do muzyki w tle. Zatem do czasu, w którym pojawi się u mnie drugi HomePod, wstrzymam się od opisu go w tej roli. A drugi się pojawi, bo…

…HomePod w tle brzmi fantastycznie.

(W pierwszej chwili napisałem nawet „fenomenalnie”, ale w moim odczuciu oznaczałoby to, że nie mam do niego uwag, a mam, więc zostańmy przy „fantastycznie”).

To, co robi wrażenie już w pierwszych sekundach odsłuchu to zupełnie niespodziewana przestrzeń — znacznie większa i głębsza niż można być oczekiwać z jednego głośnika. Dźwięk z niego jest też znacznie większy niż sugerowałby jego rozmiar; jest zupełnie pozbawiony „pudełkowości” znanej z innych głośników o podobnym rozmiarze. Dzięki temu — zgodnie z treściami w materiałach promocyjnych — bez trudu wypełnia pomieszczenie muzyką.

I, rzeczywiście, robi to w taki sposób, że nie trzeba znajdować się w odpowiednim miejscu pokoju, żeby trafić w punkt, w którym głośnik brzmi najlepiej (tzw. sweet spot). Dotyczy to jednak nie tylko pozycji słuchającego, ale też samego głośnika. Można go dowolnie przestawiać w pomieszczeniu i przy każdej zmianie lokalizacji HomePod ponownie tak ustawi swoje parametry odtwarzania, żeby było optymalnie. Zatem, istotnie, można postawić go po prostu tam, gdzie najbardziej nam odpowiada (choćby wizualnie), a technologia zajmie się resztą.

Druga rzecz, którą słyszy się od razu, to wspaniała separacja instrumentów — jeśli tylko nagranie jest dobrze zrealizowane, nie ma problemów z odróżnieniem poszczególnych instrumentów, nawet w dużych składach. Większość znajomych zwracała na to uwagę, mówiąc, że brzmi on bardzo „czysto”. I na „czystość” tego brzmienia składa się właśnie ta wspomniana rozdzielczość oraz dynamika — i to zarówno w skali mikro, jak i makro.

Oznacza to, że bez względu na poziom głośności, słychać tak samo dużo szczegółów i dźwięk jest tak samo angażujący. W skali makro jest to zadziwiające, ponownie biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary samego HomePoda; można bez problemu słuchać na poziomie 80% bez słyszalnych zniekształceń, a wierzcie mi — poziom 80% w ok. 25m2 pomieszczeniu to w mojej ocenie nic innego jak „impreza”. I to taka, która odbywa się po wcześniejszym upewnieniu się, że za ścianą nie ma sąsiadów tego wieczora. Taka, w której trzeba mówić do siebie podniesionym głosem, mimo że stoi się tuż obok.

Mnie dużo bardziej ciekawił jednak drugi kraniec skali, czyli mikrodynamika. Nie wiem czy uda mi się to dobrze napisać, ale …nasze mieszkanie jest ciche. Po prostu. Nigdy nie mieliśmy telewizora, a pewnie nawet gdybyśmy mieli, to nie byłby włączony w tle. Gdy więc nie jest włączona muzyka, jest u nas cisza. Wiadomo, że 3–latek robi swoje (choć i tu trafił nam się jakiś niegłośny egzemplarz), ale nadal często znajomi zwracają uwagę, mówiąc „ale u Was jest cicho”. Gdy więc włączamy muzykę w tle, ona również nie jest głośno — zostawia miejsce na wspólną rozmowę czy przeczytanie opowiadania dziecku. Nawet teraz, pisząc to w słoneczne przedpołudnie, będąc samemu w mieszkaniu, aktualny poziom głośności z HomePoda to 17%. Wieczorami zdarza nam się słuchać na poziomie 12%, a do zaśnięcia — 8%. I właśnie w tej materii głośnik Apple robi na mnie największe wrażenie. Różnica między nim a Tivoli Model One, który dotychczas nam do tego służył, to przepaść. Są absolutnie nieporównywalne.

I nie są to wyłącznie moje wrażenia. Miałem ostatnio kilka spotkań z przyszłorocznymi parami, podczas których czas umilała nam muzyka z HomePoda. Dwukrotnie zostałem zapytany „co to tak przyjemnie gra?”, a po wskazaniu tego białego cylindra, następowało pytanie „a co to jest?”.

Oprócz tego, że jest po prostu przyjemnie, słychać zaskakująco dużo jak na tak ekstremalnie niskie poziomy głośności. Tak, jakby przejrzystość dźwięku zupełnie nie była powiązana z jego głośnością (normalnie jest właśnie przeciwnie — potrzeba naprawdę dobrych głośników, żeby cieszyć się dobrą mikrodynamiką).

Jest to ściśle powiązane z charakterystyką HomePoda, co do której w Apple podjęto kilka ciekawych decyzji. Przede wszystkim, nie jest ona płaska. Nawet nie stara się być. Przede wszystkim wyraźnie słychać podbicie górnej średnicy (prawdopodobnie mające na celu „wybicie” się wokalu, co w połączeniu z ukierunkowaniem poszczególnych fragmentów pasma w inne strony ma stworzyć jeszcze większe wrażenie głębi i przestrzeni) oraz podbicie górnego zakresu niskich tonów (okolice 150, może 200 Hz), co z kolei wpływa na efektowność (żeby nie powiedzieć „efekciarstwo”) dźwięku. Wystarczy bowiem włączyć np. Trentemøllera czy Moderata, żeby każdy fan dobrej elektroniki powiedział „wow”.

Z basem w ogóle jest tu ciekawie, bo gdy tylko jest on zarejestrowany w utworze, nigdy nie mógłbym powiedzieć, że jest go za mało (a z takimi opiniami spotkałem się w innych tekstach — nie wiem czego ci ludzie słuchają); początek „Nie wrócisz” rodzimego Xxanaxxu brzmi wręcz niewiarygodnie dobrze. Podobnie to jak ów bas „rozlewa” się w „Belong to the World” amerykańsko–sudańskiego rapera Oddisee. Nawet teraz, gdy w tle leci moja playlista do pisania — aktualnie „Greyscale: Colour” z Monument Valley 2 Todda Bakera — nie mam pojęcia jak ludzie mogą chcieć więcej basu.

Jeśli już, to czasem życzyłbym sobie, żeby nieco zmniejszyć natężenie tego zakresu; coś w stylu „dobra, głośniku, usłyszałem co potrafisz, ale na tę płytę odpuść trochę i zmniejsz dół o jakieś 10%” (np. w „Lovers Rock” Sade). Apple — jak to Apple — nie daje nam żadnej możliwości korekcji dźwięku, więc pozostaje to w kwestii życzeń (choć mam ogromną nadzieję, że — jako że podobnie–sobie–życzących jest więcej — zostaniemy wysłuchani). Nie jest to jednak duży problem w muzyce akustycznej — klasyk „Love is Here to Stay” w duecie Houstona Persona i Rona Cartera brzmi wprawdzie „głęboko”, ale mieści się w granicach moich norm, tym bardziej, że całość jest bardzo przyjemna.

Co warte zanotowania; mimo że głośnik niskotonowy skierowany jest ku górze, to ze względu na to jak niskie częstotliwości potrafi wygenerować, postawienie go na tej samej powierzchni, przy której się pracuje (czyli np. na biurku) — w mojej opinii — nie ma szans się udać. Drgań i wibracji jest po prostu zbyt dużo. Może kto inny miałby na nie większą tolerancję — ja nie dałbym rady tak pracować.

Wracając do samego brzmienia; przez te kilka miesięcy użytkowania, miałem okazję przesłuchać na nim większość albumów czy gatunków, których byłem ciekaw i jeśli miałbym to jakoś podsumować, to wcale nie jestem przekonany, że są jakieś konkretne gatunki, które brzmią dużo lepiej niż pozostałe. Owszem, fani elektroniki czy bardziej tanecznych odmian popu nie będą mieli pewnie żadnych uwag do brzmienia, ale i w wokalnym jazzie spisuje się doskonale (pierwszy album Nory Jones ogromnie mnie tu zaskoczył), a nawet — co powinno być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę niepłaską charakterystykę — fortepian brzmi bardzo dobrze. Pozostałe gatunki nadal brzmią jednak co najmniej zadowalająco, choć np. w rocku — jak zawsze — duże znaczenie ma jakość samej realizacji (choć rozdzielczość i separacja instrumentów w HomePodzie jest w stanie trochę tu pomóc). Nie udało mi się jednak znaleźć niczego, co brzmieniowo zdyskwalifikowałoby ten głośnik.

Włączyłem na nim też znany utwór „Hallelujah” Jeffa Buckley’a — ckliwy, ale jednocześnie surowy z ogromnym ładunkiem emocjonalnym; jest on swego rodzaju testem u mnie — musi bowiem zabrzmieć dobrze, żebym coś poczuł.

Miałem ciarki.

I ponownie wrócę do tematu przestrzeni; to, co robi ten głośnik jest niezwykle wciągające. Owszem, wymaga to (przynajmniej ode mnie) pewnego przestawienia się na fakt, że muzyka wydobywa się tylko z jednego punktu, ale słychać i czuć, że dzieje się tu jakaś magia, jakieś technologiczne oszustwo. I nie jest tak, że Apple chce w jakiś sposób oszukać słuchacza, a raczej fizykę. Bo reakcje typu „i TO tak gra?!” są u mnie powszechne.

Na koniec mam jeszcze małe życzenie do kolejnych wersji oprogramowania — limit głośności. Skoro bowiem tak często słucham muzyki w dolnym zakresie natężenia tego głośniki, to chciałbym zobaczyć w opcjach możliwość ograniczenia głośności to poziomu np. 40%, żeby zyskać precyzję w ustawianiu odpowiedniej wartości za pomocą paska na zablokowanym ekranie telefonu czy w Control Center. Bo skoro praktycznie nie używam zakresu 50–100%, to po co cała prawa część tego „suwaka” ma się marnować? A zmiana z np. 8 na 12% bez poproszenia o to głosem jest prawie niemożliwa.

Wspominałem też , że opowiem o małym obejściu dla Spotify — potrzebny jest skrót do aplikacji Shortcuts, który korzystając z tego, że iOS zapamiętuje ostatnio wybrany głośnik w aplikacji Music, na ułamek sekundy uruchamia odtwarzanie w niej właśnie, zatrzymuje je, a następnie przechodzi do Spotify, w którym ten sam głośnik jest już wybrany. U mnie ten skrót nazywa się „Spotify”, więc za każdym razem gdy powiem „Hey Siri, Spotify”, HomePod uruchomi skrót na moim telefonie, więc wystarczy, że go odblokuje i mam przed sobą Spotify z HomePodem wybranym jako głośnikiem, na którym będzie odtwarzane cokolwiek włączę.

Podsumowanie

Kilkukrotnie zaczynałem to zdanie od „jakość dźwięku z HomePoda”, ale to nie do końca oddaje to, o czym chciałbym napisać. Lepszym wydaje mi się „sposób, w jaki HomePod odtwarza muzykę”. Zatem; sposób w jaki HomePod odtwarza muzykę jest wyjątkowy i to nie tylko biorąc pod uwagę jego wielkość (i ogólną, niegłośnikową aparycję), ale także cenę. I żeby to zrozumieć, odciąłem się na chwilę od swojego użycia i ogólnie technologicznego światka i przeanalizowałem w głowie sprzęty, jakie zajmują się odtwarzaniem muzyki u swoich znajomych. U prawie wszystkich, zestawy są droższe niż Homepod, a jednak u nikogo nie brzmi tak, jak z niego. Nie są nawet blisko.

I, oczywiście, może to być kwestia złych zakupowych decyzji, ale jeśli spojrzeć na konkurencyjne produkty, to blisko są jedynie Google Home Max (którego nie słuchałem) i Sonos Play:5 (żona ma w biurze „jedynkę” i „trójkę” i oba stawiam dużo niżej niż HomePoda), z tym, że ten ostatni jest droższy od głośnika Apple aż o 40%, a sam w sobie nie zapewnia obsługi „asystenta głosowego”. A nawet gdyby miał, to dochodzi jeszcze aspekt prywatności — nie wyobrażam sobie postawić w domu słuchającego mnie produktu Google czy Amazonu, nie mając pojęcia kiedy i czego słucha. W tej kwestii dbanie o prywatność (i otwartość w tej materii) przez Apple ma dla mnie duże znaczenie.

Jednocześnie jest to jednak produkt, który ciężko polecić. Brak obsługi Siri w języku polskim skreśla go u większości osób, które znam. Obsługa wyłącznie z produktów marki Apple byłaby być może do przełknięcia, ale brak natywnej obsługi Spotify — już trudniejszy do usprawiedliwienia. A jako hub do HomeKit — swoista furtka do łatwej „automatyzacji domu” — jest zwyczajnie za drogi. Kto nam więc pozostaje? Ci, którzy tak czy inaczej mają u siebie urządzenia Apple, posługują się językiem angielskim i lubią dobry dźwięk, a nie mają miejsca lub warunków na inne głośniki lub po prostu nie chcą zawracać sobie głowy ich wyborem, konfiguracją, ustawieniem itp. To niewielki target, przyznaję. Przynajmniej aktualnie.

Spojrzenie na historię urządzeń Apple pozwala mieć nadzieję, że „testujemy” pierwszą wersję urządzenia, które z czasem będzie mogło zdefiniować dany segment rynku. Pierwszy iPod, iPhone czy Apple Watch też były ograniczone. Też znajdowaliśmy w nim wady i braki, ale wszystkie one dojrzały, stając się z czasem produktami kompletnymi. Na obecnym etapie HomePodowi do tego dość daleko. A jeśli równolegle ze zmianami w oprogramowaniu, zarówno tymi przynoszącymi nowe funkcje, jak i uzupełniającymi braki, pojawi się np. HomePod mini — oferujący wprawdzie mniejszy dźwięk, ale tę samą funkcjonalność za jeszcze mniejsze pieniądze, być może więcej osób będzie skłonnych sprawdzić jak to wpływa na ich codzienność (przy okazji; ja z kolei nie miałbym nic przeciwko posłuchaniu wersji HomePoda w wersji Plus/Max czy jakkolwiek miałby być nazwany — skoro to maleństwo potrafi tak grać, to co by było, gdyby ta sama technologia pojawiła się w np. dwukrotnie większym głośniku).

To, co jednak już cieszy mnie już teraz, to fakt, że bez względu na to jak potoczy się historia zmian oprogramowania, sprzęt, który stoi u mnie na blacie, nie zmieni się. Zawsze już będzie grał tak dobrze, czarując z dźwiękiem w sposob podobny, w jaki fotografia obliczeniowa w iPhone’ie potrafi wygenerować obraz bliski temu, do czego zwykle potrzebny był duży aparat, z dużą matrycą i dużym obiektywem.

Zanim więc możliwości głosowego asystenta będą przypominać te znane z filmu „Her”, ja będę cieszył się bardzo przyjemnym tłem dźwiękowym w swoim mieszkaniu, wspólnie z domownikami. Na dowód tego, chciałbym Wam coś pokazać. Odkąd tu mieszkamy, na ścianie w kuchni wisi ramka. Początkowo był w niej napis „But first, coffee”. Kilka lat temu zmieniliśmy go na „Happiness is easy”, a obecnie jest w niej „This kitchen is for dancing”.

Wydaje mi się, że to ładnie podsumowuje wpływ HomePoda na naszą codzienność.

Peak Design Everyday Backpack 20L

Nigdy nie chciałem mieć plecaka fotograficznego. Jestem przecież fotografem ślubnym, a ktoś taki plus plecak nigdy nie wyglądał dobrze w moich oczach (choć to pewnie tylko dlatego, że ubieram się do pracy elegancko). Wystarczyło jednak kilka sesji w górach czy trudniej dostępnych miejscach, wymagających niekrótkiego spaceru, żeby uznać wyższość plecaka nad moimi torbami w takich warunkach. Rekonesans trwał dosłownie moment — wpisałem backpack oraz wishlist w polu przeszukiwania swojej „bazy wszystkiego” (w DEVONthink) — pamiętałem bowiem, że tak opisałem kiedyś kilka linków na wypadek, gdybym zmienił zdanie w kwestii toreb. Większość ze wspomnianych odnośników kierowała do strony Peak Design. Oczywiście nie bez przyczyny — ich pierwsze kickstarterowe kampanie (najpierw torby naramiannej, później plecaka i dwóch innych toreb; obie rekordowe w tamtych czasach — zamiast $100k zebrano prawie $5M w pierwszej i zamiast $500k — ponad $6,5M w drugiej) obserwowałem z zapartym tchem. Wyglądało bowiem na to, że ktoś usiadł i zaprojektował plecak (i torby) fotograficzny od zera, kierując się głównie jego funkcjonalnością i to — jak zostało przedstawione w materiałach reklamowych — bez kompromisów.

Zamówiłem więc, mimo że jego cena zdecydowanie nie należy do niskich. Mam jednak chyba trochę za dużo lat, żeby nawet próbować rozwiązań typu „a może da się tak samo dobrze, tylko taniej?”. Zbyt wiele razy przekonałem się też, że za ceną premium często kryje się tożsama jakość.

Pierwsze wrażenie po otwarciu przesyłki było właśnie takie — ależ on jest wykonany! I użyte materiały — zarówno te tekstylne, jak i metalowe — i przeszycia, i ukryte magnesy, i mechanizm otwierania głównej komory od góry. Trzeba tego dotknąć, żeby zrozumieć, bo nawet video nie oddaje tego jak dobre wrażenie robi to wszystko na żywo.

Pierwsze, co zrobiłem, to oczywiście otwarcie górnej klapy, bo o mechanizmie za to odpowiedzialnym naczytałem i nasłuchałem się najwięcej. I istotnie, rozwiązanie jest szalenie ciekawe — łączy ono sprężystą rączkę i zapadkę z jednym z czterech uchwytów na przedniej ściance. Co więcej, zarówno rączka, jaki i uchwyty mają ukryte magnesy, które dodatkowo pomagają w odpowiednim zapięciu. Uchwyty są cztery, co pozwala na zmianę pojemności górnej części plecaka.

Otwarcie bocznych klap było kolejnym miłym zaskoczeniem — jak płynnie działają te zamki! Mam awersję do zamków niskiej jakości; błyskawicznie je rozpoznaję i bardzo często to właśnie one potrafią zdyskwalifikować produkt (najczęściej bluzę lub kurtkę).

Te tutaj są najlepszymi z jakimi miałem do czynienia. Nie tylko działają z należytym, przyjemnym oporem, ale działają perfekcyjnie gładko na całej długości (w tym na łuku, gdzie podejrzewałem, że trzeba będzie użyć nieco większej siły).

No i są „pogodoodporne”. Oraz mają suwaki po obu stronach.

Po otwarciu klap plecak prezentuje się tak:

A tak wygląda od boku:

I to właśnie wyróżnia go spośród większości plecaków fotograficznych. W przypadku Everyday Backpack twórcom zależało nie tylko na bezpiecznym transporcie fotograficznych dóbr, ale także na łatwym i szybkim do nich dostępu. Ich rozwiązanie polega więc na tym, że po założeniu plecaka na plecy, ściąga się go z jednego ramienia i przesuwa go pod ręką tak, żeby mieć go z przodu — jest on wówczas odwrócony bokiem, dając dostęp do głównej komory za pomocą jednej z klap. Opisane w ten sposób wydaje się to być czynnością złożoną, ale w praktyce — głównie dzięki mechanizmowi regulacji długości ramienia i dodatkowej pętelce na kciuk — jest jednym płynnym i szybkim ruchem.

We wnętrzu znajdują się przegrody (co jest standardem w niemal każdym plecaku fotograficznym), które można umieścić na niemal dowolnej wysokości, dostosowując wnętrze plecaka do swoich potrzeb.

Unikalny dla Peak Design jest jednak sposób stawiania dodatkowych przegród za pomocą unoszonych klap (po dwie na każdej z przegród).

Pozwalają one na podzielenie głównej komory aż na 9 (a tak naprawdę 10, ale o tym później) mniejszych części.

Boczne klapy także zostały wyposażone w kieszonki, kryjące się pod kawałkiem elastycznego materiału, odkrywanego po odpięciu kolejnego wspaniale działającego zamka błyskawicznego. Z jednej strony jest 5, z drugiej 3 kieszonki różnej wielkości — wszystkie wykonane z bardzo rozciągliwej tkaniny, która z dość dużą siłą przytrzymuje włożone do nich przedmioty. W tych częściach plecaka kryje się jeden z moich ulubionych „smaczków” z nim związanych. Otóż, wspomniane kieszonki mają na środku przeszycia — czasem czerwone, czasem czarne.

Pozwala to na opracowanie własnego systemu np. „w czarnych trzymam naładowane baterie, w czerwonych wyczerpane”. Proste, a szalenie przydatne. Podobną sympatią darzę uchwyt do breloczka na klucze. I piszę to jako ktoś, kto nigdy w życiu nie miał breloka do kluczy, bo zwyczajnie ich nie lubi.

W tym przypadku jednak, Peak Design wyposażył plecak w specjalną „kotwicę” i zaczep do niej umieszczony na pasku chowanym w jednej z bocznych kieszeni, co umożliwia łatwy i szybki dostęp do kluczy (ileż to razy stałem przed drzwiami w środku nocy przeszukując swoje torby w poszukiwaniu kluczy, które w porannym biegu wrzuciłem gdzieś bezwiednie). Przyznaję, że myślę o tym, żeby tych zaczepów dokupić sobie więcej — tak mi się to spodobało.

To, oczywiście, nie koniec. Po otwarciu komory od góry, w przedniej ściance znajduje się jeszcze jedna, niewielka kieszonka z ukrytym magnesem, która w założeniu ma pomieścić paszport, portfel lub inne cenne przedmioty, bo jednak dostęp do niej dla osób niepowołanych jest bardzo trudny.

Za główną komorą mieści się jeszcze przestrzeń na laptopa, mieszcząca nawet 15-calowego MacBooka Pro (także starsze modele). W jej wnętrzu znalazła się także przegroda na tablet (10,5-calowy iPad Pro mieści się tam bez problemu) oraz wyściełana miękkim materiałem płytsza przestrzeń na np. okulary.

Na zewnątrz zaś znajdują się dwie boczne – już nie zamykane — kieszenie na np. butelkę z wodą lub nieduży statyw. Obie są bardzo rozciągliwe, więc nieużywane są niejako „przytulone” do plecaka, ale mieszczą zaskakująco dużo.

To tyle w teorii — a jak wygląda praktyka? Ile rzeczywiście jestem w stanie do niego zapakować?

Cóż, na sesje jeżdżę z dwoma aparatami (to ta moja „zdrowa paranoja” — zawsze mam z tyłu głowy lęk, że przecież jeden z tych aparatów może przestać działać, a jeśli nastąpi to na np. szczycie góry, na który wchodziliśmy ostatnie 3 godziny, to co?) więc pierwsza próba zapakowania plecaka miała na celu odpowiedź na pytanie „co poza dwoma Canonami 5D4 uda mi się do niego zmieścić i czy to będzie wystarczająco, żeby na sesje móc nie zabierać niczego więcej?”. Zapakowałem go więc w następujący sposób:

Na samym dole jeden korpus z 50L oraz 135L za ścianką. W środkowej przegrodzie drugi korpus z 35L, a w górnej obie ścianki postawione i w dwóch większych 24/1.4 i 85/1.4, a w środkowej — Fujifilm X100T. Wygląda to tak:

I tak zapakowany plecak nadal można zapiąć na pierwszą sprzączkę (czyli bez żadnego rozszerzenia pojemności).

Do tylnej komory bez trudu wchodzi wówczas mój iPad, o którego nieco się jednak bałem. To dość delikatny i cienki kawałek szkła i metalu — bałem się, że przyciśnięty kilkoma kilogramami sprzętu fotograficznego może być narażony na różne siły, które mogą go wygiąć. Pierwsze tygodnie używania plecaka uspokoiły mnie znacząco. Okazało się bowiem — co odkryłem przypadkiem — że te komory są na tyle od siebie oddzielone, że nie powinienem się o to bać. Wspomniany przypadek to sytuacja, w której w miejsce iPada (ale bez samego tabletu) włożyłem cztery odbitki 15×23 cm (testowe wydruki, więc nie zależało mi na nich jakoś szczególnie, ale też nie chciałem ich wyrzucać) i razem z resztą sprzętu miałem na plecach przez kilka chwil. Wyciągnąłem je i okazało się, że papier nawet nigdzie nie pękł ani się nie wygiął. Nie mam pod ręką żadnego laptopa, ale wydaje mi się, że do tak załadowanego plecaka wchodziłby raczej ciasno (tym bardziej, że wykorzystuje on wówczas przestrzeń wewnątrz plecaka, tj. komora na laptopa rozszerza się do środka).

We wspomnianej wcześniej, wyściełanej miękkim materiałem, kieszonce mieszczę notes Hobonichi oraz Apple Pencil.

Warto przy tym pamiętać, że ta kieszeń „korzysta” z tej samej przestrzeni co dwa obiektywy i X100T, więc nie sposób zapakować ją bardziej. I choć np. mój WD MyPassport Wireless Pro mieści się do tej kieszonki, to jednak dysk z Fujifilm o siebie uderzają i choć są oddzielone materiałem, więc wiem, że żadnemu nic się nie stanie, to jednak staram się unikać takich sytuacji.

Co zaś tyczy się tej najmniejszej kieszonki wewnątrz — mieszczę w niej portfel, telefon (iPhone 7 ustawiony pionowo blokuje magnes, ale po włożeniu da się go obrócić do pozycji poziomej — aktualizacja: iPhone Xʀ już się tak nie mieści) oraz notes Field Notes — ten ostatni również „na styk”.

Zewnętrzne kieszenie bez problemu mieszczą mojego małego Kinto Tumbler (pisząc „bez problemu” mam na myśli „pewnie nawet nie orientują się, że coś zostało do nich włożone”), podobnie jak 600-mililitrowa butelka mojej Żony.

Tak samo wygląda sprawa z małym statywem.

Tak zapakowany plecak waży ponad 8 kilogramów — wartość niemal zabójcza dla torby na ramię — ale zupełnie tego nie czuć.

Rozkład masy na ramionach jest doskonały, a przez fakt, że same szelki są bardzo wygodne (po części dlatego, że są wykonane z materiału, który jest na tyle twardy, że nie „wpijają” się one w ramiona, a po części dlatego, że są przymocowane w taki sposób, że dostosowują się do szerokości pleców „nosiciela”), w ogóle nie czuję potrzeby używania pasa biodrowego (który — jak wszystkie paski w tym plecaku — nieużywany chowa się w bocznej kieszonce).

Przydatny jest natomiast pasek łączący szelki na wysokości klatki piersiowej i — jak większość elementów w Peak Design — też jest wyjątkowy. Otóż, nie tylko pozwala na regulację długości jedną ręką i nie tylko może być zapięty na jednej z kilku wysokości, to jeszcze można go przypiąć tylko do jednej szelki, gdy nie chce się z niego korzystać, w taki sposób, że w żaden sposób nie wisi i tym samym, nie buja się, idąc (dlatego żałuję bardzo, że zgubiłem go w Tatrach — dla chętnych; powinien być gdzieś na Nosalu).

Everyday Backpack wyposażony jest w kilka innych, mniejszych pasków, pozwalających na przypięcie dodatkowych rzeczy (jak np. śpiworu czy kurtki) na zewnątrz plecaka, ale jeszcze nie miałem okazji ich użyć. Za to bardzo polubiłem fakt, że ma on trzy rączki do przenoszenia — jedną u góry, jak wszystkie plecaki i dwie po bokach. To bardzo ułatwia wyciąganie go z samochodu czy przenoszenie między lokalizacjami podczas sesji.

Plecak miałem dotychczas ze sobą na dziesięciu ślubach i pięciu sesjachi tylko raz użyłem drugiej od dołu sprzączki (gdy górną część komory miałem wyładowaną wkładami do Instaxów), to — nie licząc sesji — pełnił on wyłącznie funkcję „transportera korpusów”. Nadal nie wyobrażam sobie pracować z nim podczas reportażu (choć tylko ze względu na fakt, że jestem ubrany na tyle elegancko, że moje Billinghamy pasują mi dużo bardziej). Co więcej — bez względu na kwestię ubioru — ciężko byłoby mi polecić go fotografowi ślubnemu, dla którego miałby to być jedyny plecak, chyba, że rzeczywiście miałby mieć go cały czas na plecach. Chodzi bowiem o to, że został on zaprojektowany w taki sposób, że dostęp do jego zawartości jest wygodny, gdy plecak jest założony. W przypadku odstawienia go, żeby dostać się do wnętrza, trzeba położyć go bokiem na podłożu — nie zawsze jest ono czyste czy przyjazne plecakowi. I choć nie martwiłbym się o sam plecak (tj. jego trwałość) to jednak cały ten brud znajdzie się na moich rękach, gdy będę chciał dostać się do wnętrza plecaka z drugiej strony.

Czy więc ten plecak ma jakieś poważne minusy? Jest kilka rzeczy, które nasuwają mi się na myśl, choć nie ma wśród nich tego, czego obawiałem się najbardziej. Otóż, gdy zobaczyłem ten system przegród i stawianych ścianek, uznałem, że włożone tam obiektywy nie będą ciasno otulone. I, istotnie, nie są, ale w niczym to nie przeszkadza. Ten margines przestrzeni, który zostaje, jest zdecydowanie zbyt mały, żeby mogły się one przemieścić, a i ja nie skaczę z plecakiem, żeby mogło to im w jakiś sposób zaszkodzić. Trzeba jednak pamiętać, że mówię o jasnych obiektywach do pełnoklatkowego aparatu, które są jednak duże i ciężkie. Nie wiem czy miałbym takie samo zdanie, gdyby chodziło o małe Voigtlandery czy obiektywu systemu Fujifilm X. Przy okazji wielkości; byłbym pewnie jeszcze bardziej zadowolony z tego plecaka, gdybym pracował tylko jednym korpusem. Albo używał Canonów 6D, a nie 5D. Te większe bowiem, choć się mieszczą, to dość ciasno, zwłaszcza z wkręconymi uchwytami do moich szelek w gwintach statywowych — te dodatkowe kilkanaście milimetrów nieco utrudnia sprawę. Z kolei gdybym używał tylko jednego aparatu, wówczas najniższą przegrodę przesunąłbym wyżej i dzięki temu zyskał jeszcze jedną przestrzeń na dnie plecaka (to miałem na myśli, pisząc wcześniej o 10 przegrodach).

Mógłbym się też przyczepić tego, że najwyższe „piętro” jest nieco niewykorzystaną przestrzenią, gdy używam go jako plecaka codziennego (tj. na przykład na wycieczkę z jednym aparatem, dwoma obiektywami, jakąś bluzą itp.), ale to mam zamiar „naprawić” produktem o nazwie Tech Pouch z ich nowej linii Travel, zakładając, że się zmieści.

Przeszło mi też przez myśl, że — tak jak właśnie we wspomnianym Travel — Everyday Backpack mógłby mieć wyciąganą komorę z przegrodami, po to, żeby łatwiej można było zamienić go właśnie w …„Everyday backpack”. Aktualnie, trzeba bowiem wyciągać wszystkie lub część przegród, gdy chce się go zabrać np. na siłownię czy basen, a potem skrzętnie umieścić je w swoich pozycjach, trochę „na oko”, bo nie ma sposobu, aby to oznaczyć. Myślę sobie, że gdyby taka komora była wyciągana, to pewnie dokupiłbym drugą, żeby mieć osobne „do pracy” i „na codzień”, nie musząc ich konfigurować na nowo za każdym razem. Żadnych innych uwag jednak nie mam, co dla wszystkich, którzy mnie znają, powinno być wyznacznikiem tego, jak dobry to jest produkt (bo z reguły nie mam problemu, żeby znaleźć dziesiątki problemów, błędów projektowych czy źle podjętych decyzji w produktach wszelkiej maści).

Bardzo jestem ciekaw czy i na ile moje zdanie o nim się zmieni w kolejnych miesiąch (i potem latach) używania.

Peak Design Tech Pouch

Gdy w jednym z „à propos piątku” wspominałem o nowej linii produktów marki Peak Design — Travel Line — bardziej niż duży plecak zainteresowała mnie wówczas „sakiewka na okołotechnologiczne gadżety”. Taki organizer na te wszystkie przejściówki, przewody, baterie, ładowarki i akcesoria, z którymi większość z nas podróżuje.

Sama sakwa została stworzona jako akcesorium do dużego plecaka (Travel 45L), którego boczne „skrzydła” — w odróżnieniu od Everyday Backpack — nie mają w sobie kieszonek na mniejsze akcesoria.

Całość została zaprojektowana w sposób charakterystyczny dla Peak Design — funkcjonalny minimalizm bez zbędnych ozdobników, z równie minimalnym logo (jak ja to lubię — jest czarne na czarnym, wygląda trochę jak lakier wybiórczy na wizytówkach; jest widoczne tylko pod odpowiednim kątem).

Na zewnątrz znajdują się też cztery rączki, służące do wyciągania sakwy z plecaka/torby/walizki, jak również pozwalające na lepszy chwyt, gdy chce się ją otworzyć, trzymając w jednej ręce (super wygodne!).

Dodatkowo są tu też dwa zaczepy, pozwalające na instalację charakterystycznych dla Peak Design kotwic, do których można przypiąć pasek i używać Tech Pouch jako podręcznej mini–torby.

Jej wnętrze, rozkładające się jak akordeon, skrywa aż 21 przegródek i 4 uchwyty na długopisy, pozwalających na pogrupowanie zawartości w taki sposób, żeby poszczególne elementy o siebie nie ocierały i zostały trzymane w miejscu, w które zostały włożone — dzięki temu nawet odwracanie sakwy do góry nogami nie czyni żadnych szkód w jej wnętrzu.

Tech Pouch posiada też jedną zewnętrzną kieszonkę; głównie z myślą o telefonie, ale bez trudu pomieści tam także paszport i inne ważne dokumenty. To, co jednak lubię najbardziej — bo właśnie z takich udogodnień znany jest Peak Design — to otwór na ściance pomiędzy tą kieszonką na telefon a główną przestrzenią wewnątrz.

Pozwala on na przeciągnięcie przewodu, żeby np. ładować telefon z umieszczonego w organizerze powerbanku, nie ryzykując, że porysuje on naszego nowiutkiego, błyszczącego smartfona. Otwór jest na tyle duży, że bez przeszkód pozwala na przeciśnięcie nawet wtyczki USB-A, zatem z mini-USB, micro–USB, Lightning czy USB-C nie ma najmniejszego problemu.

Główna przegroda podzielona jest na trzy główne i dwie „poboczne” części. Lewa i prawa komora mieszczą po trzy kieszonki na bocznej ściance oraz po dwa uchwyty na długopis pod górną krawędzią.

Zarówno kieszonki, jak i uchwyty wykonane są z elastycznego materiału, który sprawia, że można w nich zmieścić nieco większe przedmioty, niż można by początkowo przypuszczać — ot, chociażby Samsung T5 (czy inne zewnętrzne dyski SSD) czy bateria do „dużego” Canona (LP-E6N) wchodzą tam bez oporu, ale nie wypadają same (nawet jeśli odwróci się sakiewkę) — zaleta użytego materiału.

Środkowa część skrywa w sobie jeszcze dwie, podobne (choć większe) rozszerzalne kieszonki oraz jedną, zamykaną na zamek. Ta stworzona jest z myślą o kartach do aparatów — na jednej ze ścianek ma pięć kieszonek (również delikatnie rozciągliwych), z których trzy większe mieszczą karty CF albo karty SD w opakowaniu, a dwie mniejsze — karty SD (bez opakowania) lub mniejsze drobiazgi.

Są jeszcze te dwie części, które nazwałem „pobocznymi” — są one niejako „przyklejone” do środkowej części, zawierają po dwie duże kieszenie z każdej strony, które tym razem nawet bok mają elastyczny.

I choć objętość całego organizera jest przecież skończona, to fakt, że tak wiele jego elementów jest wewnątrz elastycznych, pozwala na spory zakres konfiguracji jej pod siebie za pomocą umieszczania odpowiednich elementów w odpowiednich miejscach, mając na uwadze to, jak będą na siebie działały po złożeniu.

Domyślam się jednak, że taki opis — bez względu na to jak dokładny — nie jest w stanie zobrazować tego, co faktycznie można tam zmieścić, więc spakowałem ją tak, jak planuję ją zabierać na tegoroczne ślubne wyjazdy:

Na zdjęciu (i w Tech Pouch) znalazły się:

  • 3 baterie do Canona
  • ładowarka do baterii do Canona (nigdy w życiu jej nie użyłem na zleceniu, ale zawsze boję się pojechać bez niej, bez względu na to ile baterii mam ze sobą),
  • bateria do Fujifilm X100T,
  • ładowarka do baterii do Fujifilm (jako że X100T można ładować za pomocą USB, to ta jest tu najmniej potrzebna, ale jednak pakuję),
  • przewód do obu powyższych ładowarek,
  • zapasowa stopka do statywu (ileż to razy wyjechałem gdzieś ze statywem, ale bez stopki… dlatego właśnie mam je zapasowe),
  • zegarek biegowy,
  • płytka do jego ładowania,
  • uniwersalna ładowarka (z dwoma USB),
  • przewód USB — mini–USB (do ładowania X100T, Kindle’a itp.)
  • (z jakichś przyczyn nieujęty na fotografii) przewód USB 3.0 — USB (do ładowania dysku WD MyPassport Wireless Pro),
  • pióro,
  • zestaw zapasowych nabojów do pióra (prawie zawsze wyczerpują mi się one właśnie gdy jestem poza domem),
  • przejściówka Lightning — minijack,
  • Apple Pencil,
  • przejściówka do ładowania Apple Pencil,
  • 3 zdalne wyzwalacze do lamp błyskowych,
  • zestaw wizytówek,
  • kilka kart CF i SD.

Zapakowany w ten sposób Tech Pouch jest „wypchany” w ok. 85%. Spokojnie zmieściłoby się jeszcze kilka przewodów czy innych drobiazgów, ale po pierwsze, niczego więcej nie potrzebuję, a po drugie — nie lubię, gdy jest wypchany bardziej niż …optymalnie.

I choć sakwa należy do linii Travel, to okazuje się, że z plecakiem Everyday Backpack też „współpracuje” doskonale. Ma niemal tę samą szerokość, więc czasem — gdy wyjeżdżam tylko z jednym aparatem (czyli prywatnie) — umieszczam ją na samym dole, ale równie dobrze mieści się na najwyższym „piętrze”.

Co zaskakujące, gdy jest tam umieszczona pionowo (jak na zdjęciu), plecak wciąż można zapiąć na pierwszą sprzączkę.

Jedyny kłopot przy takim jej ułożeniu, to wyciąganie jej przez górny otwór — mimo że sakwa ma aż cztery rączki do jej wyciągania, to żadnej nie ma u góry. Wysuwam ją wtedy przez jedną z bocznych klap, bo tak jest zdecydowanie wygodniej.

Umyślnie nie poruszam w tym tekście kwestii ceny produktu — ja kupiłem go za $48 podczas kampanii trwającej na Kickstarterze. Cena rynkowa została ustalona na $60, a polski dystrybutor wycenił ją na 269 zł. To strasznie dużo, wiem. Ale — tak jak napisałem w kwestii plecaka:

Zamówiłem więc, mimo że jego cena zdecydowanie nie należy do niskich. Mam jednak chyba trochę za dużo lat, żeby nawet próbować rozwiązań typu „a może da się tak samo dobrze, tylko taniej?”. Zbyt wiele razy przekonałem się też, że za ceną premium często kryje się tożsama jakość.

Tak też było i w tym przypadku.

Ogólnie rzecz biorąc, nie tylko nie mam się tu do czego przyczepić, a sam produkt cieszy mnie dużo bardziej niż przypuszczałem. Bo choć wiedziałem, że jego funkcjonalność będzie przydatnym udogodnieniem podczas wyjazdów, to nie przeszło mi przez myśl, że stanie się również domowym organizerem technologicznych drobiazgów.

Bo jasnym jest pewnie, że nie wypakowuję jego zawartości po każdej podróży, a tym samym za każdym razem gdy szukałbym w domu np. przejściówki do ładowania Apple Pencil lub płytki statywowej — teraz nie muszę, bo wiem dokładnie, gdzie ich miejsce.

 

Canon 35/1.4L II

Nie jestem dobry w opisywaniu czy recenzowaniu obiektywów. Nigdy nawet nie próbowałem być. Bo — bez względu na to jak głupio to zabrzmi — oceniam obiektywy sercem, nie głową.

Nie interesują mnie więc specyfikacje, wykresy, a nawet coś takiego jak ostrość jest u mnie poza pierwszą trójką najbardziej pożądanych cech.

Najważniejsze jest dla mnie tzw. „obrazowanie” czy „rysowanie” obiektywu — co jest prawdopodobnie najbardziej subiektywnym kryterium jakie istnieje — oraz to, czy mogę na nim polegać.

Gdy używałem Canona 5D (pierwszej wersji), miałem do niego 35-tkę f/2.0.

I, oczywiście, nie chodzi o ten model ze stabilizacją z 2012 roku (musiałbym się o przenieść o kilka lat do przodu), a ten z lat 90-tych. Był plastikowy (metalowe miał tylko mocowanie) i strasznie głośny (na forach był pieszczotliwie nazywany „wiertarką” i nie brało się to znikąd), a jednak pokochałem tę ogniskową. Zamiana na wyższy model (35/1.4L) w tamtych czasach nie wchodziła w grę — obiektyw kosztował prawie 6000 zł (czyli ponad 5–cio krotnie więcej niż 35/2.0). I nagle, znikąd, na rynek profesjonalnych obiektywów wkroczyła Sigma z serią Art i modelem 35/1.4. Był cały metalowy, kosztował 3200 zł i — wszystkie testy to potwierdzały — był lepszy niż canonowska „eLka”. Za połowę ceny.

Skusiłem się. Początkowo byłem zachwycony i nawet myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. Czas jednak mijał, a razem z nim mój zachwyt. Obiektyw wciąż był dobry, ale coraz mniej mogłem na nim polegać. Tak, jakby się starzał. Musiałem robić coraz więcej powtórzeń każdego ujęcia, żeby upewnić się, że któreś będzie ostre, a przy zdjęciach z dużej odległości było to prawie niemożliwe. Kalibracja (i za pomocą docka usb i w serwisie) pomagała tylko na chwilę i często poprawiała tylko zachowanie przy bliskich odległościach. Obiektyw wciąż był w pełni sprawny, a jednak moje zaufanie do niego malało z każdym ślubem czy każdą sesją. Podczas zimowej sesji w Karkonoszach przesadził i uznałem, że to nie może tak wyglądać, że nie mogę być ograniczony tak często używaną przeze mnie ogniskową.

Byłem wówczas na etapie wymiany aparatu — kupowałem (pierwszego u siebie) Canona 5D mark IV i zadziałała u mnie ta nierozsądna (z perspektywu budżetu; idiotyczna wręcz) logika — skoro wydaję kilkanaście tysięcy na aparat, to równie dobrze mogę jeszcze dorzucić do zamówienia obiektyw za kolejne osiem — co za różnica?

Kupiłem więc następcę wcześniejszej „eLki” — Canona EF 35/1.4L II. I przepadłem.

Bo mimo że jest duży, i ciężki, i drogi (!), to okazał się dokładnie tym czym Sigma nie była. Pewnym kompanem. Tym, który był wyciągany z torby za każdym razem, gdy chciałem mieć 100–procentową pewność, że zrobione zdjęcie będzie ostre. I owszem, używam go dopiero od roku (a Sigmę miałem przez 4 lata), więc ma jeszcze trochę czasu, żebym zmienił o nim zdanie, ale wydaje mi się, że po raz kolejny po prostu przekonałem się, że w tym świecie nie ma „dzikich okazji” — jeśli coś jest 2,5–krotnie tańsze, to pewnie jest ku temu jakiś powód.

Jedyne czego obawiałem się przed zakupem, to to, że obiektyw ten nie będzie flarował. Wiem, to może brzmieć dziwne — przecież właśnie to jest zadaniem inżynierów; stworzyć obiektyw, który m.in. nie będzie generował flary na zdjęciach bez względu na to, jak jest ustawiony względem światła. Jednak dla kogoś, kto bardzo lubi fotografować pod słońce i flarę traktuje jako element uatrakcyjniający zdjęcie (i z tego powodu moja osłona przeciwsłoneczna wciąż jest zafoliowana), było to dla mnie ważne. I, rzeczywiście, poprzedni model był pod tym względem gorszy (z punktu widzenia inżynierów optyki)/lepszy (z mojego punktu widzenia), ale mimo to jest dużo lepiej niż myślałem.

Sami zobaczcie:

Więcej przykładów będzie w linku poniżej.

Przy okazji chciałbym już któryś raz zauważyć jak bardzo uniwersalna jest ta ogniskowa; pamiętacie fotografie w tekście o słuchawkach B&O H6? To był mój mały eksperyment — wszystkie zdjęcia tam są wykonane właśnie tą 35-tką.

I tak jak wspominałem wcześniej, ostrość nie jest dla mnie najważniejszym aspektem obiektywu, ale przyznaję — kilka powiększeń 1:1 zrobiło na mnie kolosalne wrażenie.

Ciężko jest pokazać takie coś na stronie, bo jednak dużo zależy od wielkości ekranu na jakim będziecie to oglądać, ale spróbuję mimo wszystko, a do tekstu — w formie załącznika — dodam kilka niewyostrzonych zdjęć, żeby ci bardziej zainteresowani z Was mogli sobie pooglądać je z bliska.

Wrażenie było o tyle silniejsze, że niekiedy nie widać różnicy w ostrości między obiektywem przymkniętym do f4, a tym otwartym całkowicie:

Sam zakup obiektywu doskonale wpasował się także w moje ubiegłoroczne założenie/zadanie (staram się robić sobie takie co roku) — „więcej ruchu na sesji”. Doskonale się tego nadał, sprawiając, że ponad 40% zdjęć z sesji powstało właśnie nim.

Żeby nie przeładowywać tego tekstu przykładowymi zdjęciami, zebrałem swoje ulubione fotografie z tego obiektywu i umieściłem pod osobnym linkiem. Tu chciałbym pokazać tylko kilka z nich, żeby dodać, że — ze względu na odległość — Sigmą nie odważyłbym się ich zrobić (a jeśli już, to wyłącznie z manualnym ustawieniem ostrości):

A tutaj — zobaczcie:

Przy czym to drugie było na f/1.4.

Pozostałe — tj. nieślubne zdjęcia — z niego możecie zobaczyć także w dzienniku, gdzie dzięki tagowaniu, mogę zalinkować bezpośrednio do tych z 35L II.

Wiem, że na rynku jest obecnie wiele dobrych „trzydzistek piątek” — poza wciąż bardzo popularną Sigmą, jest też Tamron oraz manualny Samyang i Zeiss. No i, oczywiście wiele bezlusterkowych alternatyw. Propozycja Canona jest droższa niż każdy z nich, a mimo to, ogromnie się cieszę, że mam właśnie go.

Chętnie widziałbym go mniejszym rozmiarze (już w „czasach Sigmy” potrzebowałem czasu, żeby przywyknąć, że tak długi obiektyw to ogniskowa 35 mm) — Leica udowadnia, że nawet lepszą jakość można uzyskać ze znacznie mniejszego obiektywu, ale z drugiej strony jest on od Canona prawie trzykrotnie droższy (a zatem od Sigmy siedmiokrotnie…), więc w sumie nie ma o czym mówić.

WD My Passport Wireless Pro

Gdy pierwszy raz usłyszałem o tym dysku, pomyślałem, że mogłaby to być ciekawa opcja jako zewnętrzny napęd do iPada, pozwalający na selekcję zdjęć z poziomu tabletu właśnie, także w podróży.

Niestety, szybkie sprawdzenie specyfikacji skreśliło to jako opcję — MyPassport Wireless Pro nie obsługiwał plików RAW, więc był dla mnie bezużyteczny. Jakiś czas później ten brak został naprawiony poprzez aktualizację firmware’u, więc pomyślałem, że może czas spróbować, tym bardziej, że w sieci było bardzo mało materiałów dotyczących tego dysku, a te, które udało mi się znaleźć, były wyraźnie sponsorowane.

Zdecydowałem się więc na zakup, wiedząc, że jest to swego rodzaju eksperyment. Zamówiłem wersję o pojemności 4 TB — największą z możiwych — na wypadek, gdyby eksperyment się udał.

Żeby niepotrzebnie nie przedłużać; nie udał się. Mimo to, jest to ciekawe urządzenie w torbie fotografa (i pewnie filmowca).

Czym to w ogóle jest? WD My Passport Wireless Pro to — w skrócie — zewnętrzny dysk bezprzewodowy. Zatem smartfon, tablet czy komputer mogą mieć dostęp do jego zawartości bez użycia przewodu. Ponadto, ma wbudowany czytnik kart pamięci SD, co pozwala na skopiowanie zawartości karty na dysk bez użycia zewnętrznego czytnika czy, rzecz jasna, komputera. Żeby to wszystko mogło działać bezprzewodowo, wewnątrz obudowy znajduje się też bateria, co jest dość oczywiste. Co jednak zaskakujące, bateria ta może pełnić funkcję powerbanku (o pojemności 6400 mAh) i ładować podłączane do dysku urządzenia.

Przy okazji; połączenie Wi–Fi jest mostkowe — oznacza to, że sam dysk można podłączyć do naszej sieci Wi-Fi, a smartfon czy tablet połączyć z dyskiem, nie tracąc przy tym dostępu do internetu. Bardzo sprytnie.

Skopiowane na dysk zdjęcia można przeglądać z poziomu aplikacji My Cloud, choć — jeśli fotografuje się w RAWach — nie jest to specjalnie wygodne ani szybkie. Nawet miniaturki generowane są bardzo wolno, więc jakakolwiek selekcja żadną miarą nie wchodzi w grę.

Jeśli chciałoby się po prostu skopiować zdjęcie, żeby komuś je przesłać lub umieścić w mediach społecznościowych, to takie rozwiązanie pewnie się sprawdzi, ale z drugiej strony, jeśli używany aparat wyposażony jest w moduł Wi-Fi, to prawdopodobnie szybciej i wygodniej byłoby skopiować wybrane zdjęcie właśnie tą drogą.

Sam import zawartości karty może odbywać się automatycznie po jej umieszczeniu w czytniku lub uruchamiając przyciskiem na obudowie (lub z poziomu aplikacji). Samo oprogramowanie jest na tyle smart, że jeśli dana karta już była w urządzeniu i od tamtego czasu pojawiły się na niej nowe zdjęcia — przy drugim imporcie skopiuje tylko te nowe.

Sam proces importu reprezentowany jest poprzez 4 diody na przedniej ściance urządzenia, z których każda odpowiada za 25% progresu. Dokładny pasek postępu można zobaczyć w aplikacji.

Sama aplikacja, choć prosta (na tyle, że nie wspiera nawet Split Screen), pozwala na podłączenie serwisów typu Dropbox czy Google Drive, co daje możliwość skopiowania danych do jednej z tych chmur bezpośrednio z urządzenia.

Podobną integrację zapewnia wspaniały edytor wideo na iPada — LumaFusion. Aplikacja ma dostęp do plików wideo znajdujących się na dysku i pozwala na ich przeglądanie bez konieczności kopiowania wszystkiego do pamięci iPada. Od pewnego czasu nawet systemowy Files pozwala zajrzeć do zawartości dysku, co daje pewną namiastkę systemu plików i struktury katalogów dla tych, którym tego na iPadzie brakuje.

<img class=”alignnone size-full wp-image-1026″ src=”http://fabryka-pikseli.com/wp-content/uploads/2019/03/IMG_2385.png)

Samo urządzenie pozwala również na instalację serwera Plex, dzięki czemu działa jak przenośny NAS, pozwalając np. na odtwarzanie filmów na iPadzie w podróży — ponownie — bez konieczności zajmowania pamięci samego iPada. I choć, rzeczywiście, uruchomiłem tę usługę i skopiowałem tam kilka filmów ze swojej biblioteki, które chciałbym obejrzeć, to przez 13 miesięcy używania tego dysku zdarzyło mi się to tylko raz.

Ogólnie bowiem, najczęściej traktuję go po prostu jako dodatkową kopię zapasową, którą jestem w stanie wykonać, będąc z dala od domu. Czy to po sesji czy po ślubie, czy w hotelowym pokoju czy w samochodzie — wszędzie mogę zrobić dodatkową kopię zarejestrowanego materiału i podczas całej podróży przechowywać ją gdzie indziej niż karty. Co więcej, ta sama kopia po powrocie do domu może posłużyć jako nośnik, z którego Lightroom zaimportuje zdjęcia szybciej niż z kilku kart.

Czy taka funkcjonalność jest warta ponad 1000 zł? Prawdopodobnie nie (choć 1 TB kosztuje nie wiele ponad 600 zł), ale daje mi trochę większy spokój, gdy używam urządzeń z jednym slotem na kartę (Fujifilm X100T, GoPro, dron czy …Leica Q?). Innymi słowy; nie polecam, chyba, że komuś takie połączenie kopii zapasowej, dużej przestrzeni dyskowej, serwera Plex i czytnika kart w jednej obudowie też się do czegoś przyda.

Braun BNC011

Gdy — najpierw na Twitterze, a potem tutaj — chwaliłem iPhone’a Xʀ za niesamowity czas pracy na baterii, pokazując zrzuty ekranu z wykresami i wyliczeniami, najczęściej spotykałem się z komentarzem mówiącym o tym, że bardzo mało korzystam z telefonu. Ekran baterii z systemowych ustawień mówił wtedy o średnio prawie dwóch godzinach dziennie. Dla mnie to i tak sporo — na 16 godzin, kiedy nie śpię w ciągu doby przez aż 2 używam telefonu? To aż 12% dnia.

Mimo to, wiem, że wielu znajomych i — jak się okazuje — prawdopodobnie wielu z Was używa go jeszcze częściej. I, oczywiście, część tego czasu z łatwością można usprawiedliwić pracą czy chociażby czasem spędzanym ze znajomymi/przyjaciółmi/rodziną, którzy żyją daleko, bo przecież do tego to urządzenie służy. Dlatego wcale nie dążę do redukcji tego czasu do zera. Staram się jednak walczyć z siłą przyzwyczajeń i tym nie–do–końca–świadomym korzystaniem ze smartfona. Pomaga mi w tym kilka rzeczy. O jednej wspomniałem już ostatnio — od czasu testowania bety iOS 12 mam włączony Downtime od 22:00 do 11:00 kolejnego dnia. To oznacza, że próba uruchomienia większości aplikacji na moim telefonie w tym przedziale czasowym kończy się komunikatem:

<img class=”alignnone size-full wp-image-1026″ src=”http://fabryka-pikseli.com/wp-content/uploads/2019/03/1.jpeg)

Zdarza mi się wprawdzie automatycznie tapnąć w przycisk odblokowujący aplikację na kolejny kwadrans, ale najczęściej stopuje mnie to na tyle, że rzeczywiście odkładam iPhone’a, przypominając sobie, że „ja–z–przeszłości” uznałem, że „ja–teraz” nie powinienem.

Druga rzecz uzupełnia tę pierwszą; nie zabieram telefonu do sypialni. Nie używam go przed zaśnięciem i nie jest pierwszą rzeczą, jaką chwytam po przebudzeniu. Nie odczytuję więc żadnych powiadomień i tym samym, nie zaczynam dnia w trybie „reaktywnym” (czyli np. odpowiadając na wiadomości), a zamiast tego, spędzam go zgodnie z planem lub wizją „idealnego, produktywnego poranka”. Gdy o tym mówię, często słyszę w odpowiedzi „ale ja używam telefonu jako budzika”. To bardzo powszechne usprawiedliwienie, ale ja również muszę wstawać na budzik (to już pewnie kwestia wieku). Dlatego na mojej szafce nocnej stoi takowy — analogowy. Klasyczna „kostka” Brauna (#obviously).

Nie ma on żadnych wymyślnych funkcji — ot, zegarek z dość cichym, przyjemnie brzmiącym niemieckim mechanizmem kwarcowym i alarmem, którego głośność zmienia się narastająco. Do aktywacji tego ostatniego wystarczy wcisnąć dół tarczy, która domyślnie jest lekko pochylona. Jej naciśnięcie „prostuje” ją — budzik wówczas jest włączony, co jest sygnalizowane widocznym zielonym paskiem na górnej krawędzi tarczy:

Prosty i skuteczny sposób. Niczego więcej od niego nie wymagam i nie oczekuję, a wspomniany dźwięk bardzo polubiłem, bo kojarzy mi się z czasami, w których analogowe zegarki były standardem w każdym domu. Sam przedmiot doskonale wpasowuję się w filozofię wzornictwa przemysłowego wyznawaną przez Ramsa; jest on bowiem i użyteczny, i estetyczny, i zrozumiały, i długotrwały (czy też „opierający się modom”), a także dopracowany w każdym calu (przykładowo; stopka na spodzie budzika wykonana jest z „gumowego” tworzywa, które zapobiega przesuwaniu się przedmiotu, podczas np. włączania budzika). I właśnie to cenię w nim najbardziej — może się bowiem okazać, że nigdy w życiu nie będę potrzebował żadnego innego budzika. Nie będę musiał (ani — co ważniejsze — chciał) wymieniać go na żaden nowszy model. W ten właśnie sposób zawsze rozumiałem wzornictwo Dietera Ramsa i pozwalam sobie wierzyć, że byłby zadowolony z takiej interpretacji.

Wracając jednak do kwestii używania telefonu w sypialni; wielu z nas używa też telefonu do zapisywania myśli, planowania dnia czy dopisywania pozycji do listy rzeczy do zrobienia i dlatego korzystamy z niego przed zaśnięciem czy po obudzeniu. Wiem, bo sam robiłem tak latami, tym razem usprawiedliwiając się używaniem f.luxa czy pochodnych (czyli aplikacji ocieplających temperaturę barwową ekranu). Odkąd jednak używam Hobinichi, odkryłem, że w kontakcie z papierem. ten proces wygląda u mnie inaczej. Dlatego — jak widać na zdjęciu — obok budzika leży u mnie właśnie wspomiany Hobonichi, notes Field Notes (ostatnio z serii Rams, rzecz jasna) i pióro. Zdecydowanie bardziej wolę w ten sposób zaplanować sobie dzień czy zanotować myśli/pomysły niż mieć iPhone’a przy łóżku. I nawet jeśli czasem muszę przepisać do komputera, to co napisałem ręcznie, to godzę się na to, bo korzyści płynące z opisanej zmiany wciąż znacząco przeważają tę drobną niedogodność.

PS Wiem, że analogowe tarcze zegarków wyglądają najbardziej atrakcyjnie, gdy wskazówki są wskazują albo 10:10, albo 13:50. Wcale nie planowałem jednak się tym kierować. Gdy jednak wczoraj pojawiła się odrobina światła zza okna, uznałem, że to dobry moment, by sfotografować budzik do tekstu. Gdy chwyciłem aparat, zorientowałem się, że jest 10:07, więc poczekałem te kilka chwil :)

Comandante C40 Nitro–Blade (mkIII)

Z młynkiem Comandante sprawa u mnie jest dość zabawna. Albo wstydliwa.

W ubiegłym roku, wspominając o swoim Porlexie mini (którego już wtedy używałem od kliku lat i w „cudawiankach” znalazł się bardziej w odpowiedzi na prośby o opis „kawowego setupu” niż przez fakt nabycia go w tamtym roku), napisałem:

„Gdybym z kolei dziś stał przed wyborem ręcznego młynka do domu, a nie chciał wydać (wciąż dla mnie zaporowej) kwoty, jaką żąda się za młynki Comandante (…)”

Dziś pewnie mógłbym napisać coś podobnego, gdyby nie fakt, że kolega Kuba (dziękuję raz jeszcze!) umożliwił mi poznanie tego młynka przed zakupem. A jak wiadomo, żaden tekst czy nawet filmik nie zastąpi wrażeń organoleptycznych (pewnym paradoksem jest więc fakt, że będę starał się je opisać właśnie w tekście).

Zauroczył mnie sobą (młynek, nie Kuba) już w momencie wyciągania go z pudełka. Metalowy korpus w drewnianej okleinie, ze słoiczkiem i wieczkiem z rączką waży bowiem 622 gramy. To ponad 2,6–krotnie więcej niż wspomniany Porlex. Ta masa sprawia, że od razu ma się pewność, że mamy do czynienia z produktem wysokiej klasy. Jeśli pamiętacie moment, w którym pierwszy raz wzięliście do ręki dobry obiektyw, to tu wrażenie jest bardzo podobne. Dla przykładu (czy zobrazowania) canonowskie 35LII waży 774 gramy, 50L — 602 gramy, a 135L — 720 gramów.

A że Comandante jest objętościowo mniejszy od nich, to jego „gęstość”, a co za tym idzie „odczuwalna jakość” jest nawet wyższa. Robi to naprawdę świetne wrażenie, które nie mija z czasem — mam go od kilku miesięcy, a każdorazowe chwycenie go do ręki sprawia tę samą przyjemność co na początku, którą to drewniana okleina dodatkowo potęguje, eliminując chłód metalowych obudów innych młynków.

W kartonie znajdował się też drugi słoiczek (jeden jest przeźroczysty, drugi ciemno—brązowy) — można je dowolnie między sobą zamieniać i jeden z nich przykręcać do dolnej części młynka, a w drugim odmierzać (ja tak robię) ziarna, transportować je lub przechowywać już zmieloną kawę. Niektórzy narzekają, że ta część jest szklana, bo to wiąże się jednak z pewnym ryzykiem w podróży, tym bardziej, że zestaw nie zawiera żadnego etui czy pokrowca. Mnie nie przeszkadza to tak bardzo, bo wyjeżdżając z reguły mam też przy sobie kilka obiektywów, więc mam doświadczenie w dbaniu o to, żeby szkło podróżowało ze mną bezpiecznie.

Wewnątrz korpusu znajduje się rzecz najważniejsza; wzmocnione azotem stalowe żarna na stabilnej osi, dzięki którym Comandante stał się młynkiem niemal legendarnym wśród kawowej społeczności. Użyta stal (której nawet polski opis zawiera wiele nieznanych przeze mnie słów) w żadnym stopniu nie wpływa na smak kawy, a prze–ostre krawędzie żaren w połączeniu ze wspomnianą rewelacyjną stabilizacją zarówno ich, jak i osi, zapewniają bardzo równy przemiał i znikomą ilość pyłu. Tyle wiedziałem jednak już wcześniej — ciekaw byłem jednak jak to wpływa na napar w filiżance. Co się zmieni, jak odczuwalne to będzie i temu podobne.

Używając śruby na w dolnej części młynka (z której Comandante również jest znany, bo ilości klików tejże stanowią swego rodzaju standard w kawowych przepisach), ustawiłem grubość mielenia pod Chemeksa i zacząłem mielić. Łatwość (czyt. niewielki opór) z jaką to następowało była pierwszą wyczuwalną różnicą między nim a Porlexem, który znałem. Nie wiem czy chodzi bardziej o gałkę na końcu rączki, długość rączki (im dłuższe ramię, tym większa siła, przecież) czy ostrość żaren (a pewnie wszystko powyższe w jakimś stopniu), ale momentalnie zrozumiałem jak bardzo można nie lubić ręcznego mielenia (zwłaszcza sporych ilości), jeśli używa młynka innego niż Comandante.

Pamiętam, że przeczytałem gdzieś, że nawet osoba starsza lub dziecko poradzą sobie ze zmieleniem nawet jasno palonych kaw (które mieli się trudniej niż te ciemno palone). Uśmiechnąłem się wtedy pod nosem, a jednak okazuje się to prawdą — trzylatek u mnie chętnie mi w tym pomaga i radzi sobie naprawdę dobrze.

Wpływa to także na czas, w jakim trwa mielenie. Comandante jest prawie dwukrotnie szybszy niż Porlex, którego używałem wcześniej (zmielenie 15 gramów na porannego Chemeksa zajmuje mniej niż 30 sekund). A tak naprawdę, to pewnie nawet więcej niż dwukrotnie, bo zauważyłem, że im szybciej próbuję mielić w Porlexie, tym więcej pyłu on generuje.

Po przesypaniu ziaren do filtra Chemexa zapowiadaną równość przemiału było widać gołym okiem — serio, nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył na własne oczy. Zaparzyłem je więc w standardowy sposób i jako że tego samego dnia piłem już te same ziarna zmielone w Porlexie, różnicę wyczułem od razu. Zgodnie z teorią, która mówi o tym, że małe drobinki ziaren (w tym i pył), które zostaną poddane ekstrakcji w czasie którszym niż te większe, sprawią, że kawa stanie się gorzka, to, co miałem w filiżance było dużo słodsze niż wcześniej. Napar był czytszy i bardziej gładki — a przecież do tego się dąży, chcąc mieć możliwie dobrą kawę w domu.

Późniejsze próby tylko utwierdzały mnie w słuszności decyzji. Co więcej, myślałem, że Comandante zastąpi u mnie Porlexa (czyli będzie służył do mielenia ziaren pod alternatywy), a okazało się, że zastąpił także mój młynek elektryczny i to właśnie w C40 mielę ziarna pod espresso. Początkowo myślałem, że to kwestia zauroczenia nowością, ale nie — po czterech miesiącach nadal nie użyłem Rancilio Rocky do niczego poza cappuccino dla żony i może sytuacjami, gdy większa grupa osób chce kawę (z ekspresu) jednocześnie — bo jednak zmielenie porcji na tyle drobno, żeby zrobić z tego poprawne espresso zajmuje więcej czasu niż pod dripa, a przy kilku osobach, czekających na kawę można by się było nawet zmęczyć.

Wracając jednak do espresso; mój młynek elektryczny ma skalę 0–40 (i sporo zakresu powyżej 40, już bez oznaczeń). Do espresso używam tam pozycji 2. Zatem jakakolwiek korekcja jest niemal niemożliwa, bo skok między 1 a 2, czy między 2 a 3 będzie już za duży. Odpowiednik „dwójki” z Rancilio to 10/11 klików w Comandante — innymi słowy; jest miejsce na dużo większą precyzję. Gdyby jednak to komuś nie wystarczało (wiem, że tacy istnieją), to producent oferuje także zamienną oś — Red Clix — która zmniejsza skok śruby o połowę, oferując dwukrotnie większą precyzję.

Podsumowując; jestem zachwycony jakością, jaką Comandante wniósł do mojego kawowego kącika w kuchni. Nie tylko pozwala mi on cieszyć się subtelnymi niuansami kaw speciality w znacznie większym stopniu niż wcześniej, co także daje zwyczajną frajdę z obcowania z narzędziem niemal doskonałym. Nie chcę w swoich osądach iść tak daleko, żeby napisać, że używając Porlexa zmarnowałem wiele dobrych ziaren, ale jednak jest sporo kaw, którymi zachwycałem się kiedyś, a które chętnie zaparzyłbym ponownie teraz, mając Comandante. Bo jedno jest pewne; ziarna zmielone tym młynkiem po zaparzeniu są wyraźnie smaczniejsze i jestem zwyczajnie ciekaw ile straciłem.

Nie chcę też nagle mówić, że trzeba kupić młynek za tysiąc złotych, żeby cieszyć się dobrą kawą w domu, ale jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem sobie na taki zakup pozwolić.

Myślałem też, że zostawię sobie Porlexa, jako młynek na podróż — mieści się przecież w tubie aeropressa i jest zwyczajnie wygodny. Niestety, różnica między nimi jest zbyt duża i za bardzo (lub zbyt szybko) przywykłem do tego, co oferują sobą Comandante. Dlatego — mimo że wiem, że nie zareklamowałem tu Porlexa należycie — jeśli ktoś z Was chciałby mieć swój pierwszy młynek (bo choć od Hario Skerton jest lepszy, to nie na tyle, żeby opłacało się wymieniać jeden na drugi), to za 100 zł (+ koszty przesyłki) oddam swój (to mniej niż połowa ceny nowego). U mnie leży nieużywany.

 

Fellow Stagg Kettle

W ubiegłorocznych cudawiankach pisałem o swoim nowym czajniku–konewce — Hario Buono. Szybko stał się on nieodzownym elementem mojego kawowego „instrumentarium” i nie wyobrażam sobie powrotu do naczynia bez specjalnie wyprofilowanej wylewki. Na szczęście nie muszę sobie tego nawet wyobrażać, ponieważ na pewno mi to nie grozi. Otóż cztery miesiące po napisaniu tamtego tekstu, zupełnie niespodziewanie otrzymałem przesyłkę z — również wspomnianym w tamtym tekście — czajnikiem Fellow Stagg. Jedna z par poczuła się bowiem na tyle wdzięczna za rezultaty usługi fotograficznej (Rafale, mogę tak napisać? Tak było?), że postanowiła zrobić mi prezent (jeśli słuchaliście mojego wystąpienia z Boring Reunion, to prawdopodobnie wiecie co może być powodem).

Oczywiście, prezent był więcej niż trafiony, więc gdy tylko się otrząsnąłem, zabrałem się za otwieranie.

Fellow Stagg wyróżnia się spośród innych czajników trzema rzeczami; współczesnym designem, wbudowanym w pokrywkę termometrem oraz rączką z ciężarkiem.

Zacznę od końca; uchwyt tego czajnika jest prawdopodobnie jego najcięższym elementem — znajdujący się w środku ciężarek stanowi przeciwwagę dla napełnionego wodą zbiornika, przesuwając środek ciężkości czajnika bliżej nadgarstka. To z kolei poprawia nie tylko wygodę, ale i precyzję nalewania.

Sama szyjka wyprofilowana jest w nieco inny sposób niż w większości konkurencyjnych czajników, tj. nie jest tak„płynnie” zaokrąglona. Wydaje się jednak, że ma to znaczenie wyłącznie estetyczne, bo po kilku miesiącach używania go nie odczułem różnicy (ani na lepsze, ani na gorsze) względem Hario Buono.

Inaczej wygląda kwestia ostro obciętej końcówki wylewki, która pozwala na uzyskanie jeszcze mniejszego strumienia niż w japońskim odpowiedniku, a to w połączeniu ze wspomnianym przesuniętym środkiem ciężkości sprawia, że ma się jeszcze większą kontrolę nad nalewaniem.

Wbudowany termometr to ogromne udogodnienie i jednocześnie — zdradzę to już teraz — największa zaleta tego czajnika. W swoim poprzednim korzystałem z zewnętrznego termometru używanego do spieniania mleka, który umieszczałem wewnątrz czajnika zamiast pokrywki. I, choć działało, wyglądało to raczej paskudnie.

Tu ta sama funkcjonalność nie tylko nie wpływa niekorzystnie na wygląd całości, ale wręcz dodaje mu uroku (serio, jego elektryczna wersja EKG, zamiast wskaźnika temperatury ma zwykły, czarny uchwyt, przez który — wizualnie — dużo traci).

A to, że jest to analogowy, wychyłowy wskaźnik jeszcze bardziej mnie przekonuje i to nie tylko dlatego, że do Hario można dokupić ten brzydki, ciekłokrystaliczny, ale także dlatego, że większość parametrów, które się monitoruje przy parzeniu kawy odczytujemy najczęściej z wyświetlaczy; czy to wagi, czy timera, czy nawet ekranu smartfona. Miło jest więc spojrzeć na coś pozbawionego elektroniki.

Przydatny jest też zaznaczony na skali zakres optymalnych temperatur parzenia kawy, pozwalający już na pierwszy rzut oka określić czy woda jest gotowa czy mamy jeszcze chwilę, np. na zmielenie ziaren. Bo to właśnie odróżnia ten (i jemu podobne) czajnik od elektrycznych z regulacją temperatury. Trzeba przy nim być i na bieżąco monitorować temperaturę — on nie poinformuje nas w żaden sposób o tym, że woda ma już żądaną temperaturę (choć, gdy pomyślę o swoim zwykłym, elektrycznym z regulacją temperatury, który informuje, ale tak głośnym i tak nieprzyjemnym dźwiękiem, że może to nawet lepiej, że ten milczy). Jest to, oczywiście, pewien element całego procesu parzenia kawy, ale piszę o tym głównie dla tych, którzy są przyzwyczajeni, że mogą „wstawić wodę” i odejść.

W przypadku Fellow Stagg lepiej przy nim „czuwać”, zwłaszcza, jeśli jest on napełniony blisko granicy (miejsce, w którym ścianki czajnika robią się pionowe — wewnątrz czajnika jest zaznaczona cienka linia). Gdy wody jest w nim tak dużo i zacznie ona wrzeć, czajnik zacznie „pluć” tym wrzątkiem przez wylewkę, co może być bardzo niebezpieczne.

Na koniec zostawiłem sobie kwestię designu. Gdy go dostałem, przeszło mi przez myśl, że może on nie pasować do mojej prostej kuchni, która nie wygląda jak z katalogu nowoczesnych wnętrz; nie mam tam błyszczących frontów ani czarnego blatu, bo nie czuję się dobrze w takich wnętrzach. Nie mam płyty indukcyjnej, bo zdecydowanie wolę gotować „na gazie”. Hario Buono, ze swoim kultowym (a jeśli nie kultowym, to przynajmniej powszechnie spotykanym w dobrych kawiarniach) wzornictwem bardzo u mnie pasował. Co do Fellow miałem pewne obawy.

Okazały się one jednak zupełnie bezpodstawne. Jego czarna, matowa obudowa wprawdzie bardzo wyróżnia się na tle białych płytek, ale robi to w nienachalny sposób, a czajnik, jeśli już zwraca uwagę, to zawsze jest komplementowany.

Dużo gorsze dla mojego egzemplarza okazało się połączenie wspomnianego matowego lakieru z żeliwnymi podstawami na garnki, na których go stawiałem. Po niespełna pół roku używania wygląda on bowiem tak:

Nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie, bo w większości nie jest to widoczne na co dzień, ale mimo wszystko żal, że stracił trochę swojego uroku związanego z nieskazitelną, czarną aparycją. Podejrzewam, że model miedziany czy grafitowy z limitowanej edycji (ten drugi niedostępny w Polsce) pewnie znacznie lepiej zniosłyby te żeliwne podstawy, ale pewnie nigdy się tego nie dowiem.

Nie będę podsumowywał powyższych akapitów w żaden sposób; jeśli jesteś entuzjastą kawy na tyle, że jesteś w stanie wydać 350 zł na nie-elektryczny czajnik, pozbawiony możliwości automatycznego włączania co rano czy podtrzymywania temperatury, to albo już taki masz, albo wiesz, że (nie) potrzebujesz. Nie znajduję więc powodów, żeby kogokolwiek namawiać.

Jeśli jednak rozważasz zakup tego czy podobnego, to sam — mimo porażki w starciu z żeliwnymi podstawami — bardzo go polecam. Obcowanie z nim daje mi mnóstwo przyjemności każdego dnia, a takie wrażenia są warte nieco wyższych cen (choć domyślam się, że brzmi to ironicznie, gdy weźmie się pod uwagę, że swój dostałem w prezencie).

The Gabi Master A

Jeśli chodzi o przelewowe metody parzenia kawy, to wydaje mi się, że można pokusić się o jeden prosty podział; na manualne, w których to zaparzający ma kontrolę nad przepływem wody oraz automatyczne, gdzie zajmuje się tym ekspres. Gabi Master A należy do …żadnej z tych grup.

Zamiast tego, plasuje się między nimi, dokładnie pośrodku. Czym więc jest to urządzenie? Gabi to plastikowy dripper, o tyle różniący się od np. Hario V60, że nad filtrem ma zbiorniczek na wodę, na dnie którego jest 16–otworowy tzw. prysznic. Reguluje on przepływ wody, eliminując potrzebę używania czajnika z precyzyjną wylewką.

To czyni z Gabi ciekawą alternatywę dla Hario w podróży, tym bardziej, że wszystkie jej elementy mieszczą się w specjalnym opakowaniu, które można wrzucić do torby czy walizki, nie martwiąc się o jego zawartość.

Z taką myślą (tj. używania go w podróży) któregoś razu wymieniłem coffeedeskowe punkty na Gabi właśnie. I od tamtej pory praktycznie nie zdarza mi się wyjechać z domu bez niej, gdy wyjeżdżam na więcej niż dzień (czyli na większość ślubów, gdzie niejednokrotnie w trakcie przygotowań serwuję taką kawę swoim parom, prawda Piotrze?).

Wcześniej w tym celu zabierałem Aeropressa, później plastikowego Hario V60. Do pierwszego nadal czasem wracam, lecz Hario nie opuszcza już domu. Wszystko właśnie przez ten zbiorniczek z prysznicem — wystarczy, że w miejscu, do którego jadę jest jakikolwiek czajnik zdolny zagrzać wodę i wiem, że będę mógł napić się dobrej kawy. Dlatego niemal każde zdjęcie dodane do tego tekstu zrobione jest w innym miejscu.

Samo urządzenie jest bardzo proste w użyciu; wystarczy rozłożyć wieżyczkę z filtrem (najlepiej wypełnionym zmielonymi ziarnami) na dole, prysznicem na środku i zbiornikem na wodę na samej górze, postawić całość na kubku, a jego samego na wadze (choć, na dobrą sprawę, i bez niej można by się obejść). Po kilkudziesięciu sekundach preinfuzji, wystarczy zalać górny zbiorniczek pożądaną ilością wody i po ok. 3 minutach cieszyć się dobrą kawą w kubku.

Co ważne, kubek nie powinien mieć ucha tak wysoko jak ma np. Loveramics Bond — pierścień, na którym opiera się cała konstrukcja Gabi nie ma w sobie żadnego wycięcia, co sprawia, że „wieżyczka” byłaby przechylona. A że na początku procesu woda (czyli najcięższy element) znajduje się na samej górze, to — gwarantuje — nie chcecie mieć żadnych krzywizn. Dlatego w domu często zaparzam kawę do serwera Hario, a w podróży — bezpośrednio do Kinto Tumbler.

Największą zaletą Gabi — wynikającą z użycia wspomnianego prysznica — jest powtarzalność. Po zaparzeniu kawy widać wyraźnie jak równo woda przedostawała się do zbiornika z kawą:

Jeśli więc ziarna zmielone są tak samo, a temperatura i ilość wody się nie zmieniają, to można mieć pewność, że za każdym razem kawa wyjdzie taka sama. A jaką kawę zapewnia Gabi? Dużo zależy od użytych proporcji kawy do wody. Producent proponuje 15 g kawy i 150 ml wody, ale dla mnie była wówczas zbyt syropowata, bliższa temu co uzyskuje się z Aeropressa. Dla ułatwienia sobie sprawy, zostawiłem 15 g kawy, ale po 50 ml preinfuzji, zalewałem górny zbiornik do maksimum (czyli ok. 170 ml), co dawało łącznie 220 ml wody.

I za każdym razem dało się czuć wyższą słodycz niż z Hario czy nawet Chemeksa. Jeśli więc miałbym w ten sposób porówmywać, to bliżej jej właśnie do tego drugiego. Ponadto wszelkie nuty owocowe w kawach były z Gabi łatwiej wyczuwalne.

Zatem jeśli w domu gustujesz w naparach z Chemeksa lub V60 (lub z Kality), a kawa z Aeropressa nie przypadła Ci do gustu, to Gabi jest w stanie w podróży zapewnić kawę z tych pierwszych, dając wygodę w transporcie i łatwość użycia tego drugiego. Jedyny minus, jakiego się dopatruję w tym plastikowym dripperze to kształt użytych filtrów — przypominają te do Kality (na tyle, że można ich używać zamiennie), więc nie składają się na płasko (kiedy wszystkie filtry do Chemeksa, Hario czy Aeropressa właśnie w ten sposób się transportuje). Gdy wyjeżdżam z własnym kubkiem, filtry umieszczam w nim. Gdy nie — robi się mały kłopot. Mimo to, w mojej hierarchii, Gabi wciąż pozostaje najwygodniejszym zaparzaczem w podróży.

Linki

Opisując słuchawki B&O H6 odnosiłem się do artykułu z The Verge — oto on. W części o Homepodzie wspominałem o podstawce Grovemade oraz o skrócie do aplikacji Shortcuts. Pisząc o obiektywie, obiecałem link do przykładowych zdjęć oraz zdjęć z dziennika, wykonanych właśnie nim. Na prośbę udostępniam również nagranie dźwięku alarmu przedstawionego wyżej budzika. Właściwy alarm zaczyna się w trzeciej sekundzie — wcześniej da się słyszeć tykanie mechanizmu. Wyciszenie na końcu klipu jest już moje — domyślam się, że budzik dzwoni w ten sposób do czasu wyłączenia go. A notes, o którym wspominam przy tej okazji to Field Notes Rams.

Wygląda na to, że to wszystko. Do zobaczenia za rok!

  • Mariusz

    Próbowałem zostać Patreonem ale sposób płatności do którego jestem bardzo zrażony, zniechęcił mnie.

    • Na to, rzecz jasna, nie mam żadnego wpływu, ale miło mi, że rozważałeś.

    • QDS

      Ja mam podpiętego właśnie Revoluta i kilka dolarów na subkoncie.

    • U mnie Revolut działa.

  • Słowo komentarz od uncle Toma… Homepod – nie wyobrażam sobie go nie mieć od czasu kiedy wymieniłem oświetlenie w domu na Philips Hue. Rewelacyjnie współgra z Philipsem. Głosem steruję sceny oświetlenia w całym domu… Hey Siri… kolory lampy sceny pokoje zapalają się wg. komendy… boskie! A jak jestem gdzieś na drugim końcu mieszkania i Homepod mnie nie słyszy… to po drodze są nasze iPhony, iPady i inne I… które wychwycą komendę i przekażą do Homepod w milisekundy…

    Miłosz… a ta klawiatura… mechaniczna… to dlaczego i która?

    • U mnie Homepod również doskonale sprawdza się w tej roli — ostatnio nawet nasz 3-latek zupełnie niespodziewanie zapalił światła, mówiąc „Hey siri, turn on the lights” :)

      A klawiatura? To jedna z tych czterech rzeczy do przyszłorocznego opisu, bo mam ją dopiero od dwóch miesięcy, więc za wcześnie na „full review” (choć o pierwszych wrażeniach już pisałem). To Vortex Race 3. Dlaczego? Powodów jest sporo, ale tak na–bardzo–szybko; żebym czuł, że piszę :) Wrażenia są tak odmienne od wszystkich innych klawiatur, jakie używałem, że piszę znacznie chętniej. Po prostu.