fotograficzny workflow

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 5 lat temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Maili z prośbą o opisanie swojego fotograficznego workflow (nie przepadam za tym słowem, ale tutaj zdaje się ono naprawdę pasować) otrzymałem już kilka – przenosiłem je do OmniFocus, żeby potem pamiętać komu odpisać, gdy już się za to zabiorę. Po publikacji artykułu o Photosmith, ilość tych maili wzrosła dwukrotnie1, więc – choć miałem zaplanowane co innego – stwierdziłem, że najwyższy czas przestać odkładać to na później.

Najpierw małe wprowadzenie. Nie fotografuję dla żadnej agencji, nie fotografuję do prasy, nie mam codziennych sesji w studio – jeśli więc, Drogi Czytelniku, spodziewasz się tekstu pt. „Jak radzić sobie z pięcioma tysiącami zdjęć tygodniowo”, będziesz rozczarowany. Mimo to, uważam, że fotografuję dużo. Może to przez fakt, że zaczynałem w czasach negatywu i naświetliłem ponad 250 średnioformatowych rolek. A może dlatego, że fotografuję niemal codziennie. Wykonuję bowiem fotografie na zlecenia komercyjne (co jest jednym z obszarów działalności mojej firmy), zajmuję się reportażami ślubnymi oraz fotografuję dla siebie. To są trzy podstawowe kategorie, które mocno rozgraniczam – każda z nich posiada osobną bibliotekę Lightroom. To właśnie tej aplikacji od lat używam do „wywoływania” RAWów, obróbki i katalogowania fotografii. Jednak Lightroom w moim workflow jest tylko (i aż) cyfrowym odpowiednikiem ciemni. Oznacza to, że tak jak nikt nie wchodził ze mną do ciemni, tak nikomu nie pokazuję fotografii w Lightroom; choć posiada on pewne mechanizmy umożliwiające prezentację zdjęć, zawsze wydawały mi się one toporne. Od czasu premiery Aperture 3, w swoim systemie używam także tej aplikacji, co dla wielu wydaje się co najmniej dziwne. U mnie jednak rozwiązanie z Lightroomem jako „warsztatem” i Aperture jako „galerią” sprawdza się doskonale. Podobną funkcję do Aperture pełni iPad, który służy do prezentacji zdjęć częściej niż podejrzewałem w momencie zakupu. I nie tyczy się to tylko fotografii prywatnych, ale także – jeśli nie zwłaszcza – tych komercyjnych/ślubnych.

Import

Proces importu fotografii zależny jest od tego czy jestem przy swoim stacjonarnym komputerze czy na wyjeździe. Ten drugi scenariusz, został już po częsci opisany przy okazji tekstu o Photosmith dla iPada, poniżej zajmę się więc głównie tą stacjonarną częścią.

Na samym początku podłączam aparat do komputera – choć sam nie wiem dlaczego, nigdy nie dorobiłem się porządnego czytnika kart CF2 do portu FW, a z tymi pod USB miałem więcej nieprzyjemności niż to warte. Mam co prawda świetnego Lexara do portu ExpressCard/34, którego używam jednak tylko w trakcie reportażu ślubnego, kiedy to szybkość kopiowania danych bardzo się przydaje. Przez otwór w stopie Apple Cinema Display przeciągam więc końcówkę przewodu USB, podłączam do aparatu i uruchamiam Lightroom. Pojawia się w nim okno importu, w którym ustawiam, co następuje:

  • generowanie podglądów 1:1 (choć to długotrwały proces – w zależności od szybkości komputera i ilości zdjęć, rzecz jasna – znacznie przyspiesza on późniejszą selekcję),
  • ścieżkę do lokalizacji zapasowej (Lightroom potrafi importować pliki w dwa miejsca jednocześnie, dzięki temu na jednym z dysków zewnętrznych mam dokładną kopię karty, bez względu na to, jakich zmian dokonam w lokalizacji podstawowej),
  • zmianę nazwy na wcześniej przygotowany szablon date,
  • preset metadanych (w zależności od tego czy są to fotografie dla siebie czy dla klienta),
  • ścieżkę do lokalizacji podstawowej jako katalog inbox na dysku systemowym, z tworzeniem katalogów na podstawie daty w formacie YYYY-MM-DD.

Choć dysk SSD w moim mini ma tylko 128 GB pojemności, z reguły mam na nim 30–45 GB wolnej przestrzeni, co w zupełności wystarcza do skopiowania z kart fotografii z jednego wyjazdu lub jednego, nawet sporego reportażu.

W kwestii kopii zapasowej na zewnętrznym dysku; żeby nie musieć pamiętać o usuwaniu starych duplikatów, Hazel robi to za mnie. Automatycznie, po 30 dniach przenosi stare duplikaty do kosza.

Bardzo ważna jest także zmiana nazwy w powyższym etapie. Mój szablon wygląda następująco:

a jego efektem jest – dla przykładu – 20120604.19.47.15-IMG_0478.CR2. Proste wyjaśnienie dlaczego to tak istotne: jeśli po jakimś czasie wybierzesz kilka fotografii z różnych miesięcy i eksportujesz je do jednego katalogu, będziesz miał je posortowane chronologicznie, bez żadnej operacji z Twojej strony.

Selekcja

Dzięki umieszczeniu fotografii na dysku SSD i wygenerowaniu podglądów (które także znajdują się na tym samym dysku) wcześniej, proces selekcji jest bardzo szybki i polega na sprawdzeniu czy ostrość jest w tym miejscu, w którym być powinna (‘z’ na klawiaturze w celu zbliżenia do 100% i ‘z’ do powrotu). W oknie miniatur wybieram filtr bazujący na atrybucie i zaznaczam zdjęcia nieoflagowane – w tym momencie nic się nie przefiltruje, bo przecież wszystkie zdjęcia są bez flag, ale przyda się to za chwilę. Podczas sprawdzania ostrości, jeśli któreś zdjęcie uznaję za odrzut, naciskam ‘x’ na klawiaturze, co przypisuje fotografii flagę ‘odrzut’. Dzięki stworzonemu wcześniej filtrowi, zdjęcie automatycznie znika z widoku miniatur i wyświetli się zdjęcie kolejne. Co więcej, cofnięcie się o jedną pozycję przeniesie Cię do ostatniego nieodrzuconego zdjęcia. Po przejrzeniu w ten sposób wszystkich ostatnio zaimportowanych fotografii, naciskam cmd+shift+del, co usuwa z dysku (po wcześniejszym zapytaniu) wszystkie odrzucone fotografie. Na tym kończy się pierwsza część procesu selekcji, która zostawia Cię z zestawem technicznie poprawnych, nadających się do późniejszego wykorzystania fotografii. Jeśli jednak zakończysz selekcję na tym etapie, bardzo szybko zapełnisz całą przestrzeń dyskową, bez względu na jej wielkość. Wiem, bo sam tak robiłem, wcale-nie-tak-dawno-temu. Dlatego wprowadziłem tzw. 2-pass, czyli przejrzenie tych samych fotografii po raz drugi, ale tym razem zaznaczając tylko te naprawdę dobre, a nie tylko poprawne. W tym przypadku sam sobie narzucam limity ilościowe (które w większości wypadków, stanowią wielokrotności 36). Dla przykładu; po powrocie z jednodniowego wyjazdu ze znajomymi, tak wybieram zdjęcia, żeby zostało mi 36 najlepszych, zamiast zostawiać ich 100 lub więcej, nawet jeśli pozostałe są technicznie w porządku. Te wybrane fotografie oznaczam ★★, a (tym razem nieoflagowane) odrzuty przenoszę do kosza3.

W katalogu inbox zostaje więc zestaw najlepszych zdjęć z ostatniego importu, wszystkie oznaczone ★★ – ten symbol pod zdjęciem w moim workflow oznacza, że jest to fotografia, która przeszła proces selekcji, ale wymaga dodatkowej pracy.

Katalogowanie i obróbka

Drugi krok to dopisanie słów kluczowych, niekiedy tytułów i/lub opisów, czyli tych parametrów zdjęcia, których aparaty nie potrafią jeszcze same zawrzeć w danych EXIF4. Krok to o tyle ważny, że nie tylko umożliwia późniejsze wyszukiwanie fotografii, ale także pozwala na tworzenie tzw. inteligentnych kolekcji. W słowach kluczowych wpisuję nie tylko imię osoby, występującej na fotografii, ale także informacje logistyczne, mówiące o przeznaczeniu danego zdjęcia. I tak, dla przykładu, w prywatnym katalogu Lightroom posiadam ‘dziennik’ jako smart collection, bazującą właśnie na słowie kluczowym ‘dziennik’ zawartym w opisie fotografii. Dzięki temu wiem, które fotografie już zostały w nim opublikowane, a które oczekują w kolejce.

Kolejny etap to tzw. „obróbka” lub „wywołanie” zdjęcia – w to nie będę się jednak zagłębiał, bo każdy z Was pewnie ma już swoje sposoby na doprowadzenie fotografii do postaci, w której cieszy oko. Wspominam jednak o tym dlatego, że po zakończeniu tego etapu, fotografia zostaje oznaczona ★★★, co oznacza, że jest gotowa (obrobiona i opisana), choć nie „gotowa do pokazania”, a raczej „gotowa do zachowania w szufladzie”. Dopiero bowiem po skatalogowaniu i obróbce wszystkich zdjęć, wybieram te, które nadają się do publikacji/prezentacji. Z reguły jest to proces bardzo szybki, bo już na etapie obróbki, podświadomie, dokonuję takiej selekcji. Te wybrane otrzymują odznaczenie ★★★★.

W tym momencie, gdy cały proces selekcji, opisu i obróbki jest już zakończony, przenoszę folder z danym dniem (z dysku SSD) na dysk zewnętrzny, gdzie folder ‘photos’ ma strukturę rok/rok_miesiąc/rok.miesiąc.dzień/5. Oczywiście, odbywa się to w obrębie aplikacji Lightroom. Zarządzanie folderami z poziomu LR jest bardzo wygodne, choć ma jeden minus – Lightroom pozwala bowiem na tylko jedną operację przenoszenia jednocześnie, bez możliwości zaznaczenia kilku folderów na raz. Oznacza to, że jeśli za katalogowanie zabrałeś się np. po tygodniu, to będziesz musiał przenieść 7 folderów osobno.

Bardzo unikam takich sytuacji, bo z reguły całego powyższego procesu dokonuję w dniu wykonania fotografii. Traktuję to jako mus i wykonuję bez względu na porę, bo doskonale pamiętam (z czasów zanim narzuciłem sobie taki rygor) o ile mniej chętnie siada się do selekcji 600 fotografii z dwóch tygodni niż do 40 z ostatniego dnia. Osobiście, znajduję w tym jeszcze jedną zaletę – dzięki takiemu systemowi, kładę się spać, wiedząc, że udało mi się zrobić dobre zdjęcie (chyba, że nie) – a, jak powszechnie wiadomo, „dzień bez dobrej fotografii – dniem straconym”.

Prezentacja

Jak wspomniałem we wstępie; Lightroom służy mi tylko do powyższych czynności i na dobrą sprawę, nikt poza mną, nie ogląda fotografii w tej aplikacji. Pora więc na kilka słów, dotyczących eksportu wyselekcjonowanych fotografii.

Z racji faktu, że prezentacji fotografii dokonuję na iPadzie, to właśnie od niego zacznę i na początku, skupię się tylko na przypadku fotografii prywatnych. Do nich, korzystam z podstawowej iOSowej aplikacji Photos, która do tego celu (niemal) w zupełności mi wystarcza. Piszę „niemal”, bo pewnym ograniczeniem jest dla mnie jednopoziomowa struktura katalogów w niej. Z chcęcią umieściłbym tam katalog – na przykład ‘podróże’ – a dopiero w nim poszczególne albumy. Liczę, że taka możliwość pojawi się w iOS 6. Synchronizując iPada z iTunes nie używam jednak ani iPhoto ani Aperture, a po prostu synchronizuję wcześniej wybrane foldery z Findera. Korzystam bowiem z doskonałej wtyczki do Lightroom – jf Tree Publisher – której jedynym celem jest eksport wcześniej stworzonych kolekcji do wybranych katalogów w Finderze, dostosowując rozmiary zdjęcia w taki sposób, żeby na ekranie iPada wyglądało ono możliwie dobrze. Wtyczka potrafi także docinać zdjęcia tak, żeby wypełniały cały ekran iPada, ale nie korzystam z tej opcji. Pełny kadr jest dla mnie dużo ważniejszy niż to, że ekran jest niewypełniony.

Przykłady

Jedną z inteligentnych kolekcji w obrębie usługi jest u mnie last 3 months, do której (automatycznie) trafiają fotografie, spełniające dwa warunki:

  • zostały wykonane w ciągu ostatnich 3 miesięcy,
  • zostały oznaczone ★★★★.

To właśnie w tym celu, na etapie selekcji, oznaczałem fotografie w ten sposób – dzięki temu mam pewność, że do tej kolekcji trafi tylko to, co jest warte pokazania. Samo przeznaczenie tej kolekcji jest prawdopodobnie oczywiste – dzięki niej, mam przy sobie wszystkie ciekawe fotografie z ostatnich trzech miesięcy (tym bardziej, że tę samą kolekcję synchronizuję także z iPhone’em), co jest nieocenione podczas wszelkich spotkań towarzyskich czy rodzinnych.

W ten sam sposób synchronizuję fotografie z dziennika, mając do dostęp do większych rozdzielczości niż na stronie, nawet off-line.

Z racji faktu, że dużo eksperymentuję w kuchni i często fotografuję rezultaty tych działań, powstała też kolekcja ‘food’, zawierająca zdjęcia ze słowem kluczowym ‘food’ i ★★★★, więc podczas spotkań z przyjaciółmi, zawsze mogę pochwalić się ostatnimi wyczynami.

Na podobnej zasadzie działa też kolekcja z najlepszymi portretami żony, jakie kiedykolwiek udało mi się zrobić; znajduje Jej imię w słowach kluczowych i sprawdza czy dane zdjęcie otrzymało najwyższe, pięciogwiazdkowe odznaczenie. Jest to pewien rodzaj cyfrowego porfetla, w którym nosi się zdjęcie bliskiej osoby, tylko w tym przypadku tych fotografii jest kilkanaście i są na bieżąco aktualizowane.

Najlepsze w tym rozwiązaniu jest to, że dzięki usługom, Lightroom na bieżąco monitoruje zawartość folderów zewnętrznych i wie, kiedy w kolekcji pojawia się coś nowego – wystarczy nacisnąć przycisk Publish, by po chwili wszystkie zaktualizowane zdjęcia znalazły się we wcześniej ustalonej lokalizacji i by móc zsynchronizować iPada.

Mimo tego, jak dobrze iPad sprawdza się w takiej roli, wciąż czasem zdarza mi się pokazywać fotografie na większym ekranie. Do tego celu służy mi Aperture, który jednocześnie jest kopią moich czterogwiazdkowych fotografii z Lightroom. Eksportuję je za pomocą stworzonego wcześniej ustawienia, które zachowuje oryginalny rozmiar, zachowuje słowa kluczowe, nie wyostrza pliku, ale konwertuje go do formatu .jpg przy zachowaniu jakości na poziomie 90%. Tak wyeksportowany plik zajmuje na dysku znacznie mniej miejsca niż RAW w Lightroom, a jego jakość wciąż pozwoli nawet na spore wydruki, gdyby kiedyś stało się coś z moim katalogiem z RAWami. Dodatkowo, dzięki temu, że w Aperture znajdują się tylko pliki .jpg, aplikacja ta pracuje nad wyraz szybko.

Oczywiście, nie jest to rozwiązanie idealne; sam muszę zaznaczyć wszystkie czterogwiazdkowe pliki w Lightroom (lub wykorzystać do tego inteligentną kolekcję), wyeksportować je i zaimportować w Aperture, ale mimo to, bardzo lubię ten podział między Lightroom a Aperture, bo z jednej strony daje mi poczucie zakończenia prac nad danymi fotografiami, a z drugiej – swobodę uruchomienia katalogu bez ryzyka pokazania zdjęć, nienadających się do pokazania.

Powyższy opis dotyczył jednak fotografii prywatnych, a na moim dysku istnieje także osobna biblioteka Aperture, przechowująca fotografie komercyjne lub te, które mogą być za takowe uznane. Zaznaczyłem na początku, że posiadam trzy biblioteki Lightroom, ale także tak samo podzielone są fotografie przechowywane w Aperture. I o tyle o ile prywatne czy ślubne są wiernym odzwierciedleniem tych najlepszych zdjęć z biblioteki Lightroom, tak z fotografiami komercyjnymi sprawa jest już nieco bardziej skomplikowana. Oczywiście, znajdują się tam również wyselekcjonowane zdjęcia z komerycjnego katalogu Lightroom, ale nie tylko. Zdarza się bowiem, że otrzymuję zapytanie o np. fotografie dzieci lub – jak się ostatnio zdarzyło – fotografie potraw. Nietrudno zgadnąć, że sfotografowane dzieci znajdują się także w katalogu prywatnym, a skoro klient chce zobaczyć najlepsze zdjęcia dzieci, to dlaczego nie miałbym pokazać synka przyjaciół? Żeby mieć takie zestawy „pod ręką”, w Lightroom stworzyłem zestaw kolekcji, które zawiera kilkanaście smart collections, wyszukujących zdjęcia z danym słowem kluczowym (np. dzieci, wnętrza, miejsca, produkty, potrawy, sport i kilka innych), które zostały wykonane w ciągu ostatnich 5 tygodni. Raz w miesiącu, najczęściej ostatniego dnia danego miesiąca lub w pierwszych dniach kolejnego6, przeglądam miesięczny zestaw fotografii pod kątem tych właśnie kategorii, dopsiuję słowa kluczowe i eksportuję zawartość tego zestawu kolekcji do komercyjnego katalogu Aperture. Dzięki temu mam na bieżąco aktualizowaną bazę fotografii, gotową do pokazania klientom. Oczywiście, te same fotografie trafiają także na iPada, ale tam zarządza nimi aplikacja trzecia, która zasługuje na osobny tekst, więc więcej na ten temat pojawi się pewnie w najbliższej przyszłości.

Wydruki

W Lightroom posiadam jeszcze jeden zestaw kolekcji, który zawiera w sobie trzy następujące kolekcje:

  • 12,7×19
  • 15×22,6
  • 20×30

Jak nietrudno się domyślić, umieszczam w nich fotografie do wydruku na papierze i także robię to już na etapie edycji zdjęcia, gdy wiem, że daną fotografię będę chciał mieć na papierze. W ten sam sposób mam przygotowane presety eksportu dla poszczególnych wielkości. Dzięki temu, gdy wysyłam zamówienie do labu (a z racji faktu, że współpracuję z labem z drugiego końca Polski nie odbywa się to bardzo często), eksportuję tylko wcześniej wybrane fotografie i umieszczam je na serwerze7.

Wideo

Nie wspomniałem o tym wcześniej, bo tekst dotyczy głównie fotografii, ale zdarza mi się czasem zarejestrować materiał wideo. Nie przechowuję jednak tych plików w Lightroom (być może dlatego, że nie używam LR w wersji 4) – zawsze wydawało mi się to nie na miejscu. Przenoszę więc pliki na dysk zewnętrzy i importuję do kolejnej bilbioteki Aperture (która, ze względu na rozmiar tych plików, nie przechowuje ich „w sobie”, a wczytuje z zewnętrznego folderu), gdzie bardzo dokładnie opisuję je słowami kluczowymi. Tworzę w ten sposób bazę materiałów do późniejszego wykorzystania, np. w rocznicowej prezentacji dla znajomych, w której pokaz fotografii przeplatany jest krótkimi, z reguły zabawnymi wstawkami wideo.

Jak widać, mój system zarządzania zdjęciami pozbawiony jest tajemnej wiedzy, głębokiej filozofii czy super trików, z których moglibyście skorzystać. Najważniejsze jest jednak takie poukładanie sobie wszystkiego na początku, by potem łatwo móc się tego trzymać oraz swego rodzaju rygor (który z czasem staje się nawykiem), by edytować fotografie na bieżąco i nie pozwalać na tworzenie się zaległości.


  1. żeby też nie wyszło, że odbieram setki maili po każdym tekście; było ich 5, po tekście doszło kolejne 5

  2. jak chociażby Sandisk Extreme czy Lexar Professional

  3. robię to bez obaw, wiedząc, że mam kopię zapasową tych plików

  4. a liczyłem, że właśnie na tym polega ‘rozpoznawanie twarzy’

  5. korzyści, płynących z takiego nazewnictwa folderów chyba nie muszę tłumaczyć

  6. w OmniFocus to zadanie ma ‘Start date’ jako 31. dzień miesiąca i ‘Due date’ jako 5. dzień kolejnego miesiąca

  7. choć tak naprawdę tym także zajmuje się Hazel