Fujifilm X100 – test

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 5 lat temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Nigdy nie kryłem swojego zachwytu Fuji X100. Urzekł mnie jeszcze na długo przed oficjalną premierą, ale niestety, nie udało mi się zdobyć go od dystrybutora. Z pomocą przyszedł jednak wierny czytelnik, współtwitterowicz i autor bloga pepershots, który zrobił coś absolutnie bezprecedensowego, a co zadziwia mnie do dziś. Przysłał mi bowiem swój własny, prywatny egzemplarz, który gościłem u siebie niemal przez miesiąc.

Radość z przesyłki była ogromna – to przecież było to; lekki i mały aparat z jasnym obiektywem o (ekwiwalencie) ogniskowej 35mm, z którym zamierzałem się nie rozstawać na czas testu. Wyciągnięcie z pudełka, włączenie i przyłożenie do oka zakończyło się głośnym wow, którego nie potrafiłem i nawet nie próbowałem stłumić. Nie tylko jest jasny i wyraźny, ale także rzutuje informacje o czasie ekspozycji czy wartości przysłony na obraz, niejako w formie hologramu. Teoretycznie widziałem o tym wcześniej, ale doświadczenie tego na żywo jest niesamowite. Powtórzę; wow.

Mimo tego, jak dobrze patrzyło mi się w wizjer, odłożyłem go, by choć chwilę popatrzeć na aparat z zewnątrz. Wygląda tak dobrze, jak na fotografiach producenta, natomiast w ręce leży znacznie lepiej niż się spodziewałem. Waży dokładnie tyle ile powinien, by nie wydawać się plastikowym, a jednocześnie tyle, by wciąż być uważanym za lekki. A jak godnie wygląda stojąc obok mojego Canoneta!

Chwyciłem go z powrotem do ręki, przyłożyłem do oka i poszedłem do ciemniejszej łazienki, by zbadać, jak sprawuje się elektroniczny wizjer. Z jednej strony jest on wybawieniem, bo gdyby nie on, ciężko byłoby skadrować zdjęcie za pomocą wizjera optycznego, z drugiej jednak strony – daleko mu do ideału. Czas odświeżania jest nieco zbyt długi – obraz wyraźnie smuży, gdy Ty lub obiekt fotografowany jesteście w ruchu. Za pomocą zgrabnej dźwigienki z przodu korpusu, przełączyłem się na wizjer optyczny i zrobiłem pierwsze zdjęcie.

…chyba coś poszło nie tak, bo nie słyszałem migawki. Ponowiłem próbę – znów to samo. Nacisnąłem jednak przycisk play, żeby zobaczyć czy to może problem z kartą, gdy na wyświetlaczu zobaczyłem zdjęcie, które właśnie zrobiłem. I poprzednie. Nie wierząc, powtórzyłem tę czynność jeszcze kilkakrotnie. Nie sądziłem, że aparat może być tak cichy. Nawet teraz, pisząc ten tekst na naprawdę cichej klawiaturze, robię większy hałas niż Fuji X100 w trakcie robienia fotografii.

Pierwszy dzień upłynął mi na zachwycie tym maleństwem, jak i zaskoczeniu jakością obrazów, które wieczorem zobaczyłem na ekranie komputera. Czym innym jest bowiem oglądanie sampli w internecie, a czym innym własne doświadczenia i własne pliki. Świadomie przymykałem oko na pewne niuanse, których nie sposób nazwać inaczej niż wadami, wiedząc, że jeśli rzeczywiście nimi są, to przypomną o swoim istnieniu.

Przypomniały. Przede wszystkim autofocus. Nie jestem purystą w tej materii, więc jeśli aparat pozwala mi na automatyczne ustawianie ostrości, to w większości przypadków z niego korzystam. W X100 było jednak z tym różnie – jak we wszystkich aparatach, w których ostrość ustawiana jest na podstawie kontrastu, Fuji radził sobie na tyle dobrze, na ile pozwalała mu ilość światła i przestawał sobie radzić wprost proporcjonalnie do spadku tej ilości.

Oznacza to, że podczas kolacji ze znajomymi, autofocus był całkowicie bezużyteczny – soczewki przesuwały się, ustawiając ostrość od metra do nieskończoności i z powrotem, czasem zatrzymując się w zupełnie przypadkowym miejscu, znacznie oddalonym od punktu, na którym powinna zostać ustawiona ostrość.

W pierwszej chwili pomyślałem, że to nic takiego – przełączyłem się na tryb MF, żeby ustawić ostrość ręcznie i …tu dopiero zaczęły się schody. Pierścień ostrości nie jest bowiem mechaniczny – jego przekręcanie, w sposób elektroniczny zmienia wartość odległości, na jaką ustawiana jest ostrość. Nie byłoby w tym może nic złego (albo chociaż niewiele), gdyby nie fakt, że ów pierścien wymaga ZDECYDOWANIE zbyt dużego obrotu tego pierścienia, żeby przesunąć płaszczyznę ostrości. Czasem miałem wrażenie, że kręcę nim i kręcę i kręcę, a przybliżyłem się ledwie o pół metra. W Canonecie, żeby przestawić ostrość między 0,8m a nieskończonością, wymagana jest 1/6 obrotu pierścienia – w przypadku Fuji mam wrażenie, że jest to ok. 6330 obrotów, które zajmują 3 doby. Jedynym, jako takim obejściem tego problemu jest korzystanie z przycisku AF-Lock i bazowanie na systemie strefowym, który przy tej ogniskowej (wprawdzie ze względu na mnożnik jest to ekwiwalent 35mm, ale głębię ostrości nadal ma jak 23mm) w większości wypadków się sprawdza.

Aktualizacja firmware’u aparatu do wydanej niedawno wersji 1.2.1 niweluje powyższy problem, pozwalając ostrzyć/sprawdzać ostrość za pomocą przycisku AFL na tylnej ściance, gdy aparat jest ustawiony w trybie MF. Ciężko potwierdzić mi to z całą pewnością, gdyż aparat (już inny egzemplarz) po aktualizacji miałem w rękach tylko chwilę, ale to, co zobaczyłem, zapowiada się bardzo obiecująco.

Kolejny problem – zwłaszcza na początku – to organizacja menu. Na myśl przychodzi mi jedynie określenie zagmatwane. Próba znalezienia czegokolwiek w ustawieniach X100 to stracone co najmniej kilkanaście sekund. Częściej kilkadziesiąt. Jest zupełnie nieintuicyjne i nieprzemyślane z pozycji użytkownika. Sytuację poniekąd ratuje programowalny przycisk Fn w okolicach spustu migawki, dzięki któremu chociaż czułość mogłem zmieniać bez zaglądania do menu aparatu. Odetchnąłem z ulgą, gdy dokonałem wszystkich podstawowych ustawień i nie musiałem już tam później zaglądać.

Pewne wątpliwości budzą też przyciski na tylnej ściance, zwłaszcza okrągły joystick, do którego bardzo długo się przyzwyczajałem, a nawet wtedy, gdy sądziłem, że potrafię już go obsługiwać, zaskakiwał mnie „błędnym odczytem moich intencji”. Pokrętło na tylnej ściance jest z kolei nieco za małe, przez co dość ciężko mi się je obsługiwało, choć wcale nie mam wielkich dłoni. Zaskakujące było dla mnie także odkrycie, że dźwigienka zmiany trybu działania wizjera, choć mechaniczna, wcale nie działa mechanicznie, a jedynie wyzwala tę zmianę w sposób elektroniczny. Łatwo można się o tym przekonać, gdy aparat zapisuje zdjęcia na kartę – jest wówczas zajęty, więc przełączanie dźwigni niczego nie zmienia. Nie rozumiem też kolejności trybów ustawiania ostrości na przełączniku z boku korpusu, tj. na samej górze jest MF, AF-S jest w środku, a AF-C na samym dole. Oznacza to, że chcąc szybko zmienić tryb z manualnego na automatyczny, ale pojedynczy, muszę odłożyć aparat od oka i dokonać zmiany, bo bez patrzenia, przeskoczyłbym pewnie do ciągłego trybu automatycznego. Uważam po prostu, że MF i AF-S powinny być tymi granicznymi. Funkcjonalnie jednak, największym brakiem tylnej ścianki jest uchwyt pod kciuk. Jest to dotkliwy brak, który jednak można uzupełnić, wyposażając X100 w uchwyt Thumbs Up (który jednak żadną miarą nie należy do tanich).

Canon przyzwyczaił mnie do tego, że balans bieli zawsze może być ustawiony na Auto i w większości wypadków aparat trafi w odpowiednią wartość temperatury barwowej – Fuji przypomniał mi jednak, że nie jest to takie oczywiste i niejednokrotnie musiałem ocieplać zdjęcie na etapie wywoływania pliku RAW. W związku z kolorem, jest też jeszcze kolor nieba, z którym Fuji zdaje się mieć pewne problemy. Często błękit przedstawia w turkusowych odcieniach, które przypominają mi wczesne lustrzanki cyfrowe z matrycami CCD. Niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością, a usunięcie tego zafarbu jest dość żmudne w procesie postprodukcji.

Nie mam natomiast żadnych zastrzeżeń do jakości obiektywu. Zdaje się być stworzony dla tej matrycy; tworzą razem duet bliski doskonałości. Znakomita ostrość na powierzchni całego kadru, niezmienny kontrast bez względu na wartość przysłony oraz niemal zupełny brak dystorsji to cechy, których nie oczekiwałem od aparatu tej klasy. Jako zwolennik ogniskowej 35mm w pełnoklatkowych aparatach, nie podzielam też opinii większości recenzujących Fuji X100, uważających brak wymiennej optyki jako największą wadę tego modelu. Gdyby bowiem do X100 można było wybierać obiektywy i tak zdecydowałbym się na 23/2.0. Dodatkowym i raczej niespodziewanym plusem jest także zdolność obiektywu do ustawiania ostrości już od ok. 10 cm. Nie znam żadnego dalmierza, który potrafiłby coś takiego (po części wiąże się to z powierzchnią materiału światłoczułego, wiem, ale mimo to uznaję to za miłe zaskoczenie). Służy do tego tryb makro, który jednak obejmuje zakres ostrości już od 1m, w związku z czym, trzeba z niego korzystać częściej niż mogłoby się wydawać.

Niemniejszą niespodzianką była dla mnie sama matryca i znakomite rezultaty z niej przy wysokich czułościach. Na co dzień raczej unikam sytuacji, w których musiałbym ustawiać ekwiwalent ISO powyżej wartości 800, ale mając na uwadze dobro testu, postanowiłem poszaleć. W efekcie mam na papierze kilka w pełni akceptowalnych fotografii wykonanych przy ISO 3200 (!).

Żeby unaocznić to, jak dobre są zdjęcia z tego Fuji, przygotowałem małe porównanie, prezentujące kilka fotografii wykonanych właśnie X100 oraz Canonem 5D mkII z obiektywem 35/2.0 w tych samych warunkach. Porównanie nie ma jednak na celu sprawdzenia, który z aparatów jest lepszy, bo to zupełnie nie o to chodzi.

Poniżej cały kadr i wycinek 100% – u góry Canon, niżej Fuji:







Patrząc na powyższe, ktoś mógłby zapytać – czy jest w ogóle sens noszenia ze sobą pełnoklatkowego, ciężkiego aparatu, mając do dyspozycji Fuji? Moja odpowiedź brzmi tak, ale tylko wtedy, gdy zależy Ci na płytkiej głębi ostrości. Poniżej widać, że w tej materii – zgodnie z teorią – różnica jest jednak spora:


Dodatkowym smaczkiem jest także pierścien przysłony w obiektywie – nie sądziłem, że tak miło będzie móc ustawiać wartość przysłony za pomocą pierścienia w aparacie cyfrowym – a także pokrętło kompensacji ekspozycji. Ależ chciałbym mieć takie w swoim Canonie! Niesamowicie użyteczne i tak intuicyjne, że już po kilku chwilach używałem go, nawet się nad tym nie zastanawiając.

Pisząc o zaletach, nie mogę się nie powtórzyć i nie pozachwycać choć jeszcze przez chwilę tym, jak cichy jest ten aparat. Dźwięk migawki otwiera zupełnie nowe możliwości; pozwala na fotografowanie osób, które wcale nie są świadome, że są fotografowane – to coś nie do osiągnięcia lustrzanką. Korzystałem z X100 w okresie świąteczno-noworocznym i mam z tego czasu kilka ulubionych (prywatnych) zdjęć z rodziną czy przyjaciółmi, których prawdopodobnie nigdy bym nie zrobił swoim Canonem. To jest coś nie do przecenienia.

Ciekawostką jest wbudowany filtr ND, włączany z pozycji menu, który pozwala na fotografowanie na dużych otworach przysłony nawet w jasnych warunkach. Wielokrotnie przydała mi się ta opcja w Norwegii, gdzie używałem go, fotografując ze sporą ilością śniegu w tle.

Zdarzyło mi się też skorzystać z trybu panoramy, pozwalającego na wykonanie takowej z ręki – w trakcie okręcania się (można wcześniej wybrać zarówno kąt, jak i kierunek obrotu) aparat robi serię fotografii, które automatycznie łączy w panoramę o wysokości 1024 pikseli. Jest to bardzo szybki sposób na sfotografowanie np. wnętrza pomieszczenia, tym bardziej, że algorytm składający zdjęcia w panoramę w większości przypadków radzi sobie bardzo dobrze. Kilkakrotnie żałowałem jedynie, że poza panoramą, Fuji nie zachowuje zrobionych plików jpg do samodzielnego złożenia panoramy, na wypadek, gdyby algorytm nie zrobił tego idealnie. 

Gdy teraz, po kilku miesiącach od testowania tego aparatu, piszę to wszystko, orientuję się, jak bardzo się za nim stęskniłem i zastanawiam, dlaczego jeszcze go nie mam. Kolejne iteracje oprogramowania, poprawiają te rzeczy, na które można narzekać, pozostawiając aparat coraz bliższy doskonałości, którego cena nieustannie spada.

Submit a comment