Lightroom dla iPada

Poniższy artykuł został napisany i opublikowany 3 lata temu. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że część informacji i linków jest już nieaktualna.

Lightroom dla iPada

Niemal dwa lata temu napisałem artykuł zatytuowany „Marzenia o mobilnym Lightroom”. Podzieliłem się w nim swoimi oczekiwaniami związanymi z tym, jak powinna wyglądać mobilna wersja tej aplikacji i jaką – w mojej opinii – powinna mieć funkcjonalność.

Po wielu plotkach, które na jej temat pojawiły się w internecie od tamtego czasu, w ubiegłym miesiącu otrzymałem mail od Adobe, w którym zostałem poinformowany, że za kilka dni Lightroom dla iPada pojawi się jako gotowy produkt. Te dni oczekiwania rozbudziły moją wyobraźnię, a oczekiwania względem aplikacji, co do której straciłem już nadzieję – odżyły. Dla przypomnienia dodam, że moją ideą dla Lightroom na iPadzie była możliwość selekcji i porządkowania fotografii bez konieczności użycia komputera. Ich obróbka z poziomu tabletu była u mnie na szarym końcu funkcji, jakie chciałbym zobaczyć w mobilnym LR.

Tymczasem pobrałem, uruchomiłem i rozpocząłem synchronizację. Już w tym momencie spotkało mnie pierwsze rozczarowanie – synchronizować można wyłącznie kolekcje, ale nie inteligentne kolekcje. Oznacza to, że po zaimportowaniu zdjęć z aparatu, żeby wyselekcjonować materiał, należy wcześniej utworzyć nową kolekcję i oznaczyć ją jako synchronizowaną (lub, rzecz jasna, dodać te zdjęcia do już wcześniej utworzonej kolekcji). Problemem, jaki w tym widzę, jest właśnie ten manualny krok, który musi zostać wykonany. Liczyłem, że będę mógł utworzyć sobie inteligentne kolekcje, gromadzące np. tylko nieotagowane fotografie albo wszystkie oznaczone kolorem czerwonym, czyli „pilne, do selekcji”. Jeśli nawet z jakichś przyczyn inteligentne kolekcje miałyby nie być wspierane, to liczyłem chociaż na to, że będę mógł synchronizować folder – i tak wszystkie zdjęcia z aparatu trafiają do folderu Inbox, więc miałem nadzieję, że będę mógł go synchronizować. Nic z tego. W ten sam sposób nie można też użyć Lightroom dla iPada jako automatycznie aktualizowanego archiwum zdjęć, np. z ostatnich trzech miesięcy, żeby zawsze mieć je przy sobie. Oczywiście, jest to możliwe, ale wszystkie zdjęcia do takiej kolekcji należy dodać ręcznie. Jest to dla mnie o tyle dziwne, że funkcjonalność inteligentnych kolekcji już istnieje w Lightroom; dlaczego więc jej użycie w tym kontekście zostało zablokowane – nie wiem.

Po utworzeniu pierwszej kolekcji, oznaczonej jako synchronizowana – zakładając, że Lightroom (w wersji 5.4) jest zalogowane do konta Creative Cloud – aplikacja zaczyna eksportować i wysyłać podglądy (Smart Previews, o obniżonej rozdzielczości) na serwer. Oczywiście, jest to proces zachodzący w tle, choć na górnym pasku można śledzić jego postęp. Mimo bardzo wolnego uploadu jaki mam u siebie, byłem zaskoczony jak szybko się to wszystko odbyło – 140 zdjęć pojawiło się na iPadzie po 25 minutach. Domyślam się, że dla pewnych zastosowań to może być za długo – mi w zupełności wystarcza, zwłaszcza, że częściej wysyłałbym tam jednak mniejsze zestawy (każde zdjęcie to średnio ok. 10-11 sekund czasu oczekiwania).

Na samym iPadzie spotkały mnie jednak kolejne rozczarowania. Po pierwsze, nie udało mi się zbliżyć podglądu do 100%, tak, żeby ocenić czy zdjęcie rzeczywiście jest ostre dokładnie w tym miejscu, w którym powinno. Pierwszy zestaw zdjęć, jaki tam umieściłem, pochodził z sesji, która została wykonana w całości obiektywami ze światłem f/1.4 i f/1.2, z całkowicie otwartą przysłoną na większości ze zdjęć. Dokładne sprawdzenie ostrości jest więc kluczowe na etapie edycji, a z poziomu iPada (mini bez Retiny; nie sądzę jednak, żeby Retina wiele tu mogła, o ile w ogóle) było to karkołomne zadanie i wymagało późniejszego sprawdzenia już na ekranie komputera.

Powyższego jednak nie traktowałbym jako problemu i mógłbym z tym żyć, nie narzekając na to za bardzo. Prawdziwy problem spotkał mnie w momencie, w którym zabrałem się za selekcję. Gest oflagowania zdjęcia jako wybrane lub odrzucone – bardzo fajny zresztą – odkryłem błyskawicznie. Zacząłem jednak szukać pozostałych możliwości oznaczania fotografii. Bez skutku. W Lightroom dla iPada nie da się bowiem przypisać zdjęciom kolorowej etykiety, ani gwiazdek ocen (co potrafią nawet niektóre aparaty z poziomu menu), ani …słów kluczowych. Bez tych dwóch pierwszych pewnie radziłbym sobie jakoś inaczej, modyfikując swój workflow (choć ciężko byłoby mi poświęcić inteligentne kolekcje, bazujące na kolorowych etykietach, które nadają priorytet moim pracom w komputerowej wersji Lightroom), ale brak możliwości otagowywania zdjęć to coś, w co na początku nie mogłem uwierzyć. Na tyle, że pierwszego dnia przeczesywałem internet w poszukiwaniu opisów pierwszych wrażeń, z nadzieją, że może tylko ja nie potrafię znaleźć tej opcji, a tak naprawdę istnieje i tylko czeka, by być użytą. Niestety, nadzieje okazały się płonne, a rozczarowanie tym większe.

Po dokonaniu takiej selekcji, w widoku siatki można włączyć filtr, który wyświetli np. tylko wybrane lub tylko odrzucone zdjęcia, by raz jeszcze je przejrzeć. Ten sam widok pozwala również wyświetlić podstawowe informacje o zdjęciu, takie, jak czas ekspozycji, użyty otwór przysłony oraz czułość matrycy, znaczniki dokonanych modyfikacji i flagi lub nazwę pliku, jego rozdzielczość oraz datę wykonania (dwukrotne tapnięcie przełącza powyższe tryby). W widoku pojedynczego zdjęcia informacje te są rozszerzone jeszcze o rozdzielczość pliku po skadrowaniu oraz histogram, który jednak dość długo się ładuje (tj. nie błyskawicznie, średnio 2-5 sekund).

Pewnym plusem jest jednak możliwość tworzenia własnych kolekcji z poziomu Lightroom dla iPada, więc teretycznie to, co chciałbym zrobić, używając kolorowych etykiet lub oznaczeń gwiazdkami, mogę zrobić za pomocą nowych kolekcji, do których przenosiłbym wybrane zdjęcia, a które z kolei synchronizowałyby się z Lightroom na komputerze. Jest to jednak droga na około i choć działa, to niepotrzebnie wydłuża czas pracy nad zdjęciami i pozostawia pewien bałagan w katalogu.

Skoro więc możliwości selekcji zdjęć są bardzo ograniczone, a tagować nie da się w ogóle, to co można? Okazuje się, że sporo, choć nie są to rzeczy, które łagodziłyby ból wspomnianych wcześniej braków. Ktoś w Adobe podjął bowiem decyzję o tym, że mobilna wersja Lightroom powinna umożliwiać obrabianie zdjęć na poziomie możliwie bliskim tego, jaki oferuje jej komputerowa wersja. Można więc skadrować zdjęcie, zmienić jego balans bieli, ekspozycję czy kontrast (przy czym przy tych ostatnich można użyć suwaków dwoma palcami, co uruchomi podgląd specjalnej maski, służącej do śledzenia przepaleń i czerni bez szczegółów):

Dostępne są również suwaki świateł, cieni, bieli i czerni oraz około 40 predefiniowanych presetów (z czego ponad połowa jest monochromatyczna), do których jednak nie można dodać własnych ani zaimportować istniejących z „dużego” Lightroom. Przez ostatnie kilka tygodni używania tej aplikacji ani razu nie skorzystałem z żadnej z powyższych opcji. Gdy dwukrotnie znalazłem się w sytuacji, gdzie rzeczywiście zaistniała potrzeba szybkiego obrobienia zdjęcia w chwilę po jego zrobieniu (np. w sali poporodowej u przyjaciół) i tak wolałem zaimportować te fotografie („wywołane” z poziomu aparatu) do VSCO Cam w telefonie, gdzie – wbrew pozorom – ma się większą kontrolę nad obrazem, gdy chce się skorzystać z presetów (głównie przez fakt, że można zmienić ich krycie, nie będąc zmuszonym do pełnego, 100%, jak w Lightroom właśnie).

Gdyby jednak ktoś z Was decydował się na wstępną obróbkę zdjęć z poziomu tabletu, to pocieszający jest fakt, że synchronizacja tych zmian z Lightroom na komputerze jest błyskawiczna (wymieniane są tylko informacje z plików .xmp). Mówiąc o synchronizacji warto wspomnieć również o możliwości pobrania podglądów na urządzenie, dzięki czemu istnieje możliwość edytowania ich nawet, gdy iPad nie ma połączenia z internetem. W tym momencie należy również wspomnieć o możliwości importowania zdjęć z systemowego Camera Roll (także automatycznego), co pewnie ucieszy osoby, robiące zdjęcia tabletem lub telefonem, zwłaszcza, że Lightroom w wersji dla tego drugiego także ma pojawić się w tym roku.

Po selekcji czy wstępnej obróbce i powrocie do komputera (zakładając, że iPad zdążył zsycnhronizować wcześniej te informacje), warto jest wyłączyć synchronizację, jeśli pracuje się nad zdjęciami, które znajdują się w jednej z synchronizowanej kolekcji. Po każdej zmiane w pliku, Lightroom będzie bowiem generował Smart Preview w tle i wysyłał go do chmury, co oczywiście będzie wykorzystywać czas procesora i co może być odczuwalne podczas obróbki.

Kolejny problem, na który natrafiłem dotyczy mojego sposobu rozdzielania zdjęć pomiędzy katalogami. Bo choć od artykułu „Fotograficzny workflow” również minęły prawie dwa lata, ten element się nie zmienił – nadal rozgraniczam wykonywane fotografie spomiędzy tych na zlecenie, reportaży ślubnych, a także prywatnych, mając trzy oddzielne biblioteki Lightroom na każdy z tych kategorii. Niestety, Lightroom dla iPada potrafi synchronizować tylko jedną z nich, jednocześnie. Oznacza to, że jeśli zsychronizowałem kolekcję z sesji robionej na zlecenie i jestem w połowie jej selekcji, a chciałbym zająć się zdjęciami zrobionymi dla siebie i dodać kolekcję pochodzącą właśnie z katalogu prywatnych, to mogę to zrobić, ale wówczas stracę możliwość edycji wcześniejszej sesji z poziomu iPada. Pewnym obejściem tego ograniczenia byłoby utworzenie kolejnego katalogu, nazwanego np. Inbox i importowanie do niego zdjęć ze wszystkich kategorii – rozdzielałoby się je dopiero po selekcji, ale i to rozwiązanie ma pewien minus. Eliminuje się wówczas możliwość korzystania z Lightroom dla iPada jako tymczasowego portfolio lub wspomnianego wcześniej archiwum gotowych zdjęć z ostatnich kilku miesięcy.

W roli przeglądarki zdjęć, Lightroom dla iPada sprawdza się bowiem naprawdę dobrze – jest szybka, wygodna w użyciu i intuicyjna na tyle, że spokojnie można dać iPada do ręki osobie, która nie ma na co dzień kontaktu z technologią, a i tak sobie poradzi (choć nie należy włączać w opcjach „Presentation mode”, bo to jednak co innego). Z jakichś jednak przyczyn, podczas przeglądania zdjęć, nie są one wyświetlone w trybie „pełnoekranowym”.

Aplikacja ma też moduł pokazu slajdów z możliwością ustawienia jednego z trzech efektów przejść (czterech, jeśli „brak” również liczyć jako opcję) oraz ustawienia czasu wyświetlania się jednego zdjęcia w zakresie od 2 do 15 sekund z dokładnością do 0,1 s.

Ponadto, Lightroom Mobile oferuje jeszcze jedną metodę prezentacji zdjęć – Lightroom Web View, czyli możliwość publikacji zdjęć pod unikalnym linkiem w celu łatwego przesyłania go innym (na myśl przychodzą galerię ze starego MobileMe). Całość odbywa się w nowo utworzonym serwisie lightroom.adobe.com, w którym po zalogowaniu wyświetlają się wszystkie kolekcje, które są synchronizowane pomiędzy jednym a drugim Lightroom – nie ma więc potrzeby wysyłania czegokolwiek po raz kolejny. Domyślnie wszystkie kolekcje są prywatne, ale wystarczą dwa kliknięcia, by je upublicznić. Szkoda tylko, że nie można tego zrobić z poziomu aplikacji (choć podejrzewam, że taka opcja kiedyś się pojawi – obecnie sama aplikacja w żadnym miejscu nie zdradza istnienia serwisu lightroom.adobe.com). Przykład takiej kolekcji znajduje się pod poniższym linkiem (który będzie działał, pod warunkiem, że w międzyczasie nie zdecyduję się na synchronizację LR Mobile z inną biblioteką):

» last months

Pewnym problemem, na który słyszałem narzekania, jest również cena aplikacji, a raczej swoisty jej brak. Lightroom dla iPada jest bowiem aplikacją darmową, lecz do działania wymaga subskrypcji Creative Cloud. Gdyby wymagana była „pełna wersja” subskrypcji, kosztująca 61,49 € miesięcznie, zrozumiałbym narzekania. To byłoby istotnie nie fair. Ale Lightroom Mobile znajduje się w najtańszym pakiecie dla fotografów, dostępnym za 9,90 € miesięcznie, w którym jest przecież jeszcze desktopowy Lightroom oraz Photoshop (które przed CC kosztowały łącznie 3100 zł, więc subskrypcja okaże się droższa dopiero po używaniu jej przez prawie 6 lat i to tylko przy założeniu, że Lightroom Mobile jest darmowe i przy pominięciu aktualizacji, które wliczone są w cenę subskrypcji).

W aplikacji znalazłem też jednak trochę przemyślanych, pozytywnych rzeczy. Dla przykładu, jeśli dana kolekcja na iPadzie nie została pobrana na urządzenie (czyli podglądy ładowane są z serwera), to Lightroom pobierze pomniejszone podglądy, tylko, żeby wyświetlić miniaturki. Dopiero otwarcie danego zdjęcia uruchomi pobieranie jego większej wersji.

Podsumowanie

Czuję się trochę oszukany przez Adobe, które do dziś chwali się na swojej stronie, że Lightroom dla iPada umożliwia „edycję i organizację zdjęć”, podczas gdy w rzeczywistości jest to możliwie w bardzo ograniczonym zakresie. Żeby jednak pozostać uczciwym, muszę przyznać, że ta ograniczona selekcja (wybrany/odrzut) jest jednak bardzo wygodna i szybka i tak, korzystam z niej na co dzień. Liczyłem po prostu, że dzięki Lightroom dla iPada będę mógł zrobić znacznie więcej w zakresie organizacji zdjęć w swoich katalogach, rzadziej będąc zmuszonym do wstawania do komputera. Mam jednak teorię, która mówi, że to, co otrzymaliśmy teraz jest tylko wstępnym pokazem możliwości i z czasem wspomniane braki zostaną uzupełnione, na co bardzo liczę.

Na koniec zapraszam do obejrzenia oficjalnego materiału wideo, „promującego” rzeczoną aplikację, który jest prawdopodobnie najbardziej kiczowatą rzeczą, jaką widziałem w ostatnim czasie:

» link do wideo

Pseudo 3D napisy w tle i używanie presetów przy kliencie? Dobre sobie.

  • Szymon Błaszczyk

    Świetny tekst, sam zastanawiałem się nad lightroom mobile do wstępnej selekcji zdjęć. Mnie bardziej by urządzała możliwość odczytu, kasowania i tagowania zdjęć bezpośrednio z karty CF / SD bez importu na urządzenie mobilne. Oj ale by mi to usprawniło pracę :)