iOS na dużym ekranie

Poniższy artykuł nie jest recenzją dużego iPada Pro per se z kilku względów. Po pierwsze, do dyspozycji miałem podstawową, 32-gigabajtową wersję z Wi-Fi, bez klawiatury i bez ołówka, czyli swoistą „namiastkę” Pro. Po drugie, mając wyłącznie swojego iPada mini 2, nie miałem okazji wcześniej poużywać wszystkich udogodnień systemu iOS 9, więc z pewnością miało to wpływ na moje wrażenia z pracy na 12,9-calowym tablecie.

Odrobina historii

Do iPada – jako urządzenia w ogóle – nie przekonałem się od razu. Po premierze pierwszej wersji w 2010 roku uznałem go za ciekawostkę, ale nie zdecydowałem się na zakup. Skusiła mnie dopiero druga wersja, która sprzętowo była sporym krokiem naprzód, ale okazało się, że oprogramowanie było wówczas daleko w tyle – niewiele czynności spośród tych, do których wówczas używałem laptopa, byłem w stanie wygodnie lub efektywnie wykonać na iPadzie. Stał się on u mnie wówczas tym, o co najczęściej go oskarżano; czyli urządzeniem do konsumpcji treści. Owszem, świetnie spisywał się jako „prezenter” fotografii, z przyjemnością też używałem go do pisania, ale poza tym był raczej zapowiedzią czegoś, co może pojawić się w przyszłości niż przyszłością samą w sobie. W kolejnych latach, biorąc pod uwagę moje jego wykorzystanie, zdecydowałem się na zamianę 10-calowego iPada na wersję mini (najpierw tej pierwszej, jeszcze bez Retiny, później już z), jako że był bardziej mobilny, wygodniejszy w użyciu, a jednocześnie w żaden sposób mnie nie ograniczał względem większej wersji.

Cały „ruch” iPad only obserwowałem więc raczej z boku, z pewną dozą zaciekawienia, ale bez żadnej motywacji wykonania takiej rewolucji u siebie. W moim przypadku miało to znacznie bardziej stopniowy czy nawet płynny charakter. Kolejne aktualizacje oprogramowania, nowe, dające coraz więcej możliwości aplikacje i ich późniejsze aktualizacje z biegiem czasu sprawiały, że nieomal bezwiednie korzystałem z iPada więcej i chętniej. Pamiętam, że pierwszy raz zdałem sobie z tego sprawę przy okazji długo oczekiwanej przeze mnie premiery aplikacji Day One 2.0. Wersję dla iOS kupiłem momentalnie, ale przed kliknięciem Buy w makowym App Store przez moment się zawahałem, bo nie mogłem przypomnieć sobie kiedy ostatni raz użyłem Day One na Maku. Spróbowałem więc uruchomić tę aplikację, chociażby po to, żeby sprawdzić czy czegoś mi w niej brakuje i okazało się, że …jej nie mam. Owszem, kupiłem kiedyś, ale po ostatniej instalacji systemu nie pobrałem już aplikacji. No, tak – pomyślałem – przecież sprawdzam to na swojej „stacji roboczej”, więc Day One jest mi tu zupełnie niepotrzebny. Otworzyłem więc laptopa – też nie ma. Drugi laptop – również pusto. Sprawdziłem daty instalacji systemu i okazało się, że mimo że używałem Day One prawie codziennie, to przez co najmniej 9 miesięcy ani razu nie użyłem makowej wersji Day One. To było pierwsze duże zaskoczenie.

Drugie pojawiło się już niedawno – w opcjach OmniFocus dla iOS można zobaczyć listę klientów, które synchronizują się z tą samą bazą, podświetlając na żółto te, które nie robiły tego w ostatnim czasie. Oto, co zobaczyłem 4 maja:

Ze sporym zaskoczeniem odkryłem wtedy, że najczęściej używanej przez siebie aplikacji nie używałem na żadnym swoim Maku od 13 dni.

To właśnie wtedy rozmyślania o wymianie iPada na nowszy (i być może większy) model nabrały bardziej poważnego charakteru.

Rozmiar

Wracając do samego iPada Pro, którego – dzięki uprzejmości sklepu kupjablko.pl – udało mi się dostać do testów; pierwszym, o czym – wydawałoby się – trzeba napisać, to jego rozmiar.

Piszę „wydawałoby się”, ponieważ po przeczytaniu wielu tekstów w sieci, opisujących to urządzenie, sądziłem, że miałem wyrobione wyobrażenie dotyczące jego wielkości. Ba, przecież widziałem go nawet w berlińskim Apple Store niedługo po premierze. A jednak wyciągnięcie go z opakowania dość mnie zaskoczyło. Co więcej, uważam nawet, że pisanie o jego rozmiarze w żaden sposób nie jest w stanie oddać tego, jakim jest w rzeczywistości. Trzeba to zobaczyć, dotknąć i poczuć samemu. Jedyne, co przyszło mi na myśl – głównie dla tych, którzy wciąż czytają papierowe magazyny – to sfotografowanie iPada Pro wśród kilku z nich, żeby móc je porównać:

iPad Pro jest bowiem większy niż jakikolwiek magazyn, który znam. Jest po prostu nienaturalnie duży, zwłaszcza dla kogoś, kto na co dzień używa tylko iPada mini. Jednocześnie, wcale nie twierdzę, że jest zbyt duży, choć więcej o tym w kolejnych akapitach.

W tym stosunkowo niedługim okresie posiadania dużego iPada u siebie postanowiłem również sprawdzić jak osoby spoza „naszych” technologicznych kręgów reagują na tę wielką tablicę z ekranem. Okazało się, że i ten eksperyment był dużym zaskoczeniem. Pokazywałem na nim zdjęcia rodzinie i znajomym, nic nie mówiąc o samym urządzeniu i nikt, ani razu nie skomentował wielkości ekranu czy samego iPada w żaden sposób. Gdy już – bądź co bądź zdesperowany – sam zwracałem ich uwagę, słyszałem najczęściej „no, rzeczywiście, chyba jest trochę większy niż ten, który miałeś wcześniej”. Może więc to jest tak, że to my1 zwracamy uwagę na jego rozmiar, dlatego, że wiemy, jak jest duży lub dlatego, że po prostu jesteśmy przyzwyczajeni, że wcześniejsze były mniejsze?

Gdy jednak któregoś razu zabrałem dużego iPada do łózka, żeby spróbować na nim poczytać, poczułem się, jakbym wziął ze sobą swojego 27-calowego iMaka do sypialni. Pozostaję więc przy swoim; jest nienaturalnie duży.

Ekran

Przynajmniej dopóki nie włączy się ekranu2. Wówczas bowiem wszystko staje się jasne, a wielkość urządzenia – całkowicie usprawiedliwiona.

Sam ekran ma rozdzielczość 2732×2048 pikseli (to o ponad 50% więcej niż 27-calowy Thunderbolt Display), a wartości te to wynik działań, umożliwiających uruchomienie dwóch aplikacji obok siebie, z których każda ma niemal tę samą wielkość (mierzoną w pikselach), co wcześniej na 10-calowych iPadach3. I znów – podobnie jak w przypadku fizycznego rozmiaru urządzenia – bardzo ciężko jest mi o tym pisać, bo choć czytałem podobne akapity, to dopóki sam tego doświadczyłem – nie rozumiałem. Mimo to, zaryzykuję:

Wygoda używania aplikacji na tak dużym ekranie czy możliwość komfortowego używania dwóch aplikacji jednocześnie jest warta wszystkich niewygód związanych z wielkością dużego iPada Pro.

Myślę, że dopóki się nad tym nie zastanowimy, to nie domyślamy się jak ogromną większość „czynności komputerowych” możemy wykonać z dwiema aplikacjami uruchomionymi jednocześnie. A iPad Pro do takiej konfiguracji wydaje się być stworzony. Co więcej, uważam nawet, że ten ekran jest na tyle duży, że część aplikacji wygląda na nim komicznie, gdy są otwarte „pojedynczo”, tj. bez żadnego „kompana” z boku:

Nawet większość stron w Safari wygląda lepiej, gdy przeglądarka zajmuje 2/3 szerokości ekranu (przy ustawieniu poziomym) niż gdy są wyświetlone na całej jego powierzchni. Są jednak wyjątki; webowe aplikacje Cushion i Hours wyglądają na tym ekranie (z tą jego rozdzielczością, gęstością i nienaturalnie dużą powierzchnią) tak pięknie, że mógłbym patrzeć się na nie godzinami.

Na wielkości ekranu korzystają jednak nie tylko aplikacje, ale i pewne elementy systemu, jak np. klawiatura ekranowa. I tu mała dygresja; nie znoszę klawiatur ekranowych – brakuje mi w nich całego procesu przyciśnięcia fizycznego klawisza, jego powrotu do pozycji wyjściowej i towarzyszącemu temu dźwięku. Już używana przeze mnie klawiatura Keys-To-Go jest na granicy mojej tolerancji ze względu na minimalny skok klawisza i, tym samym, niemal bezdźwięczną pracę.

A jednak klawiatura ekranowa w 12,9-calowym iPadzie Pro mnie urzekła. Używałem jej znacznie częściej niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać i robiłem to chętnie. Może więc to nie o „klik” klawiszy mi chodziło, a o wielkość klawiatury? Bo ta w iPadzie Pro jest tej samej wielkości, co inne klawiatury Apple, których używam na co dzień. Wbrew wcześniejszym przypuszczeniom, iPada Pro używałem częściej bez Keys-To-Go niż z nią. Przyznaję jednak, że nie rozumiem dlaczego przycisk Emoji na niej zmienił miejsce ani dlaczego nie da się jej podzielić (rozdzielić?) do pisania kciukami, jak to się da na mniejszych iPadach? Przecież to właśnie na tym kolosie miałoby to największy sens. Tak czy inaczej, polubiłem ją bardzo i szybko zatęskniłem za brakującym paskiem klawiszy z cyframi na klawiaturze ekranowej mojego iPada, gdy dużego zmuszony byłem odesłać.

Pozostając w temacie ekranu i jego wielkości, muszę przyznać, że niejednokrotnie zdarzyło mi się użyć iPada Pro jako zewnętrznego monitora dla jednego ze swoich Maków, za pomocą aplikacji Duet Display. Było to zaskakująco wygodne4 i wielce użyteczne, właśnie ze względu na wielkość ekranu w iPadzie Pro. Gdy w ten sam sposób podłączałem swojego iPada mini użyteczność takiego rozwiązania była raczej wątpliwa.

Dźwięk

Mimo tych kilku powyższych akapitów poświęconych wielkości dużego iPada Pro, to wcale nie rozmiar był największym zaskoczeniem, a dźwięk.

Wprawdzie pamiętałem fragment prezentacji iPada Pro, który o tym mówił i przypominałem sobie, że w kilku tekstach, jakie wcześniej czytałem, wspominano o tym aspekcie, to przez cały ten czas uznawałem go nieistotny. No bo skoro nigdy nie traktowałem żadnego swojego iPada jako źródła dźwięku, to dlaczego teraz miałoby się to zmienić? Ano właśnie dlatego, że iPad Pro, wyposażony w cztery głośniki, brzmi lepiej niż MacBooki. Ani się obejrzałem, jak właśnie duży iPad stał się moim podstawowym źródłem odsłuchu podcastów, w tym także w kuchni, gdyż poziom dźwięku jaki ów był w stanie wygenerować bez trudu zagłuszał dźwięki towarzyszące gotowaniu, w tym i uruchomiony pochłaniacz. Co więcej; po ostatnich zmianach w moim mieszkaniu, pomieszczenie na piętrze zostało pozbawione jakiegokolwiek źródła dźwięku, a iPad godnie je zastępował, odtwarzając w tle playlisty z Apple Music czy Spotify. Oczywiście, należy na powyższy opis należy spojrzeć z rozsądkiem i świadomością pewnych fizycznych ograniczeń – nie twierdzę, że mając iPada Pro można czy należy pozbyć się posiadanych głośników5, ale uważam, że do wielu zastosowań, dźwięk z tego iPada jest w zupełności wystarczający. Dodatkowo, w połączeniu z ogromnym ekranem, staje się bardzo wygodnym „odtwarzaczem filmów”. Nie mam na myśli produkcji pełnometrażowych6, ale w ciągu tych dwóch tygodni wyzerowałem swoją listę Watch Later w aplikacji Plex, do której pozycje dodawałem miesiącami. Okazało się bowiem, że stojący w dogodnej do oglądania wideo pozycji, będący pod ręką iPad aż zachęcał, by na nim coś wyświetlić w przerwach w pracy czy czekając aż coś się wyeksportuje/wyrenderuje/wyśle na serwer.

Praca

Jednak oba powyższe zastosowania to tylko dodatek – iPad Pro służy przecież do pracy i w tej roli spisuje się jeszcze lepiej. Wspominałem już, że na iPadzie jestem w stanie wykonać sporą większość swojej pracy (a przynajmniej tej części niezwiązanej z obróbką fotografii czy projektowaniem do druku), a w przypadku iPada Pro zakres możliwości jeszcze się rozszerza, zapewniając jednocześnie znacznie większy komfort. To właśnie pracując na nim, zdałem sobie sprawę, że dość powszechna opinia, mówiąca o tym, że iOS – jako system – jest niewygodny do poważnej pracy jest zwyczajnie nieprawdziwa. Po prostu najczęściej z systemu iOS korzystamy na malutkich ekranach – to one determinują wspomniany komfort lub jego brak. 12,9-calowy ekran wiele zmienia w tej materii.

Jest bowiem coś bardzo kuszącego w kontakcie z iPadem, co bardzo cieżko określić słowami, a na co z całą pewnością składa się fakt, że większość czynności wykonywana jest palcami, przez co staje się mniej wirtualna i abstrakcyjna, a bardziej rzeczywista, fizyczna niemal (ostrzegałem, że ciężko to nazwać), a także pewne przyzwyczajenie do ograniczenia systemu iOS, które obecnie daje ogrom satysfakcji, gdy udaje się osiągnąć coś, co jeszcze nie tak dawno było niemożliwe. Mam przykład z przed chwili – na potrzeby korspondencji mailowej z potencjalną klientką, potrzebowałem umieścić plik pdf na swoim serwerze. Plik mam w Dropboxie7 – uruchamiam więc aplikację, odnajduję potrzebny plik, dotykam przycisku udostępnienia, wybieram Open in…, następnie ikonę aplikacji Transmit, która uruchamia klienta FTP i pozwala na wybór katalogu, w którym chcę zapisać wybrany plik. Po kolejnym tapnięciu, iPad pobiera mój dokument z Dropboxa i wysyła go do wskazanej lokalizacji na moim serwerze8. Mi pozostaje już tylko wkleić link do wiadomości e-mail. Domyślam się, co sobie myślicie; że na Maku zajęłoby to pewnie trzykrotnie mniej czasu i wymagało dwukrotnie mniejszej ilości kliknięć. Owszem – używając LauchBara i Keyboard Maestro u siebie, mógłbym tę samą czynność wykonać łatwiej i szybciej na swoim Maku. Tyle tylko, że z wymienionych wyżej przyczyn, chętniej robię to właśnie przy użyciu iPada. Dodatkowo, daje to więcej satysfakcji9 A w moim rankingu „chętniej” i „więcej satysfakcji” jest wyżej niż „łatwiej” i „szybciej”. I może przeczy to logice czy zdrowemu rozsądkowi, ale przy takiej ilości pracy, jaką wykonuję, robię wiele, żeby była one możliwie przyjemna, żebym chętnie zabierał się za rzeczy do zrobienia. I iPad Pro bardzo w tym pomaga.

Żeby uprzedzić pytania, czuję się w obowiązku wyjaśnić, że – jako fotograf – nie traktuję żadnego iPada, w tym także dużego iPada Pro, jako narzędzia, które mogłoby służyć mi do pracy w zakresie selekcji czy edycji fotografii. Wiem, że pojawiają się aplikacje, dzięki którym zaczyna to być możliwe, wiem, że iOS 10 obsługuje już nawet pliki RAW. Mimo to, podejrzewam, że miną jeszcze co najmniej 2 lata (jeśli w ogóle) zanim będę mógł choćby rozważyć to jako opcję. Obecnie, mimo że Lightroom dla iOS rozwinął się znacząco od chwili jego pojawienia się, to jednak wciąż – w moich oczach i moim zastosowaniu – nie nadaje się nie tylko do obróbki zdjęć, ale nawet selekcja jest tam zadaniem niełatwym z bardzo prostej przyczyny. Otóż w aplikacji desktopowej dostępne są dwa widoki, których w iOS brakuje – chodzi o możliwość porównania dwóch zdjęć, wyświetlając je jednocześnie na ekranie, najlepiej (z dostępną w OS X) możliwością dynamicznego przybliżenia tego samego fragmentu kadru10 oraz o możliwość wyświetlenia kilku podobnych – niekoniecznie kolejnych – zdjęć (w wersji desktopowej uruchamianą za pomocą przycisku n na klawiaturze). W mobilnym Lightroom dostępny jest wyłącznie widok miniatur lub widok jednego zdjęcia na pełnym ekranie. To nie tylko wydłuża pracę, ale i ją utrudnia, a czasem czyni wręcz niemożliwą. W praktyce używam Lightroom na iPadzie do selekcji prywatnych zdjęć, gdzie rzadziej niż w zleceniach komercyjnych mam do wyboru kilka bardzo podobnych ujęć. Tu pojawia się też kolejne utrudnienie, choć to dotyczy raczej usługi Creative Cloud niż samego Lightroom w iOS, ale nadal ten ostatni może synchronizować się wyłącznie z jednym katalogiem jednocześnie. Żałuję, bo już w 2012 roku pisałem o tym, jak chętnie używałbym iPada i zsynchronizowanej biblioteki Lightroom na nim do sprzątania czy oznaczania zdjęć słowami kluczowymi11. Wygląda na to, że przyjdzie nam na to jeszcze poczekać.

Obróbka fotografii to jeszcze bardziej skomplikowany temat, bo choć możliwości aplikacji Lightroom dla iOS są całkiem spore, to jednak dwa braki dyskwalifikują ją u mnie w tym zakresie. Pierwszym jest brak obsługi własnych presetów – przez lata utworzyłem kilkanaście swoich, które znacząco przyspieszają mi pracę, zapewniając jednocześnie podstawę do obróbki każdego zdjęcia oraz spójność w pracy nad zestawem fotografii. Lightroom dla iOS używa wyłącznie kilku predefiniowanych, bez możliwości dodania własnych czy synchronizacji z listą posiadanych w desktopowej bibliotece. Drugi to brak możliwości selektywnej obróbki wirtualnym pędzlem, za pomocą rysika. Wprawdzie przycisk Local Adjust pojawił się już jakiś czas temu (i działa zaskakująco dobrze), to obsługuje jedynie Linear Selection i Radial Selection, bez obsługi pędzla. Jednak teraz, kiedy pojawił się Apple Pencil, istnieje nadzieja, że Adobe wprowadzi możliwość edycji poszczególnych fragmentów zdjęć właśnie za jego pomocą. iPad Pro miałby szansę stać się wówczas konkurentem produktów takich jak Wacom Cintiq, przynajmniej dla fotografów.

Skoro więc nie obrabiam na nim zdjęć, to do czego używam iPada w swojej pracy? Cóż, lista jest całkiem długa, więc postaram się omówić choćby te najważniejsze lub najciekawsze z zastosowań. Przede wszystkim jest to mój terminal komunikacji ze światem; e-mail, iMessage, Slack, Facebook, Twitter – to wszystko odbywa się głównie lub wyłącznie na iPadzie. Swoją „stację roboczą” mógłbym odłączyć od sieci (co robię częściej niż pewnie przypuszczacie), a moja praca by nam tym nie ucierpiała. Skoro o mailu mowa, to chciałbym w tym momencie zaznaczyć12, że po przetestowaniu wielu klientów e-mail dla iOS (i kiedy piszę „wielu” mam na myśli „wielu”), uznałem, że systemowa aplikacja Mail jest dla mnie w zupełności wystarczająca, a do tego na iPadzie Pro wygląda tak dobrze, że aż chce się jej używać:

Ta ilość światła wokół wiadomości naprawdę cieszy moje oko, a fakt, że kolejna wersja tej aplikacji w iOS 10 pozwala na widok trzykolumnowy tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze wybrałem13.

Kolejnym, niemniej ważnym, zastosowaniem iPada u mnie jest zarządzanie czasem i zadaniami do wykonania. Ci z Was, którzy czytali „Zarządzanie zadaniami w OmniFocus 2”, wiedzą, że często umieszczam zadania ze swojej listy rzeczy do zrobienia w kalendarzu14 – na Maku robiłem to po prostu przenosząc zadanie na dany dzień/godzinę w kalendarzu. W iOS nie ma (jeszcze) takiej możliwości, ale bez trudu można to obejść za pomocą aplikacji Workflow15. W każdą niedzielę wieczorem, siedząc na sofie lub w fotelu, planuję sobie w ten sposób nadchodzący tydzień, realnie oceniając co uda się zrobić w tym ograniczonym czasie. Piszę o tym głównie dlatego, że choć planowanie pracy też jest pracą, to dzięki temu, że robię to na iPadzie, wcale nie wydaje się takim być. Domyślam się, że to rozgraniczenie istnieje wyłącznie w mojej głowie, ale w tę samą niedzielę, na tej samej sofie nie otworzyłbym laptopa, bo przecież w niedziele nie pracuję.

Dodatkowo, dzięki temu, że OmniFocus używam głównie na iOS, mogłem rozszerzyć jej funkcjonalność aplikacjami zewnętrznymi. Chodzi o możliwość tworzenia i używania szablonów projektów – coś do czego na Maku używało się Apple Script. Dzięki współpracy aplikacji Editorial i OmniFocus, na iPadzie nie tylko dokonuje się tego znacznie łatwiej, wygodniej wprowadza się też zmiany w szablonach, ale i jest to rozwiązanie dużo bardziej eleganckie, choćby przez sam brak projektów z szablonami w bazie OmniFocus.

Jako, że temat poruszę w artykule o OmniFocus, tu pokażę tylko jak działanie wspomnianego rozwiązania wygląda w praktyce:

Za każdym razem, gdy tego używam, zachwycam się możliwościami iOS.

Kolejną rzeczą, do której bardzo często używam iPada, jest tworzenie i edycja arkuszy kalkulacyjnych. Przyznaję, że jest to zaskoczenie nawet dla mnie, bo zanim się nad tym zastanowiłem, odpowiedziałbym pewnie, że arkuszy kalkulacyjnych używam raczej sporadycznie. Jest jednak kilka, które edytuję co najmniej kilka razy w tygodniu i dodatkowe kilka, które modyfikuję przynajmniej raz w miesiącu. Zarządzam w ten sposób swoim budżetem (zarówno domowym, jak i firmowym), swoim czasem pracy i ewaluacją jego opłacalności (zarówno pod kątem konkretnego klienta, jak i rodzaju zlecenia16), prowadzę rozbudowany dziennik biegowy, czasem tworzę zestawienia dla klientów, a nawet prowadzę statystyki wykorzystania poszczególnych obiektywów w danym sezonie ślubnym, co pomaga w decyzjach dotyczących inwestycji sprzętowych.

I choć wszystko to robię na iPadzie mini, to dopiero mając iPada Pro, zrozumiałem o ile wygodniejsza może być praca w Numbers na iPadzie.

Skoro napisałem o klientach, to nie mogę nie wspomnieć o Podio, które jest bodajże największym moim odkryciem 2014 roku. Od tamtego czasu używam go do zarządzania informacji o swoich klientach ślubnych, dzięki czemu w jednym miejscu mam wszystkie dane zarówno o potencjalnych klientach, jak i o tych, którzy już podpisali umowę (w osobnych „aplikacjach” wewnątrz Podio), łącznie z tym gdzie odbywają się poszczególne etapy ślubu (z mapkami i wsparciem Apple Maps, które bardzo ułatwiają przemieszczanie się już w dniu ślubu – oczywiście używając wtedy iPhone’a, nie iPada), jakie albumy dana para zamówiła, które fotografie do nich wybrała czy inne, indywidualne ustalenia. I właśnie dzięki temu, że dostęp do tych wszystkich danych mam na iPadzie, bardzo łatwo i chętnie je modyfikuję (na dobrą sprawę, po każdym kontakcie z parą, bez względu na to czy była to rozmowa telefoniczna, e-mail czy spotkanie), a tym samym, mam pewność, że informacje tam są aktualne.

Pozostając w tematyce „służbowej”, dodam, że całą księgowość swojej działalności również prowadzę wyłącznie przy użyciu iPada (i serwisu ifirma.pl, który przy okazji bardzo polecam). Domyślam się, że może to się wydać dziwne, bo oczywistym jest, że na Maku z dużym monitorem byłoby to wygodniejsze, ale w tym przypadku bardziej chodzi o to, że czynności – nazwijmy to – administracyjne przypisane są do innego urządzenia niż to, przy którym pracuję-pracuję. iPada mogę bowiem zabrać ze sobą i wystawić faktury przy innym biurku, przy stole w jadalni czy na sofie, a to niekiedy bardzo pomaga17.

Kolejnym zastosowaniem iPada, którego nie mogę pominąć, jest pisanie. Używałem do tego już iPada 2 i nic się w tej materii nie zmieniło, może poza ilością samego pisania (bo choć tu publikuję dużo mniej, to piszę więcej niż kiedykolwiek) używanym edytorem tekstu. Choć, za każdym razem, gdy nazywam Ulyssesa edytorem tekstu, mam wrażenie, że jestem wobec niego niesprawiedliwy, bo jest też dla mnie doskonałym magazynem tekstów – wreszcie wszystko mam w jednym miejscu, dostępne także z poziomu iPhone’a. Nie muszę chyba dodawać, że tekst, który czytacie powstał w całości w Ulyssesie, niemal w całości na iPadzie (pozostała część na iPhone’ie, a nie na Maku) i stamtąd też został opublikowany18.

Jedyne, czego mi brakowało, to możliwości na stałe widocznej czwartej kolumny (tj. z załącznikami; notatkami, zdjęciami itp.) w Ulyssesie, ze względu na mały rozmiar ekranu w iPadzie mini – w dużym iPadzie Pro mogłem mieć ją cały czas przed oczami, co bardzo pomagało, zwłaszcza w początkowych stadiach tworzenia artykułu takiego jak ten.

Jeśli chodzi o możliwości iPada z Ulyssesm, to jest tego więcej; gdy rozmawiałem ze znajomym ostatnio właśnie o iPadzie Pro i artykule, który czytacie, zapytał czy może przeczytać go wcześniej, choćby i szkic. Mógł, oczywiście, więc wysłałem Mu go w formie eBooka, którego stworzenie polegało na kilku tapnięciach w Ulyssesie – rzecz jasna, wszystko na iPadzie.

iPad odgrywa u mnie dużą rolę także w zakresie zarządzania zawartością i procesami mojego serwera Synology. Nie chcę się rozpisywać, żeby niepotrzebnie nie przedłużać tego i tak niekrótkiego już wywodu19, więc wspomnę tylko, że Hazel z aplikacją CloudStation na wszystkich moich Makach dbają o porządek, a ja pomagam im już manualnie z poziomu iPada. Dodatkowo, przez fakt, że ze swoim serwerem mogę się połączyć także w terminalu via SSH, często używam aplikacji Coda na iPadzie w celu np. uruchomienia procesu kopii swojego serwera FTP – i kiedy zostawi się tak widoczny proces, gdy wget na Synology porównuje i pobiera pliki, ciężko jest uznać iPada za nie-komputer. W ostatnim czasie, w podobny sposób walczę z Plexem na Synology, który po jednej z ostatnich aktualizacji zawiesza się przy próbie analizy plików wideo, której nie da się wyłączyć, a która wykorzystuje 100% CPU, co oczywiście fatalnie wpływa na responsywność pozostałych działań na serwerze. Próbowałem wielu sposobów rozwiązania tego problemu (usuwałem nawet pliki, przy których proces się zawieszał, licząc, że może to z nimi jest jakiś problem – to nie było to) i zanim wymyśliłem jak się z tym uporać (i jestem z tego rozwiązania tak bardzo dumny, że chyba opiszę je w osobnym artykule), codziennie rano uruchamiałem Codę na iPadzie, łączyłem się ze swoim Synology, sprawdzałem ID zawieszonego procesu i zabijałem go. Dalekie było to od rozwiązania idealnego, ale dało się to zrobić, mimo wyłączonego Maka.

Oczywiście, wymienione wyżej zastosowania nie obejmują wszystkich sytuacji, w których używam iPada – jest przecież też Paprika w kuchni, wieczorami Plex, Spotify i Overcast za dnia i przede wszystkim, systemowe Photos do przeglądania zdjęć z iCloud Photo Library. Chciałbym również zaznaczyć, że pomimo ogromu zadań, jakie jestem w stanie wykonać na iPadzie, nadal nie jest on w stanie całkowicie zastąpić mi komputera, choć ilość tych wyjątków maleje niemal z dnia na dzień. Jednym z nich jest opracowywanie tras biegowych w serwisie Garmin Connect, w celu wysłania śladu trasy do zegarka. Wciąż bez komputera nie sposób tego dokonać, choć wina leży po stronie serwisu Garmin Connect, który jeszcze nie został zmodernizowany na tyle, żeby w pełni funkcjonalnie pracować na urządzeniach z dotykowym ekranem. Zresztą, jest to domena wielu aplikacji webowych. Jako, że ostatnio nie biegam dużo, przez cały okres posiadania iPada Pro u siebie, nie włączyłem żadnego laptopa. Nie jest więc tak, jak to mówią przeciwnicy iPada, czyli, że łatwo jest uczynić iPada swoim głównym urządzeniem mobilnym, jeśli ma się pod ręką MacBooka czy innego iMaka, który może pomóc w sytuacji, gdy tablet nie wystarcza. Okazuje się bowiem, że tych wyjątkowych sytuacji wcale może nie być.

U mnie podział sprzętowy nagle stał się bardzo jasny – „stacja robocza” służy wyłącznie do pracy nad fotografiami, iPad Pro do całej reszty. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, wiedziałem już, że po odesłaniu go, mój iPad mini przestanie mi wystarczać i, że jakieś decyzje z tym związane będę musiał podjąć. Nie jest to łatwe, bo choć zachwycam się dużym iPadem, mam co do niego pewne obawy.

Przede wszystkim; częściej niż kiedyś, zdarza mi się pracować poza domem i nieco obawiam się o transport tak dużego i tak cienkiego urządzenia w torbie naramiennej (iPad Pro mieści się w moim Billinghamie „na styk”) – nie wiem na ile łatwo byłoby wygiąć taki tablet, ale też wolałbym się tego nie dowiadywać.

Druga rzecz, to rozmiar iPada Pro; bo choć uwielbiam na nim pracować przy biurku, to jakie są szanse, że tak duży iPad mógłby być moim jedynym? Czy mógłbym czytać z niego w niedzielne przedpołudnie, siedząc na sofie? Czy zabierałbym go ze sobą podczas rodzinnych wyjazdów, kiedy to nie potrzebuję żadnego komputera, ale dobrze byłoby mieć jakieś urządzenie komputeropodobne, bądź to na wszelki wypadek, bądź to na wykonanie czynności, na które nigdy nie ma czasu.

Jest jeszcze trzecia rzecz, która jednak dotyczy wszystkich dostępnych wielkości iPada i jest nią ergonomia. Otóż, przez większość swojego czasu pracy używam biurka, przy którym stoję. Moje duże monitory stoją na podwyższeniu, żeby były na wysokości wzroku, gdy używam laptopa, to i on jest na specjalnej podstawce (używam klawiatury zewnętrznej nawet do laptopa), żeby ekran był w wygodnej pozycji. W przypadku iPada jest o to bardzo trudno, zwłaszcza, gdy używa się klawiatury ekranowej. Głowa jest wówczas nienaturalnie pochylona i domyślam się, że ból karku (którego sam nie doświadczam od lat, właśnie dzięki dbaniu o ergonomię swojego stanowiska pracy) nie powinien być niczym zaskakującym po kilku godzinach takiej pracy. Nawet, gdy iPada używa się z klawiaturą zewnętrzną, to i tak sam ekran musi znajdować się w zasięgu ręki (no bo jak inaczej używać ekranu dotykowego?), a im wyżej się go ustawi, tym mniej wygodne będzie każde podniesienie ręki do ekranu. Coś za coś. A może to jest tak, że na iPadzie powinienem pracować w fotelu lub na sofie, a nie wygłupiać się z jakimś biurkiem?20

Pozostaje więc kwestia wyboru rozmiaru; mając doświadczenia z iPadem mini i teraz z dużym iPadem Pro dochodzę do prawdopodobnie oczywistego wniosku; skoro mini jest doskonały jako podręczny, mobilny komputer do sporej części zadań, ale zbyt mały, by wygodnie na nim pracować, a Pro – idealny do pracy nawet po kilka godzin bez przerwy, ale jednak zbyt duży, by mieć go zawsze przy sobie i wygodnie się z nim przemieszczać, to może 9,7-calowy Pro jest iPadem dla mnie?

Nie miałem go w rękach ani przez chwilę, a nie chcę nadużywać uprzejmości właściciela sklepu kupjablko.pl, prosząc o przysłanie egzemplarza testowego, więc tylko teoretyzuję; mógłbym go bez obaw nosić w swojej torbie, zyskałbym technologię TrueTone i znacznie szerszy gamut wyświetlacza, której większemu odpowiednikowi brakuje, zaoszczędziłbym 1000 zł, kupując tablet, który miałby większą szansę pełnić rolę „tego jedynego”. O lepszych aparatach nie wspominam, bo nie używam ich w iPadzie, nawet do skanowania, mniejsza ilość pamięci RAM też nie powinna być problemem (choć to sprawdziłbym w pierwszej kolejności), podobnie jak brak USB 3.0 (dopóki nie będę kopiował zdjęć na iPada, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia).

Brzmi rozsądnie, prawda? Przez chwilę też tak myślałem. Potem przestałem się jednak oszukiwać; komfort pracy, o którym pisałem wcześniej, był zapewniany właśnie przez ogromną przestrzeń roboczą dużego iPada. Baby Pro z pewnością byłby lepszy od obecnie używanego mini, ale o tyle samo byłby też gorszy od dużego Pro. Fizyka nie kłamie21.

Nie tylko to skreśliło jednak 9,7-calowego iPada Pro jako opcję. Po oddaniu tego 12,9-calowego, którego – oczywiście – bardzo jest mi teraz brak, zrozumiałem też jeszcze jedną rzecz; nie wyobrażam sobie nie mieć iPada mini. Jego form factor22 tak bardzo mi odpowiada i w tak wielu sytuacjach (poza pracownią) przydaje mi się bardziej niż iPad Pro, że wychodzi na to, że muszę mieć oba. Praca na dwóch iPadach jednocześnie też okazała się być niewiarygodnie wygodna (trochę jak praca na komputerze z dwoma monitorami), choć ten aspekt chętnie kiedyś opiszę szerzej, bo to szalenie ciekawy temat. Wracając do iPada mini; oczywiście, na jego wyświetlacz (w zakresie wierności oddania koloru) nie mogę już patrzeć (zawsze wiedziałem, że jest słaby, ale dopiero bezpośrednie porównanie z dużo lepszym Pro pokazało mi, jak dobre potrafią być już ekrany w tabletach), a co za tym idzie, czekałaby mnie wymiana na nowszy model. Tym samym, robi się z tego bardzo poważna inwestycja, bo jeden z nich chciałbym/potrzebowałbym z LTE, a drugi musiałby mieć co najmniej 128 GB pamięci. Powstaje pytanie, który kupić najpierw, skoro na dwa na raz na pewno nie będę mógł sobie pozwolić, zwłaszcza, że sprzedaż mojego mini jest już całkowicie nieopłacalna. Decyzja nie jest łatwa, a istnienie technologii TrueTone i gamutu DCI-P3 w małym iPadzie Pro dodatkowo ją utrudnia o tyle, że może się okazać, że kolejna wersja iPada Pro i/lub kolejna wersja iPada mini otrzymają te same udogodnienia. Jeśli okazałoby się, że nowe wersje miałyby ukazać się niebawem, głupio byłoby ich nie mieć, inwestując tak duże pieniądze w sprzęt.

Podsumowując; 12,9-calowy iPad Pro całkowicie mnie zauroczył. Dawno nie zdarzyło mi się coś takiego23, więc jestem szalenie zaskoczony, tym bardziej, że pisząc o iPadzie Air 2 przecież cały czas mówiłem wyłącznie o tym, że jest on dla mnie zbyt duży i dwutygodniowy okres używania go nie zmienił mojego nastawienia w żaden sposób. Zgaduję, że mój zachwyt iPadem Pro jest w równej mierze spowodowany samym urządzeniam, co i systemem iOS, który od czasu iPada Air 2 ewoluował tak bardzo, że choć wspomniany tablet był wtedy dla mnie za duży, a dziś rozważam zakup jeszcze większego. Pamiętam też, że iBook G3, którego kupiłem w 2003 roku zrobił na mnie bardzo podobne wrażenie i wzbudził podobną ekscytację. Pamiętam, że właśnie wtedy zrozumiałem jak wiele możliwości stoi przede mną otworem, jak wiele od teraz mogę zrobić, nie będąc „przykutym do biurka”; z tym iPadem mam dokładnie tak samo. I to nie jest tak, że nie mogłem tych rzeczy zrobić do tej pory na OS X, bo mogłem i pewnie nawet tam wykonuję je szybciej, ale przecież nie zawsze jest to najważniejszy czynnik. Na iPadzie, z jakichś przyczyn, po prostu robię je chętniej.

Kończę te dywagacje dość zawiłą konkluzją; w bliżej nieokreślonej przyszłości iPad Pro stanie się moim głównym komputerem; tym, na którym będę wykonywał większość swoich zadań. iPada mini z pewnością zostawię, wymieniając go tylko na nowszy model, a Mac pozostanie u mnie wyłącznie jako stacja robocza do edycji fotografii, projektowania do druku oraz montażu materiałów wideo. Jedyne czego jeszcze nie zdecydowałem w kwestii iPadów, to to, który z zaplanowanych zakupów pojawi się u mnie jako pierwszy ani czy będzie to model z obecnej czy następnej generacji. Pewne jest natomiast to, że powyższy artykuł doczeka się pewnie kilku aktualizacji z relacją „na bieżąco”, których nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać.


  1. „znawcy technologii”? 
  2. Pomijając pierwsze uruchomienie, kiedy to treści na ekranie wyświetlane są w orientacji pionowej, bez możliwości zmiany. Nie wiem kiedy Apple przestało dbać o takie szczegóły, ale wizja osoby, która wyciąga z pudełka iPada Pro i Smart Keyboard, rozkłada tablet i klawiaturę, włącza ten pierwszy i …przekręca głowę, żeby dokonać wstępnej konfiguracji mocno mnie drażni i rozczarowuje. 
  3. Tam aplikacja zajmuje 1536×2048 pikseli, tu każda z dwóch – 1366×2048 pikseli. 
  4. Może z wyjątkiem próby podłączenia go do MacBooka Air 11″ z 2011 roku, który – co nie powinno być żadnym zaskoczeniem – bardzo słabo poradził sobie z napędzeniem tak wielkiej ilości pikseli. 
  5. Bo w ogromnej większości byłby to błąd. 
  6. Uważam, że chociażby z szacunku do twórców czy samego medium takie filmy powinno oglądać się albo w kinie albo w warunkach możliwie do kina zbliżonych. 
  7. Wiem, mógłbym bez problemu przesłać więc dropboxowy link, ale zawsze wydawało mi się to nieeleganckim rozwiązaniem, nawet jeśli odbiorca nigdy nie zwróci uwagi na to, że pobiera plik z mojej domeny. 
  8. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby działało to w oparciu o API Dropboxa i omijało krok zapisania pliku lokalnie, skracając tym samym czas oczekiwania i konieczność pobrania/wysłania danych, co ma znaczenie, gdy korzysta się z takich rozwiązań mobilnie, ale taka integracja usług nie jest łatwą sprawą (choć definitywnie możliwą; Podio czy FastMail potrafią przesyłać sobie dane w taki sposób). 
  9. Każdy, kto choć raz zaprzągł iPada do prawdziwej pracy prawdopodobnie wie, co mam na myśli. W końcu wszyscy i tak powtarzają, że to urządzenie wyłącznie do „konsumpcji treści” i, że nie da się na nim pracować. 
  10. Co w łatwy sposób pozwala na wybór „tego ostrzejszego” ujęcia. 
  11. Minęły już ponad dwa lata od premiery Lightroom dla iOS i nadal nie ma w niej możliwości edycji słów kluczowych. 
  12. „chciałbym się w tym momencie przyznać” napisałem w pierwszej wersji. 
  13. Choć, przyznaję, przyczyny dla którego do tej pory widok trzykolumnowy nie był dostępny – choćby tylko na iPadzie Pro – są dla mnie zagadką. 
  14. Dużo się ostatnio mówi o (bez)sensie takiego rozwiązania, więc rozwinę temat niebawem przy okazji aktualizacji wspomnianego artykułu (która od dawna jest w większości napisana). 
  15. I o tym napiszę więcej we wspomnianej aktualizacji artykułu o OmniFocus. 
  16. Właśnie dzięki temu zorientowałem się, że projektowanie i tworzenie stron internetowych przestało być dla mnie opłacalne. 
  17. Pracując w domu trzeba korzystać z różnych technik, żeby być produktywnym. 
  18. Choć nie wszystko ze zdjęciami i zrzutami ekranu mam tak zautomatyzowane jakbym chciał, ale to pewnie kwestia czasu. 
  19. Tym bardziej, że szykuję osobny artykuł wyłącznie o tym. 
  20. Oczywiście, dużo w tym ironii, ale może nie aż tak dużo, jak wydawało mi się, gdy zacząłem pisać to zdanie? 
  21. Matematyka też nie. 
  22. Nie lubię używać takich zapożyczeń, ale nie znajduję polskiego odpowiednika tego zwrotu, który mówi o wielkości, kształcie, wadze i stosunku wszystkich powyższych do siebie. 
  23. pamiętacie kiedy Was zauroczył jakiś produkt Apple w ostatnich latach? 
  • rybak17

    Bardzo fajny opis “przerośniętego iPhone”. Szkoda że iOS nie dorósł do dużych tabletów.
    Kiedyś chętnie kupię jak będzie mógł zastąpić najprostszego macbooka.

    Zanim kupisz iPada Pro poczekaj jeszcze na nowe maki ;-)

    • Kiedy ja właśnie uważam, że dorasta :)
      Co do Maków; poczekać, poczekam tak czy inaczej, ale pierwszy raz od lat w ogóle nie leżą one w zakresie moich zainteresowań.

      • rybak17

        Ja uważam odwrotnie a sam iPad Pro nie doczekał się rozbudowanych aplikacji znanych z macOS. Ma za to dużo rozciągniętych aplikacji z iPada i iPhone.

        Kupując też taki tablet do domu chce się nim podzielić tak jak macbookiem zakładając dwa konta użytkowników. Tutaj nie mogę bo jestem zmuszany do kupna dwóch iPadów Pro.

        Niedawno była plotka że Apple ma nieco rozdzielić iOS dla telefonów i tabletów.
        iPhone 7 ma też dorównać wydajnością iPadowi Pro.

  • @winmaciek

    Pamiętam, że porównywanie podobnych zdjęć było w iPhoto na iOS (wydane wraz z iPadem 3, ubite przy iOS 8 i bibliotece iCloud). Ogólnie uważam, że to był znacznie lepszy produkt niż obecne zdjęcia (pomijając ograniczenia iOS jak np. brak możliwości usuwania zdjęć).
    Tekst świetny, czekam na więcej :-)

  • Bielack

    32760 znaków, 5005 słów. Ach, jak dobrze jest przeczytać tak dobry i tak długi tekst o produktach, które w zasadzie mnie nie interesują. Ale przez Ciebie zaczynam się nad nimi zastanawiać! ;-)
    Piękne dzięki i trzymam kciuki za następne Twoje teksty i testy!

    • Że też chciało Ci się liczyć… ;)
      A poważnie; dziękuję za bardzo miły komentarz.

  • venedie

    Najistotniejszy fragment jak dla mnie:

    “Pomijając pierwsze uruchomienie, kiedy to treści na ekranie wyświetlane są w orientacji pionowej, bez możliwości zmiany. Nie wiem kiedy Apple przestało dbać o takie szczegóły, ale wizja osoby, która wyciąga z pudełka iPada Pro i Smart Keyboard, rozkłada tablet i klawiaturę, włącza ten pierwszy i …przekręca głowę, żeby dokonać wstępnej konfiguracji mocno mnie drażni i rozczarowuje.”

    Chyba za dużo goryczy ostatnio w sobie noszę. ;)

    • Przecież to powinien być ‘the time of your life’! Wyzbądź się jej czym prędzej!

  • Michał

    Nie będę oryginalny i napiszę to samo co piszę po większości Twoich artykułów – Miłoszu, znowu mnie zainspirowałeś – dzięki! Lubię mojego iPada (Air 1 generacji), ale zawsze był dla mnie przedewszystkim narzędziem do konsumpcji treści – myślałem, że bez komputera się nie da w większości przypadków funkcjonować (ale nigdy nie miałem dla tej tezy uzasadnienia). Co do dużego iPada Pro, to od poczatku nie był on w moim kręgu zainteresowań – widziałem go na żywo, ale nawet jakoś specjalnie nie ciągnęło mnie, aby go wypróbować.

    Po przeczytaniu Twojego artykułu, moje podejście się zmienia. Postanowiłem zrobić eksperyment i sprawdzić co z rzeczy robionych na komputerze, mogę robić na moim iPad – to może być ciekawe doświadczenie. Po tym eksperymencie może się zmienić mój stosunek do dużego iPad.

    Będę czekał na więcej informacji o Twoim sposobie pracy na iPad. Chciałbym też się dowiedzieć, jak wygląda Twój sposób pracy nad różnymi treściami, znalezionymi w internecie (już kiedyś wspominałem Tobie, że mam z tym problem). Z jednej strony jest to konsumpcja treści, z drugiej strony przetwarzane je, więc zaczynasz nad nimi pracować. U mnie wszystkie rzeczy do przeczytania trafiają do Pocket (mam też aktywne konto Premium na Instapaper, ale coś się nie mogę przesiąść – o tym za chwile). Z przeczytanymi artykułami może stać się kilka rzeczy:
    1) mogą być na zawsze usunięte, jeśli nie były ciekawe,
    2) mogą trafić do archiwum w Pocket (w zasadzie nie wiem po co to robię, bo nigdy do tego archiwum nie wracam),
    3) mogę je zapisać w Pinboard.in (używam Pinswift) jeśli uważam, że były ciekawe – to jest moje archiwum treści Internetowych,
    4) mogę też niezależnie od Pinboard, fragmenty (przy wybitnej treści, zdarza się, że jest to cały artykułu – tak jest zazwyczaj z treściami na Fabryce Pikseli) zapisać w Evernote (jeszcze się zastanawiam, czy nie zastąpię EN czymś innym) – to są zazwyczaj informacje, które później dalej wykorzystuje, wracam do nich wielokrotnie, i robię do nich dodatkowe notatki.

    W teori wygląda to super, ale w praktyce mam z tym sporo problemów
    – Instapaper podoba mi się bardziej, ale kilka razy gorzej uprościł treść (wyciął za dużo, w przeciwieństwie do Pocket) i mam teraz ograniczone zaufanie.
    – Nie mam pomysłu jak zautomatyzować w Pocket zapisywanie fragmentów tekstu (ogólnie, wszystko wymaga więcej tapnięć niż w Instapaper i jest mniej eleganckie)… więc docelowo chciałbym w 100% przesiąść się na Instapaper (eksperymentowałem, też z zapisywaniem wszystkiego do Pocket i wysyłania do Instapaper tylko długich treści… Nie sprawdziło się- zazwyczaj długie treści czytałem od razu w Pocket)
    – Podkreślanie fragmentów tekstu w Instapaper jest moją ulubioną funkcją, wykorzystywałem serwis IFTTT, aby mi te fragmenty zapisywał automatycznie w EN (miał fragmenty z jednego artykułu zapisywać jako jedną notatkę – czasem to robił, a czasem zapisywał każdy fragment jako oddzielną notatkę???… Nie sprawdzam inbox w EN codziennie i denerwowało mnie, jak po jakimś czasie był pełen takich fragmentów, które musiałem ręcznie porządkować)
    – Korzystałem z automatycznego zapisywania polubionych w Instapaper artykułów do Pinboard, ale w pewnym momencie straciłem kontrolę (za dużo dodanych artykułów, nie pamiętałem jakie tagi dodać, jak opisać) i wolę teraz po przeczytaniu artykułu, podzielić się nim do Pinswift, samemu opisać i zapisać w Pinboard.in

    Miłoszu, jak wygląda u Ciebie ten proces? Korzystamy z podobnych narzędzi, więc pewno dałbym radę zaimplementować go u siebie. Na pewno masz też jakieś fajne pomysły na zautomatyzowanie całego procesu – tego właśnie bym potrzebował u siebie.

    PS napisałem ten komentarz na moim iPad ;)

    • Przede wszystkim dziękuję za komentarz i miłe słowa w nim. Świadomość, że mój tekst mógł zainspirować do czegokolwiek to dla mnie jednocześnie zaskoczenie, komplement, jak i motywacja do kolejnych tego typu działań.

      Co zaś tyczy się Twojego problemu z zarządzaniem treściami, nie wiem czy będę mógł Ci pomóc, bo „pracuję” w bardzo zbliżonym do Twojego systemie. Korzystam z Instapaper (przyznaję, mi też zdarza się czasem – choć ostatnio bardzo już rzadko – że parser nie poradził sobie do końca i tekst został gdzieś przycięty), gdzie w trakcie czytania zaznaczam fragmenty artykułów, które IFTTT automatycznie zapisuje mi w Evernote, a gdy orientuję się, że tych fragmentów w danym artykule jest sporo, po jego skończeniu na samym dole klikam ‘Share All Notes’, czym ręcznie dodaję je do Evernote (skąd usuwam wszystkie automatycznie dodane, które rzeczywiście porozdzielane są na osobne notatki). Bez względu na to czy w artykule zaznaczyłem jakiś fragment czy nie, po przeczytaniu (o ile był dobry/wartościowy/warty zapamiętania) dodaję go (ręcznie) do Pinboard (share sheet » Pinswift), dopisując tagi już podczas dodawania. Po tej „operacji” artykuł trafia do archiwum, choć – podobnie jak u Ciebie – nigdy tam nie zaglądam. Jeśli szukam jakiegoś artykułu, który przeczytałem, poszukiwania zawsze zaczynam w pinboard. Wspomnianą przez Ciebie opcję ‘Ulubionych’ artykułów, wykorzystuję – dzięki wbudowanej w usługę Instapaper opcji – do automatycznego przesłania całej treści danego artykuły do Evernote. Tak na wszelki wypadek; gdyby kiedyś taki tekst zniknął z sieci, chciałbym mieć jego kopię.

      Jak widzisz; korzystamy z podobnych rozwiązań, które dalekie są od ideału, ale i tak – moim zdaniem – powinny wzbudzać zachwyt możliwościami, które oferują. Jedyne, co mogę dopowiedzieć, to, że artykuły z Instapaper bardzo często czytam na Kindle’u, a nie na iPadzie czy iPhone’ie – Instapaper potrafi bowiem automatycznie, raz w tygodniu, przesyłać wybraną ilość artykułów w formie ebooka na czytnik, gdzie czytanie jest, oczywiście, znacznie wygodniejsze. Tam jednak problem z zaznaczonymi fragmentami jest jeszcze większy, choć serwis clippings.io dużo ułatwia.

      PS Ja też, oczywiście. I to na starym mini! :)

      • Michał

        Miłosz, zawsze uczę się od Ciebie czegoś nowego – nie wiedziałem o możliwości wysłania wszystkich zakreśleń ręcznie do EN. Dzięki

  • Hania Urbaniak

    A mnie najbardziej zainspirował fragment: piszę więcej niż kiedykolwiek. Ale gdzie to można czytać Miłoszu? :)

    • Przecież nie napisałem, że można ani, że już można :) Ale bardzo mi miło, że jesteś zainteresowana.

  • Miłoszu, po raz kolejny dziękuję za tę chwilę (dłuższą chwilę), jaką mogłem spędzić nad Twoim tekstem. Czekam na więcej. :)