Fellow Stagg EKG

Gdy ponad półtora roku temu opisywałem tu swój czajnik Hario Buono, wspominałem o braku możliwości monitorowania temperatury (bez specjalnej pokrywki), do czego przywykłem w swoim „zwykłym” czajniku elektrycznym z jej regulacją. Sprezentowany niedługo później Fellow Stagg, w bardzo stylowy sposób rozwiązał ten problem. Mimo to, minimalista we mnie cały czas rozważał zamianę obu czajników na jeden — Fellow Stagg EKG, czyli elektryczną wersję tego czarnego, matowego i minimalistycznego w formie czajnika. Nie był on jednak dostępny w Europie, więc to w dość brutalny sposób kończyło wszelkie rozważania.

Ten stan nie jest już jednak aktualny — przed miesiącem model ten pojawił się w sprzedaży w kilku krajach Europy, w tym w Polsce. I tak, zamówiłem swój pierwszego dnia, właśnie z myślą zastąpienia swoich dwóch jednym.

Czy zatem Fellow Stagg EKG jest w stanie sprawdzić się w takiej roli? Cóż, od początku było wiadomo, że łatwo nie będzie. Mój Zelmer (CK1004) może zagotować jednorazowo 1,7l wody, a jego regulacja temperatury zaczyna się od 40°C (co przydaje się przy małym dziecku w domu) — w tych materiach EKG jest krokiem w tył. Jego rzeczywista pojemność to 900 ml, a najniższa temperatura do jakiej można zagrzać wodę bez konieczności sprawdzania aktualnej to 57°C (135°F) — tak przynajmniej podawała specyfikacja. Mimo wszystko, podjąłem ryzyko, cały czas mając przed oczami brwi żony uniesione ze zdziwienia i niedowierzania.

Przesyłka dotarła, otworzyłem, wyciągnąłem i …ponownie się zachwyciłem. To z pewnością najlepiej wyglądający czajnik jaki znam. Czarne, matowe wykończenie, które w bardzo elegancki sposób odbija światło nadal robi wrażenie, a przecież przez ostatnie kilkanaście miesięcy używałem czegoś niemal identycznego.

Słowo „niemal” w powyższym zdaniu znalazło się nieprzypadkowo — byłem przekonany, że jest to ten sam produkt, tyle że w wersji elektrycznej. Otóż nie. Dość znacząco różnią się wielkością, a przez to i kształtem, i długością wylewki, i wagą, i miejscem środka ciężkości.

Tym samym, mimo że „analogową” wersję miałem wyczutą na tyle, że mógłbym parzyć pewnie z zamkniętymi oczami, to z tym potrzebowałem kilkunastu dni, żeby osiągnąć ten sam stopień precyzji. Nie jest to, oczywiście, żadna jego wada — to po prostu wizualnie bliźniacze konstrukcje, które jednak nie są identyczne.

Wadą za to może być brak analogowego wskaźnika temperatury w pokrywce — prawdopodobnie nie miałby tu sensu, biorąc pod uwagę, że przecież w podstawie jest wyświetlacz podający aktualną temperaturę z nawet większą dokładnością. A jednak to właśnie ten wskaźnik sprawiał, że Stagg miał tak dużo uroku. Z czasem przywykłem jednak do tego braku, więc była to pewnie wyłącznie kwestia pierwszego wrażenia.

To, co jednak wadą jest bezdyskusyjnie to jakość wykonania podstawy. Sama w sobie jest bardzo przemyślaną konstrukcją — jedna gałka (będąca także przyciskiem) i dwa przełączniki ukryte na tylnej ściance służą do wszystkiego, co czajnik ma do zaoferowania; regulacji temperatury, wyboru jednostki (°C/°F), włączenia/wyłączenia podtrzymania temperatury (do godziny) oraz uruchomienia wbudowanego timera. Jednak samo jej wykonanie budzi moje spore zastrzeżenia. Przełączniki z tyłu sprawiają wrażenie, jakby kosztowały $0.02 każdy (i wierzcie mi, nie zdziwiłbym się, gdy okazło się, że nie przesadzam) — nie ma wyczuwalnego, przyjemnego kliku. Zamiast tego, bardzo łatwo jest zmienić ich pozycję (nawet wycierając blat za czajnikiem zdarzyło mi się zmienić °C na °F, bo pewnie otarłem przełącznik ściereczką), a dodatkowo nigdy nie mam pewności czy na pewno „zaskoczył”.

Co więcej, same otwory na te przełączniki wykonane są bardzo niestarannie — ze swoich wyciągałem jeszcze „opiłki” plastiku. Mógłbym też pewnie przyczepić się do równie niestarannego „nadrukowania” napisów wewnątrz tych przełączników, ale może właśnie miało być konsekwentnie.
(Tak, to był żart).

Gałka regulacji temperatury, która jest też włącznikiem, ma z kolei tendencję do nieodskakiwania w efekcie czego, gdy chcę wyłączyć czajnik …włącza się timer. Wyczułem już, którą jej część powinienem naciskać, żeby to się nie wydarzało, ale mam graniczące z pewnością podejrzenie, że nie tak to powinno działać. Biorę pod uwagę, że może to być po prostu wada mojego egzemplarza i powinienem go wymienić w ramach gwarancji, ale poczekam jeszcze na opinie innych użytkowników, żeby potwierdzić czy to odosobniony przypadek.

Sam plastik, z którego wykonana jest podstawa, również nie robi dobrego wrażenia. Bardzo ciężko jest to pokazać na fotografii, ale nie jest on idealnie gładki — gdzieniegdzie widać na nim „plamy”, które kojarzą mi się z raczej z tanim plastikiem, a nie produktem klasy premium. Przyczepiłbym się tego, nawet gdyby Stagg EKG kosztował 200 czy 300 zł, a przypomniam — mówimy tu o czajniku za 699 zł.

Z plastikiem rączki czy uchwytu w pokrywie też nie jest tak dobrze, jak by się chciało, ale jednak jest dużo lepiej niż w przypadku podstawy. Sam nie wiem czy można to uznać za plus.

No i w końcu dochodzimy do wyświetlacza w podstawie. Gdy włączyłem go pierwszy raz momentalnie przypomniał mi ekran z Motoroli V70 (choć właśnie zdałem sobie sprawę, że to porównanie dla raczej starszych czytelników, bo to telefon sprzed 17 lat…), który pamiętam bardzo dobrze, bo rozważałem go, gdy szukałem zamiennika swojej ulubionej wówczas Nokii 8850 (zdecydowałem się wtedy na model 8910, ale to inna historia) — to samo ciemne tło, niebieskawe podświetlenie i szalenie mała rozdzielczość (tam była to 96×64 piksele — tu jeśli jest więcej, to niewiele. Na tyle, że oko przyzwyczajone do Retiny — jak określił kolega Kuba — krwawi). Do tego dochodzi ekstermalnie wąski kąt widzenia. Gdy patrzy się na niego niemal bezpośrednio z góry jest bardzo czytelny:

Jeśli jednak podstawa stoi tak jak u mnie, tj. na blacie pod ścianą, to nawet jeśli blat nie jest głęboki, to bez wychylenia się nad wyświetlacz, czyli np. podczas mielenia ziaren, wygląda on tak:

Ponownie; można do tego przywyknąć, a jednak wolałbym, żeby był on choć o klasę lepszy.

I na koniec narzekania; to, co jest zaletą przy parzeniu kawy, bywa uciążliwe w codziennym użytku „poza kawowym” — wylewka jest bowiem wolna. Pozwala to na bardzo precyzyjne zalanie ziaren, ale gdy do np. gotowania potrzebne jest 500 ml przegotowanej wody, to wylanie jej za pomocą wylewki bywa drażniąco długie (trwa to bowiem 26 sekund). I ponownie; to jest zaleta czajnika, a co najwyżej wada roli, w jaką go wpakowałem.

O zagotowaniu np. 2,5 litra wody na makaron nawet nie wspominam, bo choć jest to możliwe, to wymaga trzykrotnego zagotowania wody oraz opracowania specjalnego sposobu opróżniania czajnika (w razie czego służę pomocą; wystarczy przechylić go nad garnkiem nieco bokiem, w taki sposób, żeby jako pierwszy zaczął wydostawać się strumień przez wylewkę, a dopiero po chwili przez otwór spod pokrywki — to mniej więcej kąt 45° względem podstawy garnka. Działa, jest dość bezpieczne, choć wygląda kuriozalnie).

I może jeszcze jedna rzecz, która wpływa na codzienne używanie Stagga — podobnie jak wersja „analogowa”, nie ma on wskaźnika ilości wody wewnątrz. I choć podejrzewam, że jest w nim jakiś system uniemożliwiający włączenie go pustego (nie sprawdzałem), to jednak i tak każdorazowo przed włączeniem należy podnieść pokrywę i sprawdzić czy jest w nim wystarczająca ilość wody. Nie jest to może bardzo uciążliwe — ot, kolejny krok, w i–tak–całkiem–długim–procesie–parzenia–dobrej–kawy — ale zapytajcie moją żonę co o tym sądzi. Obchodzę to tak, że po każdym użyciu od razu napełniam go wodą, żeby przynajmniej ona (żona, nie woda) nie mogła za bardzo narzekać.

Jak widać, jest się do czego przyczepić. A mimo to, jestem ogromnie zadowolony z posiadania tego czajnika. I to z kilku względów.

Po pierwsze (i niekoniecznie najważniejsze); kuchnia wygląda lepiej. To wszak był główny powód wymiany. Nigdy nie kryłem, że wygląd ma dla mnie duże znaczenie, a jeśli jeszcze dodam, że mamy tu tzw. kuchnię otwartą, dzieloną z salonem, to pewnie nikogo nie będzie to dziwić. Zamiast dwóch urządzeń jest jedno, więc wizualnie jest czyściej (jeszcze nie „czysto”, bo na blacie poza czajnikiem wciąż stoi ekspres przelewowy, dzbanek z filtrem, młynek i ekspres ciśnieniowy, ale na pewno „czyściej”).

Po drugie; czas grzania jest krótszy. To było oczywiste od początku, a jednak nie sądziłem, że ucieszy to tak bardzo. Zagrzanie 700 ml wody (na Chemexa dla dwóch osób + wodą na przelanie filtra i ew. zagrzanie filiżanek) do 95°C trwa tu 3m02s, podczas gdy w Staggu na gazie jest to równe 10 minut (pewnie na płycie indukcyjnej byłoby szybciej, ale gaz u mnie był bardzo świadomą decyzją i nigdy bym się nie zamienił). Co to oznacza w praktyce? Że gdy zabieram się za parzenie kawy, włączam czajnik i zanim wybiorę i odmierzę ziarna, to już muszę się spieszyć z kręceniem gałki młynka, żeby być gotowym zanim woda będzie. Na szczeście wcale nie muszę, bo — i to jest właśnie po trzecie: parzenie jest wygodniejsze i bardziej powtarzalne. Bez względu bowiem na to czy podtrzymywanie temperatury jest włączone czy nie, do pierwszego zdjęcia czajnika z podstawy, będzie on trzymał ustaloną temperaturę (tj. wyłączy grzałkę chwilę wcześniej i włączy ją ponownie, gdy temperatura nieco opadnie). Gdy używałem Stagga na gazie i byłem już gotów ze zmielonymi ziarnami, woda najczęściej miała dopiero ok. 60°C, więc często wracałem do komputera czy zajmowałem się przez chwilę czym innym, po czym wracałem po zbyt–długiej–chwili, żeby zorientować się woda wrze i muszę ją ostudzić zanim zacznę parzyć. Tu ten problem znika. Odkładanie go na podstawę w trakcie parzenia ma również spory wpływ na powtarzalność samego procesu — podtrzymanie temperatury na gazie wymaga sporej precyzji, a i tak najczęściej nie odstawiałem go z powrotem na kuchenkę przez co różnica w temperaturze wody, która rozpoczynała preinfuzję od tej, która kończyła przelewanie, wynosiła niekiedy kilka stopni Celsjusza.

Rzecz jasna, dzięki plastikowemu dnu czajnika, wcale nie trzeba odkładać go na podstawę, co również bywa bardzo wygodne. Oraz trochę zgubne, bo przywykłem do tego komfortu na tyle szybko, że już w pierwszym tygodniu, podając szakszukę do niedzielnego śniadania, nieomal postawiłem gorącą patelnię bezpośrednio na stole.

Jest też czwarta korzyść; czajnik w żaden sposób nie daje znać, że woda osiągnęła żądaną temperaturę, co po latach życia z Zelmerem, który każdorazowo musiał trzykrotnie irytująco i głośno piknąć, jest ogromną ulgą.

Z wbudowanego timera nie korzystam, bo mam taki w wadze, ale domyślam się, że może się on okazać przydatny dla tych, którzy mają prostszą wagę i są zmuszeni odmierzać czas za pomocą jakiegoś zewnętrznego urządzenia (smartfonu, stopera czy nawet mikrofalówki).

Podsumowując; (uwaga, będzie długie zdanie) jeśli jesteś kawowym entuzjastą, częściej parzysz w małym V60/Gabi/Kalicie/Aeropressie niż w dużym Chemexie i dodatkowo lubisz otaczać się ładnymi przedmiotami, a jednocześnie masz świadomość, że żyjemy w czasach, w których nawet samochody kosztujące sześciocyfrowe kwoty wypełnione są tanim plastikiem oraz jesteś w stanie pogodzić się z wydatkiem niemal 700 złotych na — bądź co bądź — tylko czajnik, jednocześnie przymykając nieco oko na niedociągniącia w kwestii jakości wykonania podstawy, to z pewnością jest to produkt dla Ciebie. Bo choć znajdziesz produkty o podobnej funkcjonalności, to w zakresie wizualnej prezencji Stagg EKG nie ma bowiem żadnej alternatywy na rynku czajników elektrycznych.

A jeśli chciał(a)byś, żeby to był jedyny czajnik w domu, cóż, przemyśl sprawę. Bo choć u nas okres testowy wciąż trwa, to nie zdziwię się, jeśli nasz poczciwy, kilkuletni Zelmer wróci na kuchenny blat z tą całą swoją pikającą postawą. Na dowód udostępniam to, co moja żona ma do powiedzenia o Fellow Stagg EKG:

Jeśli chcecie mieć elektryczną wersję czajnika (tu nazwa), kupcie sobie. W myśl zasady, że raz się żyje, a cena podzielona przez ilość użyć sprawia, że jest on w sumie za grosze. (Naczelna zasada mojego życia.)

Ale nie idźcie tą drogą chcąc „zastąpić dwa urządzenia jednym” jak powiedział sam M.
Jedno urządzenie nigdy nie zastąpi dwóch i M. wiedział o tym, kiedy kupowaliśmy suszarkę, a nie pralkosuszarkę, ale jakoś zapomniał kupując czajnik.

Ktoś wtedy — zaręczam, że w każdym domu będzie taki ktoś — poparzy się niezliczoną ilość razy (bo nikt normalny nie ma czasu, by obserwować strumień wody i delektować się upływającymi minutami mając w perspektywie zmianę pieluchy już płaczącemu dziecku). Ktoś będzie się wkurzał na to pokrętło, którym trzeba kręcić chcąc nagrzać wodę do 40 stopni (znów zmiana pieluchy). Ktoś pomyśli, że znów padł ofiarą systemu i nie może mieć, jak reszta ludzkości, normalnego czajnika.

I w ogóle, jeśli jeszcze możecie, wycofajcie się z tej kawowej drogi. W przeciwnym razie u znajomych już zawsze będziecie pić tylko herbatę, a jeśli, jak ja, zwyczajnie nie umiecie w te kawy i ekspresy, będziecie zdani na łaskę i niełaskę kogoś kto potrafi. (U mnie opcja „na łaskę”, ale kto wie co przyniesie życie.)

Żeby nie było, ten czajnik nie wydaje dźwięków i jest to plus.

:)