Dwa tygodnie z bestią, czyli Mac Pro – test

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 5 lat temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Dzień 1, 11:00

Umówiony z kurierem na odbiór przesyłki z bazy, przyjeżdżam na czas. Z hali wyjeżdża wózek widłowy z dwoma kartonami na palecie. Zerkam na swój samochód, na kartony, znów na samochód. Bez złożenia tylnych siedzeń się nie obejdzie.

Dzień 1, 11:09

Nie mogąc przestać się uśmiechać, zerkam w lusterko, sprawdzając czy wszystko z nim w porządku, a jednocześnie uważając, żeby nie zmiażdżył mi karku przy hamowaniu.

Dzień 1, 11:34

Rozpakowuję kartony. Apple Cinema Display 20“, odłączony od iMaka i zdjęty z biurka zostaje zastąpiony przez Thunderbolt Cinema Display 27”. Obudowę Maka Pro stawiam pod biurkiem, wciąż nie przestając się uśmiechać. Organizuję przestrzeń na biurku, rozkładając klawiatury i myszy w taki sposób, żeby móc wygodnie pracować.

Mała uwaga: przewód w monitorze jest na tyle krótki, że choć umożliwia podłączenie komputera, stojącego pod biurkiem, to jednak determinuje jego ustawienie. Widać wyraźnie, że został stworzony głównie do MacBooków i mini.

Dzień 1, 12:08

Włączam potwora, który wita się ze mną gongiem (cichszym niż możnaby przypuszczać) oraz szumem wentylatora, który – wbrew temu czego się spodziewałem – jest przyjemnie cichy. System pojawia się na ekranie zaskakująco szybko. Klikam więc w About This Mac i wszystko staje się jasne. W kieszeni, poza 2-terabajtowym dyskiem na media, znajduje się 512-gigabajtowy SSD. Uśmiech jakby nieco się poszerza, niebezpiecznie zbliżając się do granic możliwości.

Po raz pierwszy w historii, ten Mac Pro ma wbudowaną kartę WiFi w standardzie 802.11n, więc nie muszę szukać przewodu sieciowego.

Dzień 1, 12:12

Podłączam dysk z wierną kopią swojego systemu z iMaka i migruję wszystkie dane i ustawienia, by móc – na czas testu – sprawdzić go w dokładnie tych samych warunkach, w których pracuję na co dzień.

Dzień 1, 13:30

Po godzinie i 350 GB skopiowanych danych mam przed sobą dokładnie to samo, co na stojącym obok iMaku, tylko w przyjemniejszej rozdzielczości.

Dzień 1, 13:34

Uruchamiam swój domyślny katalog Lightroom. Przeglądam wczorajsze zdjęcia, nad których obróbką spędziłem ponad godzinę. Naciskam klawisz D i już wiem, że gdybym odebrał przesyłkę wczoraj, całość nie zajęłaby mi pewnie kwadransu. Jeśli podgląd 1:1 nie został wcześniej wyrenderowany, to przybliżenie obrazu do 100% trwa tyle, że ledwo jestem w stanie przeczytać napis ‘Loading…’, wyświetlony u dołu zdjęcia. Wszelkie późniejsze operacje odbywają się w czasie rzeczywistym, bez względu na to, czy odbróbce poddawany jest 10MB jpg czy 60MB RAW.

Dzień 1, 16:45

Minęło ledwie kilka godzin, odkąd pojawił się tu Mac Pro, a ja już zastanawiam się czy jest sens trzymania na biurku iMaka przez ten czas. Bo to, że jest cały czas wyłączony nie powinno być zaskoczeniem.

Dzień 1, 17:04

Eksport fotografii (nawet w dwóch procesach – z jednoczesnym tworzeniem jotpegów w pełnej i zmniejszonej rozdzielczości) z Lightroom 3 wykorzystuje ledwie 10–15% mocy procesorów. Postanowiłem sprawdzić, co trzeba zrobić, żeby zrobić użytek z wszystkich rdzeni. Podczas trwającego eksportu z Lightroom 3, zaimportowałem katalog z RAWami z D800 i 5D mkIII do Lightroom 4 (a dokładnie 4.1rc) z włączonym renderowaniem podglądu 1:1 i uruchomiłem proces konwersji pliku mov 1080p, ważącego ponad 4 GB do rozdzielczości 480p w Handbrake. Wszystkie trzy operacje, działające jednocześnie, wykorzystywały procesory w zakresie 60–80% (!).

A okno aplikacji Activity Monitor wygląda aż komicznie.

Dzień 1, 18:45

Dodałem właśnie do elementów startowych wszystkie aplikacje z MenuBar, z których zdarza mi się korzystać w trakcie pracy przy komputerze – dla tego Maka i tak nie ma znaczenia ile z nich jest włączonych.

Dzień 1, 19:27

Mam wrażenie, że ten komputer jest zawsze chętny do pracy. Nieważne ile aplikacji jest włączonych ani ile operacji wykonywanych w tle – jemu po prostu chce się pracować.

Dzień 1, 1:18

Gdybym tylko miał tyle energii, co ten komputer. Dziś to on zmęczył mnie, a nie odwrotnie i nawet nie wstydzę się do tego przyznać.

Dzień 2, 17:43

Jedynym procesem, który trwał dziś dłuższą chwilę był Building font cache przy pierwszym uruchomieniu VLC.

Dzień 2, 21:14

Naprawdę sądziłem, że ten komputer będzie głośniejszy. Paradoksalnie, najgłośniejszym elementem jest 2-terabajtowy twardy dysk, umieszczony w drugiej kieszeni, którego głowicę słychać wyraźnie przy każdej próbie odczytu/zapisu danych na tym dysku.

Dzień 2, 2:10

Druga noc z rzędu, gdy zastanawiam się czy na pewno muszę iść spać; nigdy nie zrobilem tylu rzeczy przy komputerze w ciągu jednego dnia, co dzisiaj.

Dzień 3, 16:06

Jeśli wykorzystanie procesora, podane jako wartość 2326% nie robi na kimś wrażenia, to ja już nie wiem.

Dzień 3, 17:10

„iMac, wiesz, że na tym biurku nie ma miejsca dla nas dwóch” – powiedział Mac Pro poważnym głosem.

I tak nie włączałem iMaka od trzech dni.

Dzień 4, 13:45

Wychodząc z mieszkania, cały czas mam przed oczami informację z ceną tego komputera i pierwszy raz odkąd pamiętam, zamykam drzwi na oba zamki.

Dzień 4, 16:20

Zostało mi niecałe 320 godzin z Makiem Pro; iPad nieustannie odlicza, żebym wiedział, że ten czas jest ograniczony, a jednocześnie przypomina, żebym się nie przyzwyczajał.

Dzień 4, 0:16

Oglądam film, używając do tego Maka Pro i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tracę czas – jeszcze tyle rzeczy zostało do odznaczenia w OmniFocus, a ja marnuję taką moc obliczeniową tylko do oglądania filmu.

Dzień 4, 22:36

Dzień spędzony na porządkowaniu biblioteki muzyki – w tle uruchomiony Max, XLD i xACT, czyli wszystkie ripowane kiedyś .ape, .flac, .ogg czy .wv zostały przekonwertowane do formatu Apple Lossless, więc mogę je teraz zaimportować do iTunes. Nie macie pojęcia od jak dawna chciałem to zrobić, ale ilość tych albumów (prawie 500) skutecznie zniechęcała zarówno mnie, jak i mojego iMaka do podjęcia się tego zadania.

Dzień 5, 12:37

Otwarcie obudowy tego komputera przywodzi na myśl słowa ‘elegancja’, ‘klasa’, ‘kultura’. Nie wyobrażam sobie, żeby widok wnętrza obudowy tego komputera nie zrobił wrażenia na kimkolwiek, kto choć raz zajrzał do odbudowy peceta.

W testowanym egzemplarzu została zainstalowana karta graficzna ATI Radeon 5870, wyposażona w dwa porty mini DisplayPort oraz DVI. Podłączenie do niej trzech monitorów nie jest więc problemem. Na monitorze o odpowiednio szerokim gamucie jest w stanie wyświetlać obraz o głębi 10-bitów na kanał. Chętnie zobaczyłbym to na żywo, lecz Apple Cinema Display się do tego nie nadaje (choć w podobnej cenie można już znaleźć np. NEC PA271WM, który jest w stanie wyświetlić obraz o takiej głębi).

Dzień 6, 10:05

MacPro ogromnie i okropnie do siebie przyzwyczaja. Żona zapytała czy obejrzymy film w łóżku. Mam ten film zripowany na dysku w 720p, ale chciałem do łóżka zabrać tylko iPada. Uruchomiłem więc Handbrake i włączyłem proces konwersji, irytując się, że zajmie to aż 16 minut (dla nieświadomych; ten sam proces na moim iMaku trwałby ok. 2,5 – 3 godzin).

Dzień 7, 11:36

Jestem przyzwyczajony do tego, że podłączając aparat do komputera i importując zdjęcia, wychodzę, żeby zrobić sobie na przykład kawę. Po powrocie mam zestaw przygotowany do pracy, z wygenerowanymi podglądami 1:1. W przypadku Maka Pro, ten proces kończy się w momencie, gdy wyciągam puszkę kawy z lodówki.

Dzień 8, 17:45

Przez ostatnie dwa dni przewinęło się przez dysk tego Maka sporo świeżych fotografii, które – zgodnie z oczekiwaniami – zostały przeniesione do katalogu gotowe w znacznie krótszym czasie, niż gdybym używał do tego swojego iMaka. Zastanawia mnie w tej chwili jednak co innego; czy ta ogromna różnica czasu spędzonego nad fotografiami jest zasługą samego Maka Pro czy może każdy aktualnie dostępny komputer z dyskiem SSD i sporą ilością pamięci RAM mógłby zapewnić podobne rezultaty.

Miałem u siebie zarówno oba Maki mini, jak i najszybszego iMaka i pamiętam doskonale, jak wpłynęły one na mój czas pracy. Żaden z powyższych nie miał jednak zainstalowanego dysku SSD, który odpowiada za błyskawiczne ładowanie podglądów i przechodzenie między kolejnymi fotografiami w bibliotece. Sprawdziłem jednak wydajność fabrycznie zamontowanego dysku za pomocą popularnej ostatnio aplikacji Blackmagic Disk Speed Test. Wynik dość mnie zaskoczył, bo choć wciąż jest 2-krotnie szybszy od 3,5-calowych dysków mechanicznych i 3-krotnie szybszy od tych 2,5-calowych, to jak na dzisiejsze standardy, nie jest on szalenie szybki, oferując parametry zbliżone do tych z 11-calowego MacBooka Air:

Dzień 9, 18:30

Skończywszy przygotowywać fotografie „komercyjne”, zabrałem się za porządkowanie swojej prywatnej biblioteki, zarówno w Lightroom, jak i Aperture (więcej o tym w przyszłym tygodniu) i właśnie się zorientowałem, że cofnąłem się aż do roku 2009 – tak sprawnie się to tutaj odbywa.

Dzień 10, 13:10

Po dwóch dniach używania Aperture na tym komputerze, domyślam się, dlaczego w Apple nie dostrzegają faktu, że na wolniejszych komputerach używanie tej aplikacji jest dalekie od komfortowego – jeśli oni testują swój soft na takich maszynach jak ten Mac Pro, to nic dziwnego. Tak właśnie powinna działać Aperture.

Dzień 11, 9:42

Nie miałem na swoim komputerze żadnej gry od …sam nie pamiętam kiedy. Pamiętam, że grałem w Heroes of Might & Magic III i Diablo II, gdy te tytuły były nowościami. Dziś głównym tematem w sieciach społecznościowych było udostępnienie przez Blizzard wersji beta długo oczekiwanej przez fanów gry Diablo III.

Żadną miarą nie zaliczam się do fanów tejże, ale mając Maka Pro pod biurkiem, jak mógłbym nie spróbować?

Dzień 11, 18:41

Pobieram Diablo III. Nawet nie patrzę na wymagania. Jest to pewien komfort.

Dzień 11, 21:09

Włączam grę, wchodzę w ustawienia, zmieniam rozdzielczość na 2560×1440 pikseli, a suwaki wszystkich parametrów przesuwam w prawo do pozycji ‘High’. Działa nad wyraz płynnie, wiadomo.

Dzień 12, 12:10

Mając w pamięci, że ten komputer jest tu dla celów testowych, uruchamiam 64-bitowy test Geekbench, w którym testowany egzemplarz otrzymuje 24154 punkty. Cyferki benchmarków raczej nie robią na mnie wrażenia, ale jeśli porównam to z komputerami, na których aktualnie pracuję, a które otrzymują w tym samym teście 2970 i 3199 punktów, chyba zrobię wyjątek.

Dzień 13, 19:17

Dzień testów. Na pierwszy ogień poszły standardowe operacje importu i eksportu 128 plików RAW w Lightroom:

Jak widać po powyższych, w procesorowych operacjach LR, Mac Pro okazuje się być tylko odrobinę szybszy niż najszybszy model iMaka. Różnicą jest jedynie to, że iMac do tych operacji wykorzystywał 100% swoich zasobów, a Mac Pro 12–15%, co nie jest winą sprzętu czy systemu operacyjnego, a właśnie oprogramowania. Z Maka Pro daje się jednak wycisnąć więcej, zwiększając jego wyższość nad iMakiem, ale więcej o tym jutro.

Czas na Handbrake i konwersje materiału 1080p i 720p do formatu iPada i iPhone’a:

W przypadku konwersji wideo, Mac Pro jest średnio dwukrotnie szybszy niż najszybszy iMac, choć wciąż wykorzystuje ledwie 1/3 swoich zasobów.

Dzień 14, 13:26

Nie ma takiej możliwości, żebym po odesłaniu Maka Pro, przesiadł się z powrotem na swojego iMaka. Nie ma szans. Zamawiam nowy komputer. Teraz.

Podsumowanie

Mac Pro to nie tylko szybkość i moc, ale też pewien rodzaj komfortu, sprawiający, że praca na nim jest po prostu przyjemna.

Koronnym dowodem na to jest aktualna wersja strony, na której czytacie ten tekst. Pierwsze szkice responsywnego układu zrobiłem dokładnie rok temu i przez cały ten czas nie mogłem się zebrać, żeby pomysły te zrealizować. Mając Maka Pro, zrobiłem wszystko w dwa dni i to już trzeciego dnia używania tego komputera.

I, powtórzę, nie chodzi tu o jego szybkość w ścisłym znaczeniu tego słowa. Nie sądzę bowiem, żeby edycja kodu w aplikacji Coda, otwartych kilka okien Safari i małe pliki w Photoshopie były ponad możliwości mojego iMaka.

Z drugiej jednak strony, pisząc o Maku Pro, nie sposób nie wspomnieć o jego cenie. Testowany zestaw kosztuje aktualnie 41 087,98 zł. To mnóstwo pieniędzy. Biorąc pod uwagę, jak rzadko (w moim użyciu) zasoby tej maszyny wykorzystywane są w pełni, wydanie takiej kwoty to niemal wyrzucenie jej w błoto. Wszystko zależy bowiem od tego, do czego taki komputer byłby używany.

Dopóki aplikacje nie będą w stanie wykorzystywać takiej liczby rdzeni, dopóty zakup takiego Maka dla fotografii, mija się z celem. Nawet w przypadku montażu wideo należałoby sprawdzić wcześniej czy aplikacje, na których się pracuje, są w stanie wykorzystać potencjał tego potwora. Dopiero przy projektowaniu 3D, gdzie większość oprogramowania jest zrobić użytek z wielu rdzeni, wierzę, że wydanie takiej kwoty byłoby usprawiedliwione. Z myślą o korzystaniu z Lightroom/Aperture i Photoshopa o połowę tańszy model da pewnie identyczne rezultaty. Testy w Lightroom wykazały także, że zakup iMaka z i7 3.4GHz i dyskiem SSD (za 13 199 zł) da identyczne rezultaty, a pozwoli także zaoszczędzić na opłatach za prąd.

Oczywiście, nie można zapomnieć o łatwości, z jaką w przyszłości można by rozbudować taki komputer, ale to samo tyczy się także pozostałych Maków Pro w ofercie.

Paradoksalnie, największa krytyka jaka spada na model Mac Pro, wiąże się z tym, jak stara jest to konstrukcja (przypomnę, testowany model był dostępny już w 2010 roku). Z jednej strony, rzeczywiście, brak Thunderbolt nieco ogranicza wykorzystanie tego komputera w przyszłości, z drugiej jednak, ta stara specyfikacja wciąż jest zbyt nowoczesna. Oprogramowanie nadal jej bowiem nie dogoniło.

Wielordzeniowość z pewnością jest jednak warta dopłaty, gdy pracuje się wielozadaniowo, nawet jeśli używane aplikacje nie są w stanie wykorzystać wszystkich zasobów procesora. Po uruchomieniu dwóch procesów eksportu z Lightroom, nadal mogę swobodnie pracować nad kolejnymi fotografiami, bo system nic sobie nie robi z tego, że np. 6 rdzeni jest wykorzystanych, skoro (łącznie z wirtualnymi) jeszcze 18 ma do dyspozycji. Z jednej strony to ogromna zaleta – nie musisz czekać na wykonanie długich operacji, bo w tym czasie wciąż masz do dyspozycji w pełni używalny komputer – ale ma to też swoje złe strony. To właśnie w tych momentach, gdy oczekuję na wykonanie jakiejś czynności przez komputer zwykłem robić sobie kawę, przygotowywać posiłki czy chociażby sprzątać wokół biurka. Do Maka Pro byłem jednak przyklejony cały czas. Udało mi się jednak oswoić bestię; zrobiliśmy razem całą masę fajnych rzeczy, więc nie żałuję tego czasu ani trochę.

[ZAKTUALIZOWANO] Jak właśnie zauważył @rurza na Twitterze, zrobiłem pewien błąd w tekście. Otóż, dostarczony z komputerem monitor to nie był 27-calowy Thunderbolt Display, lecz poprzedniej generacji Cinema Display. Okazuje się bowiem, że choć Thunderbolt jest kompatybilny wstecz, to tylko w jedną stronę; istnieje możliwość podłączenia monitora Cinema Display do komputera, wyposażonego w port Thunderbolt, ale nie da się podłączyć monitora Thunderbolt Display do portu mini DisplayPort. Zaskakujące i …dziwne, co najmniej. Codziennie coś nowego.

Dziękuję firmie Apple za wypożyczenie sprzętu do testów.

Submit a comment