cudawianki 2019

Minęło już półtora roku, odkąd na dobre wróciłem do pisania, korzystając z platformy Patreon i jednocześnie pozwalając chętnym z Was na drobne płatności wymienianych za treści. Tylko dzięki temu Wy — nie–Patroni — możecie przeczytać tegoroczne cudawianki. (A Wy — Patroni — możecie je przeczytać także w formie e–booka; sprawdźcie swoje skrzynki odbiorcze).

Bo to właśnie dzięki tym wpłatom byłem w stanie poświęcić ponad 645 godzin swojego czasu na pisanie i zajmowanie się stroną (co daje nieco ponad 2 godziny dziennie każdego spośród 316 dni, w których pisałem cokolwiek):

To dzięki nim ta strona nadal pozbawiona jest jakichkolwiek reklam, a ja nie muszę starać się o żaden sponsoring, co z kolei sprawia, że wszystkie moje opinie mogą pozostać …po prostu moimi.

Te 645 godzin przerodziło się w 116 publikacji, których przeczytanie — jak podaje mi Ulysses — zajmie od 13,5 do 17 godzin (sam artykuł o Fujifilm X100 to ponad godzina czytania), nie licząc ani oglądania zdjęć (a są ich setki), ani oglądania video (a to kolejne kilka godzin). Pozwolę sobie zacytować jednego z najświeższych (bo sprzed dwóch dni) Patronów (dzięki, Kosma!):

Kupiłem subskrypcję dla testu Fuji x100 i byłem mile zaskoczony, jak opasłe kompendium wiedzy stworzyłeś.

I na koniec dodam tylko, że w międzyczasie dorobiliśmy się nawet właśnego forum, które jest jednym z moich ulubionych miejsc w sieci. Innymi słowy; czujcie się zaproszeni. Koniec autoreklamy.

Follow–up

Jak co roku, przejrzałem artykuły z poprzednich lat, żeby sprawdzić na ile aktualne są opisy przedmiotów, które w nich umieszczałem.

Zacznę od rzeczy najstarszych; kupiona jeszcze w 2015 roku klawiatura Logitech Keys–To–Go wciąż spełnia swoje zadanie. I choć przez pewien czas była niemal nieużywana (tj. wyłącznie podczas długich wyjazdów), od miesiąca znowu jest w niemal codziennym użyciu. I owszem, bateria potrafi płatać figle (czasem potrzebuje podłączenia do prądu na dosłownie kilka sekund, żeby „przypomnieć sobie”, że jeszcze ma sporo energii w sobie), jest mocno powycierana i czasem materiał na niej się „łuszczy”, to — biorąc pod uwagę jej wiek — chyba ma prawo. Gdybym dziś potrzebował zewnętrznej klawiatury (nie tylko do iPada Pro), to pewnie kupiłbym tę samą.

Nadal używam też notatników/planerów Hobonichi. Codziennie. (Zresztą, udowodnię to poniżej).

Podobnie jak obu fotograficznych toreb Billinghama, choć kilkadziesiąt akapitów niżej będzie można się przekonać, że już nie tylko.

Zegarek Brauna wciąż jest moim ulubionym, choć już nie jedynym i tego drugiego — niestety — noszę jednak częściej (to długa historia).

Nic się nie zmieniło jednak w kwestii Kindle’a Paperwhite — to wciąż jedno z moich ulubionych urządzeń i jeden z najlepszych prezentów dla bliskich.

Co zaś tyczy się bliskich; krzesełko Stokke Tripp Trapp polubiliśmy tak bardzo, że …mamy dwa (ale to dlatego, że dzieci też mamy już dwoje, żeby nie było).

Podobnie rzecz ma się ze słuchawkami; obie pary B&O (H5 i H6) są u mnie w ciągłym użyciu. Te drugie noszę ostatnio między pracownią a domem, więc rozglądam się za drugą, identyczną parą.

Rola HomePoda również nie zmieniła się od ubiegłego roku (choć Patroni mieli okazję przekonać się, że nie wszyscy w moim domu lubią to urządzenie tak samo bardzo jak ja), za to prawie pozbyłem się Nocsów NS2, które od bodajże dwóch lat stacjonują w sypialni. Dlaczego miałbym się pozbyć? Już kilka lat temu napisałem o nich:

W dodatku dość łatwo się kurzą. Wiem, że to dotyczy większości białych przedmiotów, ale w przypadku Nocsów problemem jest lekko „gumowaty” materiał, którym zostały one pokryte. Innymi słowy; ciężko jest się tego kurzu pozbyć.

A potem w jednym z kolejnych cudawianków:

Ciężko byłoby mi zarekomendować także zakup białych głośników Nocs NS2 – bardzo nieładnie żółkną i nie znam sposobu, żeby coś z tym zrobić.

Doszło jednak do tego, że ich widok aż mnie obrzydzał. Serio. Umieszczę tu poniżej zdjęcie, ale ostrzegam już teraz, bo może będziecie chcieli zamknąć oczy na tę część tekstu.

Dlaczego zatem „prawie” się pozbyłem? Otóż gdy już rozważałem zakup nowych (po kilku nieudanych próbach wyczyszczenia NOCSów), do kraju wrócił kolega kolegi — specjalista od oklejania pojazdów z górnej półki. Postanowiłem zapytać czy te głośniki można by jakoś okleić właśnie. Przyjął to jako wyzwanie i nawet zrobił fotorelację z procesu:

Innymi słowy; zostały. A kolegę polecam bardzo.

Z kawowej szafki niczego jednak (jeszcze!) nie wyrzuciłem; Rancilio Silvia, Rancilio Rocky, Chemex, Hario V60, Gabi Master A, Aeropress, waga Hario Drip Scale i młynek Commandante są tu w codziennym użyciu. Z opisanych wcześniej rzeczy tylko czajnik Fellow Stagg „odpadł”, ale poniżej wyjaśni się dlaczego.

Z kubkiem Kinto z kolei, sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana. Nadal go lubię, nadal się sprawdza, tyle, że mój egzemplarz zaczął przeciekać, a przecież to była jedna z jego największych zalet. Niestety, zarówno polski dystrybutor, jak i producent nie odpowiedział na moje pytanie dotyczące tego czy można kupić tylko nakrętkę, żeby nie musieć kupować nowego kubka.

A być może po prostu Tumbler dowiedział się, że spodobał mi się nowy kubek termiczny Fellow, który w środku jest ceramiczny…?

Plecaka Peak Design Everyday Backpack 20L już nie mam, mimo że …mam. Więcej poniżej.

Z dyskiem WD MyPassport Wireless Pro miałem za to kilka przygód. Z pewnością trafiłem na pechowy egzemplarz lub nawet całą linię. Z czasem przestał bowiem widzieć kartę włożoną do czytnika. Reklamacja została szybko uznana i otrzymałem zupełnie nowy produkt. Tyle, że po kilku miesiącach sytuacja się powtórzyła. Obecnie mam więc trzeci egzemplarz, którego nawet jeszcze nie wypakowałem z pudełka. Zastanawiam się czy w myśl zasady „do trzech razy sztuka” dać mu jeszcze szansę czy spróbować go sprzedać? (Gdyby ktoś z Was był chętny, to zapraszam; zrobię promocyjną cenę — ja to umiem sprzedawać, prawda?).

Nie używam już PFixera — po latach obróbki nim, wróciłem do klawiatury, tj. steruję suwakami w Lightroomie, używając wyłącznie przycisków na klawiaturze. Widziałem jednak nowe rozwiązanie Loupedecka, które wygląda kusząco. A raczej wyglądałoby tak, gdyby nie zaporowa cena.

I przy okazji klawiatur; Magic Keyboard, której używałem kiedyś z iPadem, została zdegradowana do iMaka w sypialni, gdzie leży praktycznie nieużywana, tj. kilka razy w miesiącu naciskam tam klawisze cmd i spację, p, l, e, x, czasem strzałki i Enter. No i może jeszcze raz spację, gdy któreś dziecko się budzi.

No i sam iPad Pro; oczywiście, że tak. Minął kolejny rok, kiedy to właśnie na nim wykonuję większość swojej pracy (i niemal całą, która nie jest obróbką) — w tym kontekście jest on więc moim głównym komputerem. A dzięki dołączanym do niego akcesoriom, używanie go sprawia mi jeszcze więcej radości niż kiedyś.

Skoro o akcesoriach do iPada mowa, to od nich zacznę tegoroczne cudawianki.

Vortex Race 3

(oryginalnie opublikowano: 2019.06.04)

Po wielu tygodniach rozważań, kupiłem wreszcie klawiaturę. Zdecydowałem się na Vortex Race 3 — klawiaturę, która w zamyśle ma być tą jedyną (stąd rozmiar 75%). Na tyle niedużą, żeby móc ją zabierać ze sobą za każdym razem, gdy będę planował pisać na iPadzie, a jednocześnie na tyle wygodną, żeby mogła być moją podstawową klawiaturą podczas pracy przy komputerze. Inną opcją byłby duet stworzony z modeli Core (40%) i Vibe (83-klawiszowa z polem numerycznym, bo jednak przy komputerze korzystam z niego dość często). Taka konfiguracja byłaby jednak szalenie droga, więc nigdy poważnie nie brałem jej pod uwagę.

Zamówiłem więc model Race 3 z przełącznikami MX Cherry Brown. Klawiatura dotarła do mnie w ciągu czterech dni z amerykańskiego Amazonu (co, przyznaję, nie mieści mi się w głowie, bo choć koszt wysyłki nie był niski, to jednak to jest przecież drugi koniec świata).

W pierwszej kolejności zainstalowałem metalowe stópki, które były w zestawie (bez nich była dla mnie zdecydowanie zbyt płaska), a w drugiej, wymieniłem windowsowe przyciski na — również dołączone — makowe, zmieniając przy tym kolor kilku innych.

Potem zostało mi już zaprogramowanie niektórych klawiszy „po swojemu” — w domyślnym, makowym układzie tej klawiatury, przyciski command i option zamienione są miejscami (z tego co czytałem, to aktualizacja firmware’u to zmienia, ale tej z kolei można dokonać wyłącznie z poziomu systemu Windows, więc mogę jedynie rozłożyć ręce), ale na szczęście klawiatura dysponuje czterema „warstwami”, z których trzy są edytowalne przez użytkownika. Działa to trochę jak narzędzie typu Karabiner, o którym kiedyś pisałem, które pozwala na modyfikacje kodu danego przycisku, tyle tylko, że w tym przypadku informacje zapisywane są w pamięci klawiatury, a tym samym działają później z każdym urządzeniem, do którego jest ona wpięta (także z iPadem, co ma o tyle duże znaczenie, że przecież iOS nie pozwala na stworzenie czegoś choćby podobnego do Karabinera).

Jedyny „problem” z tymi warstwami jest taki, że aktywacja każdej z nich reprezentowana jest poprzez zapalenie się diody pod klawiszem spacji. Słowo „problem” umieściłem jednak w cudzysłowie, bo nie jest to nic z czym nie poradziłby sobie kawałek taśmy izolacyjnej :)

Ostatnią rzeczą, jaką zrobiłem przed wdrożeniem jej na poważnie, było założenie opasek gumowych pod każdy z przycisków. Razem z klawiaturą zamówiłem zestaw takich, które odrobinę skracają skok klawisza (o nieodczuwalne 0,2 mm) oraz zmieniają nieco dźwięk, gdy jest on wciśnięty do końca.

Zmiana jest subtelna, ale słyszalna (gdy wymieniłem połowę przycisków i zaprezentowałem to Żonie, odpowiedziała „słychać różnicę, ale nie tak, żeby się jakoś ekscytować” :)

Od tego momentu klawiatura była już gotowa do pracy, a zestaw z iPadem (jeszcze przed wymianą przewodu) prezentował się tak:

Niedawno minęły 4 miesiące, odkąd jej używam, więc czas na dalsze przemyślenia, tym bardziej, że używam jej niemal codziennie i — nie licząc jednego rodzinnego wyjazdu — zawsze zabieram ją ze sobą.

Zacznę od tego, co mi w niej przeszkadza lub czego mi w niej brakuje. Przede wszystkim, ku mojemu dużemu zaskoczeniu, pobiera z iPada dużo energii. Gdy ją zamawiałem, dokupiłem do iPada przejściówkę z USB na Lightning, żeby móc ją w ogóle podłączyć, ale zdecydowałem się na wersję bez dodatkowego portu Lightning, czyli bez możliwości ładowania iPada w trakcie pisania. Po pierwsze, nie chciałem, żeby z boku iPada wisiała stosunkowo duża przejściówka, a po drugie, uznałem, że jak już muszę mieć przewód, to niech on będzie tylko jeden — wizja, w której do iPada podpięta jest i klawiatura, i ładowarka nie prezentowała się atrakcyjnie w mojej głowie. Niemniej jednak pierwszy raz odkąd mam tego iPada, rzeczywiście muszę zwracać uwagę na stan naładowania baterii oraz — co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej — muszę pamiętać o odłączaniu klawiatury, gdy jej nie używam. Pozostawienie jej podpiętej na noc (kiedy — jak przynajmniej zakładam — nikt jej nie używa) obniża poziom energii w iPadzie z 85% do 10%.

Problem poboru energii „obszedłem”, dokupując mocną ładowarkę do iPada (tę 29W na USB-C (missing), bo miałem ją w planach tak czy inaczej), która jest w stanie naładować go w pełni w niewiele ponad półtorej godziny (zamiast prawie pięciu, jak ta dołączona do zestawu). Teraz więc wystarczy, że po skończonej sesji pisania podłączam go do rzeczonej ładowarki i ponownie nie muszę się już martwić o stan naładowania baterii w nim (mógłbym się martwić o jej żywotność, więc na wszelki wypadek na noc nadal podłączam go do tej wolniejszej — mam dwa osobne „stanowiska” do ładowania iPada).

Po tych czterech miesiącach nadal brakuje mi jednak prawego klawisza cmd. Układ zawiera wprawdzie prawy ctrl, z którego nie korzystam i, którego chętnie zamieniłbym na cmd, ale właśnie ten prawy ctrl służy do wejścia w tryb programowania klawiszy — jeśli więc nawet udałoby mi się przeprogramować go na inny (prawdę mówiąc, nawet nie sprawdzałem czy to możliwe), to nie dostałbym się ponownie do tego trybu. Nie jest to może duży problem, bo jednak człowiek dość szybko się przyzwyczaja i rzeczywiście coraz rzadziej próbuję nawet użyć prawego cmd (trochę pomaga mi w tym fakt, że ta klawiatura jest moją jedyną i używam jej także z Makiem), to jednak z pewnością jest on warty odnotowania.

Brakuje mi także klawisza Eject. I nie chodzi mi o możliwość wysunięcia płyty z napędu, bynajmniej. Używając którejkolwiek makowej klawiatury z urządzeniem z iOS, można użyć klawisza Eject, żeby wyświetlić klawiaturę ekranową. To pozwala łatwo się przełączyć na klawiaturę emoji lub wybrać któryś niestandardowy znak (przytrzymanie np. klawisza A na klawiaturze zewnętrznej w iOS nie daje tego samego efektu co przytrzymanie go na klawiaturze ekranowej). Można wprawdzie użyć skrótu ctrl + shift + spacja, który wyświetla menu z listą aktywnych układów klawiatur (tj. tych włączonych w preferencjach systemu), ale nie jest to równie eleganckie rozwiąnie.

Co więcej, to oznacza również, że jedna z najbardziej przydatnych (no dobra, trochę przesadziłem, ale bardzo ją lubię) funkcji iOS 12 nie działa tak, jak powinna. Chodzi o wyświetlony nad klawiaturą kod z smsa przy np. przelewie bankowym, który zostaje automatycznie wklejony w odpowiednie pole formularza, gdy tylko się go tapnie. Skoro jednak nie wyświetla się klawiatura ekranowa, to i ten kod nie ma szans się pojawić. Można go albo przepisywać ręcznie (like animal!), albo …wyciągać na moment przewód od klawiatury (wówczas ta ekranowa pojawia się momentalnie). Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że jeśli w systemie włączę „skróty” w preferencjach klawiatury, to na dole ekranu zawsze będzie wyświetlony ten pasek, w którym rzeczony kod się pojawia. Bywa to drażniące, bo choć Ulysses wykorzystuje tę część ekranu do umieszczenia swoich skrótów (które bywają przydatne), to jednak większość aplikacji całkowicie marnuje tę przestrzeń, a w przypadku niektórych aplikacji webowych (business.facebook.com — patrzę na Ciebie) nawet zasłania pole do wpisywania odpowiedzi (!).

Idąc dalej w opisie trudności; powierzchnia klawiszy jest nieco mniejsza niż tych w Magic Keyboard. Klawisze mają przekrój zbliżony do trapezu, zatem zwężają się ku górze, co ma wpływ na powierzchnię, w którą palec powinien trafić — różnica jest dość znaczna; 16×16 mm vs. 12,5×12,5 mm. Na początku robiłem więc trochę literówek, co jednak nie powinno być niczym dziwnym — taki jest urok przyzwyczajeń.

Sama klawiatura jest też dużo wyższa niż Magic Keyboard, co oznacza, że podczas pisania nadgarstki są bardziej wygięte.

Początkowo spodziewałem się z tym jakichś trudności, ale nie narzekam na ten aspekt za bardzo. Mimo to, czasem, po dłuższej sesji pisania, zastanawiam się czy jakaś podkładka pod nadgarstki nie byłaby czymś użytecznym.

I na koniec; gumowe nóżki Vortexa zostawiają plamki na moim białym blacie, więc gdyby nie to, że mieszkam w okolicy, w której bardzo się kurzy, przez co i tak muszę przecierać ten blat codziennie, to pewnie by mnie to irytowało.

Jak widać, lista minusów, trudności czy konieczności zmiany przyzwyczajeń nie jest krótka. Chciałbym jednak zrównoważyć ją trzema słowami: uwielbiam tę klawiaturę. Pomimo wszystkiego co powyżej i za wszystko co poniżej.

Podoba mi się to, jak wygląda — jest prawdziwie minimalistyczna w swojej formie. Tak, jakby któryś z projektantów wziął do ręki „normalną” klawiaturę mechniczną i zabrał z niej wszystko, co zbędne. Nie ma więc ona żadnej obudowy w ścisłym znaczeniu tego słowa. Jest tylko metalowa podstawa i klawisze — nic więcej. Nawet klawisze F i J („pozycje startowe” dla palców wskazujących) nie mają żadnych dodatkowych oznaczeń — są tylko nieco bardziej wklęsłe niż pozostałe. Wciąż daje się to wyczuć, ale wizualnie nie sposób odróżnić. Tak, jak wspominałem; minimalizm. I to nie taki, jak w przypadku klawiatur Apple, które chcą niejako wtopić się w otoczenie, wizualnie zlać z blatem — tu mamy do czynienia z tym minimalizmem, który nie idzie na kompromisy; nie obniża skoku klawisza, nie eliminuje normalnego przełącznika i nie zmniejsza wagi. Zamiast tego daje pełnoprawną klawiaturę mechaniczną w możliwie minimalistycznej formie.

Przez to wszystko do dziś robi ona na mnie wrażenie. Podejrzewam, że przy jeszcze mniejszej klawiaturze (jak Vortex Core czy Pok3r) efekt braku obudowy jest nawet ciekawszy, ale jednak tamte nie wystarczyłyby mi do codziennej pracy.

Dźwięk tej klawiatury również daje mi dużo radości. Ciężko jest o nim pisać, więc nagrałem go, żebyście sami mogli usłyszeć, o czym mówię.

W playerze powyżej będziecie mieli okazję posłuchać zarówno Vortexa, jak i porównać ten dźwięk z pozostałymi klawiaturami, które wówczas miałem jeszcze u siebie (w tym z mechaniczną klawiaturą Apple — modelem A1016).

A powyżej — to samo, tylko w dłuższej wersji. Dla przypomnienia; mój egzemplarz został wyposażony w przełączniki MX Cherry Brown, a można wybrać albo głośniejsze czy bardziej „klikalne” (MX Cherry Blue) albo cichsze i wymagające mniejszego nacisku (MX Cherry Red), a także kilka innych. I mimo że moje brązowe uznawane są za ciche, to jednak wieczorami przy dwójce śpiących dzieci w mieszkaniu muszę być nieco bardziej uważny i upewniać się, że dzielą nas co najmniej jedne zamknięte drzwi.

I choć mnie dźwięk tych klawiszy bardzo się podoba, to — podobnie jak z wyglądem — nie każdemu będzie to odpowiadało. Moja żona powiedziała na początku, że — oceniając ze słuchu — piszę na niej (klawiaturze, nie żonie) „jakbym wiecznie pisał na wkurwie, wiecznie zirytowany” i, że jest w tym dźwięku „wkurw charakterystyczny dla urzędów” (miesiące, które od tamtego momentu minęły, niczego nie zmieniły — nadal nie znosi tej klawiatury). Ja odbieram to zupełnie inaczej — dla mnie bliższy jest on maszynie do pisania i być może właśnie dlatego tak go lubię. Dużo zależy też od tego jak mocno „wdusza” się klawisze — tj. czy uderzają one o podstawę czy nacisk jest mniejszy — wystarczający do aktywacji przycisku, ale nie na tyle silny, żeby „wdusić” go do końca.

Przykład powyżej — na zmianę (po ok. 4 sekundy) jest tam „delikatne” pisanie i mocny nacisk.

Piszę na niej jednak szybciej niż na którejkolwiek klawiaturze Apple — aplikacja TapTyping podaje mi 61 słów na minutę, a rekordem na Apple Magic Keyboard było u mnie 57. Awansowałem tym samym z Adept Typist na Advanced Typist. Różnica może nie jest duża i tak naprawdę dla mnie bez znaczenia, ale cieszę się, że jednak mnie nie spowalnia, bo to była moja pierwotna obawa (wszak tak podpowiadałaby fizyka — skok klawisza wyższy, zatem potrzebne jest więcej czasu do wciśnięcia każdego klawisza, a tym samym pisze się wolniej). Co jednak jest dla mnie dużo ważniejsze — nigdy tak sprawnie nie pisałem bezwzrokowo, jak teraz. Ponownie; TapTypist podaje mi średnio 97-procentową skuteczność. Na wcześniejszych klawiaturach bardzo rzadko udawało mi się przekroczyć 90%. Nie wiem co konkretnie za to odpowiada, ale cieszę się, że tak jest.

Lubię nawet wagę tej klawiatury — 755 gramów zapewniających o jakości. Bo dzięki metalowej podstawie nic tu się nie wygina (posiadacze Magic Keyboard, zwłaszcza nie najnowszej wersji, wiedzą pewnie w czym rzecz).

No i wreszcie przewód; mi on naprawdę nie przeszkadza, a jeśli już to bardziej wizualnie niż funkcjonalnie. Wymieniłem fabrycznie dołożony przewód na dwa inne — czerwony leży na biurku, przy którym pracuję na Maku, biało–czarny jest transportowany razem z iPadem. Jeśli pojawi się kiedyś model z Bluetooth i będzie działał tak samo sprawnie jak ten, z pewnością go rozważę. Do tego czasu, będę się dalej zachwycał swoją przewodową klawiaturą, w ogóle na ów przewód nie narzekając.

Podsumowując; tak bardzo lubię pisać na tej klawiaturze, że gdy wyjeżdżam na dwa dni lub dłużej i jej nie zabieram, naprawdę za nią tęsknię. Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale gdy używam np. Keys–To–Go (bo czasem i ją zabieram, gdy miejsce jest ograniczone), nie mogę się doczekać aż wrócę do domu i ponownie poczuję Vortexa pod palcami. I jak sami widzicie, piszę znacznie częściej (ok, Patreon ma również spory wpływ na to) — nawet mój Day One jest pełniejszy od stycznia; bo po prostu piszę chętniej.

Dlatego też, gdy tylko mam taką możliwość, zabieram ją ze sobą.

Niekiedy muszę przearanżować nieco hotelowy pokój, żeby móc wygodnie na niej popisać, ale zawsze jest warto.

I nie chodzi tylko o wyjazdy — jeśli jestem umówiony na spotkanie w np. kawiarni, to często przyjeżdżam godzinę wcześniej, żeby móc pisać (i, oczywiście, mówię to o tych przestronnych i głośnych kawiarniach, gdzie panuje przyjemny gwar — do tych cichych nigdy nie przyniósłbym takiej klawiatury).

I choć piszę to wszystko o konkretnym modelu konkretnej marki, to wydaje mi się, że tyczyłoby się to także wielu innych — mój wybór padł po prostu na tą i jako że jest moją pierwszą tego typu (A1016 jednak nie liczę), to jej przypadła cała chwała za ten wachlarz dobrych wrażeń.

Gary Rogowski w swojej książce „Handmade: Creative Focus in the Age of Distraction” pisze o różnicy w satysfakcji jaką — jako ludzie — czerpiemy z czynności wykonywanych ręcznie od tej, jaką dają bardziej „ekranowe” osiągnięcia. Wprawdzie pewnie pisząc o rzemiośle, nie ma on na myśli pisania na klawiaturze, ale z pewnością jest tu jakiś czynnik wspólny. Rzeczywiście bowiem czerpię zupełnie inną satysfakcję z napisanego tekstu, gdy narzędziem, którego do jego napisania użyłem, jest właśnie klawiatura mechaniczna. Nie wiem czy chodzi o ten większy skok klawisza, czy o feedback jaki otrzymuje się od klawiatury, czy o dźwięk jaki temu towarzyszy (a może właśnie wszystkie one razem się na to składają?), ale inaczej postrzegam tak wykonaną pracę. Pamiętam, że w którymś opisie jakiejś innej klawiatury przeczytałem: „Typing on this thing feels like writing” i choć ciężko byłoby przetłumaczyć to zdanie, to dokładnie tak to czuję.

Podejrzewam, że porównanie do pianisty może tu być sporo na wyrost, ale czasem wyobrażam sobie, że czerpie on podobną przyjemność z muskania klawiszy w celu wydobycia dźwięku z instrumentu.

I choć brakuje mi talentu do tego, żeby kiedykolwiek grać na fortepianie, to pewnie już zawsze będę czerpał przyjemność z naciskania klawiszy mechanicznych. Wiem bowiem, że wszedłem na drogę, z której nie ma już powrotu.

Twelve South Compass Pro

(oryginalnie opublikowano: 2019.07.31)

Gdy w styczniu (2019 r.) decydowałem się na klawiaturę mechaniczną do iPada, wiedziałem, że będę chciał podstawkę do samego tabletu, żeby unieść go nieco wyżej — tylna krawędź klawiatury z nóżkami ma aż 35 mm wysokości i nie chciałem, żeby zasłaniała mi choćby fragment ekranu.

Dwa miesiące wcześniej firma Twelve South, z której miałem już kilka produktów, zaprezentowała nową wersję swojego standu do iPada — model Compass Pro. To zaoszczędziło mi pewnie kilku godzin robienia rekonesansu, bo ufając marce, zamówiłem właśnie ten model, nie sprawdzając nawet co oferuje konkurencja. W teorii (tj. w materiałach prasowych) Compass Pro dedykowany jest iPadowi Pro nowszej generacji niż mój (czyli 11–calowemu i 12,9–calowemu trzeciej generacji) i nigdzie nie ma nawet mowy o 10,5–calowym. Uznałem jednak, że te minimalne różnice w rozmiarze nie powinny mieć znaczenia w praktyce, a przecież i tak planuję zmianę iPada na większy, więc podstawka będzie wtedy jak znalazł.

Podobnie jak poprzednie modele serii Compass (które były pierwszymi przenośnymi standami do iPada), tak i ten to składany „cyrkiel”, zajmujący mało miejsca, gdy nie jest używany, a jednak będący stabilnym podparciem iPada, gdy trzeba.

Był zapakowany w charakterystyczny dla Twelve South sposób — czyli z dbałością o detale — w zamykanym na magnes opakowaniu tak ładnym, że aż żal go nie wykorzystać później.

W zestawie znajduje się też etui do przenoszenia „cyrkla” — przydatne, jeśli nie chce się porysować go w torbie czy plecaku:

W odróżnieniu od poprzednich modeli, Compass Pro oferuje trzy kąty, pod jakimi podtrzymuje iPada (zamiast dwóch jak wcześniej).

Te dwa wcześniejsze kąty są zbliżone do tego, co oferuje standardowy Smart Cover od Apple. Różnice są jednak dwie. W pozycji „leżącej”, iPad jest uniesiony ponad płaszczyznę, na której jest ustawiony, co sprawia, że znacznie wygodniej pisze się przy użyciu klawiatury ekranowej.

W pozycji „stojącej” z kolei, cała konstrukcja jest dużo bardziej stabilna. Nie ma żadnego ryzyka, że iPad przechyli się do tyłu, co w przypadku Smart Cover jest do zrobienia (nie na tyle, żeby przewrócić iPada, ale jednak nieprzyjemnie nim zakołysać).

Jeśli ktoś z Was używa etui na klawiaturę/podstawki Studio Neat Canopy, to i tu kąt jest podobny.

Nowością jest jednak możliwość skrócenia tylnej nóżki, poprzez schowanie jej wysuwanej części:

Na zdjęciu różnica może wydawać się niewielka, ale w praktyce jest na tyle przydatna, że korzystam z niej bardzo często. Pracując przy biurku stojącym mam jednak oczy wyżej nad blatem niż gdybym siedział, więc standardowe ustawienie ze Smart Cover zawsze było dla mnie zbyt „strome” — musiałem odsuwać iPada możliwie daleko od siebie. Teraz po prostu skracam tę nóżkę i pracuje mi się przyjemniej.

Kolejną przewagą Compass Pro nad Smart Cover jest możliwość umieszczenia iPada w pozycji pionowej, a niekiedy tak właśnie preferuję pisanie dłuższych tekstów (żeby widzieć możliwie dużo tego, co już zostało napisane). Tu pojawia się jednak minus używania klawiatury przewodowej w takiej konfiguracji. Otóż, mimo że iPad jest podniesiony względem blatu, na którym całość jest ustawiona, to jednak nie na tyle, żeby w tej przerwie zmieściła się końcówka przewodu Lightning. Muszę zatem odwracać iPada w taki sposób, żeby przycisk Home był u góry:

Niby nic takiego, prawda? To spróbujcie teraz podpiąć wtyczkę od przewodowych słuchawek…

Innymi słowy; w ten sposób piszę najczęściej, gdy wokół nie ma nikogo, a muzyka leci z Homepoda (lub używam bezprzewodowych słuchawek). Pewnie to się zmieni, gdy dotrze do mnie bezprzewodowa klawiatura (Keychron K2, o której wspominałem w à propos piątku #089), która właśnie dziś powinna zostać do mnie wysłana.

Wracając do konstrukcji samej podstawki; wysuwane nóżki, podtrzymujące iPada są na tyle głębokie, że poradzą sobie prawdopodobnie z każdym, najgrubszym nawet etui dla tabletu.

Sam używam tej „półeczki” do odkładania tam …ołówka:

Zaskakująco często (dla siebie) używam też pozycji „leżącej”, gdy np. parzę sobie kawę i mam kilka chwil na sprawdzenie OmniFocus, mediów społecznościowych czy odpisanie na najpilniejesze maile.

Z pewnością nie jest to najbardziej ergonomiczna pozycja, jaką można sobie wyobrazić, bo jednak patrzy się mocno w dół, ale w ramach takiej chwilowej przerwy jest bardzo wygodnie.

W ten sam sposób używam, a właściwie używamy (bo żona sporo piecze) go w kuchni, gdzie iPad z Papriką stają się wygodną książką kucharską:

Dodatkowo (o czym na szczęście jeszcze nie miałem okazji się przekonać) to podniesienie iPada względem blatu pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo urządzenia w takich warunkach — jeśli nawet coś wylałoby się na blat, iPad byłby bezpieczny.

Podsumowując ten krótki opis wrażeń, jestem więcej niż zadowolony z tego zakupu. Zabieram tę podstawkę wszędzie, o czym niech zaświadczą poniższe zdjęcia (w tym te z moją wysłużoną już klawiaturką Keys–To–Go, którą nota bene zamierzam dziś zareklamować):

(A ten „cyrklowy” trójkącik jest też świetną kryjówką przewodu).

Dodatkowo, ta sama podstawka występuje niemal na wszystkich zdjęciach z tekstu o klawiaturze Vortexa:


Na koniec pozostaje jednak kwestia ceny. $59,99 na stronie producenta nie wygląda może tak źle, ale z kosztami przesyłki, dla nas, robi się z tego prawie 300 zł. To sprawia, że żadną miarą nie jest to produkt tani, ale pozwólcie, że coś Wam opowiem.

Gdy stand do mnie dotarł, zwróciłem uwagę na to, że jedna z „otwieranych” nóżek, otwiera się z większym oporem niż druga. Na tyle, że czasami było mi bardzo ciężko ją otworzyć. Początkowo pomyślałem, że może musi się wyrobić, ale nie — czas nie tylko nie pomagał, a mam wrażenie, że było nawet gorzej. Zrobiłem więc poniższe zdjęcie i załączyłem je do wiadomości do działu wsparcia:

Opisałem w niej problem, który spotkał się ze sporym przejęciem po drugiej stronie i 10 dni później cieszyłem się nie tylko wymienioną podstawką, ale …dwiema:

Pracownica Twelve South poinformowała mnie bowiem, że nie ma potrzeby odsyłania uszkodzonego egzemplarza i mogę z nim zrobić co chcę (informując jednocześnie, że jeśli zdecyduję się go z utylizować, to żebym zrobił to w sposób odpowiedzialny).

Druga podstawka jest teraz na stałe w jednej z moich toreb, ale piszę o tym nie dlatego. Po prostu uważam, że to kolejny przykład tego, że czasem opłaca się inwestować w produkty droższe, bo ta wyższa cena zawiera nie tylko lepszą jakość, ale także świetne wsparcie producenta, który szczerze się przejmuje, gdy zgłasza mu się jakiś problem. Tym razem polecam więc nie tylko sam Compass Pro, ale także całą markę Twelve South.

Paperlike 2

(oryginalnie opublikowano: 2020.01.20)

Gdy trochę ponad dwa lata temu opisywałem w cudawiankach swojego iPada (Pro 10,5“), wspominałem, że jego największą wadą jest fakt, że ślady palców na ekranie są widoczne bardziej niż w poprzednich generacjach i, że bywa to zwyczajnie drażniące.

To nie zmieniło się do dziś, a następny model wcale tego nie poprawił (przed premierą zarzekałem się, że jeśli kolejna generacja miałaby poprawić wyłącznie ten aspekt, zostawiając wszystko inne bez zmian, kupiłbym takiego iPada bez wahania).

W międzyczasie pojawił się jednak monitor Apple Pro Display XDR, który jest dostępny z powłoką nanostrukutralną, czyli — po naszemu — w matowej wersji. Sami wiecie, że jestem tak wielkim fanem matowych ekranów Apple, że mimo posiadania dwóch Apple Thunderbolt Display, wróciłem do starych (produkowanych w latach 2006–2008), 23–calowych Cinema Display, których używałem przez kilka lat (i przestałem dopiero kilkanaście miesięcy temu).

W opisie wrażeń po premierze nowego monitora Apple napisałem:

„(…) monitory z matową powłoką nadal są pożądane. I choć taka opcja kosztuje aż $999 więcej, to ogromnie się cieszę, że jest. Mam bowiem nadzieję, że to właśnie matowa wersja będzie się świetnie sprzedawać i może kiedyś doczekamy się innych matowych monitorów, a może nawet …iPada i iPhone’a?”

Niedługo potem przypomniałem sobie, że w jednym z podcastów słyszałem o jakiejś matowej powłoce na ekran iPada, która — zdaniem jednego z użytkowników — była co najmniej akceptowalna. Zapisałem więc sobie, żeby zrobić mały rekonesans i poczytać o niej, gdy w innym podcaście (ATP) Marco Arment wspomniał, że pojawiła się nowa wersja tej samej „nakładki”, która eliminuje wszystkie wady poprzedniej. To zakończyło mój nierozpoczęty jeszcze rekonesans; zamówiłem ją od razu, mimo że nigdy nie miałem niczego na ekranie ani swojego iPada, ani iPhone’a. Co więcej, wszystkim znajomym zawsze odradzałem wszelkie szybki czy folie, chroniące ekran. W tym przypadku jednak zupełnie nie chodzi mi o ochronę ekranu — kusi mnie matowa powłoka oraz — chyba nawet bardziej — wyeliminowanie odcisków palców z ekranu.

Rzecz nazywa się Paperlike 2 i, podobnie jak wersja pierwsza, pierwotnie pojawiła się w serwisie Kickstarter, mimo że pewnie nie było takiej potrzeby — twórca uznał, że potrzebuje 5000€, żeby ruszyć z produkcją nowej wersji, a zebrał ponad 282 000€. Paperlike jest reklamowany jako ochrona ekranu, która sprawia, że pisze się i rysuje na niej jak na papierze.

Tego typu produkty jednak — przez swoją ziarnistą strukturę — sprawiają, że pojawiają się dziwne, wizualne artefakty; refrakcja, efekt tęczy czy właśnie widoczne, wyraźne ziarno.

Ponoć wersja pierwsza tego produktu była najlepsza w klasie, a mimo to, każda z wyżej wymienionych wad była tam obecna. Paperlike 2 miał poprawić wszystkie z nich, dzięki zastosowanej w nim technologii Nanodots® Surface Technology (brzmi podobnie do Nano-texture glass z Pro Display XDR, prawda?).

A jak wygląda to w praktyce?

Cóż, zacznę od samego zamówienia, żebyście nie popełnili mojego błędu. Przy zamówieniu miałem opcję darmowej wysyłki lub przesyłki z numerem śledzenia, która kosztowała 5€, a przewidywany czas dostawy różnił się o dzień lub dwa. Wybrałem więc darmową. Nie róbcie tego. Koperta z Niemiec potrzebowała aż 31 dni, żeby do mnie dotrzeć. W międzyczasie dwukrotnie kontaktowałem się z działem wsparcia, żeby upewnić się, że to normalne. Zapewniano mnie, że nie i pewnie gdybym napisał jeszcze jedną wiadomość, byliby gotowi wysłać mi drugi zestaw.

À propos zestawu; w kopercie znalazłem dwie powłoki Paperlike, dwie ściereczki nasączone alkoholem izopropylowym do odtłuszczenia ekranu, chusteczkę „suchą”, podobną do tej jaką Apple dodaje do swoich ekranów, dwie naklejki nazwane dust absorber służące zebrania z ekranu wszystkich pyłków oraz dwa komplety naklejek, bez których aplikacja Paperlike’a byłaby pewnie niemożliwa.

Uruchomiłem więc tutorial, do którego link znalazłem w instrukcji, gdzie już w pierwszym kroku usłyszałem, żeby wyłączyć iPada.

Włączyłem więc to samo na innym komputerze i zabrałem się za przyklejanie Paperlike’a do krawędzi iPada:

Sam proces nie jest może skomplikowany, ale wymaga skupienia i odrobiny cierpliwości. Jak doczytałem później, twórcy polecają zająć się tym w łazience, najlepiej po skończonym prysznicu — jest to najczystsze pomieszczenie w całym domu, tj. żadne pyłki nie unoszą się wówczas w powietrzu. Ja tego nie zrobiłem, dlatego jeden mały pyłek dostał się u mnie pod powłokę i wokół niego zrobił się malutki pęcherzyk powietrza:

Nie przeszkadza mi to, bo podczas normalnego użytkowania w ogóle go nie widzę, ale jeśli zacznie, to mam w kopercie drugą, zapasową powłokę, więc mogę sobie dać drugą szansę. Tym razem już po prysznicu.

A jak wygląda iPad z już nałożoną powłoką?

Jak dla mnie; fantastycznie! Na tyle, że trochę żałuję, że nie mogliście zobaczyć mojego uśmiechu na widok mojego iPada z Paperlike 2 — nie musiałbym teraz silić się na werbalizację swojej ekscytacji.

A poważniej; jest nawet lepiej niż podejrzewałem, że będzie. Dużą rolę odgrywa w tym na pewno fakt, że jestem fanem trybu nocnego, mam czarne tło ekranu i niemal każda aplikacja, jaką u siebie uruchamiam jest ciemna/czarna. Na ciemnych tłach bowiem, ziarno jakie Paperlike dodaje, jest niemal niezauważalne. Na białym tle widać je wyraźniej — nie wiem ilu z Was cokolwiek to powie, ale mi przypomina strukturą (i wielkością) ziarno w światłach na odbitkach spod powiększalnika. Przyjemne, ale jednak ziarno. Domyślam się, że niektórym może ono przeszkadzać. Dla mnie jest zupełnie akceptowalne.

Jak coraz częściej ostatnio, tak i tym razem uznałem, że najlepiej zobrazuje to filmik, nawet jeśli będą to nudne dwie minuty — starałem się w nim porównać matowy ekran iPada z błyszczącym ekranem iPhone’a, a także pokazać białe tło z bliska, choć w nagraniu nie widać na nim wspomnianego ziarna, co świadczy tylko o tym, jak małe ono jest:

Nie wspomniałem jeszcze o aspekcie używania Paperlike z Apple Pencil. Przyznaję, że miałem cichą nadzieję, że użycie takiej powłoki wyeliminuje stuk, z jakim plastikowa końcówka „ołówka” dotyka szklanego ekranu. Paperlike ma jednak tylko 0,12 mm grubości, więc nic z tego — dźwięk się nie zmienił. Za to wszystko inne tak i to bardzo na plus. Delikatny opór jaki stawia ta ziarnista powierzchnia Paperlike’a rzeczywiście znacznie bardziej przypomina papier, więc dla osób, które dużo w ten sposób piszą czy rysują wydaje mi się to być akcesorium koniecznym.

A jak jest z tymi odciskami, na eliminacji których tak bardzo mi zależało? Cóż, wcześniej czyściłem iPada średnio cztery razy dziennie, dziś wycieram go raz na cztery dni. Tak wygląda on obecnie w swojej najbrudniejszej formie, pewnie właśnie kilku dniach od ostatniego wytarcia:

Ogólnie rzecz biorąc, moje wrażenie obcowania z nim — to całe look and feel (i sound, ale to za moment) — jest jakby bardziej …premium.

Domyślam się, że może to brzmieć kuriozalnie, ale naprawdę tak uważam. „Matowość” tej powłoki, delikatnie wyczuwalna struktrura pod palcami i zupełnie inny dźwięk jaki ów palec wydaje przesuwając się po ekranie sprawiają, że nie tylko wydaje mi się, że mam nowego iPada, ale przede wszystkim, że mam lepszego niż miałem. Bardziej mojego.

Na tyle, że kupując nowego iPada, zamówię Paperlike do niego jeszcze tego samego dnia.

I na koniec; kwestia ceny. Paperlike — bez względu na rozmiar (a jest dostępny nawet dla iPada mini) kosztuje 34 €. Wiem, że na Amazonie bez trudu można znaleźć produkty podobne za 1/3 ceny. Znacie mnie już pewnie na tyle, że wiecie, że nawet nie próbowałbym tamtych. Bo być może któryś z nich jest prawie tak samo dobry, ale jednak jest w takiej próbie pewne ryzyko. Przy Paperlike go nie ma — jest super, macie moje słowo.

Studio Neat Totebook

(oryginalnie opublikowano: 2019.08.09)

Wiem, wiem, to tylko notesy, ale jednak — jak się okazuje — dla wielu z nas ma spore znaczenie w czym piszemy i co ze sobą nosimy. A jako że od kilku tygodni mam swoje Totebooki, to uznałem, że podzielę się tym, co o nich myślę.

Zacznę od rozmiaru, bo w materiałach znalezionych w sieci, to właśnie on często był podawany jako „dziwny”, przez to, że niestandardowy.

Rzeczywiście, ze swoimi 135×195 mm jest on pomiędzy „naszymi” B6 a A5. Dla mnie jednak okazał się on być idealny. Bardzo wygodny do chwycenia z biurka jedną ręką, a jednocześnie zapewniający sporą przestrzeń do pisania (zwłaszcza, że pismo mam raczej drobne).

Do plusów z pewnością zaliczam także materiał, z jakiego wykonana jest okładka (choć wiem, że nie wszyscy go polubili, ze względu na to, że potrafi się jakby „przyklejać” do blatu biurka). Dla mnie jest jednak bardzo przyjemny w dotyku i dowodzi, że mamy do czynienia z nie byle jakim produktem.

Dodatki, typu perforowane strony na końcu, linijka (jak w Field Notes), siatka kropek i znaczniki na stronach — to wszystko tylko zwiększa noty Totebooka w mojej klasyfikacji.

Jednak — jak to w notesach — najważniejszy dla mnie jest papier i tu Studio Neat również nie zawodzi. 100 g/m2 sprawia, że nie tylko moje pióro praktycznie w ogóle nie przebija na drugą stronę, ale także, że pisze się po nim wyjątkowo gładko i przyjemnie.

Jak dotąd wygląda więc na to, że jest on doskonały, a tak nie jest. Do jednej rzeczy jednak nie mogę przywyknąć, ale że bardzo ciężko było mi to opisać, to …nagrałem filmik:

Nie obyło się też bez drobnych problemów z kontrolą jakości po stronie producenta.

Kilka notatników dotarło do mnie z defektami — niektóre miały ślady czegoś jakby kleju na okładce (choć widoczne tylko pod odpowiednim kątem, więc w pierwszej chwili nawet niezauważalne), a w jednym dostało się coś między ostatnią stronę a tylną okładkę, tworząc drobne wybrzuszenie. Rzecz jasna Dan ze Studio Neat bardzo się przejął i niezwłocznie wysłał nowe opakowania — tak przecież powinno to działać.

Abstrahując od powyższych, wygląda na to, że znalazłem notatnik dla siebie i nie będę zaskoczony, jeśli będzie ich u mnie przybywać. Zresztą, nie tylko u mnie — popytałem osoby, które zamówiły je razem ze mną i wszyscy zdają się mieć podobne zdanie:

„Moim zdaniem są prawie idealne, dość „zbite” ale tego spodziewałem się po tym papierze, ostatnie strony świetnie opracowane – szczególnie te „połówki” przypadły mi do gustu. (…)”

„(…) na plus oceniam jakość papieru, jest znacznie lepszy niż przypuszczałam, podoba mi się też to, jak notatnik rozkłada się na płasko. Bardzo wygodnie się w nim notuje.”

The Theme System Journal (i Hobonichi Techo)

(oryginalnie opublikowano: 2020.01.08)

Wielu z Was zna podcast Cortex, a tym samym pomysł jego twórców na wprowadzenie rocznych motywów. Każdy z prowadzących ma własną definicję czegoś takiego (a do tego obie są różne od tej, którą w poprzednich latach stosowałem u siebie podczas corocznego review w Day One), ale obaj są zgodni co do tego, że postanowienia noworoczne nie działają. Myke — który jest tym bardziej piśmiennym (jest też współ–gospodarzem podcastu PenAddict) — uznał w międzyczasie, że chciałby mieć notes, który pomógłby śledzić swoje postępy w odniesieniu do przyjętego motywu. Jak to często bywa w tego typu przypadkach, rynek nie wyszedł na przeciw jego oczekiwaniom i w ten sposób powstał „The Theme System Journal”.

I od razu muszę nadmienić, że mimo że jestem dużym fanem wspomnianego podcastu (czasem wydaje mi się, że jestem niebezpiecznie podobny do wpół anonimowego CGP Grey’a, co pewnie jest też nieskromnym stwierdzeniem), to nie zamówiłem tego notesu dla siebie.

Jestem więcej niż zadowolony ze swoich ToteBooków (niech ich ilość na powyższym zdjęciu będzie na to dowodem), a w przypadku tego konkretnego obawiałem się, że jego narzucona z góry struktura nie będzie mi odpowiadała. Nawet jeśli wspomniana struktura jest bardzo elastyczna i ponoć jest w stanie sprawdzić się w wielu scenariuszach. Tak się jednak złożyło, że kolega Andrzej (ten sam, który jest odpowiedzialny za lwią część procesu utworzenia naszego forum) zamówił jeden dla siebie. Tylko, że gdy notes do niego dotarł, uznał — co do teraz nie mieści mi się w głowie — że będę bardziej kompetentną osobą, żeby go sprawdzić, niż on sam (🤯). Więc mi go przysłał, gagatek.

Trochę czasu już minęło od momentu, w którym niespodziewanie się on u mnie pojawił, a że też okres w roku sprzyja tego typu planom i przemyśleniom, uznałem, że to najwyższy czas, żeby pokazać go Wam i być może dodać odrobinę swoich wrażeń.

Dla tych z Was, którzy nie wiedzą; autorem projektu tego Notesu jest wprawdzie Myke Hurley, ale wykonaniem zajęło się Studio Neat, czyli producent mojego ulubionego Totebooka. Co więcej, The Theme System Journal w dużej mierze bazuje właśnie na tym ostatnim. Jego okładka nie jest jednak gładka — w zamian jest na niej wytłoczone logo Cortexu. Nie tylko wygląda ono świetnie, ale jest też miłe w dotyku (tak, przejechałem palcami po tym logo parę razy i wcale się tego nie wstydzę).

Podobne tłoczenie jest także na tylnej okładce, gdzie obie marki sygnują ten projekt.

Nie jest to jednak koniec różnic; okładka wydaje się być wykonana z tego samego materiału, ale jednak ma nieco inną, gładszą fakturę, inny, jaśniejszy kolor i nie widać pod nią tych linii, o których wspominałem w tekście o Totebooku, a które są widoczne na poniższym zdjęciu:

Największym zaskoczeniem — przynajmniej dla mnie — była różnica wielkości. Z dostępnych materiałów nie wywnioskowałem, żeby był on większy, a jest. I generalnie nie byłby to pewnie problem, gdyby nie fakt, że rozmiar Totebooka jest dla mnie idealny, a zatem rozmiar tego notesu już takim być nie może. I nie jest.

The Theme System Journal jest też grubszy niż Totebook, tj. ma więcej stron. W rzeczywistości różnica wydaje się być nawet większa niż na poniższej fotografii:

I wracając na chwilę do okładki; nie wiem czy fakt, że jest gładsza bierze się stąd, że została inaczej przyklejona do papieru, ale m aona pewną, drażniącą właściwość — otóż od samego początku jej część oddalona od grzbietu, zawija się:

Początkowo myślałem, że może to minie, że się wyprostuje, ale nic z tego — po trzech miesiącach nadal wygląda tak samo. Totebooki tak nie mają.

To tyle z zewnątrz, a co w środku?

The Theme System Journal jest podzielony na trzy główne części. Pierwsza z nich to miejsce na opis swoich rocznych motywów (zmieszczą się aż cztery), czyli swoistej bazy do wszystkiego, co będzie na kolejnych stronach. To tu znajdują się pola nie tylko na słowny opis motywu, ale także na wypisanie oczekiwanych rezultatów, tak, żeby z czasem móc sprawdzać swój progres:

Druga część zajmuje ogromną większość całego notesu — są to po prostu strony służące do opisywania swojego dnia, gdzie każde z czterech głównych pól można dostosować do swoich potrzeb. Gdy zobaczyłem te nieopisane pola, w pierwszej chwili pomyślałem o swoich szablonach w Day One, że pewnie przypisałbym każdy z tych prostokątów do jednego z moich codziennych pytań:

Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale nie tylko te pola nie są opisane — strony nie mają też wypisanych dat, co w mojej opinii, jest ogromnym atutem tego notesu. Oznacza to bowiem, że można zacząć w dowolnym momencie, że można zrobić sobie przerwę, jeśli tego wymaga szeroko rozumiana rzeczywistość itp.

Trzecia sekcja jest moim zdaniem najciekawsza, być może dlatego, że czegoś podobnego (choć wyrysowanego ręcznie) używałem od kilku miesięcy w swoich Totebookach. Ta część może się stać harmonogramem nawyków (jakkolwiek dziwnie nie brzmi to po polsku) lub po prostu listą czynności, które chcielibyśmy wykonywać codziennie, a potem sprawdzać jak nam idzie.

Mieści się tu 10 pozycji, co jest super, choć z ilością kolumn mam pewien problem. Jest ich bowiem 12. Nie jest to więc widok dwutygodniowy, na trzech stronach mieści się więcej niż miesiąc… I z jednej strony rozumiem, że jeśli ustala się jakiś roczny motyw, to powinniśmy tu mówić o ciągłości, więc rozdrabnianie się na tydzień, dwa czy miesiąc nie ma sensu, a jednak podobałaby mi się idea monitorowania siebie na bieżąco i sprawdzania czy robię jakieś postępy w danej materii.

Odrobinę obszedłem więc system, używając tego w następujący sposób:

Cały miesiąc mieścił mi się na trzech rozkładówkach, bo na każdej oznaczałem tylko 10 dni. Jedenastą kolumnę zostawiałem pustą (z wyjątkiem tej, która przypadała na 31. dzień miesiąca), a dwunasta była moim procentowym podsumowaniem tego 10–dniowego okresu. Być może właśnie na tym polega elastyczność tego notatnika.

Na samym końcu (i to dosłownie, bo prawa część jest przyklejona do tylnej okładki) są jeszcze dwie strony na spis treści, który pewnie może przydać się osobom, które numerowałyby tę największą, środkową część.

A co z moimi wrażeniami? Cóż, choć sam notatnik ma wiele cech, które cenię, jak np. dobry papier czy możliwość rozkładania na płasko, to nie jest to produkt dla mnie, przynajmniej w tym momencie mojego życia. Jak wspomniałem wcześniej, to, co pisałbym na jego stronach, u mnie znajduje się w Day One, gdzie najstarsze wpisy pochodzą z 2010 roku. I choć bardzo lubię spędzać czas z przyzwoitym piórem i dobrym papierem, to zwyczajnie nie potrafię usprawiedliwić spędzenia podwójnej ilości czasu na tym procesie; tj. najpierw zapisując to na stronach The Theme System Journal, a później przepisując to do Day One, żeby mieć archiwum na lata. Ponownie; być może w przyszłości (tej, w której dzieci podrosną i będę miał więcej czasu dla siebie — bo będę, prawda?) spojrzę na to łaskawszym okiem, ale na dziś mówię „pas”. I tylko Andrzeja mi w tym wszystkim żal. (Dziękuję i przepraszam!)

Na pocieszenie; mam jednak pomysł na wykorzystanie tego notatnika u siebie (więcej o tym za chwilę), więc prawdopodobnie nie zmarnuje się on tutaj.

Skoro już o notatnikach mowa, to tak się złożyło, że tego samego dnia dotarł do mnie mój Hobonichi:

Kolejny już raz, zresztą.

I gdy tylko go otworzyłem (już po zapoznaniu się z The Theme System Journal), poczułem się jak w domu, co tylko utwierdziło mnie w słuszności wyboru.

Jego czysty układ, nienarzucający żadnej formy odpowiada mi znacznie bardziej, ale to też dlatego, że pełni on inną funkcję — Hobonichi jest planerem, a nie miejscem na rozważania i refleksje. Przynajmniej u mnie, w dużej mierze.

Nie ukrywam też, że podoba mi się widok ich pięciu (na którym widać, że chyba z ubiegłorocznego korzystałem najwięcej albo po prostu jego zużycie jest najświeższe, a przez to najbardziej wyraźne):

I choć jest on moim podstawowym, analogowym narzędziem pracy, to nadal są rzeczy, których mi w nim brakuje. Pierwszą jest zakładka, a najlepiej dwie. Często korzystam z widoku miesiąca na jego pierwszych kartach oraz, oczywiście, z widoku dnia bieżącego. I gdy między nimi przechodzę zawsze myślę sobie, że dwie delikatne zakładki mogłyby tu dużo ułatwić. I wiem, że można sobie takie dokleić; Amazon jest pełny tego typu akcesoriów, ale nigdy się na to nie zdecydowałem, obawiając się, że zaburzyłoby to prostotę tego przedmiotu.

Drugą rzeczą, której mi w nim brakuje jest wolne miejsce na zaplanowanie sobie tygodnia. Lubię sobie w niedzielę wypisać rzeczy, które chciałbym mieć wykonane/ukończone do końca przyszłego tygodnia i dopiero wtedy decydować czym i kiedy się zajmę, ale nie mam na to osobnej przestrzeni. W ostatnich latach najczęściej wykorzystywałem do tego po prostu niedziele, ale czasem i w niedzielę chciałbym móc zapisać sobie coś innego.

I tym sposobem wracam do The Theme System Journal, którego puste strony aż zachęcają do bycia użytymi — planuję zatem wykorzystać je właśnie jako plan nadchodzącego tygodnia. Pierwsze dwa pola wykorzystam więc do wypisania najważniejszego zadania na dany tydzień — po jednym ze strefy prywatnej i „służbowej” — takiego, którego wykonanie aż chciałoby się w piątek świętować. A trzecie, największe pole, będzie służyło do wszystkich pozostałych. Dam znać jak mi się to sprawdzi.

Peak Design Everyday Backpack 20L v.2

(oryginalnie opublikowano: 2020.01.29)

Kilka tygodni temu pisałem o pojawieniu się nowej serii produktów Peak Design. Tej, która tak mnie zaskoczyła (przecież kupiłem torbę z poprzedniej serii trzy dni wcześniej). Wspominałem wówczas, że być może zdecyduję się na nowy plecak, bo — teraz mogę przyznać to już otwarcie — trochę żałowałem, że kupiłem kiedyś szary. Czarny nie tylko podobał mi się bardziej, ale i bardziej by mi pasował, chociażby do ubrań.

I faktycznie, zdecydowałem się. Zamierzam więc podzielić się z Wami pierwszymi wrażeniami i zauważonymi różnicami pomiędzy starszą a nowszą wersją.

Nowszy ma jeszcze prostszą/czystszą linię. Brak przeszyć na klapie sprawił, że słowo „minimalistyczny” aż samo ciśnie się na usta (klawiaturę?).

Zmienił się też kształt samej klapy, która teraz nie jest już płaska, dzięki czemu lepiej kryje zagięcia materiału pod nią, co również wpływa pozytywnie na jego estetykę. A dodatkowo — co widać na powyższym zdjęciu — boczne kieszenie są teraz wyższe, co sprawi, że łatwiej będzie się w nich transportowało butelkę czy statyw.

Jeśli chodzi o zmianę kształtu, to także „zawleczka” z przodu została poddana drobnej modyfikacji, odrobinę zmniejszając jej otwór.

Zmiany z tyłu są jeszcze bardziej zauważalne — nie tylko sam kształt plecaka wydaje się być inny, co jeszcze jego szelki „leżą” dużo ładniej.

Jak się okazuje, jest to zasługa …magnesów. Szelki mają w sobie po jednym, a druga para umieszczona jest w pleckach plecaka. Odkładając go, same wskakują one na swoją pozycję (choć prawemu u siebie muszę czasem pomagać, podnosząc go w górę o mniej więcej centymetr, żeby „wskoczył”). Dzięki temu odstawiony plecak (nadal w większości przypadków stoi on pionowo, bez podparcia) wygląda po prostu bardziej elegancko.

To jednak nie koniec magnesów.

Ten uchwyt, który pozwala na mocowanie plecaka na rączce walizki z kółkami nie przylega już do pleców plecaka na rzep, a właśnie na magnesy. I wiem, że to głupstwo, ale wierzcie mi — to jest o tyle wygodniejsze!  

Idąc dalej — zmiana kształtu i „zaokrąglenie” linii plecaka niosło za sobą także zmianę umiejscowienia górnej rączki i zamka tylnej komory na laptopa (o której więcej za chwilę). Zostały zamienione miejscami i — znowu — wygląda o tyle bardziej elegancko, że gdybym nie robił zdjęć porównawczych, to pewnie bym nie uwierzył.

No i tak bardzo się cieszę, że tym razem zdecydowałem się na odpowiedni kolor.

Pasek umożliwiający przypięcie kluczy był już w poprzedniej wersji — tym razem pasek ten jest elastyczną linką, którą można naciągnąć, co może sprawić, że np. można otworzyć drzwi bez wyciągania breloczka z uchwytu (nie sprawdzałem).

Pasek na klatkę piersiową, łączący szelki, ponownie jest w zestawie (z nieco zmienionymi końcówkami), lecz pas biodrowy jest już sprzedawany osobno.

Szelki nadal są umieszczone na uchwytach, które się obracają, dostosowując kąt do sylwetki nosiciela — ostatnio na forum wspominałem, że to rozwiązanie polubiłem tak bardzo, że nie wyobrażam sobie teraz używać plecaka, w którym pasy naramienne są wszyste na stałe (chyba, że byłyby doskonale dopasowane do mojej sylwetki).

Pod klapą różnic jest mniej — wciąż możemy zapiąć plecak do jednego z czterech uchwytów, regulując w ten sposób jego pojemność.

Zmieniony zamek z tyłu (ponoć jest bardziej trwały niż poprzedni) od teraz dość mocno zachodzi na boki, dając swobodniejszy dostęp do umieszczonych pod nich komór. W poprzedniej wersji był on niemal całkowicie płaski, równy górnej krawędzi plecaka:

Wewnątrz nadal znajduje się ta miękka przestrzeń, co poprzednio, choć tym razem jest większa oraz — poprzez umiejscowienie dwóch elastycznych kieszonek na jednej ze ścianek — jest podzielona na trzy części, co ułatwia organizację przedmiotów w niej.

Za nią znajduje się komora na tablet i laptopa — czyli tak jak poprzednio, można tam zmieścić oba, bo jest w środku przedzielona materiałem, który — oczywiście — przypina się na magnes.

Sama przestrzeń na laptopa to jedna z najciekawszych zmian tej wersji — poprzednio wersja 20L mieściła 13–calowego MacBooka Pro, choć 15–tka też wchodziła, jeśli komuś mocno zależało. Tym razem jest on dostosowany do 15“, a nawet 16“, jeśli tym ostatnim jest MacBook Pro. Co więcej, laptop w tej komorze nie styka się z dnem plecaka — jest niejako zawieszony nad nim, co oczywiście bardzo korzystnie wpływa na jego bezpieczeństwo.

Ale i to nie wszystko — wysokość tej komory jest regulowana na rzepy. Trzeba się odrobinę natrudzić, żeby się tam dostać (co nie jest problemem, jeśli robi się to pewnie raz na kilka lat), ale np. mając 13–calowego laptopa tak zmienić jej wysokość, żeby nie wpadał on do końca, tylko „wisiał” wyżej nad dnem, dzięki czemu łatwiej jest go wyciągać.

Mała kieszonka w głównej komorze, ta na przedniej ściance, jest teraz wykonana z elastycznego materiału, co nieco ją powiększyło. Wcześniej mieścił się tam iPhone 7, ale XR już nie. Obecnie ten drugi mieści się tam bez większego problemu.

Niestety, nie wszystkie zmiany są na plus. Fakt, że komora na laptopa jest ulepszona, tj. że jest niejako oddzielona od plecaka, sprawia, że boczne zamki (również ulepszone) nie zachodzą już tak głęboko, a tym samym boczne „skrzydełka” nie otwierają się już tak szeroko. Gdy leży na płasko, nie otwierają się nawet na płasko. Czas pokaże jak dużą przeszkodą to jest w realnym używaniu — być może niewielką, ale jednak nie jest to zmiana na plus żadną miarą.

Dodatkowo, zmienił się też rozkład kieszonek w tych „skrzydłach” — wcześniej było kilka małych kieszonek, z których wszystkie skrywały się pod zapinaną na zamek „pokrywą”:

Obecnie oba „skrzydła” mają po dwie kieszenie, z których górna zamiast zamka ma magnes, ale nie jest w środku w żaden sposób dzielona, więc jest przeznaczona raczej na większe elementy niż np. baterię. Podejrzewam, że przewody i przejściówki znajdą tam swoje miejsce.

Dolna kieszonka — zapinana na krótki zamek ma w środku dwie mniejsze „skrytki”, ale są one sporo większe niż wcześniej (canonowskie baterie wcześniej doskonale się w nich mieściły — teraz są tam luźne na tyle, że podejrzewam, że mogą po prostu wypadać). No i nie ma już tego charakterystycznego dla Peak Design „patentu” z przeszyciami w różnym kolorze, który miał oddzielać np. baterie pełne od wyczerpanych czy karty zapełnione od pustych.

Na szczęście sam środek się nie zmienił i wewnętrzne półki „origami” wciąż sprawdzają się doskonale.

Zostały one ulepszone w dwóch materiach.

Po pierwsze — środkowa część każdej półki została poszerzona, dzięki czemu łatwiej jest umieścić tam trzy obiektywy (wcześniej również się mieściły, ale ten środkowy zawsze wydawał się trochę pokrzywdzony tym węższym miejscem):

Po drugie — na środku części, która zawiera w sobie rzep służący do wpięcia go wewnątrz plecaka znajduje się teraz przeszycie, a środek tylnej ścianki plecaka ma zaznaczony swój …środek właśnie. Dzięki temu, wkładając półeczki, mamy pewność, że będą one umieszczone centralnie.

Przyznaję, że wcześniej zdarzało mi się poprawiać półeczkę, sprawdzając z obu stron czy na pewno umieściłem ją równo — teraz powinno być z tym łatwiej.

I przy okazji — ta półeczka to jedyny element, na którym znalazłem ślady używania swojego plecaka:

Ta akurat dźwigała jeden z korpusów 5D4, który szorował po tej części przy każdorazowym wkładaniu i wyciąganiu. Chyba nieźle jak na ponad dwa lata używania.

Co zatem myślę o nowej wersji ogólnie?

Dwie rzeczy mnie rozczarowały. Pierwsza to zapięcia do pasków; wiecie, gdy już się dostosuje długość szelek do swoich potrzeb, to na pewno jakaś część paska zostanie luźna i trzeba z nią coś zrobić. Peak Design — mistrz skrytek na nieużywane paski — proponuje (i teraz wcale nie żartuję) w tym miejscu „gumki recepturki”:

Przypomnę, że mówimy tu o plecaku za 1049 złotych.
Wierzcie mi, że gdy to zobaczyłem, pomyślałem, że to żart. Liczyłem, że właśnie w tej materii coś się zmieni, bo przecież rozwiązanie tego problemu wcale nie jest trudne.

Mam nawet na to dowód — nosidło Tula, którego używamy od kilku lat do noszenia naszych dzieci, które wyrosły już z chusty na końcu swoich pasków do regulacji ma na stałe wszyty gruby kawałek porządnej taśmy gumowej, w który zawija się niepotrzebną część paska:

Da się?
Prawdopodobnie do swoich wszyję coś takiego samodzielnie.

Drugie rozczarowanie to kolor wnętrza. Wiem, drobnostka. Głupstwo nawet. Ale zobaczcie jak uroczy jest ten biszkoptowo–szampański kolor wnętrza produktów z pierwszej wersji serii Everyday:

To są jednak drobnostki, z którymi bez trudu da się żyć. Wciąż bowiem uwielbiam to jak leży on na plecach (nowsza wersja wydaje się być nawet wygodniejsza przez fakt, że ta część przy plecach jest sztywniejsza niż wcześniej):

(Choć chyba odrobinę przyczepiłbym się do tego, że te boczne kieszenie, kiedy nie są wypełnione, zawsze wyglądają na pogniecione — pierwsza wersja tak nie miała)

Wciąż uwielbiam w nim to, że wygląda tak samo dobrze bez względu na to czy jest wypakowany po brzegi czy pusty:

(Na powyższym zdjęciu widać też zmianę głębokości bocznych kieszeni — kubek Kinto wpada tam teraz niemal cały)

Wciąż uwielbiam to jak wiele mogę w nim pomieścić (mimo że przecież mam tę mniejszą wersję):

Dwa duże korpusy, 6 obiektywów, iPad, podstawkę do niego, cienką klawiaturę, dwa notesy, telefon, kubek z kawą i nawet mały statyw.

I owszem, tak zapakowany plecak waży wówczas 10 kilogramów (10,1 kg, żeby być dokładnym), ale wciąż na plecach leży wygodnie i wiem, że gdybym tylko spiął go paskiem na klatce piersiowej, bez trudu przeszedłbym z takim ekwipunkiem wiele kilometrów, gdyby była potrzeba.

Uwielbiam go też za kolor — przyjemną czerń, która (jak widzicie na zdjęciach) potrafi być pięknie matowa lub lekko błyszcząca w zależności od rodzaju światła, które nań pada.

Gdy to piszę, jestem po pierwszym zleceniu, na którym miałem swój nowy, czarny komplet i — oczywiście — pewnie tylko ja zwróciłem na to uwagę, ale uważam, że wszystkie trzy razem wyglądają świetnie, a ja wchodząc z takim kompletem czuję lepiej niż kiedyś.

Już teraz wiem też, jaka torba zastąpi moją wielką torbę samochodową na wszelkie akcesoria i zapasowy sprzęt, którą wożę ze sobą na śluby.

Wracając jednak do kluczowego pytania; czy wersja druga jest lepsza od pierwszej? Nie. A przynajmniej nie do końca i nie dla wszystkich, czyli jak niemal zawsze w życiu; nie wszystko jest czarne albo białe. W mojej opinii wersja druga jest ładniejsza — zarówno na plecach, jak i po odłożeniu, nieco wygodniejsza oraz bardziej funkcjonalna, jeśli ktoś rzeczywiście transportuje w nim laptopa (zwłaszcza dużego). Osoby używające np. 12–calowego MacBooka czy iPada nie odczują tej różnicy. Nowa wersja — choć wprowadza dodatkowe dwie kieszonki w górnej komorze — zabiera kilka ze „skrzydeł” bocznych, więc nie można bez cienia wątpliwości powiedzieć, że jest bardziej funkcjonalna dla każdego.

Dlatego nie do końca zgadzam się z hasłem producenta, które mówi, że najlepszy plecak stał się jeszcze lepszy.

Bo gdybym miał egzemplarz z poprzedniej wersji, w kolorze, który by mi odpowiadał, wiedząc to wszystko, co wiem o nowej wersji — nie zmieniłbym. Wyjątkiem — powtórzę to raz jeszcze — jest sytuacja, w której ktoś ma 15– lub 16–calowego laptopa; wtedy zmiana niesie ze sobą spore korzyści.

Chciałbym teraz napisać, że to może być jednak dobra okazja dla tych, którzy rozważali taki plecak w przeszłości i teraz, gdy pojawił się nowy model, mogą skusić się na wyprzedaże starej kolekcji u dystrybutorów. Niestety, nie mogę tak napisać. Jak dotąd, wszyscy dystrybutorzy sprzedają egzemplarze z poprzedniej kolekcji w tej samej cenie, co nowe. Niechybnie się to zmieni, a być może w międzyczasie pojawią się oferty sprzedaży używanych egzemplarzy, choć gdy sprzedawałem swój i chciałem się zorientować jakie ceny osiągają te plecaki na rynku wtórnym okazało się, że …nikt ich nie sprzedaje. Co moim zdaniem — dobrze o nich świadczy.

Peak Design Sling 5L (vs. 6L)

(oryginalnie opublikowano: 2020.03.18)

Mam nową torbę fotograficzną. Tak, znowu.
„Ale po co? Przecież masz swojego wymarzonego Billinghama!” — prawie słyszę jak pytacie.

Owszem, torba Billinghama (Hadley Pro) marzyła mi się od dawna. Gdy już ją miałem, zapragnąłem jej mniejszą wersję — taką na co dzień. I też się z tym udało. Więc o co chodzi mi tym razem?

Cóż, to co napiszę, prawdopodobnie powinno być oznaczone tagiem #wstydliwewyznania, jest absolutnie problemem pierwszego świata oraz zakładam, że nie wszyscy się ze mną zgodzą. Chodzi bowiem o moją garderobę, którą mógłbym podzielić na dwie części; casualowo–elegancką oraz miejską–prawie–sportową.

I tak jak w przypadku tej pierwszej Billingham sprawdza się znakomicie, tak do drugiej — uważam — zwyczajnie mi nie pasuje.

Torbę typu Sling od Peak Design miałem na oku od dawna, ale że nie była to żadna paląca potrzeba, długo wstrzymywałem się z zakupem, tym bardziej, że wiedziałem, że mój iPad się w niej nie mieści. Gdy jednak któregoś razu zobaczyłem 10–procentowy rabat na całą kolekcję, uznałem, że to dobry moment. Zamówiłem ją 21. listopada, w czwartek. W piątek została wysłana i zanim dotarła do mnie w poniedziałek, dowiedziałem się skąd wzięła się przecena, z której skorzystałem — Peak Design zaprezentował nową wersję swoich produktów z linii Everyday. Seria Sling — dotychczas oferowana w postaci 5– i 10–litrowej wersji — została rozszerzona o nowy, 3–litrowy model, a środkowy zastąpiony 6–litrowym. Zmiana ta wiązała się przede wszystkim z powiększeniem się przestrzeni na tablet. W nowej wersji nie tylko mój, ale i 11–calowy Pro miał się mieścić bez problemu. Możecie więc wyobrazić sobie mój początkowy żal, tym bardziej, że kupując produkt z fakturą VAT uniemożliwiłem sobie łatwy jego zwrot.

Gdy jednak torba dotarła, uznałem, że nie ma tego złego — w końcu to właśnie 5–litrowa wersja urzekła mnie swoją minimalistyczną aparycją, a z tego, co można było zobaczyć na zdjęciach producenta, nowa wersja wyglądała jednak inaczej.

Zacząłem używać więc swojej na co dzień (tj. w te dni, w które pasowała mi do ubioru, wiadomo) i bardzo szybko ją polubiłem. Producent rzeczywiście podaje, że 10,5–calowy iPad Pro się do niej nie mieści. Tyle, że nie jest to do końca prawda. Można go bowiem tu zmieścić, choć nie jest to ani bardzo łatwe, ani wygodne. Na tyle, że gdybym sam miał o tym decydować, też umieściłbym w specyfikacji taką infromację.

Chodzi bowiem o to, że sam otwór jest nieco mniejszy i należy niejako naciągnąć zamek, żeby udało się włożyć iPada do tej torby:

Jest to jednak wykonalne i robię to codziennie, pomagając sobie tym, że oba swoje notesy wkładam do szczeliny na tablet wcześniej, dzięki czemu ona sam jest bardziej odsunięty od tylnej ścianki — pomaga to później w wyciąganiu go:

Razem z iPadem mieszczę tam sporo innych rzeczy:

Fujifilm X100T mieści się tam zarówno z konwerterem WCL–X100 założonym, jak i zdjętym, i włożonym do jednej z bocznych kieszonek.

Mając ścianki włożone tak, jak na powyższym zdjęciu, zostawiam trochę miejsca pomiędzy nimi, żeby zmieścić tam swoją lampkę LEDową (Boling P1) i w drugiej dużej części zostaje sporo miejsca na Hobonichi, pióro i kilka codziennych drobiazgów, jak ściereczka do okularów czy chusteczki higieniczne.

W kieszonce w klapie mieszczę jeszcze zapasową baterię do Fujifilm, kilka kart pamięci, klucze i stojak do iPada (Twelve South Compass Pro):

5–litrowy Sling ma jeszcze kieszonkę na zewnątrz, w której najczęściej mieszczę telefon, żeby nigdy nie musieć go mieć w kieszeni spodni:

Tak zapakowana torba wciąż zachowuje swój kształt i nie wydaje się „wypakowana”:

Zresztą ta niepozorna torba może pomieścić także inne konfiguracje — będąc ostatnio kilka dni w Warszawie wypożyczyłem Fujifilm X–Pro 3 z trzema obiektywami (23/2.0, 35/1.4 i 56/1.2); wszystko bez problemu mieściło się w 5–litrowym Slingu.

Dwa nieużywane (tj. aktualnie nie przymocowane do korpusu) obiektywy były włożone do jednej komory, oddzielone „półeczką”, jaką można stworzyć na jednej (i tylko jednej) z wewnętrznych ścianek.

I tak sobie używałem swojego „zestawu”, bardzo będąc z niego zadowolonym aż Maciek — jeden z Was — napisał mi wiadomość.

Pochwalił się w niej, że planuje zamówić dla siebie wersję 6–litrową i zaproponował, że kupując poda mój adres jako miejsce dostawy. Jakże mógłbym się nie zgodzić, prawda?

Przesyłka dotarła i różnica w wielkości i kształcie była zauważalna już na pierwszy rzut oka:

Różnic zresztą jest więcej — patrząc od góry, zamki są inne; nowe ponoć są lepsze, ale ten główny jest jednak bardziej na wierzchu:

Inaczej umieszczona jest też rączka — bardziej z tyłu niż u góry jak we wcześniejszej wersji:

Zamek zewnętrznej kieszonki jest ukryty podobnie jak wcześniej, ale tym razem górna krawędź podszyta jest skórą, co ma jeszcze bardziej ograniczyć możliwość dostania się wody do jej wnętrza:

Ulepszono także „uchwyty” w zamkach — w wersji 5L były to kawałki materiału, z których tylko ten do głównego zamka był pętelką. Drugi z nich mógł wyślizgiwać się z palców (mimo użycia dość szorstkiego materiału):

Nowsza wersja zyskała zakończenia, które eliminują ten „problem”:

Naramienna część paska również została poprawiona — jest odczuwalnie wygodniejsza:

Zmieniony został także sposób skracania i wydłużania paska:

Zamiast uchwytu, który był blokowany siłą tarcia jest mechaniczny „przełącznik”, który rzeczywiście nieco usprawnił cały proces. W tym sensie, że w swojej bez problemu wydłużam pasek jedną ręką, gdy mam torbę przewieszoną przez ramię, ale jego skrócenie już wymaga użycia drugiej ręki. W 6–litrowej wersji obie czynności udawało mi się robić jedną ręką.

Podobnie jak poprzednio, torba wyposażona jest w kieszonki na nieużywane części paska, co bardzo korzystnie wpływa na jej wygląd — w przeciwieństwie do plecaka, tu nic nie wisi ani nie kołysze się, idąc:

Niestety, podobnie jak w plecaku, tak i tu mamy gumkę recepturkę (która tu wydaje się zupełnie niepotrzebna):

Niestety, nie wszystkie zmiany uznaję za poprawę. Powtórzę to, co wspominałem już w przypadku Everyday Backpack — wnętrze produktów z linii v.2 jest szare:

Wiem, wiem, to tylko kolor, kogo to obchodzi i jakie to ma znaczenie… Ale zobaczcie jak pięknie wygląda ten biszkoptowo–szampański kolor wnętrza starej wersji:

Zmiana z pięciu na sześć litrów również jest zauważalna — po włożeniu Fujifilm X100T zostaje więcej wolnego miejsca:

Co jednak ważniejsze, 10,5–calowy iPad Pro mieści się bezproblemowo:

Cała tylna ścianka odchyla się też znacznie bardziej niż we wcześniejszej wersji, co jeszcze bardziej ułatwia wkładanie i wyciąganie tabletu:

Dodatkowo, sama ta ścianka ma inny kształt; jej narożniki zostały zaokrąglone, żeby zmieścić się pod zamkiem:

W moich oczach to wielki plus nowej torby.

Czy jednak jest już na tyle duża, żeby zmieścić w sobie lustrzankę? Cóż, dużo zależy od definicji słowa „zmieścić”. Fotograf, którego dwukrotnie wynająłem jako swojego drugiego fotografa na śluby, w 5–litrowej wersji mieści Canona 5D3 z 24/2.8, 50/1.4 i 100/2.0. Tylko, że taka torba w moich oczach jest wypchana. Zbyt. Więc choć fizycznie się to mieści, dla mnie to przesada?

Jak to wygląda w przypadku 6–litrowej? Sprawdziłem to z ciekawości, bo Maciek — właściciel tej torby — kupił ją właśnie z zamiarem noszenia w niej iPada Pro 11“ i Canona 5D4 z 35L. Aparat się do niej mieści:

Ale ponownie; jak dla mnie jest wówczas zbyt wypchana:

Zmienia się jej kształt i zwyczajnie wygląda gorzej. Nie ma się co dziwić, bo nawet stawiając aparat obok, widać, że jest on wyższy niż sama torba:

Podejrzewam, że z Canonem 6D byłoby nieco łatwiej. Jednocześnie domyślam się, że nie wszyscy uznają to za problem i z powodzeniem będą używać Slinga do noszenia w nim lustrzanki.

A ja? Cóż, nie przeczę, że nowa wersja jest bardziej funkcjonalna, w kilku materiach poprawiona i zdecydowanie wygodniejsza dla posiadaczy iPada Pro. Ale niestety, moim zdaniem, straciła tym wszystkim swój minimalistyczny urok, który zachwycił mnie w poprzedniej wersji, co widać zwłaszcza, gdy jest ona na plecach:

I choć do płaszcza jej nie założę, to do pozostałej części mojej garderoby — w mojej opinii — pasuje znakomicie i z radością będę używał jej jeszcze przez pewnie długi czas.

Zwłaszcza, że przecież w planie mam wymianę iPada na większą wersję, która i tak do 6–litrowej torby się nie zmieści, więc tym bardziej nie ma tu dylematu.

Nie sądzę jednak, żeby wiele osób miało podobne odczucia, więc wszystkim innym polecam raczej tę większą wersję torby od Peak Design. I to polecam bardzo.

PS Pewnie pamiętacie jak wiele razy wyśmiewałem unboxingi wszelkiej maści. Dlatego — w formie żartu — nagrałem dla Maćka filmik na szybko (tj. zarejestrowany telefonem, zmontowany na iPadzie) właśnie z rozpakowywania jego torby (wiecie, żeby nic go nie ominęło) i umieszczam go tu jako bonus (czyli wiecie, taki unboxing, ale ironicznie). A Maćkowi za możliwość organoleptycznego sprawdzenia dziękuję raz jeszcze!

Keychron K2

(oryginalnie opublikowano: 2020.01.03)

Publikacja poprzedniego tekstu o klawiaturze mechanicznej przyniosła mi dwa wnioski. Pierwszy dotyczył tego, że komentarz mojej Żony spodobał Wam się bardziej niż mój cały artykuł, a drugi — że ów komentarz powinien znajdować się przed moim tekstem, a nie na końcu.

I w pierwszym szkicu tego tekstu tak właśnie było, tj. Jej komentarz pojawił się właśnie tutaj, ale niestety zostało to zawetowane przez jedyną osobę, która miała do tego prawo, więc znów musicie się najpierw przedostać przez moje nudy. A czas na nie najwyższy, bo nie tylko swoją mam już od ponad 4 miesięcy, to z tego, co widzę w różnych zakątkach sieci, klawiatura Keychron K2 stała się nagle bardzo popularna (wylądowała nawet na biurku prawdopodobnie najpopularniejszego technologicznego youtubera MKBHD).

Jak pisałem w kwietniu, miałem pewne wątpliwości czy wziąć udział w kickstarterowej zbiórce środków na nową klawiaturę marki Keychron. Byłem w mniejszości, bo akcja ta okazała się ogromnym sukcesem — ostatecznie zebrano ponad milion dolarów. Twórcy chwalą się, że żadna inna klawiatura w dziejach Kickstartera nie zebrała tylu pieniędzy.

Jak wiecie — moje wątpliwości nie trwały długo, bo już kilka dni później złożyłem swoje zamówienie. Zdecydowałem się na wersję plastikową, z trzech względów — po pierwsze, tylko w niej istniała możliwość instalacji białych diod LED (aluminiowa miała tylko RGB), po drugie, kolory klawiszy w niej podobały mi się bardziej (aluminiowa miała je „odwrócone” — tj. większość była ciemniejsza), a po trzecie — aluminiowa tak naprawdę też ma plastikową ramkę i do niej są po prostu przykręcone cztery ścianki z aluminium.

Jak to z kickstarterowymi projektami bywa, na przesyłkę trochę się naczekałem (zamówienie złożone 22. kwietnia, paczka dotarła 17. sierpnia), ale przynajmniej „aktualizacje statusów” w facebookowej grupie, do której zostali zaproszeni ci, którzy zamawiali za pośrednictwem serwisu Kickstarter były częste i zawsze szczere (choć często niepomyślne).

„A3” oznaczało plastikową ramkę i brązowe przełączniki

Paczka zapakowana była raczej kiepsko (miękki kartonik wrzucony do foliowej koperty DHL) zwłaszcza biorąc pod uwagę, że do pokonania miała ponad pół świata.

Nie byłem więc ani trochę zdziwiony, widząc pogięty kartonik po wyjęciu go z koperty. Na szczęście sama zawartość wyglądała na nienaruszoną. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Zestaw — poza klawiaturą — zawiera przewód z końcówką USB-C, dodatkowe klawisze (dla Windowsa oraz pomarańczowe Escape i „żaróweczka”), keycap puller (czyli drutowy uchwyt do wyciągania klawiszy, bo tylko tak chyba da się to przetłumaczyć), instrukcję oraz mini–instrukcję dla tych, którzy nie przeczytają tej pierwszej (która notabene jest dużo bardziej czytelna niż ta „właściwa”).

Dołączony do klawiatury przewód ma końcówkę w kształcie „L”, bo port USB–C w klawiaturze jest umieszczony na jej bocznej ściance. Co jest dziwne.

Do zamówienia ze swoją klawiaturą dołożyłem również podkładkę pod nadgarstki z drewna orzechowego, bo po zdjęciach wnosiłem, że jest ona chyba wyższa niż mój Vortex.

Wygląda on bardzo dobrze i ma gumowe podkładki, dzięki którym nie przesuwa się na biurku, co było bardzo miłym zaskoczeniem.

Trochę mniej miłe było zorientowanie się, że mój egzemplarz jednak jest w pewnym stopniu uszkodzony, choć prawdopodobnie nie w transporcie. Dolna część ramki jest bowiem delikatnie uszczerbiona. Wysłałem poniższe zdjęcie do działu wsparcia w dniu odebrania przesyłki, ale nie wydali się jakoś bardzo przejęci. Zaproponowali 10% rabatu na następny zakup jako zadośćuczynienie, co prawdopodobnie jest uczciwe, choć w podobnych przypadkach (we wspomnianej facebookowej grupie) klienci byli mniej wyrozumiali i z tego, co widziałem, w kolejnych miesiącach już poważniej podchodzono do tego typu spraw.

Ogólnie rzecz biorąc, byłem miło zaskoczony jak dobrze ten komplet wygląda razem na biurku — sami zobaczcie:

Choć miałem rację w kwestii wysokości K2 — jest dużo wyższa niż Vortex:

Na tyle, że uważam, że podkładka pod nadgarstki (niekonieczna ta, ale jakakolwiek) jest w jej przypadku obligatoryjna. I to, że mam rozstawione tylne nóżki niewiele tu zmienia (wpływają one wyłącznie na kąt nachylenia klawiszy):

I jeszcze porównanie z Magic Keyboard:

Gdy zrobiłem powyższe zdjęcie, uznałem, że chyba lepszym porównaniem będzie jednak poniższe:

Klawiaturę zamówiłem z brązowymi przełącznikami, choć Keychron nie korzysta z Cherry MX, tylko Gateron.

Na papierze wydają się być bliźniaczymi konstrukcjami, a jednak w rzeczywistości odczucia są nieco inne. Na pewno ma na nie wpływ także sam kształt i jakość wykonania samych klawiszy (więcej o tym za chwilę), ale nawet dźwięk jest nieco inny. Poniżej załączam porównanie, licząc, że wspomniana różnica będzie słyszalna:

pierwsze 11 sekund to Vortex, kolejne — Keychron K2

Przebieg fali w nagraniu pokazuje, że nie jest to tylko moje wrażenie.

Dla tych, którzy wolą takie porównania nie tylko w formie audio, proszę bardzo:

Chcąc się pozbyć tego nieco plastikowej „końcówki wydźwięku”, zdecydowałem się doposażyć K2 w gumowe, przezroczyste (żeby nie blokowały podświetlenia) o–ringi o grubości 1,5 mm, kupione za kilka euro na niemieckim Amazonie:

Ich założenie zdołało wytłumić to, co bywało drażniące, choć w moim domu jest to wyłącznie moja opinia (Żona nie usłyszała różnicy). Nagrałem porównanie, więc macie okazję przekonać się sami:

pierwsze 11 sekund jest przed, a kolejne po instalacji o-ringów

Tak wygląda różnica w przebiegu fali:

Wspomniałem wcześniej także o podświetleniu — jest tu kilkanaście trybów, w jakich klawiatura może być podświetlona i pewnie najlepiej zaprezentuje to filmik:

Jak się pewnie domyślacie, zupełnie nie rozumiem dlaczego ktoś chciałby zrobić sobie coś takiego, więc przez cały okres używania K2, korzystam wyłącznie z „normalnego” trybu, w którym klawisze są po prostu podświetlone i nic tu nie mruga (tj. wciskany klawisz na moment gaśnie, co na początku odrobinę mnie irytowało, ale z czasem nie tylko przywykłem, co nawet zaczęło mi się to podobać).

Tak wygląda podświetlona klawiatura za dnia:

A tak wieczorem, w ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym wyłącznie światłem z dwóch monitorów (wiem, że to niezdrowe — zrobiłem tak wyłącznie do zdjęcia):

Nie sposób nie wspomnieć też o fakcie, że klawiatura ta działa bezprzewodowo i może być podłączona do trzech urządzeń — niejako — jednocześnie. Wystarczy nacisnąć przyciski fn + 1, 2 lub 3, żeby się pomiędzy nimi przełączać i działa to zaskakująco sprawnie. Zobaczcie sami:

Z nagrania wynika, że potrzeba niecałej 1,5 sekundy, żeby klawiatura przełączyła się do innego urządzenia. Naprawdę, nie spodziewałem się, że będzie tak dobrze.

Rzeczy, które w niej lubię jest oczywiście więcej. Klawisz command znajduje się tu po obu stronach spacji, co bardzo mnie cieszy, bo mimo że Vortexa (który ma command tylko po lewej stronie spacji) używam już prawie rok, nadal czasem łapię się na tym, że zwyczajnie mi tego drugiego brakuje, gdy używam macOS.

Lubię też to, że dzięki bezprzewodowemu połączeniu mogę używać jej z iPadem ustawionym pionowo (nadal podtrzymuję swoje zdanie, że jest to jedyne słuszne ustawienie do pisania), gdzie przycisk Home jest na dole, a tym samym wciąż mam dostęp do złącza słuchawkowego (dla tych, którzy być może nie wiedzą; gdy podłączam Vortexa przewodowo i ustawiam iPada w pionie, przycisk Home musi być u góry i tym samym nie jestem już w stanie wpiąć przewodowych słuchawek).

Podświetlenie też lubię. Jego brak w Vortexie w ogóle mi nie przeszkadza, a jednak muszę przyznać, że czasem miło jest je mieć.

Lubię też to, że przyciski multimedialne są oznaczone w „makowy” sposób — nauczyłem się już, że w Vortexie F8 to pauza, ale jednak graficzna reprezentacja na przycisku jest dużo wygodniejsza. Przy okazji; klawiatura bez problemu steruje podświetleniem ekranu zarówno w iOS, jak i macOS. Co więcej, ma ona przycisk, który wcześniej widziałem jedynie w Logitech Keys–To–Go, służący do robienia zrzutu ekranu. I również działa on w obu systemach. Dla kogoś, kto robi tyle zrzutów ekranu co ja jest to bardzo miły dodatek. Jedyne do czego bym się przyczepił, to umiejscowienie tego przycisku — znajduje się on bowiem tuż obok delete i tuż nad backspace. Niejednokrotnie więc już zdarzyło mi się usunąć coś, gdy chciałem zrobić zrzut ekranu.

Niestety, jest też sporo rzeczy, których w niej nie lubię. O jej wysokości wspomniałem już wcześniej, ale w tym miejscu chciałbym dodać, że choć podkładka pod nadgarstki znacząco pomaga, to jednak — jeśli miałbym wybór — wciąż wygodniej jest mi pisać na niższym Vortexie niż K2 z podkładką.

Jak dla mnie trochę za szybko się też ona usypia (po 10 minutach). Domyślam się, że ma to bezpośredni związek z faktem, że jest to klawiatura bezprzewodowa, a więc jest zasilana baterią, ale chciałbym mieć jakąś opcję wyboru czasu, po jakim K2 zaśnie. Bo choć obecnie bateria starcza mi na 2–3 tygodnie bez ładowania, to wolałbym ustawić jej usypianie na np. 25 minut i ładować ją raz w tygodniu, ustawiając sobie stosowne przypomnienie. Przy okazji; bateria ma pojemność 4000 mAh, czyli prawie 35% większą niż Magic Keyboard, ale jednak podświetlenie robi swoje — stąd wynika konieczność częstszego ładowania.

Jest też kilka pomniejszych rzeczy; o porcie USB–C z boku obudowy już wspominałem, ale obok niego są dwa przełączniki — jeden służy do wyboru systemu operacyjnego (ma dwie pozycje: „Win/Android” oraz „Mac/iOS”), a drugi przełącza między „Bluetooth”, połączeniem przewodowym i całkowitym wyłączeniem klawiatury. Tyle tylko, że opisy tych przełączników — przez to, że są wytłoczone w plastiku i niewypełnione żadnym lakierem — są niemal kompletnie niewidoczne:

Trzeba ustawić ją do źródła światła pod odpowiednim kątem, żeby je dojrzeć:

Dość drażni mnie też fakt, że kiedy piszę na iPadzie i przełączam się na Maka, to iPad w momencie przerwania połączenia z klawiaturą wyświetla mi klawiaturę emoji zamiast mojej domyślnej. Pewnie nie jest to wina samej klawiatury, ale jako, że bierze ona w tym udział, to trochę ją obwiniam tak czy inaczej. I jeśli robię to na wyrost, to jest też coś, za co na pewno jej się należy reprymenda — otóż czasem, zupełnie nieregularnie zdarza się, że po przełączeniu się z jednego urządzenia na drugie, na tym drugim właśnie automatycznie aktywuje się caps lock. Ponoć któraś aktualizacja firmware’u ma to naprawić, ale dotychczas nadal się z tym czasem borykam (niektórzy korzystają z aplikacji dla Maka, która informuje o włączonym Caps Locku). I jeśli chodzi o firmware, to niestety, jego aktualizacji można dokonać wyłącznie z poziomu systemu Windows (choć narzekania na to w grupie użytkowników klawiatur Keychrona są tak silne, że obiecali, że postarają się zrobić także aplikację dla macOS, ale od miesięcy nic się w tej materii nie zmieniło).

Jendak największą wadą K2 — z mojej perspektywy — są same klawisze. Początkowo napisałem tu, że chodzi o jakość ich wykonania, ale to nie tylko to. Nie do końca odpowiada mi ich profil — dla tych, którzy znają terminologię; Vortex ma klawisze DSA, a Keychron OEM.

Oznacza to, że nie tylko są one wyższe, ale mają znacznie ostrzejsze krawędzie. Przeszkadza mi to o tyle, że pisząc, nie unoszę palców zbyt wysoko, więc przesuwają się one po klawiszach. W Vortexie jest to dość przyjemne uczucie, podczas gdy w K2 — wręcz przeciwnie. Muszę się więc zmuszać do tego, że podnosić je wyżej, co czyni pisanie mniej komfortowym.

Do tego dochodzi też sama jakość plastiku — rozumiem, że nie powinienem wymagać od niej za dużo, skoro sama klawiatura jest tak tania, ale chyba wolałbym mieć opcję dopłacenia do czegoś lepszego. Zresztą, chyba nie tylko ja, bo w listopadzie twórcy zapowiedzieli, że pracują nad wymiennym zestawem klawiszy (znów dla znawców; tym razem będzie to double shot PBT, co pewnie będzie oznaczało, że będzie kosztował więcej niż sama klawiatura). I choć ufam, że będą wyraźnie lepsze, to jednak ani ich kolorystyka, ani użyty krój pisma, ani nawet pozycja znaków na klawiszu zupełnie mi nie odpowiadają:

Jeśli więc będę chciał coś z tym zrobić, pozostają mi poszukiwania zestawów na drop.com (wcześniej MassDrop) czy Amazonie (bo AliExpress do dziś się boję).

No i teraz pojawia się pytanie; czy będę chciał coś z tym zrobić? Czy zalety tej klawiatury przewyższają jej minusy?

Cóż, długo się zastanawiałem jak opisać Wam różnicę między wychwalanym przeze mnie Vortexem Race 3 a właśnie Keychronem K2 i doszedłem do wniosku, że skoro wielu z Was jest fotografujących, to spróbuję w ten sposób: wyobraźcie sobie obiektyw Voigtlandera 35/1.2. Metalowa konstrukcja, prawie 500 g wagi. Wymaga nie tylko przejściówki do większości aparatów, ale także umiejętności ręcznego ostrzenia, bo nie ma autofokusa. Za to przyjemność pracy z nim (odpowiedni opór z jakim kręci się pierścień ostrości) i jej rezultat są warte tych wszystkich niedogodności. A teraz wyobraźcie sobie o połowę tańszego Canona — EF 35/2.0 IS. Bardziej plastikowy, 335 g wagi, a jednak nie potrzebuje przejściówki i ma nie tylko autofokus, ale także stabilizację obrazu. Zdjęcia z niego są całkowicie poprawne, a czasem stabilizacja potrafi uratować ujęcie.

I właśnie tak postrzegam te dwie klawiatury — autofokus w Canonie często się przydaje, ale jeśli chcę zrobić konkretne ujęcie i zależy mi na odpowiednim „obrazku”, chwyciłbym Voigtlandera. I moje codzienne używanie obu tych klawiatur udowadnia powyższą tezę — jako że częściej używam iPada, to wychodzi na to, że moje użycie Keychrona jest większe niż Vortexa, zwłaszcza, że jeśli używam iPada przy biurku, często po prostu się przełączam między obydwoma urządzeniami, mimo że Vortex jest na stałe podpięty do Maka. Gdy jednak przychodzi czas na napisanie artykułu czy nawet długiego maila, bez zastanowienia podłączam Vortexa.

Czy więc mam jakąś konkretną konkluzję po tych kilku miesiącach? Chyba tylko taką, że Keychron K2 jest dla świetną drugą klawiaturą (choć uważam, że dla wielu może być doskonałą „główną” i jedyną klawiaturą); nie zastąpiła mi Vortexa i — w mojej opinii — nie jest jego bezprzewodowym odpowiednikiem.

Jeśli zatem w przyszłości okaże się, że skuszę się na mniejszego brata — Keychron K6, który ma pojawić się niebawem, a który — jak zapewnili twórcy na tym profesjonalnie wykonanym schemacie — ma być niższy niż K2:

lub zdecyduję się na wspomnianą w jednym z ostatnich „à propos piątku” klawiaturę Kemove, to bez żalu pożegnam się z K2. Nawet jeśli obecnie jest to najbardziej uniwersalna klawiatura mechaniczna do Maka czy iPada i ma najlepszy stosunek jakości do ceny.

I w kwestii tej ostatniej — jeśli ktoś z Was zdecyduje się na zamówienie jakiejkolwiek klawiatury marki Keychron i skorzysta z tego linku, otrzyma 10% rabatu (dla jasności; ja prawdopodobnie skorzystam na tym w ten sam sposób).

No i teraz — w końcu! — czas na wrażenia mojej współlokatorki:

Zaproszona w sumie w roli eksperta nie mogę oprzeć się pokusie i się nie wypowiedzieć. (Kto mnie zna ten wie, że choćbym się nie znała, zawsze chętnie się wypowiem.)
A ponieważ niesłychanie śmieszą mnie wpisy chłopaków z Make Life Harder skorzystam z ich podziału tematycznego. Nie będę jednak pisała zabawnie – temat jest nie tylko poważny, ale też spójrzmy prawdzie w oczy, wszyscy płacimy, żeby to czytać. (Ja jestem za dolara, a i tak, mówiąc szczerze, uważam, że trochę do tego dokładam.)

A zatem! Klawiatura (i tu nazwa).

Dla kogo?
Dla wszystkich, którzy w dobie rzeczy małych i cienkich wciąż darzą sentymentem poczciwe Atari czy inną Amigę i chcą mieć, po prostu, jebitną klawiaturę. Zadowoli ona także tych, którzy lubią iść pod prąd, brzydzą się konwenansami i kiedy żona mówi „co to jest za wkurwiający dźwięk?!” oni słyszą „o matko! Co za wspaniały dźwięk! Nie przestawaj!”

I w końcu, crème de la crème, dla tych, którym marzyła się praca w urzędzie gminy czy na poczcie.
Ta klawka pozwoli Wam nie tylko cofnąć się w czasie, ale także spełnić te marzenia.

Jakie benefity?
No przede wszystkim to niezrozumienie w oczach każdego normalnego człowieka. Wielki znak zapytania i uwagi w stylu „ale po co? Ale dlaczego?” względnie „co tu tak stuka cały czas?!”
Ty jednak wiesz swoje i czujesz, że niczym Norwid wyprzedzasz swoją epokę.

Jakie zagrożenia?
I tu muszę zacząć od anegdotki.
Od lat nie mamy telewizora. Kiedyś gdzieś wszyło to przy okazji rodzinnego obiadu. I wówczas jedna z babć spojrzała na nas z czułością w oczach mówiąc „oni się jeszcze dorobią!”
Tu może być podobnie. Ludzie zamiast widzieć splendor i wysublimowaną myśl techniczną mogą pomyśleć, że ot, jakoś udało Wam się uruchomić klawiaturkę od Atari.

Czy polecam?
Przyzwyczaiłam się już do pewnych dziwactw mojego Męża. Po 10 latach małżeństwa wiem, że czasem warto się uśmiechnąć i powiedzieć „a, niech Ci będzie. Miej coś z życia.”

Tu jednak inny czynnik jest decydujący. Ponieważ od 9 miesięcy nie przespałam w pełni ani jednej nocy, to zasypiam kiedy tylko uda mi się dojść do łóżka. Gdyby nie to, tej klawiatury nie byłoby w naszym domu.

/Uprzedzając pytania, tak, pisałam to w Wordzie :)

Worda nie skomentuję, bo tę walkę przegrałem już dawno. Za to — na szczęście — mam tu kogoś, kto polubił tę klawiaturę:

ElevationShelf i The Anchor

(oryginalnie opublikowano: 2019.11.12)

Ostatnio na naszym forum (ale fajnie jest napisać coś takiego!) napisałem o zamówieniu z ElevationLab. Chcąc ułatwić sobie utrzymanie porządku na biurku, zamówiłem półkę ElevationShelf.

Na dobrą sprawę jest to po prostu kawałek plastiku podwieszany lub przyklejany pod blatem biurka, choć jest to plastik dobrej jakości i ma sprytny otwór w jednej ze ścianek na przewody.

Posiada 4 spore kawałki taśmy 3M VHB (która na stronie jest opisana jako premium, wiadomo, choć to ponoć ta sama, której GoPro używa do swoich mocowań, jeśli komuś to coś mówi) oraz mały kawałek chusteczki nasączonej alkoholem izopropylowym do odtłuszczenia powierzchni, ale gdyby ktoś posiadał nielaminowany blat, może tę półkę do niego wkręcić — producent dodał do zestawu nie tylko wkręty, ale nawet małe wiertło, żeby ów blat wcześniej nawiercić (półeczka zwiększa wtedy swój udźwig z 0,9 kg do 18 kg):

Nie będę udawał, że na powyższym zdjęciu nie było także uchwytu na słuchawki — tak, zamówiłem go również (drugi dla kolegi). To jest ta mniejsza i starsza wersja (w ofercie mają też Anchor Pro, który na moje potrzeby był zwyczajnie za duży), a na zakup zdecydowałem się tylko dlatego, że moje poszukiwania stojaka na słuchawki zakończyły się fiaskiem — niewiele ze znalezionych spełniało moje wymogi, a te nieliczne, którym się to udawało, zwyczajnie mi się nie podobały.

Wracając do półeczki; w zestawie znajduje się także uchwyt na przewody dociągnięte do wspomnianego otworu (więcej o nim za moment), ale i to nie wszystko. Producent dodał także 3 naklejki, które mają sprawdzić czy powierzchnia, do której zamierzamy przykleić taśmę z półeczki na pewno się do tego nadaje:

Sama półeczka jest dość pojemna — dwa Totebooki, Hobonichi i pióro zmieściły się tam bez problemu:

Tylko, że akurat nie mam nic przeciwko, żeby te przedmioty były na moim biurku, więc ich użyłem tylko do sprawdzenia.

W zamyśle bowiem chciałem pozbyć się telefonu i czytnika kart z zasięgu wzroku, a jednocześnie wciąż mieć je pod ręką, gdy przychodzi potrzeba ich użycia. Tak wygląda ten zestaw przed zamontowaniem półeczki:

A tak są przeciągnięte do niej przewody:

Najpierw zamontowałem uchwyt do słuchawek (dość się ubawiłem otwierając samo pudełeczko z nim, ale o tym na końcu) — w nim też była taka sama chusteczka do odłuszczenia powierzchni i ta sama taśma.

Po przymocowaniu zdałem sobie sprawę z tego dlaczego silikon — z którego jest on wykonany — jest tak dobrym materiałem na przyklejany uchwyt. Otóż silikon jest delikatnie elastyczny — można wyginać każdą z „kończyn” i to w nawet większym zakresie niż podejrzewałem. To oznacza, że siły związane z każdorazowym zahaczaniem tam słuchawek czy przypadkowymi szturchnięciami nie oddziaływują w żaden sposób na taśmę, minimalizując ryzyko jej odklejenia po czasie. Sprytnie, ElevationLab.

Ale żeby nie było; ja też okazałem się sprytny. Zamontowałem uchwyt w taki sposób, że jedna z jego części wystaje poza obrys biurka:

Dzięki temu jest mi łatwiej odkładać tam słuchawki, nie szukając wzrokiem samego uchwytu i nie musząc się po to schylać. Bardzo jestem dumny z tego pomysłu, serio :)

Następnie przyszła kolej na ElevationShelf:

A tak wygląda z moim bałaganem przewodów w tle (żeby jednak było bardziej #reallife):

Uchwyt do przytrzymania przewodów pod blatem również zamontowałem:

I tak, mnie ten czarny przewód USB do czytnika również kłuje w oczy. Na tyle, że niedługo później przeszukałem allegro w poszukiwaniu białego przewodu USB 3.0 o długości 1,8 m. Znalazłem jedną ofertę. Kliknąłem, zamówiłem, dwa dni później był u mnie. Szary.
Opisany na opakowaniu jako beżowy.
¯\_(ツ)_/¯

A tak wygląda komplet, gdy oczyszcza mi wizualnie płaską część mojego blatu:

Ogólnie jestem bardzo zadowolony z zakupu. Półeczka robi dokładnie to co powinna, a brak czytnika i telefonu przyjemnie oczyścił mi biurko. Może gdybym miał możliwość zamocowania półeczki ponownie, umieściłbym ją kilkanaście milimetrów głębiej. Za to — zupełnie niespodziewanie — jestem absolutnie zachwycony uchwytem na słuchawki. Porównując teraz ze stojakami, które rozważałem, wiem, że żałowałbym bardzo, gdybym kupił którykolwiek z nich.

Obiecałem też, że wspomnę dlaczego rozbawiło mnie otwarcie opakowania z „The Anchor” — wewnątrz była wizytówka z …kodem rabatowym na półkę ElevationShelf. Myślicie, że to będzie nieuczciwe wobec ElevationLab, jeśli napiszę Wam, że podając kod SHELFSPACE zyskacie 25–procentowy rabat przy zakupie…?

Synology MR2200ac

W ubiegłorocznych cudawiankach napisałem:

u mnie Airporty wciąż spełniają swoje zadanie, więc za niczym się nawet nie rozglądam.

Niedługo potem przestało to być jednak aktualne, przynajmniej w kontekście głównego routera u mnie, jakim był Airport Extreme. Nie dlatego, że coś złego stało się z samym Airportem albo, że brak jego wsparcia ze strony Apple stał się jakąś przeszkodą. Bardziej chodziło o to, że zmiany jakich dokonaliśmy w mieszkaniu (moja stara pracownia, w której było jedyne gniazdko sieciow, stała się pokojem synka) oraz rosnąca ilość urządzeń HomeKitowych sprawiła, że pojawiły się pierwsze problemy z działaniem sieci bezprzewodowej, najczęściej spowodowane tym, że dane urządzenia były na granicy jej zasięgu. To, rzecz jasna, budziło niekiedy frustrację, więc żeby wyeliminować ją z codzienności, zacząłem się rozglądać za czymś …nowszym. Będąc zadowolonym użytkownikiem NASa Synology (więcej o tym za chwilę), uznałem, że za pomocą ich urządzeń stworzę u siebie sieć mesh, bazując na dwóch routerach MR2200ac. Pech chciał, że w momencie zamówienia, sklep, w którym je składałem miał dostępną tylko jedną sztukę.

Postanowiłem zamówić mimo wszystko, żeby sprawdzić jak to działa nawet w pojedynkę. I mimo że chwilę temu napisałem „pech chciał”, to tak naprawdę złożyło się bardzo szczęśliwie. Po chwili konfiguracji okazało się bowiem, że zniknęły niemal wszystkie problemy — ten zgrabny router pokrył swoim zasięgiem oba piętra naszego mieszkania (zostawiając tylko jedno miejsce jako „gorszy spot”) i od ponad roku pracuje zupełnie bezawaryjnie.

Dodatkowo, całość konfiguracji odbywa się w podobnym do DSM środowisku, więc osoby wymagające więcej od swojego routera z powodzeniem mogą tu poszaleć.

Fajnie jest też mieć urządzenie, pozwalające na zbieranie informacji o ruchu sieciowym:

oraz pozwalające na ustawienie kontroli rodzicielskiej (z mnóstwem opcji) czy profili użytkowników z róźnymi harmonogramami (teraz jeszcze nie, ale pewnie za jakiś czas mi się to przyda).

I choć nadal uważam, że Airport Extreme to najładniejszy router w historii, to jednak smukła obudowa tego też ma swój urok.

Niestety, jako urządzenie stworzone do działania w grupie, ma jedną wadę:

Ma tylko jeden port LAN. W domu mi to nie przeszkadza, ale w biurze mam więcej urządzeń podpiętych przewodowo, więc mimo że był moim pierwszym wyborem, to jednak zmuszony byłem nabyć inne urządzenie; już nie Synology, bo ich drugi model — RT2600ac — to ogromna przesada (overkill) jak na moje potrzeby.

Synology DS1819+

O roli NASa u siebie pisałem ponad 4 lata temu (w „cudawiankach 2015”), opisując same początki tej przygody. W międzyczasie rosła jego przestrzeń (poprzez wymienianie dysków na większe) i rósł jego zakres obowiązków w moim workflow. Nie malało także moje zapotrzebowanie na przestrzeń dyskową — jak widać na poniższym wykresie, bez względu na to, jaką ilością miejsca dysponowałem, zawsze miałem je prawie w całości wykorzystane:

Bierze się to oczywiście z systemu kopii zapasowych, jaki u siebie przyjąłem, ale mimo wszystko, zawsze wolałem mieć pewien margines. Wiedziałem więc, że prędzej czy później będę potrzebował większego urządzenia. Zacząłem bowiem zbliżać się do granic możliwości modelu DS414, który już w momencie zakupu był przecież jednym z najbardziej podstawowych modeli. Bardzo wolny procesor (2–rdzeniowy Marvell Armada o częstotliwości taktowania 1,33 GHz), trochę za mało pamięci RAM i ograniczenie czterema dyskami spowodowały, że zacząłem szukać następcy. Zacząłem od popularnego i stosunkowo niedrogiego modelu DS918+, który wprawdzie też mieścił tylko 4 dyski, ale mógł być rozbudowany o np. 5–dyskową obudowę rozszerzającą, a do tego miał 4–rdzeniowy procesor z układem wspomagającym transkodowanie materiałów wideo H.264/H.265 oraz dwa sloty na dyski NVMe, działające jako pamięć podręczna.

Potem miałem okazję przetestować 6–dyskowego DS1618+, który wyposażony był w nowszy, odrobinę szybszy procesor (4–rdzeniowy Intel Atom o częstotliwości taktowania 2,1 GHz) choć bez wspomagania transkodowania wideo.

Ten drugi był dla mnie ciekawszą opcją, bo po przełożeniu dysków ze swojego DS414, mógłbym dołożyć kolejny (lub kolejne dwa), bez konieczności inwestycji w obudowę rozszerzającą.

Zanim jednak zdecydowałem się na jego zakup, na rynku pojawił się model DS1819+, który wprawdzie miał „na pokładzie” ten sam procesor, ale jednak zatok dyskowych jest w nim aż osiem.

Pomyślałem więc, że skoro tak bardzo zachowawczo podszedłem do „eksperymentu z NASem” (który okazał się być ogromnym sukcesem) te kilka lat temu, to tym razem powinienem być już mądrzejszy i myśleć bardziej przyszłościowo.

Wybór padł więc na tego ostatniego i od prawie roku jestem bardzo szczęśliwym jego użytkownikiem.

Bo choć wciąż w dużej mierze NAS jest u mnie miejscem przechowywania kopii zapasowych, archiwum (dostępnym z każdego urządzenia i każdego miejsca z dostępem do internetu) oraz serwerem multimediów, to wreszcie czuję, że nie jestem ograniczony sprzętowo, że mam pewną rezerwę (dwie zatoki wciąż wolne, 4 GB RAMu zamiast 1 GB, możliwość instalacji karty ze slotem NVMe lub karty sieciowej 10 GbE) i na kolejnych kilka lat mam spokój.

Sama migracja — jak zawsze w przypadku Synology — przebiegła bezproblemowo i po kilku chwilach miałem dokładnie to samo, co miałem na starym NASie, tylko szybciej. Znacznie szybciej. Jako że większość z Was obraca się w „świecie Apple”, pozwólcie, że porównam to tak; przejście z DS414 na DS1819+ jest jak zmiana 11–calowego MacBooka Air (pamiętacie, że taki istniał?) na Maka Pro z 30–calowym Cinema Display. Niby system ten sam, ale jednak pracuje się zupełnie inaczej.

Z czasem więc dodawałem mu zadań. Stał się serwerem WordPressa, na którym mam kopię swoich stron i mogę testować zmiany na żywym organiźmie bez obawy, że coś zepsuję (tam jest też archiwalna instalacja Fabryki Pikseli ze wszystkimi artykułami sprzed lat). Zacząłem wykorzystywać wbudowaną aplikację Download Station do pobierania dużych zasobów, które na moim kuriozalnie wolnym łączu ściągały się godzinami — mogłem więc wyłączać prądożernego Maka Pro na noc, a NAS w tym czasie robił co trzeba. Zrobiłem z niego także „kopię swojego katalogu Lightroom”, wysyłając wszystkie obrobione i opisane słowami kluczowymi zdjęcia do folderu aplikacji Moments, która w niektórych aspektach jest wygodniejsza i bardziej funkcjonalna niż Photos z iOS (pozwalając chociażby na edycję słów kluczowych nawet z poziomu iOS właśnie).

Zwiększając jego wykorzystanie potrzebowałem na nim — rzecz jasna — więcej przestrzeni.

I za każdym razem dodając do niego nowy dysk, cieszyłem się z tej możliwości tak samo bardzo jak na początku. Tj. do dziś zadziwia i zachwyca mnie to, że tę przestrzeń można sobie ot tak powiększać, dodając lub wymieniając jeden z istniejących dysków na większe. I owszem, nadal wykorzystuję niemal całą dostępną mi powierzchnię, mimo że cały czas ona rośnie, ale z drugiej strony; przecież po to ona jest, czyż nie?

A stary NAS? Cóż, nie pozbyłem się go, co okazało się być bardzo dobrym ruchem. Otóż, odkąd wynająłem biuro, DS1819+ trafił właśnie tam (wiadomo), a DS414 z trzema mniejszymi dyskami, został w domu.

Obecnie są one połączone w taki sposób, że biurowy NAS robi kopię wybranych folderów na domowym NASie, co eliminuje mi konieczność comiesięcznego opłacania jakiejś chmury, żeby trzymać te pliki off–site i jest wymarzonym rozwiązaniem dla kogoś, kto stara się dbać o bezpieczeństwo swoich danych tak bardzo jak to możliwe.

Fellow Stagg EKG

(oryginalnie opublikowano: 2019.06.25)

Gdy ponad półtora roku temu opisywałem tu swój czajnik Hario Buono, wspominałem o braku możliwości monitorowania temperatury (bez specjalnej pokrywki), do czego przywykłem w swoim „zwykłym” czajniku elektrycznym z jej regulacją. Sprezentowany niedługo później Fellow Stagg, w bardzo stylowy sposób rozwiązał ten problem. Mimo to, minimalista we mnie cały czas rozważał zamianę obu czajników na jeden — Fellow Stagg EKG, czyli elektryczną wersję tego czarnego, matowego i minimalistycznego w formie czajnika. Nie był on jednak dostępny w Europie, więc to w dość brutalny sposób kończyło wszelkie rozważania.

Ten stan nie jest już jednak aktualny — przed miesiącem model ten pojawił się w sprzedaży w kilku krajach Europy, w tym w Polsce. I tak, zamówiłem swój pierwszego dnia, właśnie z myślą zastąpienia swoich dwóch jednym.

Czy zatem Fellow Stagg EKG jest w stanie sprawdzić się w takiej roli? Cóż, od początku było wiadomo, że łatwo nie będzie. Mój Zelmer (CK1004) może zagotować jednorazowo 1,7l wody, a jego regulacja temperatury zaczyna się od 40°C (co przydaje się przy małym dziecku w domu) — w tych materiach EKG jest krokiem w tył. Jego rzeczywista pojemność to 900 ml, a najniższa temperatura do jakiej można zagrzać wodę bez konieczności sprawdzania aktualnej to 57°C (135°F) — tak przynajmniej podawała specyfikacja. Mimo wszystko, podjąłem ryzyko, cały czas mając przed oczami brwi żony uniesione ze zdziwienia i niedowierzania.

Przesyłka dotarła, otworzyłem, wyciągnąłem i …ponownie się zachwyciłem. To z pewnością najlepiej wyglądający czajnik jaki znam. Czarne, matowe wykończenie, które w bardzo elegancki sposób odbija światło nadal robi wrażenie, a przecież przez ostatnie kilkanaście miesięcy używałem czegoś niemal identycznego.

Słowo „niemal” w powyższym zdaniu znalazło się nieprzypadkowo — byłem przekonany, że jest to ten sam produkt, tyle że w wersji elektrycznej. Otóż nie. Dość znacząco różnią się wielkością, a przez to i kształtem, i długością wylewki, i wagą, i miejscem środka ciężkości.

Tym samym, mimo że „analogową” wersję miałem wyczutą na tyle, że mógłbym parzyć pewnie z zamkniętymi oczami, to z tym potrzebowałem kilkunastu dni, żeby osiągnąć ten sam stopień precyzji. Nie jest to, oczywiście, żadna jego wada — to po prostu wizualnie bliźniacze konstrukcje, które jednak nie są identyczne.

Wadą za to może być brak analogowego wskaźnika temperatury w pokrywce — prawdopodobnie nie miałby tu sensu, biorąc pod uwagę, że przecież w podstawie jest wyświetlacz podający aktualną temperaturę z nawet większą dokładnością. A jednak to właśnie ten wskaźnik sprawiał, że Stagg miał tak dużo uroku. Z czasem przywykłem jednak do tego braku, więc była to pewnie wyłącznie kwestia pierwszego wrażenia.

To, co jednak wadą jest bezdyskusyjnie to jakość wykonania podstawy. Sama w sobie jest bardzo przemyślaną konstrukcją — jedna gałka (będąca także przyciskiem) i dwa przełączniki ukryte na tylnej ściance służą do wszystkiego, co czajnik ma do zaoferowania; regulacji temperatury, wyboru jednostki (°C/°F), włączenia/wyłączenia podtrzymania temperatury (do godziny) oraz uruchomienia wbudowanego timera. Jednak samo jej wykonanie budzi moje spore zastrzeżenia. Przełączniki z tyłu sprawiają wrażenie, jakby kosztowały $0.02 każdy (i wierzcie mi, nie zdziwiłbym się, gdy okazło się, że nie przesadzam) — nie ma wyczuwalnego, przyjemnego kliku. Zamiast tego, bardzo łatwo jest zmienić ich pozycję (nawet wycierając blat za czajnikiem zdarzyło mi się zmienić °C na °F, bo pewnie otarłem przełącznik ściereczką), a dodatkowo nigdy nie mam pewności czy na pewno „zaskoczył”.

Co więcej, same otwory na te przełączniki wykonane są bardzo niestarannie — ze swoich wyciągałem jeszcze „opiłki” plastiku. Mógłbym też pewnie przyczepić się do równie niestarannego „nadrukowania” napisów wewnątrz tych przełączników, ale może właśnie miało być konsekwentnie.
(Tak, to był żart).

Gałka regulacji temperatury, która jest też włącznikiem, ma z kolei tendencję do nieodskakiwania w efekcie czego, gdy chcę wyłączyć czajnik …włącza się timer. Wyczułem już, którą jej część powinienem naciskać, żeby to się nie wydarzało, ale mam graniczące z pewnością podejrzenie, że nie tak to powinno działać. Biorę pod uwagę, że może to być po prostu wada mojego egzemplarza i powinienem go wymienić w ramach gwarancji, ale poczekam jeszcze na opinie innych użytkowników, żeby potwierdzić czy to odosobniony przypadek.

Sam plastik, z którego wykonana jest podstawa, również nie robi dobrego wrażenia. Bardzo ciężko jest to pokazać na fotografii, ale nie jest on idealnie gładki — gdzieniegdzie widać na nim „plamy”, które kojarzą mi się z raczej z tanim plastikiem, a nie produktem klasy premium. Przyczepiłbym się tego, nawet gdyby Stagg EKG kosztował 200 czy 300 zł, a przypomniam — mówimy tu o czajniku za 699 zł.

Z plastikiem rączki czy uchwytu w pokrywie też nie jest tak dobrze, jak by się chciało, ale jednak jest dużo lepiej niż w przypadku podstawy. Sam nie wiem czy można to uznać za plus.

No i w końcu dochodzimy do wyświetlacza w podstawie. Gdy włączyłem go pierwszy raz momentalnie przypomniał mi ekran z Motoroli V70 (choć właśnie zdałem sobie sprawę, że to porównanie dla raczej starszych czytelników, bo to telefon sprzed 17 lat…), który pamiętam bardzo dobrze, bo rozważałem go, gdy szukałem zamiennika swojej ulubionej wówczas Nokii 8850 (zdecydowałem się wtedy na model 8910, ale to inna historia) — to samo ciemne tło, niebieskawe podświetlenie i szalenie mała rozdzielczość (tam była to 96×64 piksele — tu jeśli jest więcej, to niewiele. Na tyle, że oko przyzwyczajone do Retiny — jak określił kolega Kuba — krwawi). Do tego dochodzi ekstermalnie wąski kąt widzenia. Gdy patrzy się na niego niemal bezpośrednio z góry jest bardzo czytelny:

Jeśli jednak podstawa stoi tak jak u mnie, tj. na blacie pod ścianą, to nawet jeśli blat nie jest głęboki, to bez wychylenia się nad wyświetlacz, czyli np. podczas mielenia ziaren, wygląda on tak:

Ponownie; można do tego przywyknąć, a jednak wolałbym, żeby był on choć o klasę lepszy.

I na koniec narzekania; to, co jest zaletą przy parzeniu kawy, bywa uciążliwe w codziennym użytku „poza kawowym” — wylewka jest bowiem wolna. Pozwala to na bardzo precyzyjne zalanie ziaren, ale gdy do np. gotowania potrzebne jest 500 ml przegotowanej wody, to wylanie jej za pomocą wylewki bywa drażniąco długie (trwa to bowiem 26 sekund). I ponownie; to jest zaleta czajnika, a co najwyżej wada roli, w jaką go wpakowałem.

O zagotowaniu np. 2,5 litra wody na makaron nawet nie wspominam, bo choć jest to możliwe, to wymaga trzykrotnego zagotowania wody oraz opracowania specjalnego sposobu opróżniania czajnika (w razie czego służę pomocą; wystarczy przechylić go nad garnkiem nieco bokiem, w taki sposób, żeby jako pierwszy zaczął wydostawać się strumień przez wylewkę, a dopiero po chwili przez otwór spod pokrywki — to mniej więcej kąt 45° względem podstawy garnka. Działa, jest dość bezpieczne, choć wygląda kuriozalnie).

I może jeszcze jedna rzecz, która wpływa na codzienne używanie Stagga — podobnie jak wersja „analogowa”, nie ma on wskaźnika ilości wody wewnątrz. I choć podejrzewam, że jest w nim jakiś system uniemożliwiający włączenie go pustego (nie sprawdzałem), to jednak i tak każdorazowo przed włączeniem należy podnieść pokrywę i sprawdzić czy jest w nim wystarczająca ilość wody. Nie jest to może bardzo uciążliwe — ot, kolejny krok, w i–tak–całkiem–długim–procesie–parzenia–dobrej–kawy — ale zapytajcie moją żonę co o tym sądzi. Obchodzę to tak, że po każdym użyciu od razu napełniam go wodą, żeby przynajmniej ona (żona, nie woda) nie mogła za bardzo narzekać.

Jak widać, jest się do czego przyczepić. A mimo to, jestem ogromnie zadowolony z posiadania tego czajnika. I to z kilku względów.

Po pierwsze (i niekoniecznie najważniejsze); kuchnia wygląda lepiej. To wszak był główny powód wymiany. Nigdy nie kryłem, że wygląd ma dla mnie duże znaczenie, a jeśli jeszcze dodam, że mamy tu tzw. kuchnię otwartą, dzieloną z salonem, to pewnie nikogo nie będzie to dziwić. Zamiast dwóch urządzeń jest jedno, więc wizualnie jest czyściej (jeszcze nie „czysto”, bo na blacie poza czajnikiem wciąż stoi ekspres przelewowy, dzbanek z filtrem, młynek i ekspres ciśnieniowy, ale na pewno „czyściej”).

Po drugie; czas grzania jest krótszy. To było oczywiste od początku, a jednak nie sądziłem, że ucieszy to tak bardzo. Zagrzanie 700 ml wody (na Chemexa dla dwóch osób + wodą na przelanie filtra i ew. zagrzanie filiżanek) do 95°C trwa tu 3m02s, podczas gdy w Staggu na gazie jest to równe 10 minut (pewnie na płycie indukcyjnej byłoby szybciej, ale gaz u mnie był bardzo świadomą decyzją i nigdy bym się nie zamienił). Co to oznacza w praktyce? Że gdy zabieram się za parzenie kawy, włączam czajnik i zanim wybiorę i odmierzę ziarna, to już muszę się spieszyć z kręceniem gałki młynka, żeby być gotowym zanim woda będzie. Na szczeście wcale nie muszę, bo — i to jest właśnie po trzecie: parzenie jest wygodniejsze i bardziej powtarzalne. Bez względu bowiem na to czy podtrzymywanie temperatury jest włączone czy nie, do pierwszego zdjęcia czajnika z podstawy, będzie on trzymał ustaloną temperaturę (tj. wyłączy grzałkę chwilę wcześniej i włączy ją ponownie, gdy temperatura nieco opadnie). Gdy używałem Stagga na gazie i byłem już gotów ze zmielonymi ziarnami, woda najczęściej miała dopiero ok. 60°C, więc często wracałem do komputera czy zajmowałem się przez chwilę czym innym, po czym wracałem po zbyt–długiej–chwili, żeby zorientować się woda wrze i muszę ją ostudzić zanim zacznę parzyć. Tu ten problem znika. Odkładanie go na podstawę w trakcie parzenia ma również spory wpływ na powtarzalność samego procesu — podtrzymanie temperatury na gazie wymaga sporej precyzji, a i tak najczęściej nie odstawiałem go z powrotem na kuchenkę przez co różnica w temperaturze wody, która rozpoczynała preinfuzję od tej, która kończyła przelewanie, wynosiła niekiedy kilka stopni Celsjusza.

Rzecz jasna, dzięki plastikowemu dnu czajnika, wcale nie trzeba odkładać go na podstawę, co również bywa bardzo wygodne. Oraz trochę zgubne, bo przywykłem do tego komfortu na tyle szybko, że już w pierwszym tygodniu, podając szakszukę do niedzielnego śniadania, nieomal postawiłem gorącą patelnię bezpośrednio na stole.

Jest też czwarta korzyść; czajnik w żaden sposób nie daje znać, że woda osiągnęła żądaną temperaturę, co po latach życia z Zelmerem, który każdorazowo musiał trzykrotnie irytująco i głośno piknąć, jest ogromną ulgą.

Z wbudowanego timera nie korzystam, bo mam taki w wadze, ale domyślam się, że może się on okazać przydatny dla tych, którzy mają prostszą wagę i są zmuszeni odmierzać czas za pomocą jakiegoś zewnętrznego urządzenia (smartfonu, stopera czy nawet mikrofalówki).

Podsumowując; (uwaga, będzie długie zdanie) jeśli jesteś kawowym entuzjastą, częściej parzysz w małym V60/Gabi/Kalicie/Aeropressie niż w dużym Chemexie i dodatkowo lubisz otaczać się ładnymi przedmiotami, a jednocześnie masz świadomość, że żyjemy w czasach, w których nawet samochody kosztujące sześciocyfrowe kwoty wypełnione są tanim plastikiem oraz jesteś w stanie pogodzić się z wydatkiem niemal 700 złotych na — bądź co bądź — tylko czajnik, jednocześnie przymykając nieco oko na niedociągniącia w kwestii jakości wykonania podstawy, to z pewnością jest to produkt dla Ciebie. Bo choć znajdziesz produkty o podobnej funkcjonalności, to w zakresie wizualnej prezencji Stagg EKG nie ma bowiem żadnej alternatywy na rynku czajników elektrycznych.

A jeśli chciał(a)byś, żeby to był jedyny czajnik w domu, cóż, przemyśl sprawę. Bo choć u nas okres testowy wciąż trwa, to nie zdziwię się, jeśli nasz poczciwy, kilkuletni Zelmer wróci na kuchenny blat z tą całą swoją pikającą postawą. Na dowód udostępniam to, co moja żona ma do powiedzenia o Fellow Stagg EKG:

Jeśli chcecie mieć elektryczną wersję czajnika (tu nazwa), kupcie sobie. W myśl zasady, że raz się żyje, a cena podzielona przez ilość użyć sprawia, że jest on w sumie za grosze. (Naczelna zasada mojego życia.)

Ale nie idźcie tą drogą chcąc „zastąpić dwa urządzenia jednym” jak powiedział sam M.
Jedno urządzenie nigdy nie zastąpi dwóch i sam Mistrz wiedział o tym, kiedy kupowaluśmy suszarkę, a nie pralkosuszarkę, ale jakoś zapomniał kupując czajnik.

Ktoś wtedy — zaręczam, że w każdym domu będzie taki ktoś — poparzy się niezliczoną ilość razy (bo nikt normalny nie ma czasu, by obserwować strumień wody i delektować się upływającymi minutami mając w perspektywie zmianę pieluchy już płaczącemu dziecku). Ktoś będzie się wkurzał na to pokrętło, którym trzeba kręcić chcąc nagrzać wodę do 40 stopni (znów zmiana pieluchy). Ktoś pomyśli, że znów padł ofiarą systemu i nie może mieć, jak reszta ludzkości, normalnego czajnika.

I w ogóle, jeśli jeszcze możecie, wycofajcie się z tej kawowej drogi. W przeciwnym razie u znajomych już zawsze będziecie pić tylko herbatę, a jeśli, jak ja, zwyczajnie nie umiecie w te kawy i ekspresy, będziecie zdani na łaskę i niełaskę kogoś kto potrafi. (U mnie opcja „na łaskę”, ale kto wie co przyniesie życie.)

Żeby nie było, ten czajnik nie wydaje dźwięków i jest to plus.

:)

Dyson V11 Absolute

Odkurzacz w cudawiankach? Serio? Ano serio. Tak jakoś wyszło, że podczas obu spotkań z Patronami (i w Poznaniu, i w Warszawie) pojawiał się temat odkurzaczy. A że w międzyczasie i u mnie pojawiło nowe urządzenie z tej kategorii, uznałem, że może warto o nim wspomnieć, zwłaszcza, że — wbrew obecnym trendom — nie jest to żaden odkurzacz automatyczny czy robot sprzątający.

Myślę, że muszę zacząć od tego, że nigdy nie miałem w domu „dobrego odkurzacza” (cokolwiek to znaczy). Zawsze były to raczej zwykłe urządzenia. Jakiś Zelmer, Philips i tym podobne. Wystarczyła jednak chwila z Dysonem (jeszcze nie swoim), żebym zrozumiał, że czas i wysiłek poświęcany na odkurzanie może przynosić zupełnie inny rezultat.

Chciałem tu opisać to szerzej, ale ubiegła mnie własna Żona, która — co pewnie będzie dla Was zaskoczeniem — potrafi pisać także niekrytycznie. Zresztą, zobaczcie sami:

Najczęściej mam bose stopy, a do tego pełzające dziecko. I choć z każdym kolejnym (dzieckiem) moje standardy znacznie się obniżają, uczciwie muszę przyznać, że mamy w domu czysto.
Nie jest więc tak, że po odkurzeniu wszyscy czujemy jakąś spektakularną różnicę i orientujemy się, że jednak mamy znacznie jaśniejsze panele.

Mieliśmy do tej pory zwykły odkurzacz. Taki, który, jak nazwa wskazuje, odkurzał. I, jasne, miał on swoje minusy. Jakoś tak bardziej wymierzone we mnie, bo zawsze kiedy ja odkurzałam trzeba było już wyczyścić filtr i opróżnić zbiornik, ale nie było na co narzekać.

Do czasu.

I tu wkraczają moi Rodzice.
Ludzie w średnim wieku (zakładając, że ja sama w takim nie jestem, bo wtedy oni musieliby być starsi, a ja przed czterdziestką, a przecież ani jedno, ani drugie nie jest prawdą), wielbiciele nowinek technologicznych i gadżetów wszelakich.
Osoby, które kupując Dysona mieli już, na przysłowiowym stanie, domowego Kärchera, odkurzacz wodny i mały odkurzaczyk do kominka, a jednak uznali, że nowy model jest im niezbędny, by przetrwać. Gdyby nie oni pewnie w ogóle bym nie wiedziała, że takie odkurzacze istnieją

(Bo jak ja taki pokazałem kilka miesięcy wcześniej, to uznała, że zwyczajnie się jej nie podoba, więc nie ma o czym mówić — przyp. red.)

Jakoś tak się złożyło, że moja Mama przywiozła mi przed Świętami ten ich najnowszy zakup „żebym sobie wypróbowała”.

Odkurzyłam więc fotele, listwy przypodłogowe i, choć nie musiałam podłączać odkurzacza do prądu, daleko było mi do zachwytu. Dodatkowo, jeśli mam być szczera, bolał mnie kciuk od przycisku, który trzeba wciskać, by odkurzacz działał. Mógłby on też mieć dłuższą rurę.
I wtedy zaczęłam odkurzać nasz dywan.

Dywan, który odkurzam często (z racji bawiących się na nim dzieci) i bardzo dokładnie (ten sam powód, co poprzednio). Dywan, który jest w salonie, więc jest użytkowany intensywnie.

Mogłabym pokazać zdjęcie (zrobiłam dla Rodziców), ale byłoby mi zbyt wstyd.
Miałam wrażenie, że nie był on odkurzany od wieków!
Odkurzyłam go więc trzy razy, za każdym razem wyrzucając ogrom budu. Skończyłam tylko dlatego, że wyczerpała się bateria. (Opcja boost mocno się do tego przyczyniła.)

Odkurzacz odwiozłam, ale już inaczej spoglądałam w stronę CZYSTEGO (ale wiecie, tak naprawdę) dywanu, po którym przyjemnie było chodzić boso.

Dodatkowo, w domu przez kilka dni unosił się zapach czystości.
To jedno z moich ulubionych uczuć, kiedy wchodzi się do czystego domu i mówi (głośno, albo w myślach) ooo, zapach czystości.

To, co wydaje mi się najważniejsze, to fakt, że, jak się okazało, ja odkurzałam ten dywan (poświęcając na to czas i energię), kiedy tak naprawdę go nie odkurzałam.

Dlatego jeśli możecie sobie na to pozwolić, albo, jak moi Rodzice, jesteście fanami sprzedaży ratalnej, kupcie ten odkurzacz. A będziecie mieć czysto. Naprawdę.

I tym kończę tegoroczne wydanie cudawianków. Do zobaczenia za rok.

Lub w przyszłym tygodniu na Patreonie; co kto woli ¯\_(ツ)_/¯