Fujifilm X-Pro 1 – test

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 5 lat temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Informacją o pojawieniu się modelu X-Pro 1 byłem podeskcytowany niemal tak samo bardzo, jak wcześniejszą premierą X100. „Niemal”, bo w X100 brak możliwości wymiany obiektywów nie był dla mnie żadnym utrudnieniem, ale wciąż „bardzo” – bo X100 miała kilka wad, które X-Pro 1 miał szansę wyeliminować.

Stali czytelnicy wiedzą, że od dawna liczę na to, że któryś z producentów sprzętu fotograficznego zaprezentuje wreszcie aparat, którego niewielkie rozmiary nie będą oznaczać żadnych kompromisów w zakresie jakości zdjęć, jak i ergonomii czy funkcjonalności aparatu. Taki, który mógłbym zabierać ze sobą w podróż i nie żałować, że nie miałem przy sobie żadnego z pełnoklatkowych aparatów, którymi fotografuję na co dzień. Podczas gdy większość producentów zdaje się nie mieć żadnego interesu w wypełnieniu tej luki na rynku, Fujifilm zmierza w dobrym kierunku. Zaprezentowany w 2011 roku model X100 był blisko tego, czego oczekiwałem od aparatu na co dzień, ale jednak nie na tyle blisko, żebym zdecydował się na jego zakup. Gdy po raz pierwszy pojawiły się informacje o „wyższym” modelu, liczyłem, że X-Pro 1 „zacznie się” tam, gdzie X100 się „kończył”.

Dzięki uprzejmości Krzysztofa Walkowa, miałem okazję sprawdzić ile inżynierowie Fujifilm zdążyli się nauczyć od czasu premiery modelu X100. Na wstępię zaznaczę jednak, że aparat miałem u siebie tylko przez kilka dni, a to trochę za mało, żeby w pełni poznać urządzenie, więc poniższy tekst nie będzie „testem” w pełnym znaczeniu tego słowa, a raczej szerszym opisem pierwszych wrażeń z używania X-Pro 1 w zestawie z obiektywem 35/1.4.

Tylko nieliczni są w stanie przejść obojętnie nad tym, jak dobrze ten aparat wygląda na żywo. Po wyjęciu go z pudełka, postawiłem go obok i przez dłuższą chwilę po prostu go oglądałem, nawet nie przykładając do oka (co może świadczyć także o moim zboczeniu, jak sądzę). Tak bowiem (w moim mniemaniu1) powinien wyglądać aparat fotograficzny. Wyżej jest już tylko Leica. I za nic mam opinie, mówiące o tym, że X-Pro 1 to zwykły, czarny klocek, którego nie sposób nazwać nawet ładnym – powtórzę; tak powinien wyglądać aparat. Formą bardzo przypomina mi Zeissa Ikona. Dodatkowo, fakt, że na przedniej ściance nie ma żadnego logo, nazwy ani żadnego innego elementu, który musiałbym zaklejać czarną taśmą, tylko potwierdza wcześniejszą tezę.

Chwycenie go do ręki nieco burzy pierwsze wrażenie; jest lżejszy niż na to wygląda (co pewnie docenia się po kilku godzinach fotografowania). Dużo lżejszy. Nie odczuwa się tej „przyjemnej ciężkości”, którą często spotyka się w kontakcie z przedmiotami eksluzywnymi. Dowodem niech będzie fakt, że sporo mniejszy X100 waży tylko 5g mniej. Co zaskakujące, wydaje się być gorzej wykonany niż X100 właśnie – jakby był „bardziej plastikowy”. To wprawdzie tylko wrażenie (nie miałem okazji sprawdzić tego namacalnie, bo między odesłaniem jednego, a odebraniem drugiego aparatu minęło kilka dni), ale mimo to, jestem pewien, że do jakości wykonania X100 nie miałem żadnych zastrzeżeń.

Podobnie jak w mniejszym modelu, tak i w X-Pro 1 kartę SD umieszcza się obok baterii, pod klapką na spodzie aparatu. Ze względu na fakt, że fotografując, wolę używać wielu małych (w sensie pojemności) kart zamiast jednej np. 16 GB, to muszę na to ponarzekać. Choć pocieszam się tym, że i tak jest to rozwiązanie wygodniejsze niż w Leice M9.

Względem X100 nie zmienił się także uchwyt, który pozostał bardzo płytki, a co za tym idzie, po dłuższej chwili ból palców zaczynał doskwierać. Producent oferuje wprawdzie dodatkowy, wkręcany w gwint statywowy, uchwyt, który jednak – choć zwiększa masę aparatu – utrudnia dostęp do karty pamięci i …kosztuje dodatkowe 400 złotych. Oferuje za to dodatkowy gwint statywowy, który – w odróżnieniu od tego w korpusie – znajduje się w osi obiektywu. I, oczywiście, jest to pewna wada aparatu, to jednak w tej kwestii staję w obronie producenta. Domyślam się, że umieszczenie gwintu pod obiektywem, zwiększyłoby wysokość korpusu2, więc jeśli inżynierowie stali przed wyborem wielkość vs. gwint w osi obiektywu, to uważam, że wybrali słusznie.

Pisząc o wielkości, muszę dołączyć to zdjęcie:

X-Pro 1 nie tylko wyglądem nawiązuje do legendarnych, analogowych konstrukcji. Fotografowanie nim w trybie manualnym lub Av to czysta przyjemność. Tak miło jest przypomnieć sobie jak to jest manualnie ustawiać przysłonę w obiektywie3. Obrazu dopełnia pokrętło czasów i spust migawki z gwintem na wężyk spustowy (lub „biedronki”). To wszystko „pachnie” klasyką i naprawdę miło się tego używa. Zwłaszcza, że np. pokrętło czasów ma pozycję T, której brakuje nawet w canonach, których używam i naświetlając ostatnio zdjęcie przez 2 minuty, musiałem przez cały ten czas trzymać wciśnięty spust migawki.

Mimo początkowej ekscytacji opisywanym pokrętłem, przez kilka dni używania aparatu, korzystałem z niego znacznie rzadziej niż przypuszczałem, że będę4. Wydaje mi się więc – choć mam świadomość abstrakcji tego pomysłu – że chętniej zamiast niego, zobaczyłbym tam pokrętło czułości. To byłoby coś!

Skoro o pokrętłach mowa, to są jeszcze dwa – kompensacji ekspozycji, którym zachwycałem się już przy okazji modelu X1005, a które wciąż pozbawione jest blokady oraz poziome pokrętło na tylnej ściance, którego nijak nie da się spersonalizować. Ten pierwszy brak można „obejść”, zakupując uchwyt Thumbs Up, który nie tylko sprawi, że trzymanie aparatu będzie wygodniejsze, ale zmniejszy ryzyko przypadkowego przekręcenia pokrętła (co zdarzyło mi się wielokrotnie).

Na tylnej ściance pojawił się także przycisk Q, uruchamiającego coś w rodzaju „szybkiego menu”, dającego dostęp do wszystkich parametrów ekspozycji. Nie znoszę tego.

Pozostając w obrębie tylnej ścianki, zupełnie nie rozumiem umiejscowienia przycisku „play” oraz „AF”, które bez chwili wahania zamieniłbym miejscami. Nie tylko dlatego, że podobnie mam w canonie i jestem do tego przyzwyczajony, ale przede wszystkim dlatego, że byłoby to znacznie wygodniejsze i bardziej ergonomiczne rozwiązanie. Gdyby bowiem przycisk „AF”, pozwalający na zmianę punktu autofocusa, znajdował się w miejscu przycisku „Play”, można byłoby wcisnąć kciukiem, nie odrywając aparatu od oka. A tak, nie obędzie się bez drugiej ręki.

Mimo wspomnianego wcześniej nawiązania do analogowych klasyków, rzuca się w oczy pewna niekonsekwencja. Bo z jednej strony jest tryb manualny, ręczne ustawienia przysłony na pierścieniu czy pokrętło czasów, a z drugiej ostrzenie manualne, które z ostrzeniem manualnym niewiele ma wspólnego6 oraz wyeksponowany na tylnej ściance i w wygodny sposób uruchamiany tryb Macro. Trochę mnie się to kłóci, ale może za bardzo się czepiam. O tym drugim scenariuszu może świadczyć fakt, że wszystkie przyciski są większe i wygodniejsze niż te w X100. Względem mniejszego modelu poprawiono także kolejność pozycji w przełączniku trybów AF – narzekałem na to wcześniej, teraz nie mam podstaw – skrajne pozycje to Manual i Single, a używany najrzadziej tryb ciągły został umieszczony po środku.

W jednym z testów czytałem też, że ktoś do wad zaliczył także brak wbudowanej lampy błyskowej. Bez żartów.

Za to niewiele się zmieniło w kwestii wizjera optycznego. Owszem, dostosowuje się ów do różnych ogniskowych (bo musi), ale wciąż nie daje żadnego potwierdzenia ostrości (prostokąt na środku zaświeca się na zielono, gdy „aparat sądzi”, że ustawił ostrość, co wcale nie znaczy, że istotnie miało to miejsce). No i nadal nie zdążyłem nauczyć się kadrować optycznym na tyle, by wiedzieć dokładnie gdzie będą granice kadru – do tego niezbędny jest wizjer elektroniczny, który zamienia wady optycznego we własne zalety (i odwrotnie, rzecz jasna). Pozwala więc na podgląd (głębi) ostrości, a nawet na podgląd zrobionego właśnie zdjęcia bez konieczności uruchamiania wyświetlacza na tylnej ściance (co ja akurat wyłączyłem, bo niewyobrażalnie mnie to drażniło). Mam też wrażenie (potwierdzone zresztą przez właściciela aparatu), że używając wizjera elektronicznego autofocus działa pewniej i odsetek nietrafionych prób jest mniejszy.

Skoro już o autofocusie mowa; jestem pozytywnie zaskoczony. Nie jest on doskonały7, ale też niespecjalnie jest na co narzekać. Owszem, nie należy on do najszybszych i nie zawsze działa pewnie, to jednak w codziennym użytkowaniu jest on w zupełności wystarczający, chyba, że ktoś dużo fotografuje o zmroku/po zmroku. Wtedy zaczynają się bowiem kłopoty; na ustawienie ostrości czeka się dłuższą chwilę, a ilość nietrafionych prób (kiedy to aparat uważa, że trafił) jest znacząca. Przypominam jednak, że do dyspozycji miałem jedynie obiektyw 35/1.48 oraz, że aparat zawsze pracował w manualnym trybie ustawienia ostrości, aktywując AF za pomocą przycisku AF-L, czyli tak, jak używam wszystkich swoich aparatów9. Zaznaczę też, że siłą przyzwyczajenia, ostrość ustawiałem zawsze centralnym punktem i przekadrowywałem po ustawieniu ostrości – nie sprawdzałem więc, jak działają punkty boczne, bo i tak z nich nie korzystam, choć przyznaję – fakt, że są one „rozsiane” po całej powierzchni, robi na mnie wrażenie.

O manualnym ustawianiu ostrości nie da się za to powiedzieć wiele dobrego. Ot, jest i tyle. Nadal nie rozumiem jednak dlaczego nie jest ono mechaniczne. Nadal nie wiem dlaczego na obiektywie nie ma skali odległości, żebym mógł ustawić ostrość bez przykładania aparatu do oka. I nadal nie rozumiem dlaczego pierścień ustawiania ostrości jest plastikowy. Właściciel aparatu przysłał mi w zestawie z nim manualną 50-tkę Yashiki z odpowiednią przejściówką (za pomocą której podłączałem do X-Pro 1 także Planara 85/1.4 z serii T* Carla Zeissa, jak i Tele-Tessara 200/3.5) i ręczne ustawianie ostrości za pomocą mechanicznego pierścienia było jak nowa jakość życia. Na tyle, że gdybym został zmuszony na wyjście z domu tylko z jednym obiektywem, prawdopodobnie zdecydowałbym się właśnie na manualną 50-tkę (choć po przeliczeniu to zupełnie niemoja ogniskowa).

Żeby fotograf miał możliwość dokładnego sprawdzenia czy dobrze ustawia ostrość w trybie manualnym, Fujifilm wyposażyło X-Pro 1 w „lupkę”, powiększającą fragment obrazu w wizjerze lub na wyświetlaczu. Idea słuszna, gorzej z wykonaniem. Powiększenie jest bowiem na tyle duże, że – choć (ponoć) mam stabilną rękę – nawet przy ogniskowej 50mm (ekwiwalent ok. 80mm) ten powiększony fragment trzęsie się na tyle, że ciężko mówić o użyteczności tego rozwiązania. Nie wspominając o ostrzeniu obiektywem 200mm (ekw. 300mm), którego podjąłem się podczas krótkiej sesji plenerowej z Parą na kilka chwil przed ich ceremonią. Kląłem pod nosem, że statyw został w bagażniku, bo to, że zdjęcia wyszły ostre musiało być przypadkiem. Dodatkowo, przez takie rozwiązanie, niemożliwe jest jednocześne ustawianie ostrości i kadrowanie. Najpierw jedno, potem drugie.

Skoro już mowa o zdjęciach, to czas najwyższy na kilka wniosków, dotyczących jakości plików, generowanych przez X-Pro 1. A ta jest – ciężko użyć innego słowa – znakomita. W X-Pro 1 zasotosowano nowy sensor – X-Trans – czymkolwiek on jest10, działa wspaniale. Przyznaję, że w standardowy dla siebie sposób, miałem wątpliwości dotyczące umieszczenia 16 milionów pikseli na matrycy tej samej wielkości, na której w X100 12 milionów „zdawało egzamin”. Nie wiem czy to zasługa braku filtra dolnoprzepustowego czy niemal losowego układu pikseli, ale zdjęcia z X-Pro 1 są jeszcze bardziej ostre niż te z X100.

W trakcie tych kilku dni, gdy miałem nowego Fuji, robiłem fotografie produktowe na zlecenie – ponad połowa plików, które otrzymał klient, pochodziła właśnie z X-Pro 1. Zdjęcia są na tyle ostre, że oglądanie ich w powiększeniu 100% to sama przyjemność.

Słyszałem wiele zarzutów, dotyczących faktu, że matryca ma rozmiar APS, a nie pełnej klatki, przez co trudniej będzie uzyskać płytką głębię ostrości. Wiadomo, fizyki się nie oszuka, ale – zwłaszcza z obiektywem 35/1.4 – nie martwiłbym się o to szczególnie. Dla porównania, załączam dwa zdjęcia zrobione w tych samych warunkach:


Dla przypomnienia, polecam wrócić do zdjęcia, porównującego wielkości obu aparatów/obiektywów.

Oraz jeszcze jedno, które dodatkowo pokazuje jak „miękkie” i przyjemne dla oka są nieostrości z 35-tki:

Z jakichś powodów, pisząc o jakości zdjęć, nie można ostatnimi czasy nie wspomnieć o tym, jak matryca radzi sobie przy ekstremalnie wysokich czułościach. Stało się to modne na tyle, że nawet gdy kompletni amatorzy pytają mnie o radę w kwestii zakupu aparatu, pytają – „a jakie jest maksymalne ISO?”, tak jakby miało to jakieś znaczenie. Abstrahując jednak od istoty tych rozważań, zrobiłem zdjęcie z ręki w warunkach, które matryca musiała uznać za trudne: 1/125s, f/1.4, ISO 6400. Zdjęcie i wycinek kadru poniżej:


Nie przeczę, ilość szczegółów, ostrość i „jakość” szumu jest więcej niż zadowalająca – podejrzewam, że zdjęcie zrobione w tych samych warunkach canonem 5d mkII nie wyglądałoby tak dobrze. Co z tego jednak, skoro żeby uzyskać takie zdjęcie, musiałem zrobić kilka prób, bo autofocus pomylił się kilkakrotnie i w końcu ręczne ustawienie ostrości zaowocowało powyższym zdjęciem. Sam jednak nie widzę potrzeby używania tak skrajnych czułości, więc traktuję to raczej jako ciekawostkę. Nie sposób jednak nie wspomnieć, że wpływa to także na niższe czułości, dzięki czemu ekwiwalent ISO 1600 wygląda znakomicie.

Pisząc o Fuji, (wciąż) specjalizującym się w produkcji analogowych materiałów światłoczułych, nie można nie wspomnieć o kolorach. Na co dzień, do pracy używam canonów 5d mkII, właśnie ze względu na to, jak renderują kolory, więc jestem pod tym względem wymagający i trudno mnie zaskoczyć – choć przecież X100 się udało. W X-Pro 1 jest podobnie – nie mam żadnych zastrzeżeń do koloru. Ciężko jest mi stwierdzić czy jest to poziom X100 czy może jest jeszcze lepiej, ale skoro się nie czepiam, to znaczy, że jest naprawdę dobrze. Dla tych, którzy nie fotografują w formacie RAW, z pewnością dobrą informacją będzie, że w X-Pro 1 zostały zachowane ustawienia kolorów, bazujące na filmach Fuji (Provia, Velvia, Astia oraz czarno-biały z kilkoma ustawieniami).

Mimo wszystkich pochlebstw, których nie szczędziłem w powyższym tekście, Fuji X-Pro 1 nie przekonał mnie do siebie. Przede wszystkim dlatego, że od aparatu wymagam błyskawicznych reakcji i pełnej gotowości, bez względu na warunki. W X-Pro 1 nie mogłem na to liczyć; podobnie jak X100, nawet przy włączonym trybie szybkiego startu, wielokrotnie po przyłożeniu go do oka, musiałem chwilę poczekać, aż się „wybudzi”. Drażniło mnie to ogromnie. Podobnie jak opóźnienie, z jakim migawka się otwierała po wciśnięciu spustu. Dodatkowo, bardzo łatwo jest zapchać w nim bufor, nawet poprzez zrobienie kilku zdjęć pod rząd z krótkimi przerwami pomiędzy każdym11, co owocuje kilkudziesięciosekundowym „zablokowaniem” aparatu, bez względu na to, jak szybka karta znajduje się w slocie. Innymi słowy, Fuji – dla mnie – wciąż nie jest urządzeniem transparentnym, wciąż staje na drodze pomiędzy fotografującym a zdjęciem. Potwierdziło się to także podczas reportażu ślubnego, na który zdecydowałem się zabrać X-Pro 1. Wprawdzie zrobiłem część zdjęć właśnie nim i część z nich Para otrzymała w komplecie, to jednak zawsze miałem wówczas wrażenie, że pracuję „na granicy” jego możliwości, że jeśli za chwilę coś się wydarzy, nie zdążę (albo raczej; Fuji nie zdąży) odpowiednio zareagować. Niewykluczone, że można się do tego przyzwyczaić, zrozumieć, postarać się obejść w jakiś sposób, ale kilka dni, które ja spędziłem na fotografowaniu nim, nie wystarczyły. Żałuję, bo bardzo liczyłem na to, że X-Pro 1 „wbije mnie w podłogę”, ale nic takiego się nie stało. Wciąż jednak staram się o otrzymanie egzemplarza testowego od dystrybutora, żeby móc zweryfikować tę opinię.

Jednakże, po „przestawieniu się” na bardziej analogowe, „spokojne” używanie aparatu i nie porównywanie go do współczesnych lustrzanek, X-Pro 1 okazuje się być wspaniałym kompanem. Na tyle, że gdybym decydował się na zakup, najpewniej poczekałbym na pojawienie się przejściówki z XF na bagnet M i zamiast obiektywów Fuji, dokupił do niego stosunkowo niedrogiego Skopara 25/4, który idealnie wpasowałby się w charakterystykę tego aparatu. Według informacji producetna, jeszcze w tym roku powinien pojawić się kolejny, stałoogniskowy obiektyw – 14mm/2.8 (ekw. 21mm), a w przyszłym spodziewać się można „naleśnikowego” 27mm/2.8 (ekw. 41mm), 23mm/1.4 (ekw. 35mm) – ten może być znakomity – oraz 56mm/1.4 (ekw. 84mm). Użytkownicy zoomów także nie powinni być zawiedzeni – jesienią ma pojawić się 18-55mm/2.8-4 ze stabilizacją (ekw. 27-83mm), a w przyszłym roku także 55-200mm/3.5-4.8 (ekw. 83-300mm) i szerokokątny (także ze stabilizacją) 10-24mm/4 (ekw. 15-36mm). Widać więc wyraźnie, że producent ma poważne plany względem przyszłości tego systemu (jak i, że zdaje się słuchać potencjalnych klientów), więc zakup korpusu z pewnością nie jest ryzykowny.

À propos zakupu; nie sposób pominąć cenę tego aparatu, która w moim odczuciu, jest zwyczajnie za wysoka. I to dużo. Bo choć X-Pro 1 „idzie” krok dalej względem X100, to jednak nie jest to na tyle duży krok, by usprawiedliwiał tak znaczną różnicę. X100 (który ma obiektyw w korpusie) kosztuje ok. 3500 złotych, podczas gdy sam korpus X-Pro 1 − 7300 złotych. Obiektywy 18mm i 35mm zostały wycenione na 2500 złotych, a 60mm/2.4 macro – na 3000 złotych. Kupno X-Pro 1 z jednym obiektywem, to niemal trzykrotny koszt X10012. Nie wiem więc, czy rozważając taki zakup, nie wolałbym kupić czarnej wersji X100, z osłoną przeciwsłoneczną, z szerokokątną nakładką na obiektyw, zmieniającą ogniskową z ekw. 35mm na 28mm, z którą X100 wygląda fenomenalnie:

i dokupując akcesoria typu Thumbs Up czy wyzwalacz. Wciąż wyszłoby dużo taniej niż X-Pro 113. Żeby jednak nie siedzieć bezczynnie, podczas takich rozważań, zamiast decydować się na zakup któregokolwiek z nich, zrobiłem coś zgoła odmiennego. Skoro jestem tak zadowolony ze swojego canona, zarówno w kwestii generowanego obrazu, jak i obsługi, zamówiłem do niego nowy obiektyw, zaprezentowany przez canona w ubiegłym miesiącu – EF 40mm/f2.8 STM, który wprawdzie z 5d będzie wyglądał komicznie, to jednak dzięki wadze i rozmiarom, uczyni z niego aparat, który chętniej będę zabierał ze sobą, wychodząc z domu.


  1. Z racji faktu, że jest to mój opis moich wrażeń, ogromna większość pojawiających się tu opinii będzie rezultatem mojego mniemania, dlatego pozwolę sobie pomijać ten zapis w dalszej części tekstu. 
  2. pewnych rzeczy nie przeskoczysz 
  3. tak żałuję, że w nowoczesnych lustrzankach nie robi się już tego w ten sposób 
  4. nie wiem czy świadczy to bardziej o moim lenistwie czy o naprawdę dobrym pomiarze światła 
  5. nadal żałuję, że nie mam takiego w Canonie 
  6. nic się w tej materii nie zmieniło względem modelu X100, więc zamiast mechanicznego przełożenia pierścienia jest ono elektroniczne i ma bardzo mały skok – przekręcenie pierścieniem od 0,5m do nieskończoności trwa 3 dni 
  7. wydaje mi się, że doskonały autofocus to oksymoron i pewnie tak powinno zostać 
  8. choć chodzą słuchy, że 18/2.0 jest jeszcze szybszy w tej materii 
  9. czyli spust migawki otwiera migawkę, bez sprawdzania czy ostrość została ustawiona. Wydaje mi się to być jedynym rozsądnym sposobem używania autofocusa 
  10. dla ciekawskich; brak filtra dolnoprzepustowego oraz prawie-losowy układ pikseli 
  11. o trybie seryjnym – choć bardzo szybkim (6fps) – nie wspominam 
  12. to także więcej niż kosztuje Canon 5d mkIII z obiektywem 50/1.4 
  13. Nie wspominam o tym, że aktualnie X100 z najnowszym oprogramowaniem działa sprawniej niż X-Pro 1 

Submit a comment