iPad jako portfolio fotografa

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 3 lata temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

iPad jako portfolio fotografa

Pamiętam, że decyzją o zakupie swojego pierwszego iPada stała świadomość tego, że stanie się on wręcz wymarzoną platformą do prezentacji swojego dorobku fotograficznego – lekki i mały, ale z dużym ekranem (moim pierwszym był iPad 2) miał stać się wiecznie aktualnym zbiorem najlepszych zdjęć, dostępnym zawsze pod ręką. Nie przeczę; tak to mniej więcej wyglądało, ale szybko zdałem sobie sprawę z tego, że samo urządzenie to jeszcze nie wszystko. Bo choć można było synchronizować iPada z Aperture za pomocą iTunes i w ten sposób mieć wybrane wcześniej albumy czy projekty zawsze pod ręką, to jednak zawsze wydawało mi się to mało eleganckie, nie tylko w zakresie wspomnianej przewodowej synchronizacji, ale także podczas samej prezentacji. Dodatkowo w moim przypadku pojawiał się problem trzech kategorii, czyli fotografii – nazwijmy to – autorskiej oraz komercyjnej, przy czym w tej drugiej reportaż ślubny powinien być oddzielony od reszty. Nie chciałem mieć ich wszystkich w jednym miejscu (a i na dobrą sprawę nie było takiej możliwości, bo iTunes mógł synchronizować tylko jedną bibliotekę Aperture jednocześnie, a u mnie były trzy oddzielne), rozpocząłem więc poszukiwania bardziej wyspecjalizowanych aplikacji, służących do prezentacji prac.

Tak po prawdzie, to poszukiwania te nigdy się nie zakończyły. Owszem, przez te prawie trzy lata, rynek tych (jak i wszystkich innych) aplikacji mocno się zmienił i wiele z moich notatek poczynionych w tym czasie zwyczajnie się zdeaktualizowało, to nadal nie ma w tej niszy jednego, dużego „gracza”. W wielu innych kategoriach w App Store jest to raczej normalne, że jedna aplikacja przoduje i jako pierwsza przychodzi na myśl – klienty Twittera: Tweetbot, kalendarz: Fantastical, dziennik: Day One. W przypadku aplikacji służących jako portfolio tak nie ma i Bóg jeden wie ile pieniędzy i czasu kosztowało mnie sprawdzenie wielu spośród nich. To właśnie ten stan rzeczy sprawił, że przez cały ten czas ani razu na swojej stronie nie poruszyłem tego, jakże ważnego, tematu, przesuwając go dalej i dalej na liście artykułów do napisania. Dziś zamierzam to zmienić.

Dzieje się tak nie dlatego, że nagle pojawiła się aplikacja, która ma szansę stać się tym „dużym graczem”, która całkowicie mnie do siebie przekonała. Wręcz przeciwnie; zauważam, że od pewnego czasu niewiele się w tej materii zmieniło, rynek wydaje się być nasycony, a użytkownicy zadowoleni ze swoich wyborów. Sam należę do tej grupy, więc to chyba najwyższy czas na kilka słów na ten temat.

Xtrafolio

Testując te wszystkie aplikacje, miałem w głowie funkcjonalność takiego portfolio – wiedziałem czego od niego będę wymagał, ale daleki byłem od budowania tabelki z opcjami w pierwszej kolumnie i zaznaczaniem, która aplikacja ma więcej funkcji (z reguły te, które mają najwięcej wcale nie są najlepsze, a często – te właśnie są najgorsze). Tak było i w tym przypadku. Gdybym bowiem stworzył rzeczoną tabelę, to prawdopodobnie zwycięzcą zostałaby aplikacja Xtrafolio, przed którą chciałbym Was przestrzec.

Xtrafolio kosztuje bowiem 14,99 € i wygląda tak:

Ktoś mógłby pomyśleć, że może autor jeszcze nie zaktualizował jej do iOS 7, ale byłby w błędzie. Pierwsza linijka w What’s new brzmi właśnie „iOS 7 updated”. Nie chodzi mi jednak o samą stronę wizualną – to można byłoby przeżyć, gdyby późniejszy rezultat (czyli gotowy album) był w porządku. Ale też nie. Możliwości spersonalizowania go są dość spore, a mimo to niewiele da się zrobić, żeby wyglądało to dobrze. Najgorszy jest jednak back-end, czyli cały panel, w którym dokonuje się zmian. Jest tak nieintuicyjny, że po raz pierwszy od dawna musiałem zajrzeć na stronę autora, żeby niejako sprawdzić „co ów miał na myśli”.

Samą aplikację dostałem kiedyś w prezencie Gwiazdkowym (Marku, pamiętasz?), więc nie powinienem narzekać, ale mówię uczciwie. Nie idźcie tą drogą.

Porftolio for iPad

Następną aplikacją, którą sprawdziłem była Portfolio for iPad. Dzięki swojej nazwie zyskała ona sporą popularność, bo – jak nietrudno się domyślić – jej nazwa wyświetlała się jako pierwsza, gdy wpisało się „iPad portfolio” w wyszukiwarkę (zarówno Google, jak i App Store).

Przed zakupem (większość z tych aplikacji jest raczej droga) sprawdziłem listę poprzednich wersji w App Store i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to dynamiczny jej rozwój – aktualizacje były częste, a z opisów było widać, że autorowi zależy, wprowadzając coraz to nowe udogodnienia. Pomyślałem, że tej mogę więc zaufać; kupiłem i – zdradzę już teraz – od tamtego momentu używam nieprzerwanie. Pominę w tym miejscu opis tych opcji, które zostały dodane na przestrzeni tego czasu, a skupię się na obecnej jej formie.

Porfolio for iPad ma prawie wszystko to, czego mógłbym oczekiwać od aplikacji tego typu. Jest więc możliwość synchronizacji zawartości portfolio z usługą Dropbox (więcej o tym nieco później), co ogromnie ułatwia aktualizowanie tego zbioru (a co przez długi czas było niemożliwe w większości aplikacji tego typu, w co dziś ciężko jest uwierzyć). Jest też możliwość blokowania aplikacji przed dostępem do jej panelu, więc można bez obaw dać iPada klientom do ręki – będą mogli przeglądać, niczego jednak sami nie zmienią (nawet przypadkiem). W połączeniu z trybem Guided Access wprowadzonym w iOS 6 (czyli – w dużym skrócie – zablokowanie przycisku Home, dzięki czemu osoba obsługująca iPada nie może wyjść z aplikacji, która została wcześniej włączona) stanowi świetny duet. Istnieje też możliwość ukrywania (a nie usuwania) poszczególnych sekcji portfolio, co bywa bardzo przydatne, gdy nasze portfolio jest zróżnicowane, a przed spotkaniem z konkretnym klientem, chcielibyśmy ukryć ten fakt. Jest też możliwość tworzenia struktury poprzez zastosowanie folderów i galerii (które stają się niejako podfolderami). Aplikacja pozwala również na ocenianie zdjęć podczas ich przeglądania, dzięki czemu może też pełnić funkcję lightboxa podczas spotkania z klientem (choć żałuję, że do dyspozycji jest tylko skala ★★★★★ – wolałbym mieć też flagi wybrane/odrzucone), tym bardziej, że Portfolio for iPad został także wyposażony w filtr (może pokazać np. tylko te zdjęcia, które zostały ocenione na ★★★ do ★★★★), który – co było dla mnie sporym zaskoczeniem – wykrywa słowa kluczowe w zdjęciach i jest w stanie filtrować je także za ich pomocą.

Co ważne, jeśli nie korzysta się z opcji oceniania czy filtrowania, można je wyłączyć, żeby żadne gwiazdki nie przeszkadzały oglądającym w przeglądaniu portfolio. Kolejną funkcją, która czasem może się przydać, zwłaszcza w scenariuszu jak wyżej, czyli podczas spotkania z klientem, gdy np. wybiera on zdjęcia do późniejszej edycji czy danej publikacji, jest możliwość tworzenia notatek do poszczególnych fotografii. Nie trzeba więc zapisywać w oddzielnym miejscu, że zdjęcie numer 074 klient akceptuje, ale woli czarno-białe. Jest też oczywiście wbudowany pokaz slajdów, z którego korzystam, gdy iPad nie pełni głównej roli podczas spotkania, a jedynie jest postawiony gdzieś obok. Sam pokaz jest konfigurowalny z poziomu „panelu” i dopasowywany do każdej galerii oddzielnie, dzięki czemu np. fotografie z wyścigów motocyklowych mogą mieć inny czas wyświetlania niż portrety. I choć można do pokazu dołączyć muzykę (nigdy tego nie zrobiłem) i włączyć lub wyłączyć jego zapętlenie, to nie ma możliwości zmiany przejścia – standardowy dissolve musi wystarczyć.

Dodatkową funkcją, której nawet nie podejrzewałem, że mogę tu znaleźć była możliwość wyświetlenia nazwy pliku, jego opisu (pole caption z Lightroom lub Aperture), oceny, informacji o prawach autorskich czy słów kluczowych podczas ich przeglądania. Nie zdarzyło mi się, żebym ich potrzebował, ale dobrze wiedzieć, że istnieje taka opcja. Podczas przeglądania można też wysłać zdjęcia mailem, lecz niestety tylko pojedynczo.

Wspomniałem na początku o możliwości synchronizacji zawartości portfolio z Dropboxem. To opcja, której nie można nie docenić, szczególnie, gdy w Lightroom ustawi się Published Smart Folders w Publish Services z eksportem do katalogów wewnątrz Dropboxa; wówczas jednym kliknięciem aktualizuje się portfolio, złożone np. z pięciogwiazdkowych zdjęć ze słowem kluczowym ‘portfolio’. Potem wystarczy tylko uruchomić Portfolio for iPad, żeby sam się zaktualizował w tle. Wiem z doświadczenia, że to jedyny sposób na posiadanie aktualnego portfolio. Zanim pojawiła się ta opcja, każdorazowa aktualizacja była po prostu kolejnym zadaniem na liście rzeczy do zrobienia, nierzadko przesuwanym na nieokreślone kiedyś. Bardzo ważne w moim użyciu okazała się możliwość synchronizacji katalogu ze wszystkimi podfolderami, które są wiernie odwzorowane w aplikacji. Dzięki temu nie musiałem konfigurować każdego elementu wewnątrz aplikacji oddzielnie – wystarczyło utworzyć strukturę w Dropboxie i dokonać pierwszej synchronizacji, a wszystko pojawiło się tam, gdzie powinno. Prawie jak magia, mówię Wam.

W tym miejscu chciałbym się podzielić pewnym udogodonieniem, którego używam do powyższego celu. Otóż w aplikacji – choć istnieje możliwość sortowania – nie ma opcji sortowania przypadkowego, a właśnie takiej kolejności oczekiwałbym po portfolio (mam tu na myśli galerię z najlepszymi ujęciami, nie konkretny reportaż, rzecz jasna). Przez fakt, że pliki w tym katalogu Lightroom noszą nazwy Imię_i_Imię_xxx.jpg jest to dość trudne i wymaga operacji po stronie komputera. Żeby nie robić tego każdorazowo dodałem sobie w Lightroom nowy preset nazywania plików, którego używam w Published Services, który podczas eksportu, a który na początku pliku dodaje …sekundy z godziny wykonania zdjęcia:

Dzięki temu pliki po eksporcie wyglądają w sposób następujący:

To najprostsze rozwiązanie jakie przyszło mi do głowy, mające na celu automatyczne ułożenie zdjęć w losowej kolejności. Żeby jednak być całkowicie uczciwym, dodam, że pierwszych kilka zdjęć układam ręcznie, poprzez zmianę ich nazwy na 00_Imię_i_Imię_xxx.jpg, żeby nawet przy pokazaniu kilku zdjęć, zaprezentować te, które sam uznaję za najlepsze.

Poza synchronizacją z Dropboxem, aplikacja daje możliwość stworzenia i przechowywania w iTunes pełnej kopii, zarówno zawartości portfolio, jak i konfiguracji. To z pewnością przydatna opcja dla osób posiadających więcej niż jednego iPada; to znacząco przyspieszy proces konfiguracji aplikacji na drugim urządzeniu.

To czym jednak ta aplikacja naprawdę mnie urzekła była możliwość personalizacji ekranu startowego, tego, który wyświetla się na sekundę lub dwie podczas uruchamiania aplikacji.

Fakt, że wyświetla się tam nasze logo, a nie ikona czy nazwa aplikacji, wydała mi się bardzo eleganckim i przemyślanym gestem ze strony twórcy. W podobny sposób można też ustawić, co ma wyświetlać się na ekranie zewnętrznym, jeśli iPad podłączony jest do monitora lub projektora.

W tej samej części panelu (który dzieli się tylko na dwie partie – ustawienia galerii i ustawienia aplikacji; Xtrafolio, ucz się) można spersonalizować ekran główny. Do wyboru są trzy podstawowe szablony, na podstawie których można tworzyć własne. Nie można powiedzieć, żeby możliwości były nieograniczone (nie da się na przykład ustawić wysokości linii, czyli odległości pomiędzy wierszami w pionowoym menu; zawsze jest proporcjonalne do ustawionej wielkości pisma), ale powinny wystarczy do większości zastosowań.

Dla przykładu takiego widoku używałem przed rokiem:

Taki mam teraz:

Oczywiście, dla pionowego widoku można osobno skonfigurować rozmieszczenie elementów, jak również zdjęcie w tle (które wcale nie musi pochodzić z zasobów portfolio – może być pobrane z rolki aparatu, z Dropboxa, z adresu URL czy z komputera, za pośrednictwem specjalnej aplikacji Mac Uploader). Kolory, wielkości pisma i jego krój pozostają niezmienne bez względu na orientację, więc warto zadbać, że np. oba zdjęcia były jasne, jeśli chce się mieć widoczne menu na obu (zakładając, że wybrany kolor pisma jest ciemny).

Jak było widać na powyższych zrzutach ekranu, Portfolio for iPad używam do prezentacji fotografii ślubnych, z bardzo prostego powodu. Aplikacja ta jest w stanie wyświetlić nie tylko pliki jpg, ale świetnie radzi sobie również z materiałami wideo (które pokaz slajdów może ignorować, jeśli mamy takie życzenie) oraz plikami pdf. Dzięki temu, z poziomu jednego miejsca (tj. jednej aplikacji) mogę nie tylko zaprezentować Parze swoje najlepsze zdjęcia ślubne czy wybrane reportaże (a że w aplikacji mam zawsze wszystkie z ostatniego roku, to Para może wybrać sobie, które z nich chce zobaczyć), ale także już gotowe prezentacje, a nawet pełną ofertę, wzór umowy czy wzornik okładek albumów. To dało mi ogromny komfort podczas spotkań i choćby z tego powodu, Portfolio for iPad warta jest polecenia. Kosztuje wprawdzie 11,99 €, ale to pewny wybór.

W tym miejscu miałem dopisane, że żałuję jedynie, że aplikacja nie ma swojego odpowiednika dla iPhone’a (co nie jest takie dziwne, biorąc pod uwagę nazwę aplikacji), bo choć nie uważam, żeby telefon służył do prezentacji prac, to przyznaję, że czasem przydałoby mi się mieć przy sobie możliwość pokazania komuś konkretnego ujęcia, nawet gdy nie miałem przy sobie iPada. Powyższe zdanie byłoby jednak nieprawdziwe, bo nie dalej niż przed kilkoma minutami zajrzałem na stronę aplikacji i odkryłem, że wersja dla iPhone’a nie tylko istnieje, ale pojawiła się ponad dwa lata temu (nie jest aktualizowana tak często, jak jej większy odpowiednik). Nie wiem dlaczego ją przegapiłem ani dlaczego autor nie wspomniał o niej przy którejś z aktualizacji Portfolio for iPad (co jednak bardzo dobrze o nim świadczy). Aplikacja kosztuje 2,69 € i niczego więcej nie mogę obecnie o niej powiedzieć, bo dopiero ją pobieram.

FolioBook Photo Portfolio

Żadna z aplikacji, które używam nie pozwala na stworzenie kilku osobnych portfolio w sobie, co nie jest niczym dziwnym. W większości z nich można stworzyć struktury, ale to nie to samo – ekran startowy czy główny wciąż mogą pasować tylko do jednej z tych kategorii jednocześnie. Dlatego już na samym początku podjąłem decyzję o tym, że chcę mieć wszystkie trzy kategorie wykonywanych przeze mnie fotografii podzielone na trzy osobne aplikacje. Druga kategoria znajduje się więc w aplikacji FolioBook Photo Portfolio.

Przez długi czas byłem niechętny, by ją pobrać ze względu na zaobserwowane zachowanie autorów. Otóż są dni, kiedy w App Store pojawia się wiele przecen; Black Friday, okres przed świętami Bożego Narodzenia itp. Wiele popularnych serwisów „okołomakowych” publikuje wówczas zbiory linków do takich aplikacji. Dwukrotnie zdarzyło się, że w takim zbiorze znalazłem rzeczoną aplikację, lecz po przejściu do App Store okazywało się, że cena się nie zmieniła. Wyszło na to, że autorzy zmieniali ją nieznacznie (z 8,99 € na 5,49 €), ale tylko na godzinę, żeby zostać „wyłapanami” przez wspomniane serwisy, a potem szybko wracali do poprzedniej ceny. Bardzo mnie to zniechęciło do zakupu.

Z czasem jednak pozostałe aplikacje niejako zmusiły mnie do sprawdzenia innych, a ta była jedną z nielicznych, których nie wypróbowałem wcześniej. Kupiłem więc. Dodałem kilka zdjęć z Dropboxa (poza Dropboxem, aplikacja umożliwia jeszcze import z serwisu PhotoShelter, o którym jednak wcześniej nie słyszałem) i zacząłem eksplorować.

FolioBook nie wydał mi się tak łatwy i intuicyjny w użyciu jak Portfolio for iPad, a ekran startowy czy ogólna estetyka poszczególnych menu nie zachęcają do dalszych działań:

Okazało się jednak, że funkcjonalność obu aplikacji jest zbliżona.

W kwestii ekranu głównego, tu również jest kilkanaście gotowych szablonów, choć należy przyjąć już na początku, że trzeba stworzyć swój od podstaw. Te, które się są, nie należą do najpiękniejszych. Podobnie jak wcześniej, tak i tu można dodać osobne tło dla orientacji poziomej i pionowej, a w odróżnieniu od Portfolio for iPad można także zmienić odległości pomiędzy wierszami w pionowym menu. Można również dodać logo, lecz w odróżnieniu od sposobu w jaki dodaje się zdjęcia do galerii lub ustawia zdjęcia tła, logo można dodać jedynie za pomocą synchronizacji z iTunes i to pliki (również osobne dla obu orientacji) muszą mieć przypisane konkretne nazwy. Aplikacja ma również własny zestaw krojów pisma, z których jednak bardzo ciężko było mi wybrać cokolwiek dobrego.

W głownym menu FolioBook pierwszą pozycją jest ‘Structure’ – po zapoznaniu się z nią – co było dla mnie sporym zaskoczeniem – okazało się, że działa to na trochę innej zasadzie niż w innych aplikacjach, które znałem. Można tu bowiem tworzyć nie tylko galerie, ale i kategorie. Każda kategoria (i na tym właśnie polecga wspomniana różnica) ma własny „ekran główny”, czyli na dobrą sprawę, przy odpowiedniej konfiguracji tej aplikacji, można mieć wszystko w niej, bez względu na to, jak zróżnicowane ma się portfolio lub w jak wielu branżach się pracuje. Przyznaję, że było to przyjemne zaskoczenie, nawet jeśli miałbym nigdy tego nie użyć.

Podczas przeglądania zdjęć nie ma co prawda tylu możliwości, co we wcześniej opisanej aplikacji (brak oznaczeń, notatek, filtrowania, wyświetlania słów kluczowych, choć tytuł, opis i prawa autorskie są), ale przejścia w pokazie slajdów są cztery różne (choć albo u mnie coś jest nie tak albo nie widzę rożnicy między ‘Swipe’ a ‘FolioBook’). Z boku wyświetla się kilka ikonek, służących jako menu, które można wyłączyć, zmienić na wersję rozszerzoną/podstawową, zmienić kolor na jeden z pięciu odcieni szarości (z czarnym i białym włącznie) oraz wyłączyć lub włączyć tło za nim.

Dość dziwny i wymagający pewnego przyzwyczajenia jest gest wyjścia z konkretnej galerii czy kategorii – należy „uszczypnąć” ekran dwoma palcami. Nie jest to często spotykany gest w aplikacjach dla iOS, a już na pewno nie do tak podstawowej czynności, ale pewnie da się z tym żyć.

W kwestii synchronizacji z Dropboxem, nie ma możliwości zsynchronizowania wybranego katalogu z całą strukturą, więc każdą galerię należy skonfigurować oddzielnie, na szczęście później wszystkie razem można zsynchronizować jednym przyciskiem w menu. Istnieje też opcja tworzenia kopii zapasowej w dokładnie taki sam sposób, jak w Portfolio for iPad.

W menu znalazłem jednak opcję, której się nie spodziewałem – ‘Publish’. Po wcześniejszym założeniu konta istnieje możliwość opublikowania galerii na specjalnie do tego celu utworzonej stronie i to z poziomu samej aplikacji.

W odróżnieniu od Portfolio for iPad, FolioBook nie obsługuje plików PDF, a do odtworzenia materiału wideo wymagany jest zakup wtyczki (In-App Purchase) za 1,79 €. Specyficznie działa też blokada aplikacji, czyli jej przełączenie w tryb ‘tylko do odczytu’. Można to bowiem zrobić z poziomu menu, ale żeby przywrócić możliwość edycji, należy uruchomić systemowe ustawienia w iPadzie, tam odnaleźć FolioBook i w znajdujących się tam ustawieniach, wyłączyć tę blokadę.

Podsumowując, jest to nieco mniej przyjazny w użyciu i nieco mniej funkcjonalny odpowiednik Portfolio for iPad, który jednak – przy odpowiedniej konfiguracji – może stać się bardziej uniwersalnym portfolio. FolioBook Photo Portfolio kosztuje aktualnie 11,99 € i choć sam kupiłem go niedawno, to chciałbym zaznaczyć, że aplikacja ta nie była aktualizowana od ponad pół roku, jeśli ktoś zwraca uwagę na takie rzeczy przed zakupem.

Squarespace Portfolio

Kolejną aplikacją, której używam jest ta udostępniona przez Squarespace. Z pewnością nie jest to jednak produkt uniwersalny i ciężko go polecić, ze względu na fakt, że choć sama aplikacja jest darmowa to wymaga posiadania strony w serwisie Squarespace, czyli płatnej subskrypcji w cenie od 8 € do 24 € miesięcznie (przy płatności za rok z góry lub od 10 € do 30 €, jeśli płatności odbywałyby w trybie miesięcznym). Nie można jednak liczyć tego jako kosztu samej aplikacji Portfolio, która z założenia jest właśnie tylko dodatkiem do posiadanej strony.

Tu pojawia się pytanie, po co taka aplikacja w ogóle, skoro – załóżmy – wykupiłem już stronę na platformie Squarespace, używam jej jako swojego internetowego portfolio, a ona sama doskonale działa na urządzeniach mobilnych, więc jaki jest sens używania dodatkowej aplikacji, skoro mógłbym po prostu zapisać sobie skrót do adresu URL własnego portfolio i prezentować prace w ten sposób? Otóż powody są trzy. Pierwszym jest taki, że aplikacja pozwala na pobranie fotografii, żeby móc przeglądać zawartość tego portfolio nawet off-line (mam iPada bez modułu 3G, więc doceniam). Drugim jest możliwość wybrania, które galerie powinny się pojawić w aplikacji. Wydaje się to oczywiste, ale tu aplikacja idzie o krok dalej. Najtańsza opcja subskrypcji pozwala na utworzenie do 20 podstron (czyli 20 galerii w takim wykorzystaniu strony), które z poziomu panelu możemy udostępniać (dodawać do menu) lub ukrywać. I właśnie to jest ten drugi plus – Squarespace Portfolio potrafi bowiem pobierać zdjęcia nawet z tych ukrytych galerii. Dlaczego to zaleta? Ano dlatego, że nawet jeśli wykupiona przez Ciebie strona dotyczy czegoś zupełnie innego niż Twoje portfolio i wykorzystujesz ją do innych celów, nadal masz prawdopodobnie co najmniej kilkanaście slotów do wykorzystania na własne galerie, które nie pojawią się na stronie, a w aplikacji – tak (i właśnie tak to u mnie działa). I tu płynnie przechodzimy do trzeciej zalety; Squarespace Portfolio jest – bez dwóch zdań – najprzyjemniejszą w obsłudze aplikacją ze wszystkich tego typu. Na pewno nie jest w stanie zwyciężyć we wspomnianej na początku tabeli posiadanych funkcji, ale i w tym tkwi właśnie jej urok. Słowo „minimal” użyte na stronie aplikacji znalazło się tam nie bez powodu. Gdyby jednak w rzeczonej tabeli znalazła się pozycja „przyjemność używania”, aplikacji należałaby się wysoka nota.

Dzieje się tak głównie za sprawą gestów, animacji (zwłaszcza tej po tapnięciu w wybraną galerię, gdy jej zawartość pojawia się na ekranie) i ogólnego sposobu prezentacji fotografii. Jest też jedyną ze wszystkich aplikacji tego rodzaju, w której widok miniatur jest korzystny (po przejściu do danej galerii, w pierwszej kolejności wyświetla się właśnie widok miniatur, których wielkość, ramkę, tło czy kadrowanie do kwadratu możemy dobrać w opcjach). W niektórych zasotoswania portfolio takie rozwiązanie ma większy sens niż przejście od razu do pierwszego zdjęcia, wyświetlonego w trybie pełnoekranowym. Sam używam jej do prezentacji fotografii komercyjnych, które choć są podzielone na kategorie, to są one dość „szerokie”, a dzięki widokowi miniatur mogę szybko przejść do konkretnych ujęć, które chciałbym pokazać klientowi.

Niestety, nie jest to aplikacja bez wad. Po pierwsze, z założenia proces synchronizacji jest mniej wygodny niż ten przy użyciu Dropboxa. Trzeba bowiem wyeksportować pliki z aplikacji, której się do tego używa, umieścić je na stronie (przeciągnij i upuść), ustawić ich kolejność, a następnie zsycnhronizować zawartość wybranych galerii w aplikacji. Wiem po sobie, że przez to rozwiązanie, nie aktualizuję tego portfolio tak często, jak dwóch pozostałych.

Druga wada jest trochę bardziej dokuczliwa; trzykrotnie zdarzyło mi się, że po otwarciu aplikacji, zamiast swoich prac zobaczyłem ekran logowania i cały proces wyboru synchronizowanych galerii, jak i pobrania ich zawartości na urządzenie musiałem powtórzyć. Nie znalazłem przyczyny takiego zachowania (raz stało się tak po dużej aktualizacji, więc jestem w stanie to zrozumieć, ale poprzednie dwa?), a wiem, że gdyby stało się tak przed samym spotkaniem, pewnie nie ująłbym tej aplikacji w tym zestawieniu, chyba, że na samym początku, przestrzegając przed nią razem z Xtrafolio.

Minusem może być też fakt, że nie tylko nie ma tu możliwości dodania własnego logo czy ekranu startowego (minimalizm, pamiętacie?) to podczas uruchamiania przez sekundę czy dwie na ekranie wyświetla się logo Squarespace. Lepiej więc przed samym spotkaniem uruchomić aplikację wcześniej; gdy jest ładowana z pamięci operacyjnej urządzenia, logo to się nie pojawia.

Plusem jest za to fakt, że jest to aplikacja uniwersalna i, rzeczywiście, kilkukrotnie użyłem jej na telefonie podczas zupełnie przypadkowych spotkań.

Viewbook

Z Viewbook jest podobnie, jak z opisanym powyżej Squarespace – aplikacja dla iPada jest tu tylko dodatkiem do usługi. Zacznę więc od samej usługi, która jest dość zbliżona do Squarespace właśnie, czyli pozwala na stworzenie własnej strony, choć w odróżnieniu od tej pierwszej, Viewbook skupia się tylko na prezentacji prac (czyli np. strony restauracji zrobić w nim nie sposób). Usługa ta jest płatna i aktualnie kosztuje $19 miesięcznie lub $190 rocznie (musiało się coś zmienić, bo pamiętam, że wykupując ją na rok płaciłem jednak mniej) i choć wiem, że jest to niemało, to Viewbook ma zasadniczą przewagę nad konkurencyjnymi tworami – wtyczkę do Lightroom. Po jej zainstalowaniu, w oknie eksportu pojawia się nowa opcja; zamiast na dysk, możemy eksportować zdjęcia bezpośrednio do usługi Viewbook. Używam tego do prezentacji zdjęć klientom, gdy np. nie mogą odebrać ich osobiście lub, gdy mają dokonać jakiegoś wyboru. Mój plan pozwala na umieszczenie tam do 1000 zdjęć, co bywa pewnym ograniczeniem, ale z tego, co widzę, nowy plan Pro to aż 5000 fotografii.

Powodem, dla którego zdecydowałem się zapłacić za tę usługę jest przede wszystkim wygoda i elegancja pokazu. Wiem, że w podobny sposób mógłbym przesłać link do folderu w Dropboxie, ale jednak rozwiązanie z Viewbooka bardziej mi odpowiada, tym bardziej, że niejako w zestawie jest właśnie aplikacja dla iPada.

Ta ostatnia pozwala bowiem na pobranie wybranych galerii na urządzenie (czyli umożliwia przeglądanie ich off-line), utworzenie oddzielnych kategorii, w których mogą znajdować się galerie oraz na zablokowanie aplikacji przed zmianami. Używam jej jako swojego tymczasowego portfolio, dzięki czemu zawsze mam przy sobie także najświeższe zdjęcia, jeszcze zanim zostaną rozłożone pomiędzy swoimi docelowymi lokalizacjami. Jest to użyteczne o tyle, że wtyczka w Lightroom działa w każdej z moich bibliotek, więc w tym tyczasowym Viewbook mogę mieć np. kilkanaście ostatnich sesji czy reportaży, bez względu na to czy są to fotografie autorskie czy te robione na zlecenie.

Przyznaję, że tej iPadowej części Viewbooka najczęściej wśród rodziny czy znajomych, którzy chcą czasem obejrzeć rezultat np. konkretnej sesji, o której – dajmy na to – opowiadam przy kolacji. Czy takie użycie jest warte $190 rocznie? Na pewno nie. To ta część internetowa usprawiedliwiła ten wydatek w moim przypadku.

Lightroom for iPad

Skoro jednak o publikacji w internecie mowa, to przyszło mi na myśl – o czym wspominałem w poprzednim tekście – że mobilny Lightroom także może pełnić tę funkcję portfolio i to niekoniecznie tymczasowego. Takie rozwiązanie ma swoje minusy, jak chociażby wspomniane niepełnoekranowe wyświetlanie zdjęć (Squarespace Portfolio też wyświetla zdjęcia z marginesami, ale wystarczy na nie tapnąć, żeby przełączyć się do widoku pełnoekranowego; tam więc jest to opcją, tu – koniecznością). Wygoda użycia czy samego eksportu zdjęć bezpośrednio z Lightroom jest taka sama, jak w powyższym Viewbook, a funkcjonalność nawet trochę bogatsza, bo pozwala na pokaz slajdów, czego Viewbook nie potrafi. Wszystko to dostępne jest nie za $190 rocznie, a …za darmo, jeśli ktoś i tak używa już Lightroom w Creative Cloud (bo trochę nie wierzę w to, że ktoś mógłby wykupić usługę Creative Cloud – nawet tę najtańszą – tylko po to, żeby mieć dostęp do Lightroom Mobile).

Warto przy okazji pamiętać, że do samego przeglądania zdjęć na iPadzie za pomocą Lightroom należy pobrać Smart Previews (Enable Offline Editing), bo w przeciwnym razie będzie potrzebne połączenie z internetem, żeby aplikacja mogła pobrać większe (niż miniatury) podglądy. Pierwsze próby w ten sposób dają mi do myślenia, czy jeśli przyjdzie mi zapłacić za kolejny rok za Viewbook to czy na pewno to zrobię… Problemem, w chwili obecnej, jest dla mnie tylko to, że Lightroom 5.4 nie potrafi wysłać zdjęć z kilku bibliotek do tego samego konta Creative Cloud.

Podsumowanie

Wiem, że używanie czterech aplikacji, służących – teoretycznie – jednemu celowi to pewne skomplikowanie sprawy, ale po niemal trzech latach doświadczenia wiem, że taki system sprawdza się u mnie najlepiej.