a Ty, zrobiłeś dziś już kopię zapasową?

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 5 lat temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Prowadziłem ostatnio korespondencję mailową z czytelnikiem, który był ciekaw, jaki system kopii zapasowych zastosowałem u siebie i jak on mi się sprawdza.

Pomyślałem, więc, że skoro odpisałem Jemu, to równie dobrze mogę podzielić się tymi informacjami także z Wami. Postaram się uniknąć moralizatorstwa i pisania o tym, jak ważne jest dbanie o bezpieczeństwo danych. Ci, którzy kiedyś stracili choćby kilka godzin swojej pracy już to wiedzą, a wszyscy pozostali pewnie sami się o tym przekonają.

Zacznę od podstawowej deklaracji; nie używam TimeMachine. Choć uważam to za kawał świetnego oprogramowania, to u mnie zwyczajnie się nie sprawdził. Najpierw irytowało mnie, że kopia wykonywana jest co godzinę – każdorazowe kopiowanie sporej ilości danych w tle było odczuwalne, mimo że dysk do TimeMachine był podłączony do portu FireWire 800, oczywiście. Zmieniłem to za pomocą małej aplikacji TimeMachineEditor, ustawiając 8-godzinny interwał, ale niemal za każdym razem wykonywanie kopii przypadało na nieodpowiedni moment – zawsze wtedy, kiedy byłem najbardziej zajęty.

Mimo to, polecam używanie Time Machine niemal każdemu użytkownikowi Maka. Przyznaję otwarcie, że niejednokrotnie mnie uratował, pozwalając na odzyskanie przez przypadek skasowanego lub zastąpionego pliku. W codziennym użytkowaniu komputera, Time Machine jest nieocenioną pomocą.

U mnie jednak, przez brak całkowitej kontroli nad czasem wykonywania kopii, a także ilość dysków i faktu, że kluczowe dane są u mnie rozrzucone pomiędzy nimi, Time Machine został zastąpiony aplikacją Carbon Copy Cloner, która jest znana jako doskonałe narzędzie do wykonywania bootowalnego obrazu dysku. Nie jest więc to aplikacja stworzona ściśle do wykonywania różnych kopii, ale mimo to pozwala na więcej niż Time Machine.

Tworząc swój system zabezpieczania danych, zacząłem od wypisania tych katalogów, w których dane są dla mnie najważniejsze. Ze względu na rodzaj wykonywanej działalności, na trzon ważnych danych składają się trzy katalogi, znajdujące się na głównym dysku iMaka:

  • Fabryka Pikseli (aktualne projekty),
  • Bolechowscy (aktualne projekty),
  • Photos (prywatne fotografie 2011 – 2012).

Poza tymi trzema, istnieją zestaw kolejnych czterech, zawierający archiwalne dane z tych samych kategorii i przechowywany na jednym z zewnętrznych dysków:

  • Fabryka Pikseli (projekty archiwalne),
  • fotografie komercyjne (archiwalne),
  • fotografie prywatne (2003-2010),
  • fotografie ślubne (2011).

Mając ustalone kluczowe katalogi, sprawdziłem ile przestrzeni dyskowej zajmuje każdy z nich, dopisałem tę informację, a następnie zrobiłem listę posiadanych dysków wraz z ich pojemnościami, żeby móc ustalić co i gdzie powinno być kopiowane:

  • iMac HD: 1TB,
  • WD Studio: 1TB (FW800),
  • WD Studio: 1,5TB (FW800),
  • WD Elements: 2,5TB (USB),
  • LaCie LBD: 640GB (FW800),
  • WD 3,5”: 320GB (USB),
  • WD 2,5”: 320GB (USB).

Mając 1TB w iMaku, nietrudno się domyślić, że zewnętrzny WD Studio o tej samej pojemności zaadoptowałem do pełnienia roli klonu dysku, na wypadek, gdyby temu w iMaku coś się stało. W przypadku takiej sytuacji wystarczy, że uruchomię system z dysku zewnętrznego i nadal będę mógł pracować bez starty czasu na odzyskiwanie danych.

2,5-terabajtowy dysk służy jako centrum multimedialne – znajdują się na nim wszystkie zripowane filmy, muzyka (archiwum, nie biblioteka iTunes), a także sporo innych rzeczy, które przez lata przechowywałem na płytach, a których stopniowo się pozbywam. Mimo to nadal jest tam ponad 1TB wolnej przestrzeni.

1,5-terabajtowy WD Studio, który podobnie jak wcześniej wspomniany 1-terabajtowy brat podłączone są do iMaka za pośrednictwem portu FW800, służy głównie jako archiwum – gdy jakiś projekt lub zestaw fotografii zostaje oddany klientowi, te same pliki wędrują właśnie na niego, zwalniając przestrzeń na dysku systemowym.

Kolejny dysk to LaCie Little Big Disk z dwiema 2,5-calowymi 320-tkami w środku, spiętymi w RAID 0 – nie ma więc mowy o bezpieczeństwie, za to odwdzięcza się prędkością. Z tego samego tytułu, to właśnie ścieżkę do niego podaję w polach Scratch disk w aplikacjach takich jak Photoshop czy Premiere Pro. Na nim także przechowuję bibliotekę iTunes oraz katalog, do którego importowane są duplikaty fotografii z czytnika (więcej o tym innym razem) – obecność obu tych folderów pozwala mi na zabieranie go ze sobą, gdy wiem, że pracując, będę miał do dyspozycji tylko MacBooka Pro. Zostają jeszcze dwie czyste 320-tki w obudowach USB.

Kilka chwil poświęconych na przemyślenie dało rezulatat w postaci następującego diagramu:


PDF do pobrania

Schemat został przedzielony przerywaną linią; wszystko po jej lewej stronie zostaje przy komputerze, natomiast prawa zostaje „wywieziona” do innej lokalizacji.

Na czerwono zaznaczyłem najważniejsze dane, a na zielono miejsca, do których będą kopiowane. Pozwoliło mi to upewnić się, że swoje najważniejsze dane będę miał zarówno u siebie, jak i w innym miejscu. Po co taka ostrożność?

Wykonanie kopii bezpieczeństwa na dysku zewnętrznym, uchroni Cię przed własnym błędem lub awarią sprzętu. Niestety, w przypadku włamania, kradzieży, pożaru czy zalania, stracisz zarówno dane źródłowe, jak i kopię bezpieczeństwa. Koniecznym jest więc posiadanie chociaż tych najważniejszych danych w osobnej lokalizacji. Szanse, że w obu miejscach stanie się coś złego, są znacznie mniejsze i – w zależności od odległości je dzielącej – obejmują tylko kataklizmy, w obliczu których nawet najważniejsze dane przestają mieć znaczenie.

Jak tym wszystkim zarządza Carbon Copy Cloner? Każdy proces zaznaczony na schemacie niebieską strzałką to osobna, zapamiętana akcja. Osobna, nie dlatego, że tak wygodniej, a dlatego, że CCC w trakcie wyboru źródła i miejsca przeznaczenia jest w stanie pracować tylko z dwoma dyskami jednocześnie. Tym samym nie ma możliwości wybrania np. „skopiuj ten katalog z tego dysku i ten z innego dysku na dysk ten”. Ma za to jednak inną, ogromną zaletę – pozwala ustalić zarówno godzinę, jak i dzień wykonywania kopii, a także jest w stanie wybudzić w tym celu uśpiony komputer.

Jest to rozwiązanie prawie idealne. „Prawie”, bo nie można niestety ustalić „obudź komputer o 3:00 w nocy, wykonaj tę akcję, a po skończeniu jeszcze tę i tę”. Do każdej akcji trzeba ustalić osobny, konkretny czas, więc należy oszacować ile czasu zajmie poprzednia (chcąc uniknąć wykonywania dwóch jednocześnie). Mimo tego braku i tak jest to rozwiązanie bardziej ekonomiczne niż zostawianie komputera włączonego przez całą noc, żeby Time Machine mógł wykonać swoją kopię. W moim przypadku pierwsza z codziennych akcji zaczyna się o 4:15 nad ranem i gdy o 6:00 przychodzę do komputera, z reguły wszystkie są już zakończone.

Czy więc powyższy system kopii zapasowych jest idealny? Z pewnością nie. Jestem z niego zadowolony, ale rozważam jego ulepszenie poprzez zakup jeszcze jednego, identycznego WD Elements 2.5TB. Jeden z nich zostałby „wywieziony” i raz w tygodniu byłyby zamieniane. Oszczędziłoby mi to trochę jeżdżenia (aktualnie muszę najpierw po dyski pojechać, potem wykonać kopię, a następnie je odwieźć), a dodatkowo archiwalne, prywatne fotografie także miałbym w dwóch lokalizacjach (aktualnie są na dwóch dyskach, ale oba w pobliżu komputera). Jeśli ktoś z Was ma ciekawszy, szybszy lub bardziej bezpieczny, a może po prostu inny system dbania o bezpieczeństwo danych, chętnie o takowym poczytam.

Submit a comment