Fujifilm — seria X100

Fujifilm — seria X100

Prawdopodobnie większość z Was wie czego się spodziewać po artykule u mnie, ale tych, którzy być może nie wiedzą, czuję się w obowiązku uprzedzić, że to nie będzie recenzja sensu stricte. Nie fotografowałem ściany, żeby sprawdzać winietę, nie porównywałem szumu na zdjęciach zrobionych przy różnej czułości oraz nie przybliżałem zdjęć 1:1, żeby sprawdzać ostrość w rogach kadru. Nie. Ja po prostu przez ponad 4 lata używałem tego aparatu i poniżej spisałem swoje wnioski i wrażenia płynące z tego właśnie używania. A dodatkowo, zdjęcia w artykule nie są jotpegami prosto z aparatu, a zostały obrobione w sposób w jaki lubię. Nie każdemu to będzie odpowiadało, ale wolę pokazać raczej co można z niego uzyskać, aniżeli co wychodzi bezpośrednio z aparatu.

A dlaczego w ogóle piszę taki tekst? Po pierwsze dlatego, że obiecałem to co najmniej kilku osobom (niektóre z nich nie mogąc się go doczekać kupiły ten aparat już wcześniej, a niektóre z nich już go nawet sprzedały). Po drugie dlatego, że w obliczu premiery piątego modelu z tej serii chciałem mieć miejsce w sieci, do którego w przyszłości mógłbym odsyłać. Wreszcie po trzecie dlatego, że przejrzawszy kilka recenzji (często pisanych przez osoby nieużywające takiego aparatu na co dzień, a pozwalających sobie wyrazić opinię po ledwie kilku dniach obcowania z nim) uznałem, że brakuje w sieci takiego tekstu.

Mój czas spędzony z tym aparatem oraz czas spędzony na przygotowaniu do tego artykułu sprawiły, że jest to długi tekst. Nawet jak na mnie. Zarezerwuj sobie więc trochę czasu, przygotuj kawę, wino czy cokolwiek innego, co uznasz za stosowne, a ja zapraszam. Choć uprzedzam; jeśli dla Ciebie wygląd aparatu, to jakie wzbudza on w Tobie uczucia i emocjonalne przywiązanie do niego nie ma znaczenia — nie czytaj dalej. Będziesz tylko przewracał oczami.

W poniższym tekście, wśród przykładowych zdjęć, zdecydowałem się także na publikację tych, na których widoczne są moje dzieci, mimo że nigdy wcześniej tego nie robiłem. Uznałem, że ten tekst bez nich byłby niekompletny. Zachowajcie je więc, proszę, dla siebie. Nie wiem wprawdzie co innego mielibyście z nimi zrobić, ale wolę poprosić niż potem żałować, że tego nie zrobiłem.

I ostatnia rzecz w tym wstępie do wstępu; w żaden sposób nie jestem związany z marką Fujifilm, a opisywany aparat kupiłem z własnych środków (no dobra, tak właściwie ze środków Żony gdybyśmy mieli rozdzielność majątkową, ale to inna historia). Gdyby jednak ktoś stamtąd chciałby udostępnić mi model X100V zanim ów pojawi się w sprzedaży, chętnie się zwiążę z Fujifilm i wykreślę powyższe zdania.

Wstęp

Część z Was wie, że uwielbiam ten aparat. Widzicie ile zdjęć nim robię, jak często zabieram go ze sobą, jak dużą część zdjęć z dziennika stanowią właśnie fotografie z X100. Ale jak wszystkim innym opisać tę moją miłość do tego uroczego aparatu? Od czego zacząć…?

Jak zawsze uznaję, że najlepszym sposobem będzie odrobina historii. Pomysł na ten aparat podobał mi się od samego początku. Pewnie tylko nieliczni czytelnicy tej strony pamiętają mój pełen ekscytacji wpis z 20. września 2010 roku — z prespektywy czasu bardzo celnie zatytułowany —  „Wreszcie coś zaczyna się dziać!”, więc pozwolę sobie przypomnieć jego fragment:

No i jak on wygląda! Jak dla mnie jest nie tylko pięknym powrotem do klasyki – dalmierzy z końca lat 60-tych i początku 70-tych – ale także definicją niepozorności. Wreszcie – na powrót – będzie można fotografować na ulicy, pozostając niezauważonym. I co najważniejsze. X100 nie tylko wygląda, jakby pochodził z tej pięknej epoki, ale i – w przeciwieństwie do np. Olympusa E-P1 – w taki sposób jest obsługiwany; pierścień przysłony na obiektywie, metalowe pokrętła, którymi można ustawić parametry ekspozycji nawet wyłączonego aparatu to piękny powrót, którym zachwyci się każdy przyzwyczajony do aparatów analogowych.

Czy można chcieć czegoś więcej?

oraz:

Podobny zachwyt wzbudza obiektyw. W moim przypadku 5D + 35/2.0 to zestaw, który mam zawsze przy sobie (czasem zdarza mi się zapomnieć karty do niego, ale aparat mam zawsze :). Cropowa 23-tka, która da ten sam kąt widzenia, nie zapewni takiej samej plastyki, ale nie będzie wymagać ciągłego noszenia niemałej torby.

A było to w czasach, w których pytany przez amatorów czy pasjonatów fotografii „jaką lustrzankę powinienem kupić”, odpowiadałem „żadną”, choć ze znalezieniem alternatywy był niemały problem.

Z czasem było jednak coraz łatwiej; niemal wszystkie pojawiające się na rynku aparaty były „wystarczająco dobre” — od lat powtarzam to przecież do znudzenia. W ostatnim czasie poszło to jednak o krok dalej — niemal wszystkie współczesne aparaty starają się być wystarczająco dobre we wszystkim i mają służyć o wszystkiego. A ja uważam, że to niedobrze. Dlatego seria X100 — ze wszystkimi swoimi ograniczeniami — tak bardzo mnie urzeka.

Uważam bowiem, że wybierając aparat dla siebie — spośród dziesiątek opcji na rynku — to właśnie dopasowanie go do własnego stylu (fotografowania, ale nie tylko) ma kluczowe znaczenie. I choć X100 jest aparatem niszowym, to jednak nosi ten tytuł z dumą. Więcej o tym później, bo odbiegam od tematu.

Jakiś czas po pojawieniu się tego aparatu w sprzedaży, od jednego z czytelników (Andrzeju, jeśli to czytasz, po raz kolejny ogromnie dziękuję!) otrzymałem go do testu. Używałem go przez kilka tygodni i zabrałem go nawet na kilka dni do Oslo.

Początkowo się nim zachwyciłem, zrobiłem nim kilka zdjęć, które lubię do dziś, ale jednak ogólnie pierwszy kontakt z X100 muszę nazwać rozczarowaniem. Srogim. Dziś wszyscy przyznają, że Fujifilm X100 w wersji z pierwszym firmware’em był praktycznie beta–testem. Albo nawet alpha—testem. W wielu aspektach był to po prostu aparat słaby; autofocus, bufor, menu, brak możliwości dostosowania przycisków do swoich potrzeb, długie zapisywanie plików RAW, długie przełączanie się między wizjerem optycznym a elektronicznym i wyłączanie tego drugiego podczas zapisu pliku na karcie.

Uznałem wówczas, że to jeszcze nie czas, ale z ciekawością obserwowałem wieści mówiące o kolejnych wersjach oprogramowania, które — przynajmniej w teorii — miały poprawiać niektóre z tych wad. W 2012 roku pożyczyłem więc ten sam aparat ponownie, tym razem wyjeżdżając do Barcelony. Miał on już jednak zainstalowany nowy firmware, który poprawił szybkość i celność autofocusa, a także dodał pewne możliwości ustawienia aparatu „pod siebie”.

Wiele z jego wad wciąż jednak pozostało (z ogólną powolnością na czele), więc mimo że zdjęcia były niekiedy więcej niż satysfakcjonujące, to nadal nie był to aparat, którego używanie sprawiało radość. Miałem więc ogromny dylemat i zanim zdążyłem się z nim uporać, pojawił się następca tego aparatu — model X100S …którego też nie kupiłem.

Była w nim nowa matryca (tym razem już 16 megapikseli zamiast 12), ale wspomniana wcześniej powolność nie została całkowicie wyeliminowana. Owszem, autofocus działał szybciej, a w trybie High Performance aparat uruchamiał się szybciej, ale to nadal nie było to. Nie miałem wprawdzie możliwości poużywać go tak długo jak modelu wcześniejszego, ale chwilowe próby tu i tam nie zachęciły mnie do dalszych testów.

Minął kolejny rok, pojawił się kolejny model — X100T. Obiektyw został ten sam, matryca ta sama, więc opisy wrażeń z jego używania czytałem już z mniejszym niż kiedyś entuzjazmem. Żaden z nich nie zachęcił mnie do kolejnej próby, więc nadal chodziłem „z lustrem” (wtedy z 5D2 i 35/2.0, a może już nawet z 40/2.8).

Potem pojawiła się Leica Q, o której napisałem: „istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że Leica Q jest aparatem, na który czekałem od wielu lat.”. W tym samym tekście dodałem:

Wydawałoby się, że moje potrzeby są proste i – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – łatwe do zrealizowania. Ot, chciałem aparat z pełnoklatkową matrycą, dalmierzową aparycją i ergonomią oraz, tym samym, wbudowanym wizjerem oraz jasnym, niekoniecznie wymiennym, obiektywem, a wszystko w korpusie na tyle niewielkim, żeby nigdy nie zastanawiać się czy warto zabrać go ze sobą.

Leica Q, przynajmniej „na papierze” wydaje się mieć wszystko, co powyżej, a dodatkowo ma skalę głębi ostrości na obiektywie, co pozwala na ustawianie ostrości bez przykładania aparatu do oka (czyli coś, czego Fujifilm X100 nigdy nie zapewniał).

oraz:

Nie oznacza to jednak, że lekką ręką wydam 17000 zł na taki aparat. Wciąż w głowie tli mi się myśl „a może powinienem najpierw raz jeszcze spróbować z X100, tym razem w wersji T?” – zaoszczędziłbym w ten sposób mnóstwo pieniędzy.

Byłoby głupotą, gdybym nie spróbował wcześniej tańszego rozwiązania. Zwłaszcza, że mogłem go mieć od razu, nie czekając kolejnych miesięcy na odłożenie odpowiednich środków. Zbliżający się termin narodzin naszego pierwszego syna był kolejnym argumentem „za” — wszak kto chciałby trzaskać lustrem nad uchem maleństwa? Po namowach żony zamówiłem więc Fujifilm X100T, mając świadomość, że mogę być rozczarowany i za jakiś czas sprzedam go, tracąc pewnie trochę złotówek, ale zyskując doświadczenie i potwierdzenie podjętej decyzji o Leice Q.

Kurier z przesyłką pojawił się przed 10:00 rano. Zrobiłem nim kilka zdjęć w domu, w tym to, po prostu stojąc przy oknie:

Momentalnie wiedziałem, że właśnie zdarzyło się coś magicznego. Owszem, to tylko czarno–białe zdjęcie ptaków na tle szarego nieba, ale oczami wyobraźni widziałem je już jako okładkę płyty (wszak mogłoby nią być).

Ale to nie koniec; 9 godzin później byliśmy już na porodówce, a ja — rzecz jasna — miałem przy sobie właśnie X100T. I nie mogłem wyobrazić sobie piękniejszego początku przygody z tym aparatem.

Elementy stałe we wszystkich modelach serii X100

Mimo że kupiłem X100T po kilkunastu miesiącach od jego premiery, nigdy tego nie pożałowałem. Tj. żałuję, że zrobiłem to tak późno i te kilkanaście miesięcy straciłem, ale gdy jakiś czas później pojawił się model X100F, nie wymieniłem swojego. I nie dlatego, że uważałem, że nie wniósł on niczego wartościowego czy nie zmienił wystarczająco dużo.

Raczej dlatego, że przez to jak wyglądał nasz pierwszy dzień, już zawsze będę miał ogromny sentyment do swojego egzemplarza i pewnie któregoś dnia stanie się pierwszym aparatem mojego syna.

…o ile już nim nie jest
¯\_(ツ)_/¯

Z tego powodu nie mógłbym go sprzedać, żeby choć częściowo sfinansować sobie zakup modelu X100F, a na dwa tak podobne aparaty ani nie mógłbym, ani nie chciałbym sobie pozwolić.

W ostatnich dniach nastąpiła zapowiedź kolejnego modelu — X100V. I z tym sytuacja może już wyglądać nieco inaczej. Ale do tego dojdziemy. Najpierw chciałbym się skupić na tym, co jest stałe we wszystkich modelach, a dopiero potem zwrócę uwagę na różnice między nimi. I choć piszę „wszystkich”, tak naprawdę mam na myśli modele X100S i nowsze, bo zakupu classica na pewno nie mógłbym nikomu polecić. Zatem jeśli poniżej będę pisał „X100” i nie będę wyszczególniał, o który konkretnie model chodzi, to będę miał na myśli całą linię od X100S w górę.

Fujifilm X100 jest pięknym, małym, cichym i dyskretnym aparatem, w którym w niespotykany sposób udało się połączyć formę i funkcję; to, że aparat wygląda stylowo nie wpływa ujemnie na jego ergonomię. I choć napisałem „udało się” tak, jakby to było dzieło przypadku, wierzę (a właściwie wiem), że zostało to głęboko przemyślane, a następnie poprawiane kolejnymi iteracjami i dlatego tak znakomicie się to sprawdziło.

I pewnie niewielu nie zgodzi się z pierwszym przymiotnikiem jaki użyłem w opisie tego aparatu — jest on piękny (aparat, nie przymiotnik). Znam takich, którzy twierdzą, że to najpiękniejszy z obecnie produkowanych aparatów i choć, oczywiście, jest to kwestią gustu, to jednak podobne opinie głoszą nawet ci, których potrzeb on nie spełnia.

Sam zawsze byłem dość ostrożny w wyrażaniu swojej opinii o wyglądzie aparatów z linii X100, ale zdałem sobie sprawę z tego jak bardzo mi się on podoba, dopiero gdy zorientowałem się jak wiele zdjęć w mojej bibliotece przedstawia moje z nim odbicie:

Nigdy wcześniej nie robiłem sobie takich zdjęć.

I choć sam wygląd jest kwestią gustu, tak fakt, że X100 wygląda jak produkt klasy premium (celowo nie piszę „luksusowy” czy „ekskluzywny”, bo jednak nie o to tu chodzi) jest już niezaprzeczalny. Zresztą, nie tylko wygląda — tak się go też odczuwa w ręce. Żadną miarą nie jest on plastikowy w odbiorze. Waży również odpowiednio — prawie 500 gramów w tak niedużym przedmiocie sprawia dodatkowe wrażenie solidności.

X100 jest też bardzo cichy. Zdecydowanie cichszy niż Leica, o której mówi się przecież, że jest niemal niesłyszalna. W X100 migawkę mechaniczną słychać wyłącznie w cichym pomieszczeniu (bo elektroniczna jest całkowicie niesłyszalna), a i to gdy się przysłuchasz. Nie dalej jak wczoraj, przed wyjściem na przedszkolny bal przebierańców, robiłem nam zdjęcie za pomocą samowyzwalacza i z ledwością byłem w stanie stwierdzić czy zdjęcie już zostało zrobione czy jeszcze powinniśmy tkwić przed obiektywem.

Zrobienie komuś zdjęcia tuż nad uchem w taki sposób, żeby się nie zorientował, nie jest tu żadym wyczynem.

Co więcej, w menu można ustawić dźwięk, który jest odtwarzany w momencie wyzwolenia migawki, który ją imituje. Serio. Można nawet wybrać jeden z trzech. To ostatecznie powinno potwierdzić jak cichy jest to aparat.

X100 jest też mały, choć nie tak, jak czasem o nim piszą. Nie jest to bowiem „aparat kieszonkowy”, chyba, że bierze się pod uwagę kieszeń płaszcza czy parki, a i nawet wtedy polecałbym do niego pasek, choćby nadgarstkowy. Sam zawsze noszę go na pasku, najczęściej przerzuconego przez plecy.

Choć kieszonkowym nie jest, to wciąż jest nieporównywalnie mniejszy niż jakakolwiek lustrzanka, a także zdecydowanie mniejszy niż Leica M:

I mimo powstawania kolejnych wersji, to wciąż jest tak samo prosty aparat, jakim był na początku. Wielu twierdzi, że Fujifilm słuchała swoich użytkowników, tworząc następców istniejących modeli, ale ważne jest tu to, że nie słuchała „ślepo” — nie dodawali bowiem kolejnych funkcji, tylko dlatego, że byli tacy, którzy ich chcieli, a raczej upewniali się wcześniej, że jest to zgodne z ideą modelu. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Bo jednak to wciąż jest aparat dla tych, dla których proces robienia zdjęć jest ważniejszy niż sprzęt czy jego specyfikacja. Nie bez powodu tak często ludzie mówią, że po prostu lubią go używać.

I to jest coś, o czym pisałem już kiedyś — to całe tzw. user experience, czyli „to jak się tego używa, jakie budzi odczucia” — jeśli aparat jest w tym naprawdę dobry, staje się ponadczasowy. I to dosłownie; przecież sam używam prawie 6–letniego aparatu i wcale na niego nie narzekam.

Dużą rolę w tym odgrywają pokrętła w tym aparacie — te fizyczne, metalowe, pozwalające na ustawienie przysłony (na pierścieniu obiektywu), czasu ekspozycji i jej korekty (a w modelach X100F i X100V także czułości) bez konieczności zaglądania do menu czy nawet przykładania aparatu do oka.

Pamiętam, że gdy zobaczyłem informację o pierwszym X100 (classic) z pokrętłem korekcji ekspozycji właśnie, zamarzyłem, żeby mieć takie coś w swoich aparatach do pracy i do dziś się nie doczekałem.

Wiem też, że są osoby, które „boją” się tych pokręteł — patrząc na nie wydaje im się jakoby tryb manualny w tym aparacie był domyślny, a wcale tak nie jest — każde pokrętło/pierścień ma w sobie pozycję „A”. Dzięki temu można zdecydować w jakim trybie chce się pracować — np. ustawiając wszystko na „A” poza przysłoną, ustawiamy aparat w trybie priorytetu przysłony; to dla tych, którzy uczyli się fotografii na aparatach z pokrętłem trybów „PASM”. Dla mnie rozwiązanie z X100 jest dużo bardziej logiczne, ale domyślam się, że nie wszyscy mają tak samo. Fujifilm wychodzi im na przeciw, umożliwiając wyświetlanie informacji o wybranym trybie w tej właśnie nomenklaturze. Domyślam się, że może to być przydatne tym, którzy przechodzą do Fujifilm z aparatów innych marek.

Mówiąc o budowie tego aparatu, nie sposób nie wspomnieć o matrycy. Abstrahując na razie od tego, że nie jest to zwykły CMOS, tylko X–Trans z innym, nieregularnym układem filtrów barwnych dla poszczególnych pikseli i bez filtra dolnoprzepustowego, jest to przecież sensor o wielkości APS–C, a jednym z moich wymogów dotyczących aparatu codziennego była „pełna klatka”.

Cóż, biję się w pierś. Tłumaczyłem sobie, że potrzebuję tej pełnoklatkowej plastyki, bo inaczej będę żałował, że zdjęcia nie zrobiłem innym, lepszym aparatem, który przecież już miałem. Że będę żałował, że przez to nie jest ono tak dobre, jak mogłoby być.

Nic takiego nie miało jednak miejsca — znacznie częściej zdarzała się sytuacja zgoła odwrotna; cieszyłem się, że zrobiłem dane zdjęcie, bo wiedziałem, że gdyby nie X100, nie zrobiłbym go wcale, bo żadnego większego aparatu nie mógłbym lub nie chciałbym mieć ze sobą.

Spora część nas, fotografów, często używa głębi ostości z pełnej klatki jako swego rodzaju ułatwienie — rozmywa to, co jest przed obiektem i tło za nim i nie musi tak bardzo martwić się o kadr.

Sam nie jestem tu bez winy — niejednokrotnie słyszałem zarówno od swoich klientów, jak i uczestników warsztatów, że te miękkie, canonowskie zdjęcia są moim znakiem rozpoznawczym.

Mniejsza matryca w połączeniu z szerokokątnym obiektywem sprawia, że nie da się użyć takich trików i trzeba więcej pomyśleć. Zastanowić się przed naciśnięciem spustu migawki, pokombinować. Jest to świetne nrzędzie wspomagające kreatywność, dzięki któremu więcej się eksperymentuje. Będę o tym pisał więcej w dalszej części artykułu, ale jestem przekonany, że sprawiło to, że stałem się lepszym fotografem.

Bo za każdym razem kiedy chociażby wychodziłem z synem na plac zabaw, zastanawiałem się w jaki ciekawy sposób mogę zarejestrować potencjalnie zwykłą scenę i zawsze okazywało się, że taki sposób się znajdował. Potem to samo wykorzystywałem w swojej pracy.

Skoro mowa o matrycy, to następny w kolejce jest obiektyw — niezmieniony przez pierwsze cztery generacje (tj. modele X100, X100S, X100T i X100F mają dokładnie ten sam obiektyw). W sieci mówią o nim różnie; najczęściej, że jest nieostry przy f/2.0.

Owszem, przy zdjęciach z bliska tak — to znana wada tego obiektywu. Ale żeby w całym zakresie odległości? Tu już mam zgoła odmienną opinię. Spójrzcie na poniższy zrzut; po przejrzeniu ponad 11000 zdjęć z Fujifilm X100T, jakie mam w swoim Lightroom, wybrałem wstępnie aż 369 jako przykładowe zdjęcia do użycia w tym artykule (bez obaw, ograniczyłem tę ilość przed publikacją) i aż 195 z nich (czyli prawie 53%) jest zrobionych na f/2.0:

Albo więc nie zgadzam się z innymi recenzentami, albo — podobnie jak Henri Cartier—Bresson — uważam ostrość za drobnomieszczański koncept. Albo oba.

Bo rzeczywiście, perfekcyjna ostrość nigdy nie była dla mnie priorytetem. Wszak do pracy używam zarówno 50L, jak i 85L — dwóch obiektywów, o których można powiedzieć wiele dobrego, ale „ostrość” na liście ich priorytetów na pewno nie jest na szczycie.

Z drugiej strony, skoro tak rzadko przymykam przysłonę w X100, to chyba rzeczywiście nie jest z tą ostrością aż tak źle.

Sam chciałbym jednak zwrócić uwagę na inny aspekt tego obiektywu; jego krzywiznę pola obrazu (field curvature), która sprawia, że choć obiektyw o ogniskowej 23 mm i świetle f/2.0 rzucający obraz na matrycę APS–C powinien generować obraz zbliżony do tego, co przy pełnoklatkowej matrycy dałby obiektym 35 mm, przymknięty do f/3.2, to dzięki wspomnianej krzywiźnie pola obrazu, generowany przez niego obraz wydaje się mieć płytszą głębię ostrości. Poniżej kilka przykładów na f/2.0:

Pozostając w temacie jakości samego obiektywu — mówimy tu o kompaktowym aparacie z maleńkim szkłem; nie sposób porównywać go z większymi konstrukacjami. Kompromisy są tu oczywiste. Ja jednak do dziś jestem pod wrażeniem rezultatów z niego i jego uniwersalności (o której więcej za chwilę).

Jego ogniskowa — jak dla mnie — jest idealna. Już wcześniej używałem 35–tki (w „pełnej klatce”) jako swojego głównego obiektywu (z chwilowym tylko romansem z 40–tką, ale wyłącznie ze względu na rozmiar, bo — wbrew obiegowej opinii — ten jednak ma znaczenie). Uważam bowiem, że 35 mm (czy jej odpowiednik w APS, z którym mamy do czynienia w X100) jest najbardziej uniwersalną ze wszystkich ogniskowych. Prawdopodobnie najładniej opisał to kiedyś Michał Warda (z WhiteSmokeStudio):

(…) uwielbiam fotografować życie codzienne w miejscach publicznych i prywatne sytuacje w miejscach mniej dostępnych. (…) Życie codzienne, „daily life” (…) nie zamyka mnie w sztywnych ramach streeta z jego konwencją, tylko pozwala czasem zrobić coś prostego. Coś urzekająco zwyczajnego. 35–ka w takiej aplikacji jest dla mnie najlepszym wyborem.

Och, jak bardzo się z nim zgadzam. Prawdopodobnie także dlatego, że mamy bardzo podobą definicję fotografii codziennej.

Ale wracając do samej ogniskowej; zobaczcie sami — poniżej zebrałem fotografie, które możecie znać z innych artykułów na tej stronie, a które zostały zrobione właśnie za pomocą X100T z obiektywem o ogniskowej, będącej odpowiednikiem wspomnianych 35 milimetrów:

Mam jeszcze jeden przykład tego, jak bardzo ta ogniskowa jest uniwersalna (a także dlaczego warto mieć małego Fuji zawsze ze sobą). Otóż podczas ostatniego spotkania z właścicielką restauracji, którą obsługuję, zupełnym przypadkiem trafiłem na degustację przed mającą się tam odbyć kolacją walentynkową — tak, żeby właścicielka mogła upewnić się, że wszystko jest w porządku. Gdy dania zostały przyniesione ktoś zaproponował, żeby zrobić im zdjęcia, bo przecież przydadzą się na Instagram chociażby. A ja miałem przy sobie wyłącznie X100T:

I wiem, że te zdjęcia mogłyby być lepsze gdybym miał swoje większe aparaty, ale były wystarczająco dobre. No i były w ogóle.

Zalet fotografowania obiektywem stałoogniskowym prawdopodobnie nie muszę nikomu z Was wymieniać. Sam miałbym pewnie kłopot z używaniem zoomu, bo kiedy widzę coś ciekawego, to po prostu zastanawiam się gdzie stanąć, a nie jakiej ogniskowej użyć, żeby nie ruszyć się z miejsca (co jest najczęstszym błędem amatorów).

Jeśli do tej „stałoogniskowości” dodamy jeszcze fakt jednej ogniskowej, to idą za tym dodatkowe korzyści. Między innymi trening oka. Po tylu latach fotografowania ogniskową 35 mm (lub jej ekwiwalentem), znam jej kąt widzenia tak dobrze, że jeszcze przed przyłożeniem aparatu do oka wiem mniej więcej co zmieści mi się w kadrze i już wtedy zaczynam myśleć o kompozycji.

I zgodzę się, że żeby dobrze się czuć z jedną ogniskową należy do tego dorosnąć. Albo od tego zacząć. Dlatego uważam serię X100 za doskonałe aparaty do nauki fotografii, mimo że w sieci najczęściej mówi się, że nie jest to aparat dla początkujących. Uważam inaczej i później nieco to rozwinę; tu chciałbym tylko wspomnieć o jednym aspekcie, jaki zaobserwowałem wśród osób, które „przeszły” z lustrzanki z zoomem na X100. Chodzi o to, że zaczynają one fotografować w sposób, jakiego wcześniej nie próbowały — zamiast skupiać się na samym obiekcie (przybliżając najczęściej do maksimum możliwości obiektywu), pokazują ów obiekt w kontekście. I sami często są zaskoczeni o ile ich zdjęcia nagle zrobiły się ciekawsze.

I, owszem, czasem kąt widzenia tej jednej posiadanej ogniskowej jest zbyt szeroki lub zbyt wąski, a tzw. „zoom w nogach” nie jest możliwy — właśnie wtedy zaczyna się wyzwanie. Wymaga to kreatywnego myślenia i jest swego rodzaju wysiłkiem intelektualnym, ale odwdzięcza się ogromną satysfakcją i budowaniem doświadczenia. Dzięki każdemu rozwiązanemu w ten sposób „problemowi” stajemy się lepszymi fotografami.

Ośmielę się nawet napisać, że jeśli zależy Ci na rozwoju własnego zmysłu widzenia, taki aparat może okazać się bardzo opłacalną inwestycją.

Ktoś powie „ale przecież jedną, stałą ogniskową można mieć też w innym aparacie, np. takim, który się już ma”. Owszem. Sam przez lata używałem Canona 5D z obiektywem 35/2.0 (tym bez stabilizacji, bo było to w latach, gdy tego obecnego jeszcze nie było), potem 5D2, najpierw z tym samym obiektywem, a potem z „naleśnikiem” 40/2.8, a gdy pojawił się mniejszy pełnoklatkowy korpus — 6D — zamieniłem 5D2 na niego. Wszystko dlatego, że nie potrafiłem usprawiedliwić sobie wydatku na małe i przecież „gorsze” Fuji. Takie myślenie mnie zgubiło, bo dziś bardzo tego żałuję. W dalszej części artykułu wyjaśnię to szerzej.

Nadmienię za to już w tym miejscu, że jeśli ktoś nie wyobraża sobie używania tylko jednej ogniskowej i uważa, że to dyskwalifikuje serię X100 w jego oczach, to Fujifilm stworzyło do niego dwa konwertery, zmieniające ogniskową na odpowiednik 28 lub 50 mm. Wystarczy nakręcić taki adapter na obiektyw (i w modelach X100T i starszych, wybrać w menu odpowiednią opcję), żeby zmienić kąt widzenia wbudowanego obiektywu. Aparat staje się wtedy nieco większy i cięższy (zwłaszcza w przypadku telekonwertera), ale — co ważne — nie zmieniają one ilości światła, jaka wpada do obiektywu; całość wciąż ma światło f/2.0.

I na koniec opisu samego obiektywu zostawiam sobie flarę. Ci z Was, którzy śledzą moje poczynania w zakresie fotografii ślubnej z pewnością zauważyli, że lubię fotografować pod światło, lubię gdy słońce znajduje się w kadrze i najlepiej niech jeszcze sprawi to, że w obiektywie zadzieje się coś ciekawego (stąd moja sympatia do obiektywów 50/1.2L i 85/1.2L). Jeśli natomiast chodzi o flarę w obiektywie Fujifilm, to …cóż, jest ona zupełnie inna niż to, do czego byłem przyzwyczajony. Po pierwsze bywa bardzo rozproszona, po drugie, jest bardzo trudna jeśli chodzi o jej kontrolowanie (na tyle, że aż chciałoby się napisać „niekotrolowalna”).

Co więcej, zdarza się, że na zdjęciu pojawia się plama światła, którego źródło znajduje się poza kadrem.

Dodam też, że wszystkie powyższe zdjęcia zostały zrobione z założoną osłoną przeciwsłoneczną (nigdy jej nie ściągam), więc nie sięga ona tak daleko, żeby ten ostatni aspekt wyeliminować (przyłożenie ręki w pobliżu obiektywu załatwia sprawę tym, którzy na pewno nie chcą takich smaczków na swoich zdjęciach).

Z czasem polubiłem te cechy.

Jedna rzecz, której nigdy nie polubiłem w kwestii tego obiektywu to sposób, w jaki ustawia się w nim ostrość manualnie, czyli fly–by–wire. Oznacza to, że na obiektywie nie ma skali odległości; nie można więc wstępnie ustawić ostrości, jeszcze przed przyłożeniem aparatu do oka, co — w mojej opinii — jest największą zaletą manualnych obiektywów w Leice. Tu pierścień ostrości obraca się dookoła (nie ma żadnych granic od–do) i przejście od 10 cm do nieskończoności to aż 1,5 obrotu.

Pozostając w temacie budowy aparatu; o głównej zalecie migawki centralnej w X100 (czyli tym, jak bardzo jest cicha) już wspominałem, więc w tym miejscu chciałbym wspomnieć o dwóch innych. Po pierwsze, nie ogranicza ona fotografa czasem synchronizacji z błyskiem. Większość aparatów potrafi synchronizować się z lampami na czasach 1/200–1/250 sekundy lub dłuższymi. X100 potrafi to samo przy 1/1000 sekundy (czyli już dwie działki różnicy) przy otwartej przysłonie, ale po przymknięciu do f/8.0 nawet 1/4000 sekundy nie jest problemem. Otwiera to zupełnie nowe możliwości kreowania obrazu dla tych, którzy błyskają (jak widzicie po braku przykładów w tej sekcji, nie jestem to ja).

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która po części związana jest z faktem zastosowania migawki centralnej, a po części z brakiem lustra — otóż tym aparatem można utrzymać z ręki naprawdę długie czasy, a przecież nie ma on żadnej stabilizacji. 1/8 sekundy nie jest tu żadnym problemem:

Fujifilm X100 jest jednak najbardziej znany ze swojego wizjera. Producent nazywa go hybrydowym i jest on unikalnym rozwiązaniem, pozwalającym użytkownikowi na przełączanie się między wizjerem optycznym a elektronicznym, a nawet na włączenie małego elektronicznego „okienka” w wizjerze optycznym — u wszystkich innych producentów jest to decyzja, której należy dokonać przed zakupem. Tu można sobie zmieniać to co chwilę. A co to daje? Zawsze tłumaczyłem to w taki sposób: wizjer optyczny pokazuje scenę tak, jak widzi ją ludzie oko — elektroniczny zaś tak, jak widzi ją aparat. Innymi słowy; ten drugi pokazuje Ci, jak będzie wyglądało zdjęcie, które za chwilę wykonasz. Możesz zobaczyć czy ekspozycja została poprawnie ustawiona czy wymaga korekty. Co więcej; włączając jedną z symulacji, jej podgląd jest już widoczny w wizjerze. Dotyczy to także tych czarno–białych, więc daje to zupełnie nowe możliwości — pamiętam, że tak właśnie o tym myślałem przy pierwszym kontakcie z wizjerem elektronicznym.

Wizjer optyczny też ma jednak swoje zalety — przede wszystkim pokazuje obraz szerszy niż to, co widzi obiektyw. Widać w nim zatem także to, co dzieje się poza kadrem, co daje użytkownikowi szansę zareagować; zmienić kadr lub poczekać, np. na kogoś, kto za chwilę wejdzie w kadr. Bywa to bardzo korzystne dla ostatecznej kompozycji zdjęcia, a dodatkowo — co jednak jest bardzo subiektywne — używając go nie mam wrażenia oglądania świata przez „dziurkę od klucza” i łatwiej jest mi poczuć się bardziej uczestnikiem wydarzenia niż tylko jego obserwatorem.

Najciekawsze jest jednak to, że używając wizjera optycznego można włączyć mały, elektroniczny „ekranik”, który pojawia się w prawym dolnym rogu wizjera (czyli miejscu, w którym i tak widoczny jest fragment obiektywu czy osłony przeciwsłonecznej). Nadal daje on potwierdzenie ekspozycji, a przez to, że pozwala na podgląd całego kadru lub tylko jego fragmentu (w miejscu wybranego punktu AF), pozwala także na potwierdzenie ostrości. To ostatnie pomaga także przy manualnym ustawianiu ostrości. Wyobraź sobie; oglądasz scenę przez wizjer optyczny, ramka pokazuje Wam granice kadru przy odległości na jakiej ustawiona jest ostrość, widzisz to, co dzieje się dookoła, a jednocześnie masz podgląd ekspozycji i jeszcze możesz potwierdzić, że ostrość została ustawiona w odpowiednim miejscu. Best of both worlds.

Poza wizjerem X100 ma też wyświetlacz na tylnej ściance (mimo że nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie miał, choć to temat na inny akapit). Do modelu X100F włącznie, nie jest on dotykowy, co akurat w tym aparacie nigdy mi nie przeszkadzało, zwłaszcza, że nawet te modele Fujifilm, które mają dotykowe ekrany i tak nie pozwalają na obsługę menu w ten sposób. Bo w swoich Canonach to właśnie tam (nie licząc ustawienia punktu AF w trybie Live View, którego z kolei w Fujifilm nie używam) korzystam z dotykowości ekranu najczęściej.

Sam wyświetlacz — w mojej opinii — jest wystarczający, choć wielokrotnie podkreślałem, że mógłbym żyć bez niego w ogóle (dlatego X–Pro 3 od samego początku tak bardzo mnie zafascynował). Ma on jednak pewną bardzo przydatną funkcję, którą nazwano Sunlight Mode. Pewnie każdy wie, że w ostrym, jasnym świetle bardzo ciężko jest sprawdzić na wyświetlaczu cokolwiek. Wspomniany Sunlight Mode nie tylko zwiększa moc podświetlenia ekranu, ale także znacząco zwiększa kontrast tego, co jest wyświetlane — gubi się wtedy wiele szczegółów, ale pozwala to ocenić zarówno ostrość, jak i kompozycję zdjęcia nawet w najjaśniejszym słońcu. A dodatkowo (o czym wie niewiele osób, bo za każdym razem gdy to pokazywałem, każdy był zaskoczony) wystarczy przytrzymać przycsik View Mode przez kilka sekund, żeby włączyć/wyłączyć ten tryb; nie trzeba kluczyć w menu aparatu.

Jeśli mowa o sporej ilości światła, to nie sposób nie wspomnieć o wbudowanym filtrze ND, jakim dysponuje każdy model z serii X100. I nie mam tu na myśli jakiegokolwiek rozwiązania programowego — prawdziwy, szary kawałek szkła pojawia się przed matrycą i o trzy działki obniża ilość światła jakie na nią pada.

Jest to niezwykle przydatne w sytuacjach, w których chciałoby się fotografować przy otwartej przysłonie w sytuacjach, w których światła jest za dużo na ISO 200, f/2.0 i 1/1000 sekundy, zwłaszcza w aparacie, który ma pełnić rolę tego codziennego, do którego nie zabiera się dodatkowych obiektywów, filtrów itp. Jeszcze bardziej wpływa to na uniwersalność małego Fuji i do dziś dziwię się, że mimo upływu lat, żaden inny producent nie zastosował podobnego rozwiązania u siebie.

Kończąc tę bardziej fizyczną część opisu tej linii aparatów muszę wspomnieć o jeszcze dwóch drobnych rzeczach. Kompaktowość tego aparatu sprawia, że jego twórcy musieli pójść na co najmniej kilka kompromisów. Jednym z nich jest umieszczenie gwintu statywowego bardzo blisko „drzwiczek” otwierających slot na kartę SD i baterię. Oznacza to, że nawet najmniejsza płytka statywowa blokuje ten dostęp (co dla niektórych jest zaletą, bo w niektórych egzemplarzach wspomniane „drzwiczki” otwierają się z taką łatwością, że potrafiły zrobić to samoczynnie w torbie). Dodatkowo, gwint ten nie znajduje się centralnie pod obiektywem, na co niektórzy narzekają — jak dla mnie jest to właśnie kwestia jakiegoś kompromisu.

To, czego jednak nie jestem w stanie usprawiedliwić żadną miarą, to pasek dołączony do zestawu. Wydaje mi się, że wcześniejsza część opisu udowodniła, że mamy tu do czynienia z produktem klasy premium — metalowe elementy, porządny plastik, Made in Japan itd. Pasek natomiast wygląda jakby był dołączony do plastikowego Instaxa kosztującego ~7% ceny Fujifilm X100 (mając dwa Instaxy byłem w stanie to sprawdzić — paski we wszystkich są bardzo podobne). Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby nie było go w ogóle niż miał być taki. Serio. Na szczęście na rynku (także naszym polskim) jest co najmniej kilka wartych uwagi zamienników — więcej o nich później.

Żeby jednak nie kończyć tej sekcji narzekaniem, chciałbym wspomnieć jeszcze o pewnym programowym aspekcie, który jest wspólny dla wszystkich modeli z serii, a który nazywam „inteligentnym podglądem zdjęć”. Po pierwsze, w trybie przeglądania zdjęć zamiast naciskać strzałki na D-padzie można obracać …pierścieniem ostrości na obiektywie, żeby przeskakiwać pomiędzy zdjęciami. I jest to super wygodne. (Chociaż taka korzyść z fly–by–wire). Ale to nie wszystko; po przybliżeniu fragmentu zdjęcia (w celu sprawdzenia ostrości na przykład), aparat zapamiętuje przybliżony fragment i po przejściu do kolejnego zdjęcia, nadal powiększa ten sam obszar zdjęcia. Jeśli do tego dodać, że przybliżenie nie powiększa środka fotografii a miejsce, w którym był wybrany punkt AF, sprawia, że sprawdzenie ostrości na kilku kolejnych zdjęciach jest nie tylko wygodne, ale i bardzo szybkie.

Podsumowując; na tym etapie jest to aparat tworzony dla konkretnej grupy odbiorców — swoistych fanów tego modelu, a właściwie serii — kolejnymi iteracjami usprawniając wiele jego aspektów, staje się coraz bardziej dopasowany do ich potrzeb. Każdy ma jednak swoją teorię na to, jak duże różnice wprowadzały kolejne iteracje; czasem słyszy się, że różnica między X100S a X100T była znikoma, natomiast między X100T a X100F była już przepaść, albo odwrotnie — zależnie od rzeczywistych potrzeb danego fotografa. Zanim więc przejdę do sekcji, w której opisuję swoje użycie tego aparatu, chciałbym choć pokrótce opisać te różnice, żeby każdy kto posiada lub rozważa starszy model, wiedział co zyska, zmieniając go na nowszy.

Jakie są różnice między modelami?

Na początek; X100S vs. X100T. Z rzeczy, które widać na pierwszy rzut oka — X100T był dostępny w kolorze srebrnym i czarnym, a ten drugi nie był już specjalną, limitowaną edycją, jak to było w przypadku X100S.

Zamiast pokrętła na tylnej ściance pojawił się „czterokierunkowy wybierak”, czyli D-pad, co nie tylko sprawiło, że aparat obsługiwało się wygodniej, ale funkcję każdego z tych czterech przycisków można było spersonalizować (więcej o tym za moment). Uchwyt z przodu został poprawiony, dzięki czemu X100T leży w ręce wygodniej niż X100S. Dodatkowo pokrętła obracają się w nim z większym oporem co zmniejsza szanse na samoczynne obracanie się ich w torbie lub podczas wyciągania z niej (zdarzało mi się, że np. pokrętło korekty ekspozycji potrafiło mi się obrócić podczas wyjmowania aparatu). Został także zwiększony zakres właśnie pokrętła korekty ekspozycji; zamiast +/- 2EV, w X100T można zmieniać między -3EV a +3EV.

Podobnie zmienił się skok na pierścieniu ustawiania przysłony; w X100S skoki były ustawione co pełną działkę (f/2, f/2.8, f/4, f/5.6, f/8, f/11 i f/16) i żeby ustawiać inną wartość przysłony należało używać już dodatkowych przycisków na tylnej ściance. W X100T zostało to poprawione o tyle, że każdy skok pierścienia na obiektywie zmienia przysłone o 1/3 EV.

Dodano także bardzo przydatną rzecz, tj. możliwość ładowania baterii w aparacie za pomocą przewodu z koncówką microUSB. Oznacza to, że wyjeżdżając, nie trzeba zabierać ze sobą specjalnej ładowarki do baterii, jeśli tylko zabiera się powerbank, laptopa czy ładowarkę do telefonu z portem USB. Owszem, osobna ładowarka ma swoje plusy (pozwala chociażby na to, że gdy jeden akumulator jest ładowany, można używać aparatu z drugim), ale prawdopodobnie nie zliczę ile razy mnie to uratowało na przestrzeni ostatnich kilku lat.

Z rzeczy, których nie widać na zewnątrz; najkrótszy czas migawki elektronicznej w X100S to 1/4000s, w X100T zostało to skrócone do 1/32000s. Poprawiono także szybkość działania aparatu (mam wrażenie, że każdy aspekt), w tym prędkość zapisu zdjęć na karcie, na tyle, że prędkość karty zaczęła mieć znaczenie. Sam używam kart Sandisk Extreme Pro i pamiętam, że czuć różnicę między kartą z nadrukiem 40 MB/s a tą, na której widnieje 95 MB/s (choć między tą a 170 MB/s nie zaobserwowałem już różnic). Dodano także możliwość bezprzewodowego przesyłania plików za pośrednictwem Wi–Fi. Niestety, przesyłać w ten sposób można wyłącznie pliki JPG (i to bez względu na to czy używa się oficjalnej aplikacji Fujifilm czy np. Cascable), zatem jeśli ktoś fotografuje w RAWach, należy najpierw „wywołać” wybrany plik w aparacie i dopiero go przesłać. Mimo to, używałem tego znacznie częściej niż przypuszczałem, że będę. Z czasem jednak stało się to uciążliwe, więc wróciłem do czytnika, zwłaszcza, że Lightroom w iOS 13 potrafi importować zdjęcia już bezpośrednio do siebie.

W X100T pojawił się także interwalometr, czyli swego rodzaju zaawansowany samowyzwalacz, w którym można określić częstotliwość z jaką wykonywane są zdjęcia, a także jaką ilość aparat powinien wykonać. W większości innych aparatów potrzebne jest zewnętrzne urządzenie — tu, podobnie jak z filtrem ND — zaimplementowano to „wewnątrz”, co pewnie ucieszy każdego, kto kiedykolwiek chciał spróbować swoich sił z timelapsem. Zmieniono także sposób powiadamiania o słabej baterii. Jej czas pracy jest bardzo podobny, ale wskazania jej aktualnego poziomu — zwłaszcza, gdy poziom energii jest niski — są dokładniejsze. Nie zdarzają się już sytuacje, w których aparat niemal bez ostrzeżenia (tj. dosłownie tuż po nim) postanowił się wyłączyć, co czasem miało miejsce w przypadku X100S.

W kwestii autofocusa; istnieje opcja punktowego pomiaru światła w punkcie, w którym ustawiony jest punkt AF oraz dodano możliwość wykrywania twarzy, którą można ustawić w taki sposób, żeby domyślnie była wyłączona i aktywować ją jednym z programowalnych przycisków.

Wspomnianych przycisków jest aż 7 i każdy z nich ma przyjazny użytkownikowi skrót do zmiany wybranej wcześniej funkcji jaką pełni — wystarczy przytrzymać go kilka sekund, żeby dostać się bezpośrednio do menu wyboru funkcji danego przycisku.

Z innych funkcji ułatwiających czy uprzyjemniających obsługę aparatu należy wspomnieć o możliwości włączenia obracania się informacji w wizjerze elektronicznym, gdy aparat jest w orientacji pionowej (w przypadku wizjera optycznego czy nawet tylnego wyświetlacza nie ma już tak dobrze).

Jako że X100T jest aparatem nowszym od X100S, to zasadnym jest spodziewać się lepszego obrazu przy wysokiej czułości i, istotnie tak jest. Choć nadal staram się nie przekraczać ISO 1600, powyżej której obraz robi się już dość płaski.

Nie jest to jednak duże ograniczenie, jeśli w kadrze nie ma ruchu, bo fakt, że X100 można utrzymać z ręki na znacznie dłuższym czasie niż lustrzankę, pomaga. Jednak ciekawszą możliwością w zakresie czułości jest Auto ISO, pozwalające na ustawienie zakresu dostępnych czułości i najdłuższego czasu, jaki chce się utrzymać z ręki (powyżej którego aparat automatycznie przeskoczy na wyższą wartość ISO). Żadna nowość, prawda? Już wtedy wiele aparatów pozwalało na coś takiego. Fujifilm X100T pozwala jednak na ustawienie trzech osobnych trybów Auto ISO i łatwe przełączanie się między nimi. Można więc skonfigurować to sobie w taki sposób, że pod Auto ISO 1 ustawiamy 1/125 sekundy i ISO do 1600, a pod Auto ISO 2 np. 1/15 sekundy, bo chcemy mieć więcej ruchu na fotografii, zamiast próbować go zamrażać. Uważam to za spore udogodnienie i dopisuję do listy rzeczy, na które chciałbym, żeby moje aparaty do pracy mi pozwalały.

To właśnie powyższe rzeczy pozwoliły mi uznać, że X100T nie tylko jest zdolny do generowania świetnych zdjęć (jak X100S), ale także, że używanie go sprawia sporo radości — tym razem już bez „ale”.

Pojawienie się X100F przyniosło kolejny zestaw poprawek; zarówno programowych, jak i sprzętowych. Wśród tych pierwszych jest jeszcze lepszy obraz przy wysokich czułościach (myślę, że z powodzeniem tu mógłbym używać ISO 3200 i dopiero powyżej niej zachowywać ostrożność), ale także możliwość stworzenia My Menu, czyli ekranu ustawień z dostępem do najczęściej zmienianych opcji. Przyznaję, że tego mi czasem w X100T brakuje, tym bardziej, że sposób poruszania się po menu jest w Fujifilm dość specyficzny. Jest wprawdzie Q menu z „kafelkami”, które pełni podobną funkcję, ale z niego nie korzystam w ogóle.

Podobnie jak My Menu, brakuje mi w X100T dobrej symulacji czarno–białego filmu prosto z aparatu, czym jest właśnie symulacja ACROS dodana w X100F. Dzięki niej można mieć naprawdę dobrze wyglądające czarno–białe jotpegi, a dzięki wspomnianej wcześniej możliwości wyświetlania symulacji w wizjerze, można patrzeć na świat właśnie w taki sposób, wciąż zapisując kolorowe RAWy na karcie.

Zmieniono także matrycę; tym razem zamiast 16 jest 24 miliony pikseli; zastosowano ten sam sensor, który jest w Fujifilm X–T2 oraz X–Pro 2. Poprawiono także prędkość działania bufora i zapisu zdjęć na kartę, co jednak odczuwalne jest nieco słabiej niż między X100S a X100T ze względu na wzrost wielkości plików.

Ze zmian zewnętrznych zauważalny jest joystick na tylnej ściance, niesłychanie ułatwiający wybór punktu AF, jeśli ktoś nie lubi przekadrowywania. Do pokręteł na górnej ściance dodano także to, pozwalające na wybór czułości, choć jest ono umieszczone niejako wewnątrz porkętła nastawy czasów — należy go unieść i przytrzymać, a jednocześnie obracać. Nie wszyscy to polubili; podobne rozwiązanie istniało w aparatach sprzed 40 czy nawet 50 lat, ale wtedy jednak czułość zmieniało się znacznie rzadziej). W dźwigience zmiany między optycznym a elektronicznym wizjerem dodano nowy, programowalny przycisk, czym jeszcze zwiększono możliwości personalizacji aparatu. No i jest ładniejszy. Wiadomo, to bardzo subiektywne, ale te nieco bardziej wyraźne rysy podobają mi się bardziej, podobnie jak bardziej elegancka tylna ścianka aparatu, na której przyciski znajdują się już tylko po jednej stronie wyświetlacza, co ułatwia używanie aparatu jedną ręką.

Zwiększono także baterię, stosując ten sam akumulator, który wykorzystywany jest w modelach X–T2 i X–Pro 2, co szalenie ucieszyło wszystkich tych, którzy do pracy używają jednego z większych modeli Fujifilm, a chcą mieć dodatkowy aparat na co dzień. A jeśli ktoś używa opcjonalnego skórzanego etui, to od wersji dla X100F ma on „drzwiczki” na spodzie, umożliwiające dostęp do karty SD i baterii bez konieczności zdejmowania etui.

X100V, którego zapowiedź pojawiła się na początku miesiąca, a kilka dni temu trafił do pierwszych użytkowników, to kolejny krok w ewolucji linii. Jedną z największych nowości jest tu nowy obiektyw — zmieniony po raz pierwszy od początku linii X100. Nadal ma tę samą ogniskową i ten sam maksymalny otwór przysłony, ale zmieniono konstrukcję optyczną (dodając jeszcze jeden element asferyczny), co ma wpłynąć na poprawę ostrości na powierzchni całego kadru, a także znacząco ulepszyć zdjęcia robione z bliska na pelnym otworze przysłony. Bardziej niż to mnie ciekawi jednak jak będzie wyglądała flara podczas zdjęć pod światło. I jeszcze raz przy okazji światła; wbudowany filtr ND jest teraz ciemniejszy — blokuje 4 EV (wcześniej było to 3 EV). I jeszcze jedna ważna rzecz; mimo zmian w obiektywie, X100V nadal obsługuje adaptery z wcześniejszych modeli, co jest bardzo dobrą wiadomością.

Zaraz za nowym obiektywem jest odchylany wyświetlacz (w jednej osi, tj. można odchylić go w dół lub do góry, ale już nie w bok), który w bardzo elegancki sposób licuje się z resztą obudowy. Na tyle, że na pierwszy rzut nie widać nawet, że jest tu taka możliwość. Sam wyświetlacz ma też wyższą rozdzielczość niż we wcześniejszych modelach (1,62 megapiksela zamiast 1,04) i tym razem jest dotykowy, co pozwala na wybór punktu AF, a nawet wyzwalanie migawki bez wciskania spustu (jeśli ktoś preferuje taki sposób — ja nie).

Zwiększona została także rozdzielczość wizjera elektronicznego — od teraz ma on 3,69 megapiksela (2,36 w poprzednim modelu) oraz samo fizyczne obudowanie go. Od teraz jest ono wykonane z plastiku, podobnie jak w modelu X–Pro 3, a nie z gumy jak w poprzednich modelach. Zmienia uległo także pokrętło nastaw czułości — niezadowolenie użytkowników modelu X100F sprawiło, że choć nadal jest ono umieszczone wewnątrz pokrętła czasów, to tym razem wystarczy je podnieść — od razu blokuje się ono w tej pozycji, więc nie trzeba go przytrzymywać, żeby zmienić nastawy.

Sam korpus stał się także pogodo–odporny, choć dopiero po dokręciu opcjonalnego adaptera i filtra na obiektyw. Innymi słowy; korpus jest uszczelniony, ale konstrukcja obiektywu już nie. Wielu może narzekać na dodatkowe koszta jakie to generuje, ale osobiście wolę takie rozwiązanie, aniżeli X100V miałby być w całości uszczelniony, kosztem rozmiaru i pewnie ceny. A tak; kto potrzebuje — dokupi.

Jeśli ktoś dotychczas narzekał, że X100 świetnie nadaje się do fotografowania, ale w kwestii filmu mocno kuleje, to w przypadku X100V nie powinien znajdować już powodów do narzekań; aparat potrafi nagrywać w rozdzielczości 4K, a nawet z prędkością 120 fps w 1080p, obsługuje płaski profil F–log, symulację filmu Eterna, a nawet rejestrowania 10–bitowego materiału 4:2:2 przez HDMI.

No i skoro przy X100F odważyłem się napisać o wyglądzie, to tu powinienem tym bardziej — w moich oczach X100V jest najpiękniejszym modelem z tej serii. Nabrał on dojrzałych, Leikowych rys (spójrzcie na krawędź przy wizjerze od przodu chociażby), a tylna ścianka stała się minimalistycznie elegancka.

Jak widać, różnice między modelami są albo drobne, albo znaczące — zależy od tego gdzie przebiega czyjaś linia pomiędzy „niedostatecznie dobrym” a „wystarczająco dobrym”. Sam uważam, że X100F jest znacząco lepszym aparatem niż X100T i sam nie zmieniłem go tylko dlatego, że mam (i już zawsze będę miał) ogromny sentyment do tego egzemplarza (co nie powinno nikogo dziwić), więc nie zamierzam go sprzedawać. Gdy więc pojawił się X100F, a ja miałbym X100T sobie zostawić, uznałem, że X100F nie jest aż o te 6000 zł lepszy. Za to X100V… zresztą wrócimy do tego.

Używanie

Skoro wiadomo już czym wszystkie modele się charakteryzują oraz jakie są między nimi różnice, czas najwyższy na opisanie tego gdzie i w jaki sposób używam swojego egzemplarza. Na pytanie „gdzie” odpowiedź jest bardzo łatwa, bo brzmi „praktycznie wszędzie”. Wszak ponad 40000 zdjęć samo się nie zrobiło:

Łatwiej byłoby opisać sytuacje, w których go ze sobą nie zabieram, ale pisząc ten artykuł nie zamierzam iść na łatwiznę, więc opiszę i pokażę przykładowe zdjęcia jak należy.

Zacznę od wspomnianego „praktycznie wszędzie”. Elliot Erwitt napisał kiedyś:

Fotografia to sztuka obserwacji. Chodzi o znalezienie czegoś interesującego, w zwykłym miejscu… Ma niewiele wspólnego z tym co widzimy, raczej z tym jak to widzimy.

Żadną miarą nie chcę sobie pochlebiać, ale właśnie tak widzę swoją fotografię codzienną, a posiadanie przy sobie aparatu X100 niejako przelącza mnie w tryb zwiększonej atencji na rzeczy niezwykłe w pozornie zwykłych warunkach. I robi to niemalże bezkosztowo, bo w sytuacjach, w których „zwykłe” jest po prostu zwykłe, dzięki jego wadze i rozmiarowi, przeważnie nawet nie odczuwam tego, że mam go ze sobą.

Mój X100 od początku był u mnie aparatem domowym — tym, który miał swoje miejsce w centralnej części naszego mieszkania; tak, żeby w każdej chwili każdy mógł go użyć. Wieczorami zabierałem go ze sobą nawet do sypialni, żeby rano móc sfotografować rozbudzającego się synka. Żadnego ze swoich Canonów nigdy bym tam nie przyniósł, ani nie trzaskałbym jego lustrem nad ranem. W efekcie tego powstał potężny cykl „fotografii domowych”, które mają dla mnie duże znaczenie, bo niejednokrotnie są dla mnie ważną pamiątką (poniższą galerię „okroiłem” najbardziej, mam nadzieję, że zrozumiecie):

Podobnie rzecz ma się z rodzinnymi spacerami. Wprawdzie tu prawdopodobieństwo zabrania któregoś z Canonów jest już większe, to na jednak zdarzałoby się to wielokrotnie rzadziej. X100 zabieram natomiast prawie za każdym razem, najczęściej nawet bez torby, a jedynie przewieszając go sobie przez ramię.

Zdarza się, że przy okazji robię wówczas także zdjęcia dla siebie, które później albo lądują w ramkach, albo stają się tłem ekranu na komputerze.

Pomijając te powyższe zdjęcia z samymi drzewami, to właśnie tego typu fotografie trafiają do „albumu podsumowującego”, jakie staram się co roku drukować.

Rzecz jasna, X100 jeździ z nami także na wakacje. Przyznam, że początkowo obawiałem się wyjazdów z tylko tym maluchem, lecz już po pierwszym razie okazało się, że moje lęki były całkowicie bezpodstawne.

Czasem, gdy wracam do swoich zdjęć z przeszłości i widzę jakimi aparatmi były one robione, nie mogę uwierzyć, że nosiłem tak duże i ciężkie sprzęty ze sobą na wakacjach. Owszem, nie miałem wtedy dzieci i wszystkiego tego, co należy ze sobą dźwigać, gdy już się je ma, ale nadal jest mi siebie trochę żal. Dziś bowiem, będąc na wakacjach, spoglądam na wszystkich fotografów z lustrzankami i dużymi obiektywami ze swego rodzaju politowaniem i dużą dozą współczucia. „Gdybyście tylko wiedzieli…” — myślę sobie.

Jednak najważniejszą kategorią fotografii, jakie wykonuję tym aparatem jest dokumentacja życia codziennego. Fotografuję więc wszystko, co wydaje mi się ciekawe, co uznaję za piękne, co wyraża mój zachwyt nad światem i życiem. Mając ze sobą X100, często zatrzymuję się przy drodze, żeby sfotografować coś, co zwyczajnie mi się spodobało (dzięki czemu nawet mój samochód dorobił się cyklu zdjęć na poboczu, bo robiłem mu zdjęcie, gdy do niego wracałem). Pamiętam, że kilkanaście lat temu, gdy myślałem o zawodzie fotografa, miałem w głowie obraz właśnie kogoś takiego — kto jest fotografem nie tylko z zawodu, ale jest na tyle ciekawy świata, że w trasie zatrzymuje się na poboczu za każdym razem, gdy coś przykuje jego uwagę. I, przyznaję otwarcie (bardzo otwarcie, właściwie), niejednokrotnie byłem sobą rozczarowany, że jednak tak nie robiłem. I choć przyznaję, że może to zabrzmieć jak tekst z folderu reklamowego, ale X100 to wszystko zmienił. Sami zobaczcie:

Większości tych zdjęć nigdy bym nie zrobił, gdyby nie ten mały, tak szalenie inspirujący mnie aparat.

Skoro mam go zawsze ze sobą, oznacza to, że mam go także w kawiarniach; zarówno tych, do których chodzę po prostu, żeby napić się kawy, jak i gdy siadam przy stoliku, żeby popracować:

Zdjęcia te trafiają później do moich artykułów (niektóre z powyższych dopiero trafią), a i same w sobie stanowią cykl, który dla mnie jest ciekawą pamiątką.

Wspominałem wcześniej, że staram się nie przekraczać ISO 1600, ale to nie znaczy, że nie przekraczam nigdy. Zdjęcia w poniższej galerii są zrobione na ISO 4000 lub wyższym przy użyciu modelu X100T:

Zdarzają się też sytuacje, w których zabieram go nawet się nad tym nie zastanawiając. Dla przykładu; urodziny synka przyjaciół. Wcześniej wiem, że rozważałbym czy zabrać swój aparat, być może nawet zapytał czy sobie tego życzą. Teraz po prostu wrzucam go do torby i mam, jeśli okaże się, że się przyda.

No i wreszcie, używam go do fotografii ulicznej, którą bardzo lubię, i w której staram się być coraz lepszy. A mieszkając w małym mieście rzadko mam okazję to wypróbowania się, dlatego tak bardzo ekscytuje mnie każdy wyjazd do większego miasta. Mam wtedy możliwość nie tylko sprawdzenia siebie, ale także przekonania się na ile dyskretny jest ten mały Fuji. Bo o tym, jak sam fakt posiadania go przy sobie mnie inspiruje, już pisałem. Mam jednak mały przykład z jednego z wyjazdów do Warszawy, gdzie miałem 20–minutową lukę między jednym a drugim spotkaniem, w trakcie których musiałem pokonać kilkaset metrów, dzielących oba miejsca. Podczas tego spaceru zrobiłem te kilka zdjęć:

Nie twierdzę, że są one świetne, ale mam nadzieję, że dość dobrze pokazują, to co chcę przekazać — między pierwszym a ostatnim zdjęciem jest tu 9 minut różnicy. Tyle wystarczy, żeby wypatrzyć i zrobić kilka ciekawych (ok, może to trochę na wyrost, ale…) fotografii. I nie chodzi tu o same możliwości narzędzia, a raczej tryb, w jaki Cię on przełącza.

Jego wspomniana dyskrecja to jedno, ale X100 ma też w sobie sporo uroku. Gdy zostaje się zauważonym podczas fotografowania na ulicy, reakcja fotografowanego jest zupełnie inna niż byłaby w sytuacji, gdybym miał twarz zasłoniętą dużym, czarnym aparatem. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Często zamiast oburzenia czy nawet agresji pojawia się uśmiech, a nawet komentarz typu „What a lovely camera! Is it still film?” czy konkretne pytanie o sam aparat. Dzięki temu kontaktowi, niejednokrotnie wysyłałem już zrobione w ten sposób zdjęcie osobie, która się na nim znajdowała.

fot. Jacek Bortnowski

Jeśli ktoś z Was fotografuje na ulicy, ten wie, że nie jest to łatwe zajęcie; wymaga ciągłego skupienia, uważności, pre–wizualizowania pewnych rzeczy i to wszystko w ułamku sekundy. Dobrze, gdy narzędzie, którego się wówczas używa, nie stoi na przeszkodzie. I właśnie za to cenię X100 najbardziej.

To tyle, jeśli chodzi o moje jego użycie w prywatnej sferze życia. A jak z pracą? Cóż, wszystkie wyjazdy zawodowe w niczym nie różnią się od tych rodzinnych, więc zabieram go tak samo:

Doszło nawet tego, że w kręgach fotograficznych stało się to moim znakiem rozpoznawczym. Cole Roberts z Nordica Photography już drugi rok z rzędu poznał mnie na korytarzu (po pierwszym kontakcie przed czterema laty) i sam zaczepił, wspominając, że za każdym razem gdy mnie widzi mam na pasku małe Fuji (chwalę się, wiem, ale kto z Was nie pochwaliłby się czymś takim?).

Ach, z pejzażami też sobie jakoś poradzi.

Fujifilm X100 jeździ ze mną także na większość zleceń, nawet jeśli nie mam zamiaru go tam użyć jako „aparatu pracującego”.

Często bowiem fotografuję nim backstage; tworzę w ten sposób albo materiały dla swoich par, albo zdjęcia, które wykorzystuję na swoich warsztatach, albo fotografuję sprzęt czy ustawienia, żeby móc to później wykorzystać w artykułach:

No i najważniejsze; tak, X100 jeździ ze mną także na śluby.

I tak, nierzadko pełni tam rolę „pracującego aparatu”. Używam go podczas przygotowań, gdy zależy mi na tym, żeby być blisko wydarzeń, a jednocześnie nie odstraszać nikogo dużym aparatem.

Używam go podczas przejazdów między lokalizacjami, gdzie najczęściej aparat leży na siedzeniu pasażera, gotowy dokumentowania tego, co przed maską.

Z powodu tego, że jest pod ręką, często fotografuję nim także lokalizacje po przyjeździe na miejsce.

I wreszcie; dużo fotografuję nim podczas uroczystości. I nie mam tu na myśli wyłącznie zabaw na parkiecie, choć również:

Bardziej jednak przydaje mi się on podczas przechadzania się między gośćmi w tych spokojniejszych fragmentach, gdzie wszyscy mają szansę spokojnie porozmawiać:

Tu jego dyskrecja również pomaga.

Ogólnie rzecz biorąc, uważam tego Fuji za bardzo przydatne uzupełnienie mojego lustrzankowego aresnału w dniu ślubu.

Jedyne miejsce, w które nie zabieram X100 to góry, bo nich najczęściej jednak biegam, a zafundowanie mu kilku godzin trzęsienia się w plecaku wydaje mi się nienajlepszym pomysłem. Są jednak tacy, którzy zabierają ten sam model w bardziej ekstremalne warunki; dla przykładu niejaki Paul Schlemmer używał go jako swojego jedynego aparatu podczas mierzącej ponad 1600 kilometrów pieszej wędrówki przez Pireneje.

fot. Paul Schlemmer

Aparat trochę wprawdzie ucierpiał, ale pozwolił na wykonanie wielu pięknych fotografii. Polecam zajrzeć w powyższy link.

No dobrze, napisałem gdzie i kiedy go używam, nie napisałem jeszcze jak. Pokrótce; RAWy, tryb cichy, manual z AF pod kciukiem, automatyczny balans bieli, tryb pojedynczego zdjęcia, wyłączony podgląd zdjęcia po zrobieniu i przełączam się między EVF a OVF wedle potrzeby.

Za krótko? Pewnie tak. Zatem po kolei; dużo się mówi, że jotpegi z Fuji są tak dobrze, że nie trzeba używać RAWów. Cóż; i tak, i nie.

Dlaczego tak? Bo kolory z Fuji mogą się podobać. Bardzo. Mając kilkadziesiąt lat doświadczenia, wiedzą co zrobić, żeby fotografia wyglądała dobrze. Nie zawsze możliwie naturalnie, ale dobrze. Niekiedy urzekająco dobrze. A do tego — jeśli używa się jednej wybranej symulacji — bardzo spójnie. Tak, jakby aparat nakładał preset jeszcze przed importem zdjęcia do komputera (co na dobrą sprawę jest właśnie tym, co robi). Wprowadzony kilka lat Classic Chrome, imitujący konkurencyjny dla Fujifilm materiał Kodachrome, który jest nieprodukowany od 2010 roku (więc Fujifilm niejako przywróciła go do życia) może być używany jako „kolor do wszystkiego”, jeśli tylko przypada do gustu. Classic Negative (wprowadzony w X–Pro 3 i dostępny także w X100V), oparty na bardzo popularnej, choć nielubianej przeze mnie Superii, również z pewnością zyska wielu zwolenników.

Dodatkowo workflow oparty o pliki JPG, których czas edycji jest dużo krótszy jest obecnie — tj. w świecie smartfonów i iPadów — dużo szybszy. Nierzadko okazuje się, że właśnie iPad spokojnie może wystarczyć jako „komputer do obróbki” zdjęć z Fuji.

Zatem dlaczego nie? Kolory z Fuji to jednak nie mój styl. Dwa akapity wyżej chwaliłem ich spójność, ale mi zależy na spójności ze swoimi wszystkimi innymi aparatami. Mam swój jeden kolorowy preset, który nakładam podczas importu, który potrzebuje jedynie niewielkich modyfikacji pomiędzy aparatami, żeby „wyrównać” cały materiał. Do tego potrzebny jest mi jednak plik RAW.

Jednocześnie uważam też, że przy dzisiejszych cenach kart pamięci i dysków, nie widzę powodu, żeby nie używać RAWów, choćby na przyszłość, gdy okaże się, że dana symulacja się znudzi (a wierzcie mi, takie rzeczy się zdarzają w życiu fotografa). Nawet, jeśli miałoby to oznaczać fotografowanie w RAW+JPEG i kopiowanie tych pierwszych z karty tylko w celach archiwalnych.

I jeśli miałbym się jeszcze przyczepić do pewnego aspektu „koloru z Fuji w jpg”, to często błękitne niebo jest — jak dla mnie — za bardzo przesunięte w stronę aqua’y, co mocno przypomina mi czasy pierwszych lustrzanek z matrycami CCD, jak np. Nikona D70, którego używałem kilkanaście lat temu.

Muszę jednak oddać sprawiedliwość Fujifilm w zakresie automatycznego balansu bieli — ten sprawdza się tak dobrze, że nawet gdybym fotografował, używając wyłącznie jotpegów, myślę, że tylko w ekstremalnych sytuacjach zmieniałbym balans ręcznie.

A co z tym autofocusem? Cóż, używam go w taki sam sposób, jak używałem swoich Canonów (przed 5D4), czyli aparat jest ustawiony w tryb manualnego ustawiania ostrości (zatem mogę ustawiać ją pierścieniem ostrości na obiektywie w czym pomaga focus peaking), ale gdy potrzebuję AF, wystarczy, że wcisnę kciukiem przycisk AF–L na tylnej ściance. Na poniższych zdjęciach widać, jak wygląda to w praktyce:

Dlaczego tak dziwnie? W dużym skrócie; bo nie potrzebuję, żeby aparat ustawiał ostrość przy każdym wyzwoleniu migawki. Być może po części bierze się to stąd, że układ autofocusa w X100T nie należy do najszybszych, zwłaszcza w porównaniu do nowszych konstrukcji (lecz mimo to uważam, że jest wystarczająco szybki do wielu zastosowań), ale jeśli fotografuję bawiącego się synka na podłodze, to ustawiam ostrość na niego przed zrobieniem pierwszego zdjęcia, a potem tylko wyczekuję odpowiedniego momentu, nie ryzykując jednocześnie, że AF się pomyli i go stracę. Dodatkowo, wolę mieć nieostre zdjęcie w dobrym momencie niż nie mieć zdjęcia w ogóle, bo aparat wówczas zdecyduje, że chciałby się upewnić czy na pewno dobrze złapał ostrość.

Skoro nie używam autofocusa w standardowy sposób, to nie wybieram też punktu ustawienia ostrości — przy manualnym ustawianiu focus peaking pokazuje mi czy to, co chcę, żeby było ostre (nawet jeśli jest w rogu kadru) będzie ostre, a jeśli używam AF, to przekadrowuję. Sytuacja mogłaby jednak wyglądać inaczej, gdybym zamiast X100T miał X100F, którego AF jest trochę lepszy, i który zamiast czterokierunkowego „wybieraka” ma już joystick, służący do wyboru punktu AF.

Moje ustawienie ma jednak jeszcze tę korzyść, że tryb makro, który należy włączyć osobno w menu, jeśli używa się autofocusa, jest …włączony zawsze. Po prostu ręczne ustawianie ostrości ma dostęp do całego zakresu pracy obiektywu. Tryb makro w X100 jest po prostu programowym odpowiednikiem przełącznika ograniczającego zakres odległości, jakie można czasem znaleźć na obiektywach.

Robi się to po to, żeby wyeliminować ryzyko szukania ostrości w zakresie odległości, co do którego jesteśmy pewni, że nie będziemy używać.

A co z sytuacją, kiedy podaję komuś aparat do ręki, żeby zrobił zdjęcie? W Canonach, których używałem w ten sposób zawsze był z tym problem — trzeba było bowiem wytłumaczyć jak działa back button focusing i, że aparat sam ostrości nie ustawi. W X100 jest z tym o wiele łatwiej, bo przełącznik zmiany trybu pracy autofocusa jest fizycznym przełącznikiem z boku obudowy:

Wystarczy więc, że wręczając komuś aparat, przełączę z M do S (przy czym ważne; są to dwie skrajne pozycje, więc jest to bardzo łatwe) i od tej chwili spust migawki uruchomi układ autofocusa przed wyzwoleniem migawki.

I kontynuując temat sposobu w jaki używam samego aparatu; mam do niego dwa akumulatory. Celowo o tym wspominam, bo w wielu miejscach w sieci widziałem teksty typu „4 to minimum!” i chciałbym nieco zdementować takie porady. Istotnie, bateria jest malutka, a technologia ma już kilka lat, a mimo to, mając dwie baterie, nigdy nie zdarzyło mi się, żeby to było za mało na cały dzień fotografowania. Owszem, robię pewnie mniej zdjęć niż inni i nie fotografuję nim ślubu jako głównym aparatem, ale mimo to uznaję to za bardzo dobry wynik.

O baterii mówi się źle jednak nie tylko w kontekście ilości zdjęć, jakie możńa zrobić na jednym ładowaniu, ale także w tym, jak z czasem tracą swoją wydajność. Cóż, mam dwie od ponad 4 lat i nie zauważyłem niczego takiego.

Jest za to inna rzecz, której w niej nie lubię — nie trzyma energii, gdy jest po prostu w torbie, nieużywana. Chwytając aparat po kilku dniach nieużywania (przyznaję, kilka dni nieużywania zdarza się u mnie bardzo rzadko) może się okazać, że jest ona bliska rozładowania. Stąd u mnie ten drugi akumulator; gdy jedna bateria jest w aparacie, druga przeważnie się ładuje (w mojej szafeczce). Gdy więc wychodzę i zabieram tylko jedną z nich, dla pewności zamieniam je miejscami.

Mój egzemplarz i akcesoria

Jak widzieliście na wielu już zdjęciach, przy zakupie zdecydowałem się na kolor srebrny. Ponoć czarny jest bardziej dyskretny, w co powinienem wierzyć, skoro ubieram się głównie na czarno. Mimo to, srebrny podoba mi się zdecydowanie bardziej. Bardziej przypomina mi aparaty z epoki, jak chociażby używanego kiedyś Canoneta:

A dodatkowo, wydaje mi się, że budzi bardziej pozytywne odczucia, tj. że to między innymi za tym kryje się ta przyjazna reakcja osób fotografowanych na ulicy czy podczas reportażu ślubnego.

Mogłoby się jednak zdarzyć, że czarny „zestarzałby się lepiej”, tj. mógłby się pokryć mosiądzem, podczas gdy w moim, jedynym miejscem, po którym widać, że był on używany jest boczna krawędź, która stykała się z nitem na pasku:

I skoro o pasku mowa; od samego początku używam polskiego produktu Eupidere, wykonanego z bardzo przyjemnej, miękkiej skóry. Pierwszego dnia wyglądał on tak:

Ale po kilku miesiącach już nie był tak sztywny (co jest bardzo dobrą rzeczą, przynajmniej dla mnie), nawet w tych miejscach blisko aparatu:

Dziś jest już zdrowo odgięty, ale nadal bardzo przyjemny w dotyku:

Wiele osób chwytając mój aparat, w pierwszej kolejności komplementuje właśnie pasek.

Jedyny zarzut jaki do niego mam, to właśnie wspomniany wyżej nit, który rysuje krawędź aparatu (nie należę do tych osób, którym rysy na aparacie przeszkadzają, ale niekoniecznie w miejscach, które na to sobie nie zasłużyły). Jest jednak inny polski producent, o którym pisałem kiedyś przy okazji opisu swoich szelek, który ma w swojej ofercie podobny, cienki pasek, który jednak jest szyty, a nie nitowany. Aktualnie jest jednak niedostępny. Niedalej jak w ubiegłym tygodniu rozmawiałem jednak z twórcami tych pasków i otrzymałem zapewnienie, że produkt wróci na sklepową półkę.

Po większości zdjęć można też zauważyć, że używam osłony przeciwsłonecznej. I używam jej zawsze — X100 bez niej podoba mi się znacznie mniej. Na tyle, że uważam, że osłona powinna znajdować się w standardowym zestawie. Niestety, nie tylko się nie znajduje, ale i Fujifilm każe sobie za nią słono płacić (jak za większość akcesoriów na dobrą sprawę). Nie narzekałbym na to, gdyby nie jedna rzecz; wszak większość z Was pewnie wie, że nie mam oporów, żeby zapłacić za produkt adekwatnie do jego jakości. Tą „jedną rzeczą” jest jednak produkt konkurencyjny (marki JJC), a właściwie należałoby pewnie uczciwie napisać „podrobiony”, który niczym się od oryginału nie różni, a kosztuje mniej niż 1/3 jego ceny. Nigdy nie śmiałbym namawiać do kupowania podróbki, ale w tym przypadku ciężko mi usprawiedliwić zakup droższej i już tłumaczę dlaczego. Miałem zarówno podróbkę, jak i produkt oryginalny. Ta pierwsza po ok. dwóch latach zaczęła się sama odkręcać, tj. uchwyt wyrobił się na tyle, że niejednokrotnie wyciągając aparat z torby, osłona zostawała w środku. Pomyślałem „jasne, miała prawo, wszak kosztowała dużo mniej niż oryginał”. Ale, że frustrowało to bardzo, kupiłem oryginał, żeby pozbyć się tego problemu. I pozbyłem się. Znowu na mniej więcej dwa lata. Po tym czasie zaczęła się odkręcać tak samo łatwo jak JJC, więc moją trzecią osłoną jest znów ta chińska. Mając je wszystkie, mogłem je porównać. I choć nawet z bliska nie zauważyłem żadnych różnic, to waga pokazała, że jednak są. Chińska jest cięższa (11,0 vs. 10,9 g).

Od pewnego czasu używam też Thumb Gripa, czyli tego sprytnego uchwytu na kciuk, który montuje się w sankach na lampę błyskową, a który poprawia chwyt aparatu o tyle, że niemal całkowicie eliminuje przypadkowe naciśnięcie któregoś z przycisków.

Zdecydowałem się na model ze szwedzkiego Squarehood — producenta prostokątnych osłon przeciwsłonecznych do Fuji X100. Nie jest on tak „sprytny” jak Thumbrest od Lensmate, który się składa, żeby nie blokować dostępu do tylnego pokrętła, ale ten drugi nie jest niestety wysyłany do Polski.

Jak widać na zdjęciach, różni się od nieco kolorem od obudowy mojego aparatu, ale to prawdopodobnie dlatego, że kolor X100F (do którego mój uchwyt jest dedykowany) także jest nieco inny niż mój — X100F, którego miałem okazję używać był jednak czarny, więc nie miałem możliwości sprawdzenia tego na żywo.

Używam też miękkiego spustu, czyli nakładki wkręcanej w spust migawki, żeby zmienił jego wysokość i kształt. Od pierwszego dnia używałem srebrnego, wklęsłego:

Zamawiając Thumb Grip dodałem jednak do koszyka ichny, czerwony i wypukły:

Nie spodobał mi się jednak ani kształt, ani kolor, więc sprezentowałem go innej użytkowniczce X100T, a sam wróciłem do swojego pierwotnego. Jeśli ktoś z Was używa podobnego aparatu, a nigdy nie próbował miękkiego spustu, polecam spróbować, nawet kupując taki za kilka złotych na allegro.

Mam też drukarkę Instax Share SP–3, która drukuje na kwadratowych materiałach Fujifilm. Nie kupiłbym jej, gdybym miał używać jej tylko do własnych celów (tj. korzystam z niej na ślubach), ale skoro już mam, to chętnie zabieram ją na „wydarzenia rodzinne”, gdzie czasem rozdaję zdjęcia zrobione kilka chwil wcześniej, co zawsze daje obdarowywanym dużo radości.

A bezprzewodowe przesyłanie między aparatem a drukarką działa bardzo sprawnie.

Ale może podoba mi się to tylko dlatego, że sam uwielbiam Instaxy jako takie.

O torbach na aparat wiele pisać nie będę; sporo wspominałem o tym przy opisie swojego mniejszego Billinghama, a opis drugiej — tej, którą zakładam, gdy nie jestem ubrany wystarczająco elegancko, żeby Billingham mi pasował — Peak Design Sling 5L pojawi się na tej stronie bardzo niebawem. Poza tym, aparat tych rozmiarów zmieści się prawdopodobnie do każdej torby fotograficznej na rynku.

Nie mogę jednak nie wspomnieć o szerokokątnym adapterze, który wprawne oko na pewno dostrzegło na wcześniejszych zdjęciach. Dużo pisałem na temat ogniskowej, odpowiadającej kątowi widzenia 35 mm w pełnoklatkowym aparacie i tym, jak bardzo się z nią oswoiłem. Żeby spróbować czegoś nowego czy podnieść sobie poprzeczkę (a jednocześnie sprawdzić ile widziałbym w kadrze, gdybym zamiast X100T kupił jednak Leikę Q) jakiś czas temu kupiłem oryginalny konwerter, nakręcany na obiektyw, który z ogniskowej 23 mm robi ok. 18 mm, co w ekwiwalentach oznacza 35 mm na 28 mm.

Ilość światła, wpadającego do obiektywu nie zmienia się jednak w ogóle (co jest rzadkością w przypadku tego typu adapterów), podobnie jak prędkość pracy autofocusa, ani ostrość (w co trochę nie chciało mi się wierzyć na początku).

Aparat stał się przez to nieco cięższy i większy, ale przez dłuższy obiektyw z przodu, śmiem twierdzić, że jest nawet wygodniejszy.

Nowej ogniskowej wciąż się uczę, ale bardzo lubię fakt, że w każdej chwili mogę zmienić 35 mm na coś szerszego, gdy tylko uznaję, że zachodzi taka potrzeba.

Co bym zmienił?

Tak naprawdę tylko kilka drobnostek. Chyba.

Gdy pisałem ten akapit, nie było jeszcze wiadomo nic o X100V, więc odchylany wyświetlacz był tylko w sferze zachcianek. Choć już wtedy pisałem, że jak dla mnie niekoniecznie. Nie czułem, żeby jego brak mnie ograniczył, choć pewnie gdybym taki miał, to używałbym częściej niż mi się teraz wydaje. Wszak pozwalałby na więcej.

Nawet bez niego jednak fotografowałem z biodra już kiedyś:

I choć elegancka implementacja odchylanego ekranu w X100V podoba mi się bardzo, to gdybym miał wybór, chyba zdecydowałby się na coś innego. Gdy Wy to czytacie ja prawdopodobnie testuję (lub testowałem, bo chcę go z wypożyczalni na bardzo krótki okres) model X–Pro 3, z kilku powodów (o których więcej za chwilę). Tamten ekran, a właściwie jego brak na tylnej ściance przemawia do mnie jeszcze bardziej, choć mam świadomość, że jestem w mniejszości.

Wspominałem już, że nie chciałbym, żeby X100 miał jaśniejszy obiektyw, jeśli miałoby to się wiązać ze zwiększeniem jego rozmiaru, wagi i ceny, ale czasem myślę, że gdyby w tej linii modele z innymi ogniskowymi (w co nie wierzę, bo tzw. target byłby pewnie zbyt mały), to z pewnością byłbym takim zainteresowany. To jest bowiem jedyny powód, dla którego testuję X–Pro 3. Rzecz w tym, że tak jak uwielbiam ogniskową z X100, tak wyjeżdżając na wakacje często zabieram jednak Canona z 50/1.2 czy 85/1.2. Wszak mam dwoje małych dzieci, którym czasem po prostu należy się dobry portret (nie oszukujmy się; to często one znajdują się w ramkach na ścianie). Pomyślałem więc, że może gdybym miał takie X–Pro 3 z 23/2.0 i 35/1.4 lub 56/1.2, to wyeliminowałbym tę konieczność zabierania ze sobą drugiego aparatu. X–Pro 3 domyślnie byłaby w torbie z 23/2.0 — czyli zastąpiłaby X100, a gdy zaszłaby potrzeba, zmieniałbym obiektyw na dłuższy.

Wciąż biję się jednak z myślami. X–Pro z 23/2.0 nie ma tego samego uroku co X100 i wiem, że by mi go brakowało. Gdyby więc pojawił się model z tej samej linii z niewymiennym 35/2.0 czy 50/2.0 (wszak te konstrukcje już są stworzone), to najchętniej miałbym po prostu dwa takie aparaty, bo — wbrew pozorom — byłoby to dla mnie łatwiejsze niż posiadanie aparatu z dwoma obiektywami. Domyślam się jednak, że jestem w mniejszości.

Drobiazgi, o których wspominałem, a które życzyłbym sobie, żeby zostały zmienione to np. bardzo wąski pierścień nastaw przysłony, który dodatkowo umiejscowiony jest blisko przedniej ścianki aparatu. Używanie go w najcieńszych nawet rękawiczkach bywa bardzo utrudnione (kompromis, wiem). Sytuację ratują dwa uchwyty umieszczone na tym pierścieniu, ale jednak nie zawsze.

Życzyłbym sobie także — o czym wspominałem już kiedyś — żeby wśród proporcji boków generowanych fotografii można było ustawić zarówno 6×7, jak i 1×3, czyli panorama znana z analogowego Hasselblada X–Pan i Fujifilm TX–1.

Chciałbym też, żeby przeglądając zdjęcia aparat pokazywał ile zostało ich zrobionych; dla przykładu Canon pokazuje, że oglądam zdjęcie 127 z 165 — Fujifilm nie. Wyświetlona jest wyłącznie nazwa pliku.

Proszę również o to, żeby pracując w trybie wizjera Viewfinder only móc jednak oglądać menu na wyświetlaczu na tylnej ściance zamiast w wizjerze. Wiem, że na logikę to ustawienie jest słuszne i zasadne — wszak wybrałem „tylko wizjer”. Ale jedyna inna opcja, jaką mam, to Eye sensor, która działa tak, że jeśli oddalę aparat od oka, to to, co widziałbym w wizjerze elektronicznym, teraz wyświetla mi się na ekranie, świecąc podświetleniem, którego w większości sytuacji sobie nie życzę. A mnie interesuje opcja pomiędzy; zdjęcia robię wyłącznie przez wizjer, menu wyświetla mi się wyłącznie na tylnym wyświetlaczu.

Wolałbym również, żeby zegar w aparacie sam się nie rozsynchronizowywał. Gdy zabieram go na ślub, ustawiam jego godzinę zgodnie z tym, co wyświetla mi Canon (który synchronizuje się z drugim za pomocą GPSa). Wystarczy jednak kilka tygodni, żeby różnica znów wynosiła co najmniej kilka minut.

GPS w aparacie załatwiłby sprawę, ale mogę sobie tylko wyobrażać sobie, jak bardzo wpłynęłoby to na czas pracy na baterii. Z drugiej strony nie musiałbym ręcznie oznaczać zdjęć z X100.

No i na koniec narzekań; zmieniłbym lampkę w ładowarce. Wiem jak to brzmi, ale zostańcie ze mną. Ładowarka w Canonie ma dwukolorową diodę (albo po prostu dwie diody) — wkładasz rozładowany akumulator, pomarańczowa dioda zaczyna powoli mrugać, pojedynczo. Gdy akumulator będzie naładowany w 25%, mrugnięcia są dwa, chwila przerwy, znowu dwa itd. Gdy bateria jest naładowana, dioda zmienia kolor na zielony i świeci ciągłym światłem. Ma to sens, prawda? W Fujifilm sytuacja jest zgoła odmienna. Dioda ma jeden kolor (zielony) i tylko dwa stany; świeci i nie świeci. A do tego zachowuje się tak: podłączasz rozładowaną baterię, zapala się zielona dioda, która oznacza, że ładowanie jest w trakcie. Tyle, że gdy ono się zakończy, dioda gaśnie.

Dlaczego mam z tym problem? Nie chodzi wcale o to, że jest inaczej niż w Canonie, a bardziej o to, że zgaszona dioda staje się oznaczeniem tak naprawdę dwóch stanów: albo bateria jest naładowana, albo w gniazdku, do którego się podłączyłeś, nie ma prądu. Albo wypiął się przewód z ładowarki. Albo niedokładnie włożyłeś baterię i nie wszystkie styki „złapały”. Wierzcie mi, zdarzyło mi się już kilkukrotnie, że wyciągając baterię z ładowarki, w której dioda była wyłączona, miałem pewność, że bateria jest naładowana, a nie była.

Podsumowanie, czyli co dalej?

Wspominałem już, że uważam, że jest to doskonały aparat do nauki fotografii. Mówienie młodemu adeptowi o czułości, przysłonie czy czasie ekspozycji jest dużo łatwiejsze, bo nie dotyczy abstrakcyjnych parametrów, a porusza się fizycznymi pokrętłami.

Ponadto, uważam, że w pewien sposób uwrażliwiając Cię na światło, jest w stanie zachęcić Cię do patrzenia na pewne rzeczy inaczej. Oczywiście, żaden aparat nie uczyni Cię lepszym fotografem ot, tak. Ale mam wrażenie, że ten mały Fuji robi to wydajniej niż inne. A do tego — w tak zwanym międzyczasie — bardziej zachęci Cię do fotografowania.

Lubię go szczególnie za to, że mając go, nie masz powodu, żeby nie zabrać go ze sobą; mały rozmiar, niska waga, brak konieczności podejmowania decyzji jaki obiektyw lub obiektywy ze sobą zabrać — to sprawia, że bierze się go ze sobą częściej i chętniej. Znam osoby, który miały któregoś z X100, potem sprzedały go, żeby sfinansować zakup X–T3 czy X–H1 i choć z nowych aparatów są zadowoleni, to sprzedaży X100 żałują — bo tamtego miało się zawsze ze sobą, a tych już nie.

I, oczywiście, dziś najczęściej jednak w takiej sytuacji zabiera się smartfona. Jeśli wystarczą Ci takie zdjęcia i nie masz nic przeciwko takiej ergonomii (ekhm tj. jej braku ekhm), to nie przekonam Cię, że przyda Ci się któreś X100. Nie będę nawet próbował. Ale jeśli chciałbyś czerpać radość z fotografowania, a dodatkowo chciałbyś drukować swoje zdjęcia, polecam spróbować.

Nie mogę również oprzeć się wrażeniu, że ludzie fotografowani tym aparatem — nawet gdy zorientują się, że są fotografowani — reagują zupełnie inaczej. Tak, jakby podświadomie wiedzieli, że przed czymś takim nie należy pozować.

Dla mnie X100 stał się niemal idealnym aparatem do dokumentowania życia i rejestracji wspomnień. Mój Day One (cyfrowy „pamiętnik”) jest pełen zdjęć właśnie z niego.

Stał się częścią mojego fotograficznego systemu; nie tylko nieodłączoną, ale nawet rzekłbym „esencjonalną”. Doskonale się przy tym wpasował w moje nastawienie do życia; cieszenie się małymi rzeczami, zachwyt nad widokiem za oknem, ciekawą rozmową czy dobrym jedzeniem. Czasem aż mam ochotę przytulić ten aparat.

Często mówi się o nim, że jest to drogi aparat; żaden parametr ze specyfikacji, żadna funkcja nie usprawiedliwiają takiej ceny. Główną rolę jednak gra tutaj zgrabne połączenie wyglądu, wielkości, sposobu w jaki się go obsługuje oraz tego, co ten aparat generuje. A suma tych składników z pewnością jest warta jego ceny.

Niemal każda recenzja tego aparatu kończy się słowami: „to nie jest aparat dla każdego, ale jeśli możesz żyć z dość ciemnym stałoogniskowym obiektywem, bez stabilizacji obrazu, z matrycą APS…” itp. Jak się pewnie domyślacie, ta się tak nie zakończy.

Fujifilm X100 wygrywa bowiem z innymi aparatami czymś, co ciężko jest umieścić w tabelce porównawczej czy przypisać jakieś punkty. Jest to aparat zdolny do bardzo wielu rzeczy, którego używanie daje mnóstwo radości, który nie tylko z przyjemnością zabiera się wychodząc z domu, ale nawet do takiego wychodzenia sam zachęca, a jednocześnie eliminuje decyzje i rozproszenia. Nie masz potrzeby zastanawiać się, który obiektyw ze sobą wziąć, który dokupić, a nawet — przynajmniej niektórym — eliminuje konieczność obróbki zrobionych zdjęć.

Zatem jeśli choć część zdań z powyższego tekstu rezonuje z Tobą w jakikolwiek sposób, wyzbyj się wątpliwości — kup lub nawet wypożycz ten model, na który Cię stać i zacznij robić zdjęcia. Ja wstrzymywałem się kilkanaście miesięcy, dlatego tak bardzo przestrzegam przed popełnieniem podobnego błędu.